Baśnie
Dzień ciągnął się ospale. Zdaje się: oto niebo ziewa przeciągle i na końcu języka trzyma horyzont. Dolną wargą - lazur morza, górną natomiast błękit nieba. Letni okres dla wybrzeża oznaczał znudzone życiem pary, gromadki dzieci, nieznośny upał i starego Jagcyla, który nieustannie pomstował na wszystko. Jagcyl miał ten starodawny zwyczaj, iż wszystko, co nowe, określał jako z góry złe. Dlatego złem określał nowych ludzi, ludzi młodych, młode matki, nowe wynalazki, sposoby połowu ryb, a nawet nowe dekrety króla, które ten wydawał nieustannie.
Jagcyl pamiętał starą, w jego mniemaniu, piękną przystań, której nie brakowało niczego. Takie było zdanie Jagcyla. Wedle mieszkańców przystani brakowało wiele, począwszy od pieniędzy, po chleb, pracę, a chwilami ręce gotowe podjąć się każdej pracy. Dla Jagcyla życie w przystani, gdy była przystanią, a nie, jak teraz się o niej mówi "Kurortem", było życiem, o którym marzył od dawna. Jego marzenie legło w gruzach, przysypane piaskiem, zaprawą i kamieniami, na których w zaledwie ciągu roku, stanęły zupełnie nowe, drewniane, przestronne pensjonaty. Mieszkańcy odżyli na chwilę, zaczęli napełniać sakiewki złotem, miedziakami i srebrakami, cieszyć się życiem i uwielbiać pijaństwo, którego niegdyś nie kochali, pili jednak z przymusu, jak mawiał niejeden rybak, ponieważ pijaństwo pozwalało przetrwać nadmorską nudę i beznadzieję.
Jagcyl nigdy nie chwalił się własnym majątkiem, jednak pewien mieszkaniec, jedyny, który przywiązywał uwagę do ludzi w takim stopniu, iż mógł budzić obawy u Jagcyla, miał teorię na temat mężczyzny, który pewnego dnia, w podartym stroju, blizną na twarzy, bez dwóch palców i ze skrzywieniem szczęki, które stanowić musiało efekt jakiegoś starcia, po prostu zawitał do tego miejsca i postanowił tu zostać. Tym, co budziło najwięcej zainteresowania w wyglądzie Jagcyla, był brak nosa. W zasadzie pozostały wyłącznie jakieś jego strzępy i wielu ludzi nazywało Jagcyla "Jaszczurem" ponieważ gadzi wyraz twarzy pasował do dwóch, pokaźnych nozdrzy. Pewnego razu zapytany, co takiego przytrafiło się jego twarzy, iż wygląda, jak łajba roztrzaskana o skały podczas sztormu, odpowiedział, iż roztrzaskał się jak łajba podczas sztormu o skały. Jagcyl niechętnie wdawał się w rozmowę z kimkolwiek i kiedykolwiek. Wiadomo natomiast, iż lubował się wręcz w tutejszym, skromnym, a jednak stosunkowo schludnym domu schadzek, którym rządziła Gertruda: harda, bystra, przebiegła i jadowita kobieta, której zarzucano czary, konszachty z czortami i wiele, wiele innych rzeczy. Nikt, nigdy jednak nie zdołał zdobyć się na odwagę, by cokolwiek powiedzieć Gertrudzie w twarz. Co dziwniejsze, nawet najbardziej dziarski pijak, gdy skrzyżował spojrzenie z tym potworem w kobiecym ciele, nie tylko trzeźwiał, ale trząsł się jak mały chłopiec podczas pierwszej, burzliwej podróży statkiem.
Co dziwniejsze Jagcyl i Gertruda zdawali się rozmawiać wyłącznie ze sobą. Ich rozmowy miały niemal przyjacielski, poufały charakter.
Poza rozmowami z Gertrudą i spokojnym pijaństwem, któremu Jagcyl oddawał się w jedynej, zapuszczonej ruderze, ponieważ piękne bary i gorzelnie, które miały kusić swoim dobrostanem przyjezdną szlachtę, Jagcyla odpychały swym urokiem. A, iż nie miał nic do roboty, może za wyjątkiem ciągłego klęcia pod nosem, gdy jego uszu dobiegały wesołe, głośne i wysokie śmiechy wymuskanych panienek. Bały się umoczyć stopy w wodach tutejszego morza, toteż stały blisko brzegu i czekały, aż jakiś młodzieniec, najpewniej celem zalotów, zacznie dziewczęta chlapać.
Tego popołudnia, jak każdego niemal, wiejski, nadmorski spokój i plażowy harmider toczyły się zwyczajowym życiem. Spojrzenie kilku rybaków, którzy siedzieli pod jedną z małych stoczni, przykuła grupa ludzi, których sylwetki stawały się coraz bardziej widoczne na pagórku umiejscowionym nad plażą. Niewielka grupa osób nie korzystała z tutejszego traktu, lecz zdawała się wynurzać z bezpańskiej kniei, która porastała oddalone o pół dnia drogi, niewielkie wzgórza i rozległe moczary. Było to sporym dla rybaków zaskoczeniem. Po sposobie, w jaki grupa zbliżała się do nadmorskiej osady można było wnioskować, iż tak samo ludzie, jak i zwierzęta zdają się wycieńczone podróżą. W końcu dotarli do stoczni, przy której siedzieli rybacy. Ludzie sprawiali wrażenie przestraszonych, głodnych i zdezorientowanych. Jeden z mężczyzn zdołał wydusić te słowa:
- Panowie, panowie, ratunku, chleba i wody, prosimy, błagamy, ratunku, ratunku - w jego oczach rysował się zwierzęcy głód i strach.
Grupa ta przykuła także spojrzenie Jagcyla, który akurat miał się udać do domu uciechy, jednak nietypowy, jak na tą osadę widok obdartych podróżnych, sprawił, że Jagcyl podszedł do nich, by zasięgnąć języka:
- Czego tu chcecie i skąd przybywanie? - zapytał głośno, tak głośno, jak nikt nigdy nie słyszał, by jakikolwiek człowiek wydobył z siebie tak silne, głębokie, twarde i zimne dźwięki.
- Panie, przybywamy z Herszemu - zaczął zziajany mężczyzna w wieku około czterdziestu wiosen, z lekkim garbem, charakterystycznym dla farmerów - napadali nas, panie, napadli na Herszem, horda Keszeli, cała horda Keszeli, tylko garstka zdołała uciec, ta garstka, która jest tutaj ze mną.
Jagcyl wiedział, iż Herszem leży jakieś pięć dni drogi od osady. Pięć dni drogi konno, oni jednak najpewniej tę drogę przebyli w jakieś cztery, może trzy i pół dnia, najpewniej gnani strachem.
- Horda Keszeli, powiadasz wieśniaku? - Jagcyl powiedział to ciszej, chciał się upewnić, że tatem mówi prawdę.
- Cała horda, panie, na wszelką świętość i prawdomówność, zaklinam się w sercu, że nas napadli, ratujcie nas, błagamy, ratujcie chociażby wodą dla zwierząt i strawą dla nich, nim tutaj pomrzemy, u stóp morza, z którego przecież ani człowiek, ani zwierzęta nie mogą się poić.
- Dajcie im żarcia, ja to zapłacę - krzyknął głośno Jagcyl. Tak głośno, aż zdawało się, że stara, mała i drewniana stocznia zatrzeszczała, jak trzeszczy nieraz pod naporem morskiego wiatru. Rybacy zerwali się na równe nogi.
Jagcyl natomiast zaczął tańczyć jak szaleniec i krzyczał tak głośno, iż ktokolwiek był chociażby o setki stóp od osady, mógł go usłyszeć:
- Horda Keszeli, cała horda, horda, co kocha krew i śmierć, ogień i zniszczenie. Horda! Cała Horda - Jagcyl krzyczał głośno, wesoły, z uśmiechem szaleńca na twarzy. Można by pomyśleć, że nadmiar browaru uderzył mu do głowy, jednak ludzie, którzy na niego patrzyli, spostrzegli z przerażeniem, że Jagcyl nagle urósł o dobre dwie, może nawet trzy głowy, a bez tego górował nad każdym w osadzie. Teraz tym wyższy i zdaje się szerszy w barach, zdjąć ze swych pleców ogromny topów, którym jął machać i krzyczeć ze wzrokiem utkwionym w niebo:
- O, bogowie, dbacie wy jeszcze o mnie, dbacie o topór, co kocha siać postrach i popłoch, dbacie, by stal, co bez krwi rdzewieje, nie porosła krwią i nie straciła ostrza, lecz ciągle rąbać mogła kończyły, odcinać głowy, bić wroga, bić wroga! Haha! Cała horda!
Nie męczą tak bardzo emocje i uczucia drugiej osoby, jak sposób, w jaki o nich mówi.
Komentarze (1)
Świetnie się czytało, od razu włączyła się wizualizacja
Ostatnie zdanie, cała prawda.
Pozdrówka
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania