Balkon

/ fragmencik z nowo pisanej książki. Wspomnienie sprzed lat. Ilu z nas miało podobne problemy? /

 

(...)

Po kilkunastu latach zamieszkiwania w nowym lokum, w wieżowcu na osiedlu, okap blaszany okalający posadzkę balkonową pordzewiał tak, że porobiły się w nim dziury. Podobnie i u sąsiadów. Zastosowana blacha była… wadliwa? Inna niż w projekcie, niezabezpieczona przed warunkami atmosferycznymi? Pewnie tańsza… Ktoś zarobił na tej podmianie?

 

Po tylu latach pytania stały się bezprzedmiotowe. Problem jednak wystąpił – po wywieszeniu na balkonie wypranych rzeczy woda spływała przez te dziury i rozpryskiwała się od balustrady balkonu piętro niżej. Jeśli w tym samym czasie u nas i sąsiadów poniżej wywieszono „pranie”, to rozbryzgi wody spływały z naszej posadzki i lądowały na pościeli czy ubraniach schnących na ich balkonie, brudząc je ponownie.

 

Już wcześniej planowałem z żoną położenie ceramicznych kafelków na betonowej, popękanej posadzce balkonu. Dziurawy okap przyspieszył decyzję. Po prywatnym umówieniu się z posadzkarzem, udałem się w poniedziałek do osiedlowej administracji spółdzielni mieszkaniowej.

 

– Dzień dobry – zagaiłem do pracownicy. – Mieszkam w czwórce, w wieżowcu. Na moim balkonie przerdzewiał na wylot okap blaszany. Brudzę przez to wypraną pościel sąsiadce z dołu. Już kilka razy przyszła z pretensją. Kiedy moglibyście go wymienić? Chodzi mi o czas, bo przy okazji umówiłem już człowieka na położenie kafelków. Wstępnie za dwa tygodnie, ale może być z tydzień później. Nie dłużej, bo ma umówione inne roboty.

 

– Z funduszu remontowego? – zapytała monotonnym głosem. Ot, następny petent przeszkadzający jej w pracy. – Czy też prywatnie mają nasi zrobić?

 

– Oczywiście, że z funduszu. – Lekko się obruszyłem. – Przecież płacę go co miesiąc w czynszu od wielu lat. Nigdy z niego nie korzystałem. Wymiana dziurawego okapu na zewnątrz chyba wchodzi w obowiązek spółdzielni, prawda?

 

– Tak, ale trochę dłużej potrwa, niż prywatnie.

 

– To za ile możecie przyjść wymienić?

 

Wyciągnęła gruby zeszyt i po jego otwarciu zakomunikowała, nadal monotonnym głosem:

 

– Zapiszę pana. Będzie pan – przeciągnęła palcem w dół stronicy – miał numer…

 

Po jego usłyszeniu, pod którym miałem cierpliwie czekać w kolejce, zatkało mnie. To była trzycyfrowa, naprawdę duża liczba. Policzyłem szybko w myśli „do trzech” i, już spokojnym głosem, niezabarwionym emocją, dopytałem:

 

– Nie numer mnie interesuje, tylko kiedy przyjdą mi od was wymienić ten okap?

 

– To różnie, ale gdzieś za trzy, może dwa lata.

 

– Czy pani… – aż mnie zatchnęło. Głęboko wciągnąłem powietrze w płuca i po sekundzie już zimnym głosem, jakbym obwieszczał urzędowy komunikat, dokończyłem:

 

– Proszę przekazać swojemu kierownikowi. Czekam od dzisiaj trzy tygodnie. Po tym terminie sam załatwię wymianę blachy na balkonie, ale formalnie, na fakturę. Jeśli wcześniej pobrudzę pościel sąsiadce, to wezmę do pralni, też na rachunek. Tymi kosztami obciążę osobiście kierownika administracji. Prywatnie, nie z naszych spółdzielczych. Jeśli nie zapłaci, podam go do sądu i dojdą jeszcze mu dodatkowe opłaty sądowe, a może i zadośćuczynienie za moje zszargane nerwy.

 

– Ale, co pan tutaj…

 

– To wszystko. – Wszedłem jej w słowa, które zaczęła wypowiadać już podniesionym tonem. – Proszę to przekazać kierownikowi. Spokojnej pracy.

 

Odwróciłem się i, nie czekając na odpowiedź, wyszedłem z biura…

* * *

W czwartek odebrałem telefon ze spółdzielni.

 

– Pan B...ski? – Poznałem głos mojej rozmówczyni z poniedziałku. – Kierownik prosił przekazać, że wyjątkowo można okap wymienić wcześniej. Tylko dlatego, że pan kafelki chce kłaść.

 

„Taa… tylko dlatego” – pomyślałem sarkastycznie. Powód był już dla mnie nieistotny. Czas było kuć żelazo, póki gorące:

 

– Kiedy?

 

– Nawet w tym tygodniu, albo w następnym. Ale w soboty.

 

– Dobrze. Pojutrze czekam od ósmej rano.

 

W sobotę, minutę po godzinie ósmej zabrzęczał dzwonek u drzwi. Jednego z dwóch stojących na korytarzu pracowników znałem z widzenia.

 

– Dzień dobry. Mamy u pana wymienić okap na balkonie…

 

Uwinęli się sprawnie, pracę wykonali porządnie. Nawet wylali nową szlichtę betonową na posadzce. Przyjąłem, że to w ramach „zadośćuczynienia” za moje poprzednie nerwy.

 

Po skończonej pracy wypiliśmy kawę. Znajomy pracownik zagaił:

 

– Panie, jak pan to zrobiłeś?

 

– Tajemnica. Nie mogę powiedzieć. – Uśmiechnąłem się. – Żadnej prywaty ani znajomości. Może miałem szczęście albo trafiłem na dobry humor waszego szefa?

 

Przez kilka dni byłem zaczepiany przez sąsiadów – nowiutka blacha na balkonie świeciła w słońcu nowością i prowokowała do podobnego pytania „Jakżeś pan, sąsiedzie, to załatwił?!”.

 

Odpowiadałem, że sam nie wiem, ale „bardzo długo czekałem w kolejce”. Wreszcie przyszli, wymienili i ok.

 

„Bardzo długo” jest pojęciem bardzo względnym, niedookreślonym. Może zahaczać o skrajności z obu stron "oczekiwania".

 

W następnym roku spółdzielnia ocieplała ściany wieżowca i jednocześnie wymieniła wszystkim mieszkańcom te dziurawe okapy. Dokładniej – nie u wszystkich, gdyż mój balkon ominęli. Wyjątkowo nie zgłosiłem żadnych pretensji. Administracja osiedla też tego dnia trafiła na dobry humor; tym razem mój. Fakt, że przy kolejnej wymianie dobrej już blachy okapu, pracownicy musieliby zniszczyć część nowych kafelków na podeście balkonu, był tylko mało znaczącym dopełnieniem mojej dobrotliwości… Ważniejszym była znajomość przysłowia, które są mądrością narodów: „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Jeśli coś jest dobre i spełnia swą funkcję, to po co ruszać? Nigdy nie wiadomo, czy chęć lepszego naprawdę wyjdzie na lepsze.

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania