Balkon z tobą i z bluszczem twoim

Adam miał objawienie. Wracał nad ranem z koleżeńskiej parapetówki w domu kumpla, na drugim końcu miasta. Był lekko podpity, ale nie chwiał się, ani nie oddawał co chwila moczu na losowo wybrane budynki. Nawet policjanci nie zwrócili na niego szczególnej uwagi, gdy przejeżdżali ulicą. Radiowóz nieśpiesznie skręcił na najbliższym skrzyżowaniu i zniknął na dobre. Chwilę potem chłopak szedł starym chodnikiem pomiędzy blokowiskami i wtedy TO się zdarzyło. Tamtego ranka rodzice Adama przeżyli mini zawały serca, kiedy ich syn wparował do mieszkania z większą werwą niż antyterroryści.

***

Matka była bardziej przekonana. Ojciec miał wątpliwości.

– Jesteś pijany? Jesteś, no widzę, nawet nie odpowiadaj – zagrzmiał, mieszając łyżeczką w filiżance z rozpuszczalną kawą.

– Nie jestem. Musicie mi uwierzyć. Widziałem ją, Matkę Boską!

– Synku, ja ci wierzę. To trzeba w te pędy do księdza, nie wolno czekać!

Kobieta zaczęła grzebać w szafie w salonie, szukając lepszych ciuchów, a potem wystawiła na środek pokoju nieużywaną od lat prasowalnicę. Żelazko też wzięła te nowe, co dostali jakiś czas temu od rodziny. Stare poszło w kąt, przynajmniej teraz. Ojciec przyglądał się temu z lekkim niedowierzaniem. Nawet kawa mu nie szła gdy spoglądał na swoją żonę. Myślał: Ćwierć wieku razem, a gucio o niej wiem, gucio.

– Powiedz mi, jak facet do faceta, widziałeś Matkę Boską?

Adam zaczął bić się w pierś, przysięgać i powtarzać, że tak, że widział.

– Nic mi nie powiedziała, ale ukazała się.

– Gdzie, synu?

– Na balkonie, na osiedlu niedaleko centrum.

– Na którą masz do roboty?

– Na dwunastą. Ale zadzwonię do kumpla. Zamienimy się. On akurat pewnie by wolał dzisiaj. To wtedy cały dzień mój.

Ojciec pokiwał głową z aprobatą. Matka nadal w szaleńczym tańcu biegała po salonie, rzucała ciuchami, szukała czegoś lepszego.

***

– Źle się czuję, ale to tak naprawdę źle. To co, zamienimy się?

Hubert przez chwilę milczał, a nawet w pewnym momencie Adamowi wydawało się, że kumpel zakończył połączenie.

– Dobra, Adi, w sumie mi pasuje.

– Dzięki.

– Nie ma sprawy, kuruj się.

Adam odetchnął z ulgą. Niby wiedział, że Hubert będzie chciał zmiany, ale mimo wszystko zawsze był procent szans na odmowę. W restauracji, gdzie Adam robił jako kelner, nie mieli specjalnie sztywnego trzymania się grafiku. Rotacje były czymś normalnym. To, kto tego dnia przyjdzie na zmianę, było sprawą drugorzędną. Zresztą knajpa ostatnimi czasy nie radziła sobie jakoś wybitnie. Ludzie przychodzili, ale zdarzały się okresy kiedy każda nowa twarz była sporym wydarzeniem.

Chłopak odłożył telefon na szafkę i podszedł do okna. Za szybą rozciągał się widok na osiedle w krajobrazie późnej jesieni – smutnej, brudnej i martwej jak wszystkie cmentarze razem wzięte. Wiatr kołysał nagimi gałęziami drzew, a oprócz chmur na niebie kłębiły się spiętrzone masy dymu z elektrociepłowni i pieców.

– Adam, jedziemy do babci, chce z tobą porozmawiać – usłyszał nagle, i świat znowu lekko przyśpieszył

W głosie matki wyczuwał ciągle niesłabnące podniecenie całą sytuacją. Kiedy wychodzili z mieszkania, kobieta dwa razy upuściła klucze, a potem, kiedy już zeszli na chodnik przed blokiem, musiała się jeszcze wrócić po puderniczkę.

– Proboszcz będzie patrzył – powiedziała na usprawiedliwienie.

Ojciec nie skomentował tego, a Adam znowu myślami był gdzieś indziej.

***

Ciężko było wyjechać z miasta. Jak na złość wszyscy uparli się, żeby iść od roboty i ulice stały zakorkowane. Do tego jeszcze był wtorek, więc działało miejskie targowisko. Adam wyglądał na przygaszonego. Odkąd wyjechali, zaczęły trapić go wątpliwości. A co jeśli faktycznie miał zwidy? Może to resztki alkoholu, może jakieś głupie niedopatrzenie. Tak na dobrą sprawę nie powiedział im jak dokładnie Matka Boska się objawiła. Matka od razu zaczęła swoje przedstawienie, a potem jakoś to poszło i głupio było cofać, co zaczęto. Teraz też nie chciał wtrącać swoich trzech groszy. Ojciec był na skraju załamania, jego cierpliwość pękała z każdą sekundą, kiedy nie mogli ciągle wyjechać z miasta. W końcu się udało, ale do końca drogi w aucie panowała grobowa cisza.

Babcia już na nich czekała, na ganku w swojej kwiecistej chuście i z narzuconym na barki sukmankiem dziadka, pamiętającym pewnie jeszcze czasy, kiedy Teleranek był jakiś inny.

Ojciec wysiadł i od razu spytał, gdzie teściu.

– A grom go tam wi. Pewnie pod sklepem już żłopie piwsko. Gdzie Adaś?

Adam wysiadł jak na zawołanie. Dreszcze przejechały mu po plecach, kiedy wiatr zawył mocniej. Wszyscy weszli więc do domu. W środku pachniało trochę amolem, trochę cynamonem i domieszką suszonych grzybów.

– No, mów, dziecko, co widziałeś? – zaczęła babcia. Oczy świeciły jej się jak dwa diamenciki. Nigdy chyba nie była aż tak skupiona na czymś. Zwykle robiła kilka rzeczy naraz, przy tym gadała jak katarynka.

– No, wiesz, babciu…

– No, wim, wim. Matkę naszą kochaną widziałeś! Do księdza dzwoniłeś?

Tu wtrąciła się matka.

– Jeszcze nie. W zasadzie to jedziemy do niego. To trzeba, wiesz, mamo, na gębę.

Babcia przyznała rację, a ojciec jak zwykle, udawał, że słucha, a potem przeniósł wzrok w okno i przyglądał się krajobrazowi ponurej martwoty na zewnątrz.

– Pojedziemy do księdza, ale Darek niech zostanie, bo dziadek jak wróci, to będzie draka.

Ojciec spojrzał na teściową, ale nie powiedział nic. W ostatniej chwili sam przed sobą w myślach przyznał, że nie ma tak naprawdę ochoty jechać do klechy.

– Herbaty wam nie robię, bo czasu szkoda. Jedziem do księdza.

Adam siedział trochę z boku, na taborecie. Miał w głowie mętlik i kilka razy chciał już powiedzieć, żeby jednak zaczekać z tym księdzem i całym rabanem. Nic z tego jednak nie wyszło. Teraz i tak by pewnie nie uwierzyły, że jednak nie miał objawienia. Z drugiej strony, ona sam nie wiedział do końca czy je miał, czy jednak resztki whisky zrobiły swoje.

Proboszcz Malinowski siedział w pokoju gabinetowym, gdzie przyjmował interesantów. Miał w nim okno z widokiem na podjazd od frontu plebanii. Kiedy zauważył jakieś auto parkujące przed bramą, nie zdziwił się specjalnie. Wstał i nieśpiesznie podszedł do drzwi, aby odryglować zamek. Stare zasuwy stawiały lekki opór, ale w końcu się udało. Za każdym razem, gdy proboszcz Malinowski pytał siebie, dlaczego jeszcze nie kupi sobie nowych drzwi, w jego głowie pojawiał się obraz dorodnego SUV-a, którego parkował w nowiutkim garażu niedaleko plebanii.

– Niech będzie pochwalony – powiedziała matka Adama.

Ksiądz odpowiedział i przyjął wszystkich. Był trochę zaskoczony ilością osób, ale na razie nie zadawał pytań. Zresztą nie musiał, bo nestorka grupy wyszła z wiadomością od razu, nim tylko przekroczyła próg.

– Proszę księdza, proszę księdza, cud mamy, cud przenajświętszy!

Proboszcz uśmiechnął się lekko.

– Proszę mówić.

– Matka Boska mojemu wnukowi się objawiła. Mojemu, mojemu, proszę księdza!

Malinowski spojrzał na Adama, teraz jakby zaduszonego do końca chuderlaka, lekko zgarbionego, który stał na końcu, za swoją matką i tylko kiwnął głową, gdy proboszcz spytał go, czy babcia mówi prawdę.

– To jest bardzo poważna sprawa – powiedział, siadając za swoim biurkiem.

– Proszę księdza, mój syn mówi prawdę, ja to widzę w jego oczach. A kto lepiej może to poznać jak własna matka rodzona?

Malinowski pogrzebał coś w papierach, pomyślał, potem spojrzał na zegarek i w końcu powiedział:

– Gdzie to się wydarzyło? Należałoby tam jechać i sprawdzić miejsce tego… incydentu.

– Ksiądz nam nie wierzy? – obruszyła się matka.

– Ależ skąd, ale sama pani wie, że to nie jest prosta sprawa. Nie mogę ot, tak puścić depeszy do biskupa, że mamy nowe objawienie. Trzeba wszystko sprawdzić na spokojnie.

– Dobrze, skoro taka wola Boga.

Malinowski na szybko zmyślił, że jego auto ma niepodstemplowany przegląd i będą musieli jechać ich autem. Nikt nie protestował. Adam wyszedł z plebanii cały blady. Czuł się okropnie. Kiedy wsiadał do auta, miał nieodpartą ochotę, aby stamtąd zbiec, po prostu.

***

Malinowski w drodze wyjaśnił, o co chodzi z tymi objawieniami, jakie są procedury i tak dalej. Kobiety nie były zachwycone. Że to za długo, że przecież czarno na białym widać, że Matka Boska się ukazała chłopakowi, bo on dobry dzieciak. Resztę przekomarzania się kontynuowali już na miejscu. Adam pokazał, gdzie widział Matkę Boską. Zrobił to z największym trudem.

– Ten balkon, z bluszczem. Ukazała się w nim.

– W balkonie? – zapytał proboszcz.

– Nie, nie do końca. Raczej w bluszczu.

– Raczej, czy na pewno.

– No… nie jestem pewien, nie bardzo pamiętam, w bluszczu raczej.

Malinowski spojrzał na matkę i babcię Adama.

– Panie widzą i słyszą, chyba że mamy pierwsze symptomy niepewności. To źle wróży na przyszłość i dalsze losy badań.

– Proszę księdza, on po prostu jest tym faktem cały zszokowany. To normalne. Matki Boskiej się nie widuje codziennie w warzywniaku – broniła syna matka.

– Oczywiście, ale jednak proszę zauważyć, że… jak mu tam na imię, zresztą nieważne, ten chłopak nie jest pewny.

– Jest sposób – wtrąciła się nestorka. – Jest sposób, żeby było wszystko na miejscu.

Malinowski zmarszczył brew. W bloku obok w oknach zaczęli zbierać się ciekawscy ludzie, nie tylko standardowy monitoring osiedlowy, ale i ci, którzy zwykle nie praktykowali tejże czynności.

Emerytka zaczęła szukać czegoś w torbie. Zajęło jej to chwilę, aż w końcu wyjęła oprawiony w ramkę obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, wielkości kartki A5.

– Przysięgaj wnusiu, przysięgaj na obraz święty, że widziałeś Matkę Boską.

– To chyba nie jest… – zaczął proboszcz, ale kobieta przerwała mu z miejsca, obdarzając do tego pełnym gniewu spojrzeniem.

– Przysięgaj, Adaś! Widziałeś?

Chłopak spojrzał najpierw na Malinowskiego, potem matkę i na końcu na obraz zastygły w pomarszczonych dłoniach babki. Poczuł, że to ostatni moment, jeśli wejdzie w to dalej, będzie po nim.

– Ja… nie wiem. Nie jestem pewien – wydusił.

Nestorka o mało nie upuściła obrazu, a matka tylko westchnęła smutno. Proboszcz za to wyglądał na złego, a może nawet gorzej.

– To jak to z tobą jest? – zapytał.

Adam z początku nie zrozumiał, o co chodzi.

– Z czym konkretnie?

– Z tobą, chłopaku. Jesteś normalny? A może masz jakieś zaburzenia. Bierzesz narkotyki?

– Ksiądz sobie chyba żartuje! – wtrąciła matka, ale Malinowski udał, że nikogo oprócz niego i Adama w tej rozmowie nie ma.

– Jestem normalny.

– Widziałeś Matkę Boską?

– Widział, widział! Po prostu przysięga to dla niego teraz za dużo. Trzeba śledztwo, niech badają – zaczęła emerytka, wznosząc obraz nad głową.

Adam spojrzał jeszcze raz, ostatni na matkę. Nie poznawał jej, więc postanowił dłużej nie zwlekać. Nogi same prowadziły go pomiędzy blokowiskami, a siły jakby ciągle przybywały na nowo. Biegł trochę na oślep, gdziekolwiek, ale na tyle szybko, że bez trudu zgubił Malinowskiego, który nie wiedzieć czemu puścił się za nim w pościg i gonił z dobre trzysta metrów.

***

Dotarł na dworzec PKP. Zaczynało padać. Pierwszy listopadowy śnieg. Zawierucha sprzyjała mu, bo maskowała świat. Ludzi na dworcu było jak na lekarstwo. Raptem Adam i dwie starsze panie w kącie. Z peronu drugiego odjechał właśnie jakiś osobowy regionalny pociąg. Słychać było stukot kół. Chłopak usiadł na ławce i zamknął oczy. Nie myślał na razie o tym co będzie. W tej chwili cieszył się, że uwolnił się ze spirali, którą sam zaczął. Nie wiedział nawet kiedy zasnął. Lekko osunął się na ławce, ale nie na tyle, by zwrócić tym czyjąś uwagę. Śnił o jakiejś kobiecie, która szła torami w jego stronę i pokazywała coś za nim. Kiedy się odwrócił, ujrzał pędzący w jego kierunku pociąg, na którego przednich buforach ktoś przymocował obrośnięty bluszczem balkon.

– Hej, hej, pobudka! – usłyszał i od razu zerwał się na równe nogi.

Jakiś facet szturchał go w bok. Wyglądał trochę obleśnie, niedogolony, w starych ciuchach, pozszywanych na odwal się.

– Spałem?

– Nie, umarłeś. No raczej, że spałeś i chrapałeś. A tutaj ludzie w spokoju chcą na pociąg czekać.

Adam rozejrzał się po sali.

– Nie ma nikogo oprócz nas.

– Jak czekam na pociąg.

– Nie wygląda pan.

Facet wyglądał na oburzonego.

– A jednak młody, cherlawy gnojku. Spadaj stąd, tu nie sypialnia.

Adam spojrzał za okno. Było biało, ale śnieg przestał padać. Mógł więc powoli wracać do domu i obmyślać jakąś skuteczną wymówkę.

Wyszedł z dworca i przeciągnął się. Już miał ruszać dalej, kiedy nagle zobaczył grupkę osób biegnącą w jego stronę. Poznawał jedną z nich, to był synalek sąsiadów z góry, z ich bloku.

– Adam, Adam! Dawaj z nami! – usłyszał.

– O co chodzi? – zapytał, wciąż lekko zaspany.

– Jakaś starucha podobno weszła na dach naszego bloku i wykrzykuje, że jest wcieleniem archanioła!

– Skąd to niby wiecie?

– Cała okolica już huczy, nawet live’a jakiś gość transmituje.

Adam przeniósł wzrok na ekran smartfona, który chłopak podsunął mu prawie pod nos. Chwilę potem wszyscy biegli na osiedle. Adam najszybciej.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania