Barwy w Ciemności cz.1 "Witamy na Nordvik"
Osada, do której przybył ulokowana była w wąwozie. Odgrodzona od wschodu i zachodu przez czarne, wyrastające ku górze skały, pokryte gdzieniegdzie śniegiem i karłowatymi krzewami. Do owych skał, przytulone były drewniane domostwa wykonane w północnym stylu, typowym dla ludów nordyckich. Niektóre z tych budowli były zdobione runami i rycinami. Ściany zbudowane z kamienia i gliny. Trudno było mu ocenić, z czego wykonane były dachy – jedyne co dostrzegał to grube warstwy śniegu.
Droga wykonana była z drewnianych desek – niewielkie to pocieszenie, ale zawsze jakieś. Przynajmniej nie musiał brodzić w śniegu. Ruszył nią przed siebie mijając pierwsze domostwo, przed którym stała jedna z tubylczych nordek – wysoka, co było typowe dla tego północnego ludu. Przyglądała się przybyszowi z nutką zdziwienia, podobnie jak inni mieszkańcy, którzy tego wieczoru dokańczali swoje rytuały dnia codziennego - rąbanie drewna, odśnieżanie, zamiatanie – widzieli na środku drogi drobnego Niziołka, otulonego grubymi futrami. Wyglądał z pewnością karykaturalnie w tym przesadnym odzieniu. Dla mieszkańców północy, niskie temperatury były codziennością - ale nie dla przybyszów z południa. Malec miał spory plecak podróżny, głowa odsłonięta, ukazująca rozwianą, potarganą czuprynę koloru ciemnego blond. Szare oczy, lekkie bokobrody, delikatnie spiczaste, charakterystyczne niziołcze uszy. Był wątły a nawet jak na przedstawiciela swojej rasy – niski. Wysokim Nordom, którzy w znacznej większości osiągali dwa metry wzrostu, sięgający im ledwie ponad kolana przybysz, na oko musiał mieć nawet mniej niż metr.
Był to widok dla tubylców dziwny. W tej ciszy zastanawiali się, czy to, aby nie zabłąkane dziecko. Żaden z nich jednak nie podszedł, po prostu przyglądali mu się w milczeniu.
- Niezbyt gościnni... - wymamrotał pod nosem Niziołek, po czym ruszył dalej drewnianą drogą, mijając kolejne domostwo.
Rozejrzał się i naliczył, że na całą tą osadę przypada zaledwie sześć dużych domów, z czego jeden z nich, ten który widział po swojej lewej stronie musiał być halą biesiadną - długa, szeroka, z pewnością największa spośród pozostałych.
- Przepraszam - odezwał się nieśmiało Niziołek, do mężczyzny opierającego się o płot przed halą - ta wieś, to Nordvik? Dobrze trafiłem?
Brodaty mężczyzna przyglądał się z góry przybyszowi - długo zwlekał z odpowiedzią, jakby go oceniał - jak się po chwili okazało, ten jeden był mniej powściągliwy.
- Zgubiłeś się smyku? - zapytał nachylając się.
Niziołek zdjął plecak i położył go na ziemi. Tubylec uniósł brew i przyglądał się poczynaniom małego, który po chwili wygrzebał zwitek papieru. Rozwinął go i drżącą od zimna dłonią sunął po mapie.
- Nie powinienem - odparł niepewnie - według mojej mapy i tego co mówiono mi w porcie, to... To trafiłem dobrze.
Nord wyprostował się i zaśmiał się gromko.
- Czego tu szukasz? Takie skrzaty za długo na Nordvik nie pożyją.
Przybysz zwinął mapę, ścisnął wargi i chwilę milczał.
- Na początek - podjął cicho i niepewnie - chciałem skorzystać z prawa gościnności, chyba że macie tu Panie jakąś karczmę - uśmiechnął się uprzejmie.
Brodacz znów się zaśmiał a następnie pacnął w czoło otwartą dłonią.
- Karczmę sobie zamarzył, południowiec! - zarechotał - a co jeszcze jaśnie pan by sobie zażyczył? - dopytał kpiąco.
Niziołek zdawał się być zmieszany, ale mimo to postanowił zaśmiać się wraz z Nordem, licząc na poprawę całej swojej sytuacji. Mężczyzna jednak momentalnie spoważniał i zmarszczył brwi. Skinął na swoje lewo, wskazując na długi dom.
- Idź do Gertrudy i nie zawracaj mi głowy Gnomie.
Mały spoważniał, wyprostował się.
- Z całym szacunkiem, Panie... Ale do Gnoma mi daleko. Jestem Niziołkiem - orzekł dumnie – to tak jakby pomylić... - tu mu przerwano.
- Jak dla mnie, możesz być nawet i wyrośniętym kurczakiem. Zmiataj stąd.
Przybysz ścisnął tylko wargi i nie podejmował dalszej dyskusji z niezbyt przyjemnym – w jego oczach – mieszczaninem. Podniósł swój plecak i ruszył z nim w kierunku wysokich, potężnych drewnianych drzwi. Nord tylko odprowadził go wzrokiem, po czym ruszył w kierunku pierwszego domostwa.
To czego malec się nie spodziewał, to walki z drzwiami. Nie sięgał do kołatki. Popychanie ich też nic nie dawało. Zaczął więc pukać, oglądając się jeszcze za siebie. Jego spojrzenie spotkało się z oczami pozostałych mieszkańców, którzy dalej przyglądali mu się jak jakiemuś dziwadłu.
Pukanie spotkało się jednak z ciszą. Ponowił próbę marząc o cieple paleniska i o tym, aby spotkać kogoś przyjaźniej nastawionego do obcych. W końcu usłyszał ciężkie kroki. Drzwi zaczęły się otwierać - na nieszczęście małego, w jego kierunku. Pchnięty i nieco wystraszony poleciał na plecy, wypuszczając plecak z ręki.
W drzwiach stanęła potężna postać - Nordka, odziana w zwykłą lnianą suknię. Gruby blond warkocz spływał po jej ramieniu. Była postawna – o szerokich ramionach i silnych dłoniach, o budowie zdradzającej siłę i wytrzymałość. Jej niebieskie oczy spoczęły na leżącej postaci.
- O rany - odezwała się kładąc dłoń na ustach. Głos miała ciepły, choć jednocześnie twardy. - Przepraszam, nic ci nie jest?
Nie zwlekając, zrobiła krok w przód i kucnęła przy Niziołku pomagając mu się podnieść.
- Nie, nic mi nie jest - odpowiedział i skinął głowa w podzięce, otrzepując jeszcze swoje plecy ze śniegu.
Mimo tego, że kobieta przy nim klęczała, musiał patrzeć wysoko w górę, aby nawiązać z nią kontakt wzrokowy. Zdawała mu się być nawet i większa od nieprzyjaznego mężczyzny, z którym przyszło mu przed chwilą rozmawiać.
- Naprawdę przepraszam, słyszałam, że ktoś puka, ale – nie dokończyła, podniosła się na równe nogi. Teraz jawiła się przed Niziołkiem jak prawdziwa olbrzymka, której ten sięgał zaledwie do kolan. Ot, spotkanie z goliatem.
- To moja wina, ja mogłem się odsunąć - mały odparł niepewnie, podnosząc znów swój plecak – podobno, mogę liczyć na Pani gościnę.
Kobieta przyglądała mu się nico zdumiona, po czym uśmiechnęła się ciepło i zrobiła mu miejsce.
- Proszę, śmiało - wskazała dłonią środek - straszliwie jesteście zmarznięci, zapraszam.
Przybysz skinął i ruszył do środka. Momentalnie uderzyło go wyczekiwane ciepło. Sala była spora. Na środku drewniane palenisko z rusztem. Po bokach zdobione smokami i dzikimi morskimi zwierzętami kolumny, drewniane wysokie stoły. Podłoga kamienna, wyłożona grubymi futrami. Prędko ruszył w kierunku ognia, wystawiając ku niemu dłonie. Zamknął oczy i uśmiechnął się błogo, czując coraz większe bijące od płomieni ciepło. Jego nos wyczuł też mieszaninę goszczących wewnątrz halli zapachów - zioła, palone drewno i dym.
Nordka zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do gościa.
- Nie miewamy w Nordvik gości z południa, a szczególnie takich... - chwilę milczała szukając odpowiedniego słowa - niedużych.
- Domyślam się - odpowiedział Niziołek, otwierając oczy i spoglądając w górę z uśmiechem. Odchrząknął po tym i zwrócił się ku niej – nazywam się Athanaric.
Kobieta znów kucnęła, uznając najwyraźniej, że w ten sposób lepiej będzie jej prowadzić rozmowy z istotą takiej postury.
- Gertruda - odpowiedziała - musisz być, Niziołkiem, prawda? - zapytała niepewnie – tutaj na Nordvik, nie widujemy nikogo innego poza, ludźmi z południa, czy też krasnoludami.
- Tak, Niziołek - potaknął z uśmiechem Athanaric.
- Musisz być głodny - wyprostowała się znów - mam potrawkę z dziczyzny. Elfhilda, nasza łowcza, upolowała dziś rano renifera.
- Będę niezmiernie wdzięczny Pani Gertrudo.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania