Będziesz na wózku

Ibrahim nie chciał w ogóle o tym dyskutować. „Będziesz na wózku, bo masz do tego prawo! Na lotniskach czasem trzeba iść dwa kilometry do kontroli paszportowej. Nie pozwolę, żeby mój mąż mi nagle zasłabł. Ty po prostu nie zdajesz sobie sprawy jak męczące dla organizmu są wielogodzinne podróże samolotem”. Jarosław opierał się jak mógł, ale w końcu skapitulował. Po zawale spędził dwa miesiące na rehabilitacji, a teraz zbliżały się wakacje, mieli lecieć do Azji. Lekarz wypisał im certyfikat, że Jarosław jest co prawda pod stałą opieką lekarską, ale latać mu wolno. Ale używanie wózka inwalidzkiego na lotnisku? To wywoływało w głowie Jarosława jakiś zgrzyt. Przecież nawet nie ukończył sześćdziesiątki! Miał co prawda siwe włosy, co w wielu krajach automatycznie przekwalifikowywało go na osobę starszą. Ludzie ustępowali mu miejsca w metrze, a w niektórych krajach podawali rękę przy wstawaniu z fotela i przy przechodzeniu przez ulicę. Automatycznie, „na oko” dawano zniżki w muzeach, nawet w Polsce. Ta siwizna do głębi wkurzała Jarosława, a teraz po tym zawale pewnie jeszcze bardziej się postarzał…

 

Tego lata zaplanowali długą podróż, w niektórych miejscach to wakacje, a w innych sprawy zawodowe. Udało się Ibrahimowi to wszystko poukładać w jedną długą podróż, prawie dookoła świata.

 

Samolot Japan Airlines wylądował na lotnisku Changi w Singapurze. Ibrahim narzekał, że zamówienie wózka inwalidzkiego na Changi nie było łatwe, trzeba się było dobrze napocić i wypełnić kilka formularzy w Internecie. Jak zawsze w tym kraju, wszystkie „darmowe” usługi były wydzielane opornie i w minimalnej ilości.

 

Jarosława poproszono by opuścił samolot na samym końcu. Omal nie dostał ponownego zawału patrząc na grupę „wheelchair assistants” przy wejściu do samolotu! Byli to sami starcy, pomarszczeni, łysi i bezzębni! W rękach trzymali napisy z nazwiskami osób którymi mieli się zająć. Jarosław szybko znalazł starca odpowiedzialnego za jego wózek. Wydawało mu się, że to on powinien tego staruszka wsadzić na wózek! Co za wstyd. A staruszek, rozmawiający sam ze sobą w jakimś chińskim języku, może po kantońsku, może po fudzijańsku, a może po tioczowsku, pchał wózek w niesłychaną energią. Wkrótce dojechali na kontrolę paszportową, staruszek pokierował ręką Jarosława by pobrać odciski palców. Załadował też walizkę do taksówki. W Singapurze nie daje się napiwków, Jarosław był tak zawstydzony, że zakrywał twarz rękami a staruszek pewnie myślał, że Jarosława boli głowa. Dopiero potem poczytali w Internecie, że w Singapurze staruszkowie pracują niekoniecznie dlatego, że są biedni. Rząd zachęca osoby starsze do pracy po to, by nie czuły się wykluczone ze społeczeństwa. A popychanie wózka to przecież gimnastyka, od której nie da się wymigać i jeszcze za którą płacą pensję. Ale żadne czytanie w Internecie o zaletach pracy dla staruszków nie pomogło, Jarosław miał okropne wyrzuty sumienia. I jeszcze większe w drodze powrotnej, bo tym razem wózek pchała staruszka, która, bez jednego słowa po angielsku, zwinnie przebiegła kilometry po czyściutkich dywanach Changi.

 

Jarosław ubolewał nad swoim losem. Gdy wysiedli z samolotu w Kuala Lumpur, na zewnątrz czekały dziewczyny w hidżabach na głowach. Jarosław nie wyobrażał sobie w tej pracy dziewcząt, ale było to lepsze niż singapurscy staruszkowie. Trochę się dziwił, że w kraju islamskim pozwolono młodym dziewczynom zajmować się mężczyznami, przecież na przykład wszyscy kelnerzy są w krajach islamskich to mężczyzni. Ale Malezja była ciekawym zlepkiem kultur, a poza tym najwyraźniej uznano, że inwalida czy staruszek to po prostu dziecko. Dziewczyna dzielnie przejechała przez terminal lotniska, Jarosław trzymał na kolanach plecak i miał na szyi zawieszoną saszetkę z dokumentami. Ze swej obniżonej pozycji na wózku obserwował setki osób z całego świata, które ustępowały wózkowi. Jakoś nikt nie kwestionował obecności na wózku samego Jarosława, widocznie ta siwizna mówiła sama za siebie. Dziewczyna pomogła znaleźć taksówkę, kierowca, też kobieta, załadowała walizki do bagażnika. Wszystko przebiegło supersprawnie.

 

Ibrahim i Jarosław znaleźli się też w czasie tej wyprawy na lotnisku Denpasar w Bali w Indonezji. Przy wyjeździe, na stanowisku odprawy lotów, zakwestionowano nagle zdolność Jarosława do latania. Nie czuł się źle, wyglądał tak samo jak zawsze, a poza tym, jakoś przecież dotarł do Bali, podczas wizyty na wyspie nie chorował. Osoba na stanowisku odprawy miała jednak wątpliwości. I tu właśnie pomógł papierek od doktora! Jak się okazuje, nigdy nic nie wiadomo, papierki trzeba ze sobą zawsze mieć.

Do popychania wózka w Bali wybrano najpiękniejsze młode dziewczyny na wyspie. Jarosław był na wózku, więc na szczęście ciągle gapić się na tą osobę nie mógł, tylko miał poczucie, że popycha go jakaś niebiańska istota, jakiś rajski kwiat czy anioł. Widział tylko szeroko otwarte oczy patrzących się na nią turystów. A ona się tylko przesłodko uśmiechała. Jarosławowi wydawało się, że znalazł się jakby w jakiejś broszurze turystycznej o Bali. Najbardziej ubawiło to wszystko Ibrahima, który orzekł: „Totalny odjazd. Gdybyś był hetero to pewnie patrząc na tą kobietę dostałbyś zawału na tym wózku!”

 

Następna przygoda z wózkiem miała miejsce dwa tygodnie później, lotnisko Bandaranaike w Colombo na Sri Lance. Lecieli do Delhi. Jarosławem zajął się wąsaty mężczyzna po pięćdziesiątce. To też martwiło Jarosława. Jak to się stało, że w wieku pięćdziesięciu lat człowiek ląduje z taką pracą, nie wymagającą żadnych kwalifikacji? Pewnie ten człowiek ma rodzinę na utrzymaniu. Ile on może zarabiać? Jarosław znów czuł się z tym niedobrze, a na tym etapie podróży jego biały kolor skóry zaczął mu już poważnie doskwierać. Strasznie nie lubił, gdy ludzie czekający na windy, często z bagażami i dziećmi musieli rozstąpić się, by ustąpić jego wózkowi. Choć wiedział, że chodziło o jego kondycję zdrowotną czuł się jednak jak jakiś biały kolonizator. Zamykał po prostu czasem oczy, tak go to wszystko wewnętrznie piekło.

 

Okazało się, że wchodzenie do samolotu do Delhi odbędzie się na płycie lotniska, gdzie pasażerowie dojadą autobusami. Jarosław zastanawiał się, jak go wsadzą w ten samolot. Okazało się to niezapomnianym przeżyciem. Jarosława przewieziono przez całe lotnisko i znalazł się w jakimś miejscu, gdzie parkowały samochody. Wsadzono go w jakąś rozgrzaną do żaru bagażówkę bez klimatyzacji, która następnie jechała przez piętnaście minut przez całe lotnisko. Jarosław i jego opiekun gotowali się w środku, na twarzy pojawiły się krople potu, nie było czym oddychać. Niejeden rozchorowany osiemdziesięciolatek pewnie w takich warunkach wyzionąłby ducha. Przez cały czas opiekun Jarosława rozmawiał głośno przez telefon po syngalesku. Bagażówka podjechała pod samolot, ale po przeciwnej stronie niż zazwyczaj. Wózek z Jarosławem postawiono na specjalnej windzie, która podstawiła go pod wejście do samolotu. Był to jedyny raz w życiu Jarosława, gdy wsiadł - a właściwie wjechał - do samolotu drzwiami z prawej strony, które otworzono tylko dla niego. Po tej operacji wsiedli do samolotu ludzie z autobusu, który czekał po prawej stronie samolotu. Wśród pasażerów było wiele dzieci. Po wejściu do samolotu, mijając go w przejściu każde dziecko porządnie zlustrowało Jarosława, patrząc na niego z zainteresowaniem i pewną dozą nieufności. Było to urocze i komiczne zarazem. Jarosław uśmiechał się do siebie. Jasne było, że wiele z tych dzieci nie widziało nigdy białego człowieka z bliska.

 

Na lotnisku Indiry Gandhi w Delhi czekał na Jarosława z wózkiem trzydziestoletni wąsaty mężczyzna. Okazał się jednym z najmilszych ludzi jakich Ibrahim i Jarosław spotkali tego lata. Pomógł ze wszystkim, stał za nich w kolejce z dokumentami, pomógł z bagażami, z bardzo zawsze skomplikowaną w Delhi kontrolą bezpieczeństwa, podprowadził ich do wejścia do samolotu do Warszawy. Sudip interesował się Jarosławem i Ibrahimem. Wypytywał się o wszystko. Był zafascynowany światem i ciekawy ludzi, czuł się podekscytowany tym, że poznał właśnie dwóch profesorów z Denver w Stanach Zjednoczonych, jeden z nich z Polski a drugi z Egiptu, lecących do Warszawy ze Sri Lanki. Gdy Jarosław wręczył mu pięć dolarów napiwku, Sudip kręcił bardzo głową i opierał się, było to najwyraźniej za dużo, czuł się potwornie skrępowany. Owszem, ważne jest, by napiwek nie był upokarzająco wysoki, nie było jednak wątpliwości, że Sudip zasłużył sobie właśnie na taką sumę. W końcu udało im się go jakoś przekonać. A Jarosław czuł się z tym wszystkim, jak zwykle, okropnie. Po prostu chciało mu się płakać.

 

Ostatni rozdział tej przygody to lot z lotniska Chopina w Warszawie. Na stanowisku odpraw pracownik LOT odkrył, że Jarosławowi potrzebny jest wózek. Jarosław protestował i odmawiał jak mógł, ale pracownik nalegał, że wózek się Jarosławowi należy, a jak się należy to też i będzie. Pojawił się młody chłopak. „Wreszcie odpowiednia osoba na odpowiednim stanowisku”, pomyślał Jarosław. Umiejętnie i szybko przeprowadził Jarosława przez wszelkie kontrole i zawiózł go do saloniku LOT. Powiedział, że za dwie godziny odbierze go ktoś inny.

Na godzinę przed odlotem, Jarosław zaczął się zastanawiać czy i kiedy ktoś po niego przyjdzie. Nikt się nie pojawiał. Robiło się ciut późno, Ibrahim pytał się pań przy wejściu, ale one tylko spokojnie powtarzały, żeby się nie martwić. Zaczęli rozglądać się po saloniku. Zauważyli, że stał tam sobie jeden chłopak ubrany w mundurek obsługi lotniska. Problem tylko, że on tam sobie stał już dobre piętnaście minut, patrzył się w telefon i nie ruszał się. Jarosław postanowił do niego podejść i zapytać się. Ależ oczywiście! Ten chłopak czekał na Jarosława, tylko nie przyszło mu do głowy by Jarosława poszukać. No tak, to młode pokolenie, pewnie miał coś fajnego do oglądania w telefonie.

 

Tysiące osób popychają na co dzień wózki inwalidzkie na lotniskach na całym świecie. Jarosław zastanawia się czasem co by się stało, gdyby te osoby się spotkały. Osiemdziesięcioletni dziadek i babcia z Singapuru, dziewczyna w hidżabie, bogini piękności z Bali, wąsaci, niscy i przemili panowie z Indii i Sri Lanki, oraz mazowiecki chłopak gapa. Jarosław wciąż o nich wszystkich myśli. Ujechał przecież z nimi pewnie czterdzieści kilometrów lotnisk.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania