Baba Jaga: Grzechy Ojców
Dziewczyna stała, drżąc niczym osika na środku wsi. Włosy w nieładzie, koszula poszarpana. Patrzyła na ludzi i rozumiała, że przyszedł czas zapłaty. Ludzie krzyczeli, ciskając przekleństwa, wymachując tym, co w dłoniach trzymali — pałki, widły, siekiery. Mężowie, niewiasty, starcy osaczali ją z każdej strony. Krzyki zlewały się w jeden ryk. Widziała sąsiadów, jak się zbliżają, a z każdym ich krokiem jej oddech stawał się krótszy.
Piotr patrzył z boku, trzymając w ręku stary sierp. U jego stóp leżała kobieta. Bosa, ze snu wyrwana. Płakała, trzymając się za kikut prawej ręki. Mężczyzna przykucnął i chwycił ją za włosy:
— Czy wiesz, co uczynił ten pomiot z twego łona?
Z ust kobiety wydobył się tylko jęk.
— Żeby to tatarski syn… ale swoja? Po tysiąckroć jasyr byłby wybawieniem. Nasze dzieci… Mój Wojtek… Co oni wam uczynili?
— Na wszystko, co kochasz, Piotrze… — jęczała, krztusząc się łzami. — Zatrzymaj ich. To moje dziecko. Litości…
Mężczyzna spojrzał w stronę zbiegowiska:
— Wszystko, co kocham, jest w tej gęstwinie. Moja luba rozszarpana. Żebyś ją widziała… Nawet twojej dziewce tego nie życzę.
— Zlituj się…
Zmarszczył czoło i spojrzał jej w oczy:
— Zlitować? A ona się litowała? Dzieci brała i w ciemny bór prowadziła. To ona karmiła nimi potwora! Nasze dzieci… niczym resztki ze stołu dla psa. Niech Bóg ma cię w opiece, jeśli o tym wiedziałaś.
Głos mu uwiązł. Rękawem łzę otarł.
— Oj, Piotrze — powiedziała oschle, a łzy jakby zniknęły. — Boga w tej wsi już nie ma.
Zapadła cisza. Ludzie stanęli. Maria słaniała się na nogach. Gniewne twarze milczały. Było tak cicho, że dziewczynę ogłuszał dźwięk własnego serca. Piotr puścił włosy kobiety i wstał. Nawet świerszcze grać przestały. Łza z policzka na ostrze sierpa spadła i niczym dzwon zabrzmiała.
— Wszyscy jesteśmy zgubieni... — wymamrotał i wypuścił sierp z dłoni.
Wybrzmiało tępe uderzenie. Ktoś trzonkiem siekiery wymierzył pierwszy cios dziewczynie. Dziki ryk wsi rozerwał ciszę. Maria padła na kolana, zamroczona. Nie widziała sąsiadów — widziała zastępy diabłów. Uniosła głowę i zawiesiła wzrok na trupiobladej tarczy księżyca.
— Oddaję, co dostałam, matulu… — rozpostarła ramiona niczym dziecko w ciepły, letni deszcz.
— Ona wzywa demona! — wrzasnęła z przerażeniem sędziwa kobieta. — Przyjdzie i resztę dziatwy pochłonie!
Widły z chrzęstem weszły w ramię dziewczyny. Ta tylko jęknęła, zaciskając zęby.
— Nie ubijajcie! Niech sprowadzi potwora! — dało się słyszeć z tłumu. — Razem nałożnice czarta usieczemy!
— Ty już nie masz dzieci! A ja co? Do chaty diabła mam zapraszać?! — odkrzyknął ktoś z boku.
— Takaś mądra?! Może sama pójdziesz w gęstwinę, a my tu poczekamy?
Rozległy się po ludziach pomruki aprobaty.
— Niby dlaczego mamy iść do boru? Toż zaraza z niego nie wyłazi! Gdyby nie ta tutaj — mężczyzna wskazał cepem na klęczącą dziewczynę — byłyby całe! Ona je zawlokła!
Wymierzył cios w żebra. Razy na Marię padały z każdej strony. Koszula zmieniała kolor na barwę biskupiego purpuratu. Lecz im więcej ciosów, tym większe zamieszanie. Ubić, nie ubić, iść czy zostać… Zaczęli się przepychać, pluć i nawzajem sobie ubliżać.
Nagle spod pobliskiej chaty dobiegł przeraźliwy śmiech. Sąsiedzi zamarli i spojrzeli w tamtą stronę. Matka Marii stała tam niczym jednoręki upiór. Śmiała się im wszystkim w twarz.
— Po wszystkich was przyjdą! Ja z wami losu dzielić nie będę!
Zachichotała po raz ostatni i z całej siły wbiła sobie nóż w oko. Ludzie oniemieli. Była tak samo martwa jak ich nadzieja.
— Wystarczy! — krzyknął Piotr.
Tłum obejrzał się i zobaczył go stojącego przy dziewczynie. Trzymał sierp przy jej gardle.
— Rozprawa jest prosta! Krew za krew! A demona… ramię w ramię utłuczemy! W jego własnej norze!
Pociągnął sierpem. Krew trysnęła. Słychać było chrzęst przecinanej aż po kręgosłup krtani.
***
Chrzęst podobny do tego, gdy w ciemności nadepnął na spróchniały konar, skradając się za Marią. Obróciła się, osłaniając dzieci, które prowadziła.
— Nie bójcie się, dziatki — szepnęła z niepewnością w głosie. — Jasiu, trzymaj Marysię. Już niedaleko.
— Straszno i ciemno, cioteczko… — zaczął Jaś.
— Mamy, do mamy, cioteczko, chcemy — dokończyła Małgosia, szlochając.
— Tam wrócić nie można… Idziemy. Jak będziemy mieli szczęście, to dostaniemy jeszcze ciepłego piernika — zażartowała dla otuchy.
Piotr ruszył za nimi, tym razem ostrożniej. Księżyc wlewał w serce trwogę, tworząc ze światła i zwykłego konara upiorne ramię. Mimo to brnął naprzód, pchany ojcowską rozpaczą. W oddali, przez gęstwinę, przebijało się ciepłe światło świecy. Dziewczyna z dziećmi dążyła w jego stronę. Piotr szedł za nimi niczym złowieszczy cień.
Stała tam skromna chatka — choć bliżej jej było do zwykłej lepianki. Z komina unosił się przyjemny zapach ziół. Piotr rozpoznał tę woń — pachniało tak samo, gdy jego luba od wielkiego święta mięsiwo dusiła.
Gdy dziewczyna była już blisko, drzwi otwarły się ze zgrzytem. Stanęła w nich starsza kobieta, lekko przygarbiona. Tyle zdołał dostrzec mężczyzna, kryjąc się w mroku, przed „światłem Judasza”.
— Wejdźcie, dziatki moje, mam dla was ciepłego piernika — uśmiechnęła się życzliwie. — Podtuczę was trochę, bo mizernie wyglądacie.
Tyle Piotr usłyszał, bo sowa złośliwie zagłuszyła resztę swoim hukaniem.
Cała czwórka weszła do środka. Mężczyzna podszedł bliżej, ośmielony mrokiem. Na tyłach znalazł spory bal z wbitą siekierą. Był pokryty lepką mazią. Gdy zrozumiał, że to krew, z wnętrza dało się słyszeć krzyk i płacz dzieci. Szarpnął siekierę. Ruszył w stronę drzwi. Już za zasuwę łapał, gdy usłyszał trzask łamanych gałązek.
Jedna, dwie, a może więcej osób szło w stronę chaty. Myśl „Sam tu nie uradzę, Chryste zmiłuj się” stała się głośna niczym krzyk. W środku rozległ się huk, płacz ustał. Piotra przeszył lodowaty dreszcz. Odstąpił od drzwi. Cofał się odrętwiały. Potknął się i upadł. Wstając, pod dłonią wyczuł coś twardego. To nie była gałąź — było gładkie. Księżyc wychylił się zza chmury. Mężczyzna zobaczył, że w ręku trzyma kość.
— Odpuść nam nasze winy… Tu już nie pomogę… muszę ostrzec innych… — zerwał się i pobiegł przed siebie.
***
Drzwi zaczęły się otwierać. Ich głębokie skrzypienie wypełniło noc.
— Czyś ty zgłupiał, człowieku?! Czego się drzesz po ciemnicy?! — wykrzyknął z progu zaspany chłop.
Piotr dopadł do sąsiada.
— Człowieku! — krzyczał jak opętany, szarpiąc nieboraka. — Ona je zjada!
— Uspokój się… i przestań szarpać, bo ci odwinę w pysk!
Ludzie zaczęli wyłazić z chałup. Psy ujadały zdezorientowane.
— Opili się okowity, a teraz się drą! Dajcie spać, nieroby, bo nas wszystkich ekonom wybatoży! — krzyknęła jakaś kobieta i trzasnęła drzwiami.
— Budźcie się! — Piotr puścił chłopa i zaczął biegać od drzwi do drzwi, waląc w nie pięściami. — Mam kości! Niech Najświętsza Panienka się za nami wstawi!
— Czego chcesz, człowieku? Jakie kości? — wójt wyszedł z chaty, zarzucając sukmanę na grzbiet.
W tym momencie i reszta ludzi zaczęła się interesować.
— Te kości! Poszedłem za nią w las, gdzie dzieci prowadziła…
— Mów jaśniej, do diabła!
— Nie Tatarzy je porywają! To ta, której ojca zabili! Prowadzi je jak barany na rzeź… widziałem… słyszałem…
— Daj spokój, Piotrze, zmysły postradałeś! Jesteś w żałobie… — powiedział wójt, próbując okazać zrozumienie.
Sąsiedzi zaczęli szeptać, lecz wciąż czekali na wyrok wójta.
— Patrz, to te kości! Czy ja zwariowałem?! Pod chatą w głuszy leżały…
— Kość jak kość, coś mała…
— To dzieci! Ona je zjada! — Piotr z bezsilności padł na kolana. — Chryste, słyszałem… jak mówiła, że one marne i trza podtuczyć… Potem ten płacz, przerażający płacz… Spójrz… spójrz do diabła na siekierę! Co to jest, jak nie krew?!
Nagle jedna ze zgromadzonych kobiet zemdlała. Ktoś krzyknął, rzucił oskarżenie. Plac natychmiast opanowały strach i niepokój.
— Znam ja tę historię — rzekł Stach, ten spod boru, obracając kość w dłoniach. — Z trzy wiosny temu chłopa w chacie znaleźli z rozłupaną głową. Kobiety mówiły, że to mądra baba go ubiła… chyba za długi, jak ona rękę gospodyni odjęła… Wyrokować nie chcę, ale pakta może podpisane. Może chłop bił… Na moje to dziecięce kości, świeć Panie nad duszą nieboraka.
— Stachu, co ty gadasz… — wójt drapał się po głowie, widząc, że tłum zaczyna się gotować.
— Ja nic nie mówię. Ubiły, nie ubiły, dzieci giną… Tatar po lesie nie łazi, a i po jednym by nie brali.
— Chryste, nie ma mojej dziatwy! Gdzie Jaś?! Gdzie Małgosia?! — wykrzyknął chłop w samej koszuli. — Nie ma ich! Mojej babie głos odjęło! Gdzie dzieci?!
— U Baby Jagi… — rzekł Piotr, kładąc się na ziemi. — To do niej Maria je prowadziła… — zalał się łzami.
Rozprawy nie było. Ruszyli z psami. Chata Marii stała na uboczu wsi. Kogo tam zastaną, temu biada.
II
Piotr trzymał w ręku sierp. Krew dziewczyny jeszcze na nim nie zastygła. Czas naglił.
Wioska ruszyła przez bór. Z pochodniami, lecz w mroku dusz. Każdy trzymał to, co miał pod ręką — to, co mogło zgładzić demona. Jedni pod nosem klepali pacierze, drudzy w otępieniu parli do przodu. Wielu czuło, kto tu myśliwy, a kto zwierzyna. Gdy ktoś się potykał, było słychać szczęk unoszonej do walki stali. Strach. To czuł Piotr i ci, którzy za nim szli.
Im głębiej parli w las, tym mroczniejsze stawały się ich serca. Zbliżali się… W oddali przebijało się światło z niepozornej chatki.
— Ludzie, to tam… — wyszeptał Piotr, wskazując ręką gęstwinę. — Tylko cicho, bo nas usłyszy…
— Prędzej zobaczy… — rzekł borowy, podkręcając wąsa — aniżeli usłyszy… Z tymi pochodniami to żeśmy się jak na pasterkę wybrali.
— Chryste, patrzcie! — wybełkotał ktoś łamiącym się głosem.
Drzwi domostwa otworzyły się. Zwarzone światło wylało się na podwórze. Jakaś postać wyszła na zewnątrz i usiadła w progu.
— No i zobaczyła… — przyznał niechętnie Piotr.
— Idziemy, ludzie… Baczcie tylko, by nie uciekła — rzucił dziarsko borowy.
Ruszyli w milczeniu, rozwijając linię, by odciąć drogi ucieczki. Byli coraz bliżej. Postać na progu wstała i bez pośpiechu ruszyła w ich stronę. Widząc to, zwolnili. Krok stał się ciężki, jakby nogi mieli z kamienia. Krok za krokiem tworzyli ognisty krąg, a w nim ona.
— Czego tu po nocy szukacie, dziatki moje? — zdjęła kaptur z głowy. — Kwiatów paproci? Czy może kości?
Sąsiedzi zbledli, kładąc wzrok po sobie.
— Kpisz? Jakie my twe dzieci? Lepiej nasze oddaj! — zażądał wójt.
— Dobrze, bracie, że cię tu mamy… bom już myślał, żeśmy cię zgubili — wymamrotał pod nosem Stach, oczami przewracając.
Stara kobieta wspierała się na lasce z pokracznego konara. Była przygarbiona, ale włosy miała długie i czarne niczym smoła.
— Bartek… jakie dzieci? No chyba nie twoje. Nie pamiętam, bym poród odbierała. — Jaga zaczęła krążyć po kole. — Stachu, a ty czego z wójta się śmiejesz? Zapomniałeś, jak franca cię dopadła? Ziółek trzeba było, nieprawdaż? Jest i Piotruś! Tak teraz cierpisz? Pomsty szukasz? A ona nie cierpiała? Jak tu, niedaleko, na polanie z innymi dziewkami się zabawiałeś? Pytam jeszcze raz… czego tu szukacie? — Wysyczała przez zęby, bez grama trwogi.
— Gdzie Jaś i Małgosia?! — krzyknął zrozpaczony ojciec.
Ludzie spojrzeli na niego, potakując w milczeniu. Jaga spuściła wzrok, wykrzywiając usta w drwiącym uśmiechu. Usiadła na pniu.
— Tutaj ich szukasz? No proszę… — pokręciła głową. — Idź, śmiało. Drzwi otwarte. Idź i szukaj… — zmarszczyła gniewnie czoło — Idź. A jak znajdziesz, to nie mów, żeś nie wiedział.
Mężczyzna rzucił pochodnię pod nogi Jagny i poszedł. Ludzie patrzyli za nim, gdy ten niknął w chacie. Noc była ciepła, a mimo to wszyscy drżeli.
— I co z tego, że nas znasz?! — Piotr odzyskał odwagę. — To nie ta rozprawa! Widziałem kości, widziałem krew. Co on tam zastanie?
— Ach, rozumiem… sądzić przyszliście… rozumiem, że wyrok wydany — splunęła na ziemię. — A może to nie sąd nade mną, a nad wami?
Te słowa sprawiły, że ugięły się kolana. Chmury przysłoniły księżyc. W chacie nadal panowała cisza.
— Babo, gdzie on jest? — burknął borowy. — Coś mu zrobiła?!
— Staszek… toż to na mnie patrzysz… co mu zrobić miałam — zachichotała, po czym nachyliła się i oczy wybałuszyła. — Idź mu pomóż, skoroś tak zafrasowany. Ino uważaj… jak pomożesz, to już nie cofniesz…
Borowy zakręcił wąsa i ruszył w stronę chaty. Zatrzymał się w progu, spojrzał na ludzi. Wszystkie oczy były skierowane na niego. Oprócz oczu baby Jagi. Zakasał rękawy i wszedł do środka. Nadal wewnątrz panowała grobowa cisza.
— A ty wójcie… też się martwisz? — słowa Jagny pomknęły w dal, w ślad za wójtem, którego jak można się domyślić, musiały wezwać bardziej palące sprawy…
Wyczekiwanie było nieznośne. Bić, nie bić, zostać, uciec. Każdy z tam obecnych miał to w głowie. Mijały minuty, a jakby ta noc, nie miała końca.
— Czas to skończyć! Wiemy, coś zrobiła! Idę po nich… — wykrzyknął Piotr, maskując to, że pewność siebie z niego uszła. — To kres twoich poczynań! — rzucił złowieszczo, udając się w stronę drzwi.
— Tak, to kres i tu dobrze prawisz. Tylko uważaj, bo daję ci teraz życie, które oddasz, gdy mnie braknie — po tych słowach Jaga wstała i spuściła głowę.
Piotr wszedł do środka.
Do boru zaczęła przenikać poranna zorza. Ostatnia pochodnia zgasła. Mgła rozeszła się po runie. Kur zapiał…
— Już czas… — powiedziała do siebie. Zdjęła kabat, ścieląc go na ziemi. Uklęknęła na nim, mrucząc coś pod nosem. Ludzie byli zdezorientowani. Zaciskali ręce na tym, co trzymali. Na siekierach, widłach, cepach. Trzymali tak mocno, jakby to była ostatnia rzecz, która trzyma jeszcze przy życiu.
Najpierw wyszedł Piotr. Ojciec i borowy szli tuż za nim, zatrzymując się przed klęczącą Jagną. Miny mieli posępne, nie dające żadnego wskazania. Patrzyła na nich z mieszanką litości i pogardy. Widząc ich niepewność, wypowiedziała jedno jedyne słowo:
— Fiat.
Ktoś z sąsiadów krzyknął, że z diabłem rozmawia, co wzbudziło wrzawę. Piali jeden przez drugiego: „wiedźma, wiedźma, nałożnica szatana”, wznosząc w górę to, co w ręku mieli.
Piotr patrzył na kobietę, jakby nie do końca wiedział, co uczynić ma. Uniósł w górę rękę, by uciszyć ludzi. Jeden po drugim milkli, lecz na koniec jeszcze komuś się wyrwało:
— Poślemy cię do diabła, skoro go miłujesz! Tak jak myśmy twoją Marysieńkę posłali!
Jagna przestała mamrotać. Po jej policzku spłynęła gorąca łza.
— To… prawda, Piotrze? — spytała łamiącym się głosem.
— Sam Piotr tę nałożnicę sierpem tchu pozbawił! — rzucił ktoś z boku.
Jaga powoli wstała z kolan. W jej oczach jakby piekło zapłonęło. Postąpiła krok naprzód i wlepiła wzrok w Piotra, szukając w jego twarzy choćby cienia żalu czy kłamstwa. Lecz oczy mężczyzny były puste jak spękana studnia, z której dawno wyciekła ostatnia kropla życia. Nie było w nich ani winy, ani strachu. Była tylko głucha, martwa otchłań.
— Mądrale za grosz, a głupcy z natury! — wysyczała przez zęby, a kur zapiał po raz drugi. — Krwi tego baranka nigdy nie zmyjecie. — Jej głos stawał się jadowity. — Szansę wam dawałam, wy jej zabraliście… Jakem Baba Jaga, przez was tak ochrzczona… Zaprawdę powiadam wam. Po wsze czasy będą drżeć na dźwięk imienia Baby Jagi, co dzieci zjadała. — Odwróciła się do ludzi, głośno wołając. Piotr podniósł kamień. — Będą palić bór ze strachu, a ziemia obumrze. I nawet gdy zje ostatniego brata, usłyszy w obłąkanej głowie: „raz… dwa… trzy… Baba Jaga patrzy”. — Wzniosła ręce w górę. — Za jej życie… swe niebawem oddacie…
W tym momencie zamilkła, opadły jej ręce. Stróżka krwi puściła się po czole. Odwróciła się ku stronie, z której nadszedł cios. Wymienili się z Piotrem spojrzeniem, tym ostatnim, niczym na pożegnanie. Uniósł dłoń i wymierzył ostatni cios kamieniem… prosto w skroń… ona oczy zamknęła. Upadła na kabat, który wcześniej rozłożyła.
Ludzie dopadli do niej, chcąc dźgać i rąbać wiedźmy ciało… lecz Piotr się rzucił na nią, swym zasłaniając:
— Głupcy! To wiedźma! Nie wolno nam przelać jej krwi, by w glebę nie wsiąkła i klątwy nie wypełniła! — ludzie się zatrzymali. — Trza nam ją spalić… w chacie jest piec, ogień się jeszcze żarzy…
Stach i ojciec stali w osłupieniu, jakby od ciał oderwani.
— My w trójkę to skończymy. Wy tu poczekajcie.
Jak Piotr powiedział, tak zrobili. Nieprzytomną Jagnę w kabat zawinęli, do domu wnieśli i do pieca wrzucili.
Swąd palonego ciała unosił się z komina. Zaczął padać deszcz.
III
Deszcz przestał padać. Jan prowadził młodych przez bór. Smród palącej się wioski był coraz wyraźniejszy. Małgorzata trzymała na ramieniu tobołek. Było w nim niewiele: suszone liście babki, kawałki płótna, szydło... To, co mogło nieść pierwsze ukojenie. Minęło siedem lat, odkąd stąd uciekała.
Zatrzymali się na skraju lasu, nie wychodząc z cienia. Pogorzelisko już dogasało. Nie było znaku życia. Wyszli więc na przedpole, w stronę tego, co z wioski zostało.
— Ludzie, rozproszcie się i żywych szukajcie! — zawołał Jan, trzymając siostrę blisko siebie.
Niczego nie widzieli prócz śmierci i popiołu. Ciała mężczyzn, starców, kobiet w średnim wieku. Nie było tam żadnych dzieci ni kobiet młodych — Tatar dobrego towaru nie marnuje.
— Panienko Przenajświętsza… — pisnęła dziewczyna, zakrywając usta. — Janek… oni nawet psów nie oszczędzili…
— Widzę. Miej oczy dookoła głowy.
Szli tak w błocie, gdzie krew, popiół i woda tworzyły cuchnącą breję. Buty grzęzły. Pod stopami trzeszczało zwęglone drewno i skorupy. Gdzieniegdzie z ziemi sterczała ręka albo noga, już czarna, sztywna.
Szli od chaty do chaty, a raczej tego, co z nich zostało. Nagle spod jakiejś sterty ciał dobiegło majaczenie.
— Ktoś żyje! — krzyknął Jan, odciągając zwłoki. — Pomóżcie!
Przybiegło dwóch młodzieńców, wydostali chłopa z brei. Długie cięcie ordynką otworzyło mu trzewia. Małgorzata dała mu wody. Ledwo przełykał, krztusząc się przy tym.
— Jak cię zwą? — zapytał Jan. — Małgosiu, możesz coś dla niego zrobić?
Dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
— Dziecko… — wymamrotał ranny.
— Jakie dziecko? On majaczy. Dasz, siostrzyczko, coś na uśmierzenie?
— Dziecko… ratujcie dziecko…
Spojrzeli po sobie zdezorientowani. Jeden z chłopaków stanął nad zagłębieniem, z którego nieszczęśnika wyrwali.
— Błagam… ratujcie… ratujcie mą duszę… — pluł krwią, składając nieporadnie słowa. — Ratujcie dziecko… Kopcie… Kopcie…
Młodzieńcy dopadli do zagłębienia, dłońmi wygarniając błoto. Nagle poczuli coś twardego. Kopali szybciej, raniąc dłonie. Wyciągnęli skrzynię — niewielką, lecz solidną. Otworzyli…
Małgosia włożyła dłonie do środka. Wyjęła zawiniątko. Dogorywający mężczyzna patrzył w napięciu. Dziewczyna położyła je na skrzyni i delikatnie rozwinęła. To był noworodek. Dziewczynka. Była sina, nie ruszała się.
Patrzyli na nią, czekając na cud…
— Ona musi żyć… musi… przeklęte miejsce… wszystko to marność…
Zgromadzili się wokół niego, zostawiając niemowlę na skrzyni.
— Przykro mi… ale nie możemy dla niej nic zrobić… czy to twa córka? — Małgorzata próbowała być delikatna.
— Nie… nie moja… miałem syna… przepadł w lesie — dławił się, śmierć była blisko. — Ginęły dzieci… wiele… przeklęta chata… ona je zjadała…
— Nie słuchajcie go, on majaczy… Czarna krew płynie… to koniec jego. Sprawdźmy resztę i wracajmy — rzucił kędzierzawy wyrostek stojący obok grupy.
— Ona zjadała… przeklęta jej tam prowadziła… Jaga… Baba Jaga…
Jan wstał i wziął resztę na bok. Po ich minach było widać, że historię znają. Lecz ta umierającego była jak z odbicia czarnej wody.
— Czy on mówi o babci Jagnie? — pozostali wzruszyli ramionami.
— Toż to ona sama zwierza odgoniła, gdy matule mi rozszarpał… ramie mi poskładała… co on gada? — drapał się po głowie kędzierzawy wyrostek.
— Nie… babcie Jagnę zbójcy zadźgali… ponoć tej samej nocy, co nas za rzekę oddała… Małgoś, to wtedy?
— Oj tak… nigdy nie zapomnę, jak zrywała mi z pleców przyschnięte bandaże… gdyby nie tamta dziewczyna…
— …w końcu by nas zatłukł… — dokończył Jan.
— Co wy gadacie — wystękał chłystek, przerzucając zwalone drzwi. — Gdyby nie babina, to większości z nas, dziś by tu nie stała… — wytarł ręce o koszulę. — Ja też słyszałem o ryglach z kończyn, o piecu… ludzie lubią gadać…
— Małgosiu, co z nim robimy… zabierać nie ma sensu… a konającego zostawić się nie godzi.
— Już dałam mu z wodą maku… jedynie stal da mu ukojenie, braciszku.
— Ja to zrobię — kręcony chłopak wyjął nóż zza sznura, którym był przepasany. — Ale wtedy się zabieramy… nic tu po ojcowiźnie nie zostało… — podszedł do umierającego i przyklęknął przy nim.
— Powiedz, jak masz na imię, byśmy wiedzieli, za kim słać pacierze — przyłożył nóż w miejscu serca.
— Piotr…
Młodzieniec nastawił ostrze, chcąc skrócić męki… gdy do ich uszu dobiegł dźwięk. Niemowlę kwilić zaczęło…
Po policzkach Piotra popłynęły łzy.
— Ona żyje… — płakał. — Na boga żyje… pchnij chłopcze… teraz mogę odejść…
Ostrze weszło głęboko, przebijając serce. Wymamrotał coś jeszcze i łzy przestały płynąć… Małgorzata podniosła niemowlę, zawijając je w swój szal.
— Wojtek, chodź, nic tu po nas — powiedział Jan, zaglądając przez ramię Małgorzaty. — Zajmiemy się nią. Damy jej to, co dostaliśmy od babci Jagny.
Wszyscy ruszyli w stronę boru. Kędzierzawy Wojtek szedł za nimi zamyślony.
— Oddałem życie, które dostałem — wymamrotał pod nosem. - eee tam, coś źle zrozumiałem.
I poszli przez gęstwinę, za rzekę, do domu. Do tego, w którym się wychowali. Po tym, który wydał ich na świat, zostały zgliszcza. Bez żalu i sentymentu. Bo dom twój tam, gdzie Twoje serce.
Marii nikt nie pamięta. Babę Jagę każdy zna.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania