Bananowy Potwór

gatunek: horror, akcja, trochę komedii

 

Gdzieś na Karaibach, rok 1982, zachód słońca.

 

Dwóch rolników jedzie ciężarówką pełną świeżo zerwanych bananów, z sadu przez pola i łąki w kierunku pobliskiego wybrzeża, gdzie znajduje się mała przystań i nieduże lotnisko. Nagle w małej dżungli, zaledwie kilkaset metrów od przystani, dochodzi do poważnego wypadku: pojazd przewraca się bo wjeżdża na żółwia, a kierowca i pasażer zostają na tyle ciężko ranni, że nie mogą stać ani chodzić. Mogą tylko leżeć i się czołgać.

 

Przyczepa jest otwarta, część bananów wypadła na zewnątrz. Jeden z nich wyglądał jak przerośnięty choć nierozwinięty kwiat lilii. Był prosty, smukły i podłużny, miał jasnozielony kolor. Okazał się on być czymś innym. Pękł, a z środka wyskoczyła zielono-żółta modliszka wielkości szczura, która od razu ruszyła w stronę ledwo żywych ludzi i zagryzła ich, a następnie zjadła ich szczątki, po czym urosła do rozmiarów pawia i szybko uciekła z miejsca zdarzenia do lasu.

 

Wkrótce na miejsce zeszło się kilkadziesiąt miejscowych i turystów, którzy okazywali strach i smutek z powodu rozerwanego na pół wraku samochodu poplamionego krwią. Nie znaleźli żadnych ciał, a ślady prowadziły do lasu, gdzie po stu kilkudziesięciu metrach się skończyły. Tropów nie udało się zidentyfikować przybyłemu na miejsce badaczowi zoologowi. Doszli oni do wniosku, że mają do czynienia z nowym, nieznanym gatunkiem zwierzęcia drapieżnego.

 

Porto, Portugalia, rok 2002, słoneczny poranek.

 

Dwaj łowcy potworów, nazywający się Solanum i Acelga, postanowili zająć się dziwną i niepokojącą sprawą z roku 1982, o której dowiedzieli się w roku 1985. W tym celu popłynęli dużym statkiem badawczo-rybackim na Karaiby. Po kilku dniach dotarli do malowniczego brzegu wyspy, na której dwadzieścia lat wcześniej doszło do strasznego i niewytłumaczonego wydarzenia.

 

Karaiby, rok 2002, lekko pochmurny poranek.

 

Poszukiwacze niebezpiecznych i nierozwiązanych zagadek, uzbrojeni w pistolety, przyszli na miejsce zdarzenia. Zastali tu zardzewiały wrak ciężarówki, zarośnięty mchem, porostami i bluszczem. Rozejrzeli się dookoła. Powoli i ostrożnie weszli do dżungli. Po chwili zostali zaatakowani przez dzikiego węża, a dokładniej wielkiego wściekłego pytona który bronił swojego terytorium. Zastrzelili go zanim zdążył zadać im obrażenia. Ślady, jakie zostawiają węże, nie pasowały do tropów znalezionych i udokumentowanych przez naukowca.

 

Zatrzymali się, usmażyli mięso pytona na ognisku i zjedli, a wtedy wróciła im pełnia zdrowia oraz sił. Poszli dalej, a za dżunglą znaleźli małe miasteczko zbudowane wzdłuż drogi i oddzielone od wilgotnego tropikalnego lasu dosyć rozległym polem kukurydzy. Gdy weszli między rośliny, nadszedł środek dnia a spośród zbóż wyskoczył wielki zielony stwór przypominający modliszkę, a będący wielkości orangutana, dużego dzika albo guźca.

 

Niezidentyfikowane zwierzę wzbiło się w powietrze i pofrunęło do miasta. Podróżnicy pobiegli za nim, aż w końcu znaleźli się w samym środku osady, pośród niedużych drewnianych domów i zaniedbanych ogródków. Wzdłuż ulicy rosły drzewa owocowe, palmy i bananowce. Miejsce wydawało się być opuszczone albo bardzo słabo zaludnione, a łowcy potworów stracili dziwną istotę z pola widzenia.

 

Rozejrzeli się po okolicy i przeszli się przez nią. Prawie wszędzie były tylko małe rozpadające się posiadłości, sprawiające wrażenie niezamieszkanych przez co najmniej kilka lat. Solanum próbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte. Wyważył je więc mocnym kopnięciem i udało mu się. Poszukiwacze przygód weszli do środka i nie zastali tam żadnego człowieka, tylko kilka kotów szybko obudziło się, wstało na cztery łapy i w popłochu najeżyło się, podskoczyło, następnie zamiauczało bądź syknęło po czym wyskoczyło przez okna, które wydawały się być pozbawione szyb już od dawna.

 

Podróżnicy podeszli do podejrzanie wyglądającej, zabytkowej zamkniętej szafy. Nie potrafili otworzyć jej rękoma. W kącie zakurzonego pokoju znaleźli żelazny pręt, którym wyważyli drzwi, a wtedy coś wysokiego i smukłego wypadło prosto na nich. Na początku wydawało im się, że to mógł być zaczajony morderca albo ukryta ofiara zabójstwa, jednak szybko okazało się, że to tylko stojący wieszak z kilkoma starymi, pobrudzonymi i podziurawionymi czapkami i płaszczami. Z wrażenia aż upadli na drewniana skrzypiąca podłogę.

 

Zrzucili z siebie dawno zużyte ciuchy zamieszkane przez ćmy, szczury i nietoperze, po czym wstali, otrzepali się z kurzu i wyszli z powrotem na zewnątrz. Poszli dalej wzdłuż alejki obsadzonej roślinami tropikalnymi, aż nagle miasteczko się skończyło. Za nim rozciągała się dosyć duża plantacja tak zwanych drzewek bananowych, które naprawdę nie są drzewami, tylko tak zwanymi bylinami, czyli roślinami zielnymi żyjącymi dłużej niż dwa lata.

 

Nadszedł zachód pomarańczowego słońca na tle żółto-różowego nieba.

 

Poszukiwacze niewyjaśnionych zjawisk zauważyli, że coś się porusza wśród roślin. Weszli do sadu, poszli na miejsce, a tam znaleźli mocno poplamiony krwią szkielet krokodyla, na którym żerował przypominający przerośniętą modliszkę stwór wielkości krowy. Wyciągnęli pistolety i zaczęli strzelać w jego kierunku, ale na początku wydawało się, że jest odporny kule. Zwierz skończył jeść i zaczął biegać dookoła nich oraz skakać tuż nad ich głowami.

 

W końcu jednak istota osłabła, została w kilku miejscach lekko ranna, ostatkiem sił wskoczyła w gąszcz licznych bananowców. Jej krew była przezroczysta i miała żółty kolor. Ludzie za nią podążyli, ale nie mogli jej nigdzie znaleźć. Nagle z samego środka plantacji szybko wyfrunęło w niebo coś, co świeciło zielonym światłem, było wielkie jak autobus i miało kształt ogórka. Nikt nie potrafił wytłumaczyć co to było, ale w każdym bądź razie przerośnięta modliszka zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Nadciągnął wieczór, a nadal bezchmurne niebo stało się granatowe i szybko zapełniło się wielokolorowymi gwiazdami i mgławicami.

 

Łowcy potworów zostali zabrani z wyspy przez czarny helikopter w nieznane miejsce.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Zozole 26.07.2016
    Rozumiem, że będzie ciąg dalszy?
    ''Jej krew była przezroczysta i miała żółty kolor'' - To w końcu była żółta czy przezroczysta?
  • Zozole 26.07.2016
    Ucieło mi. Ogólnie tekst jest okej choć to nie mój gust. Ja stawiam na komedię, romans i sensację.
    Jest taki ... Nie wiem jak to nazwac ;3,5
  • Zozole 26.07.2016
    I przy okazji zapraszam do moich opowiadań / wierszy. Właśnie zaczęłam nową sari opowiadań.
    Pozdrawiam
  • Jak robisz siusiu, to też jest przezroczyste i ma żółty kolor ._.
  • Zozole 26.07.2016
    marcepanowypotwor yyyyyyyyy. Skąd wiesz? XDDDD
  • Grubas 26.07.2016
    Weszli - Wszedli
  • the_endrju 26.07.2016
    Nie w liczbie mnogiej - jest poprawnie
  • the_endrju 26.07.2016
    W liczbie mnogiej używa się Weszli, a nie Wszedli ;)
  • Grubas 26.07.2016
    Mocno średnie. Daję 3. Dużo pracy przed tobą.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania