Bękarty natury - prolog
Krzyki w wiosce zwiastowały najgorsze - monstra z Puszczy zaatakowały. Destory nadciągały. Wielkie, przypominające pająki, doskonale wyposażone potwory. Osiem nóg chronionych przez gruby pancerz, który choćby drasnąć mogła jedynie najtwardsza i najszlachetniejsza stal. Olbrzymi tyłów z jeszcze mocniejszym zbroją. Głowa pokryta tysiącami drobnych, ostrych płytek, paszcza z nieskończoną ilością kłów i jad wydobywający się ze wszystkich odnóży. Stwór, który powstał w jednym celu - by mordować. Poruszał się bezszelestnie. Wtapiał się w mrok. Noc była jego schronieniem. Zrywała wszelkie opory.
Destory pojawiły się znikąd.
Kiedy tylko zapadła noc, a drzewa zaczęły się miarowo kołysać, zaatakowały całą chmarą. Przybyły by siać niepokój, by czerń pokryła spokojne krainy. Zabijanie i niszczenie - ich główny cel.
Nie maszerowały długo, szybko dopadły pierwszą ofiarę. Spragnione krwi. Spragnione śmierci. Rzuciły się na nieszczęśnika powracającego ze stadem krów do wioski, napadły hordą, nie zostawiły nawet kości, rozszarpały człowieka, nie pozwalając mu nawet krzyknąć.
Wpadły do wioski. Drewniane mury nie stanowiły problemu - jedne wchodziły po nich, drugie niszczyły ochronę. Zew krwi przejął nad nimi kontrolę, buzował we wnętrzu, nie pozwalał się cofnąć, kazał napierać.
Kiedy ludzie zorientowali się w sytuacji, było za późno. Ze znalezioną naprędce bronią nie stanowili równego przeciwnika. Widły nie potrafiły nic wskórać. Prowizoryczne miecze nie mogły choćby zranić potworów. Wieśniaków skazano na śmierć. Nie wiedzieli, co przekroczyło drewniany mur, nie zdawali sobie sprawy, że właśnie stali się jednymi z ofiar vendetty mieszkańców Puszczy. Czarne monstra jedynie zwiastowały początek długiej, krwawej zemsty, tych o których świat zapomniał, a którzy czekali na odzyskanie sił, na odrodzenie się z popiołów. Bramy Puszczy wreszcie opadły, wypuściły żądne krwi dzieci cienia.
Zapomniane, stare legendy maszerowały w pochodzie, ludzie przed wiekami wyrzucili je z pamięci, nawet nie opowiadano ich dzieciom na przestrogę, teraz powracały ze wzmożoną mocą.
Wąskie uliczki wsi stały się więzieniem dla jej mieszkańców. Ludzie nie mieli dokąd uciekać. Destory otoczyły. Zaciskały śmiertelny krąg. Nie spieszyły się. Uważnie pilnowały, by zaspokoić pragnienie. Krok po kroku. Śmierć po śmierci. Wbijały ostre odnóża w pechowców. Rozrywały truchła. Zjadały. Nie istniała dla nich żadna przeszkoda - żadne mury, żadne zagrody, nic ich nie powstrzymywało. Zabijały niemowlaki, kobiety, starców, dla nich nie liczył się wiek i wygląd, tylko to, że ktoś należał do ludzkiej rasy. Zwierzęta nawet nie zareagowały na Destroy'e, wiedziały, że nadciągały, wyczuwały je, ale wiedziały, że na razie nie stały się ich celem. Pragnienia monstrów ich nie dotyczyły, przechodziły obojętnie, tak jakby wcale nie istniały.
Gdy ludzie zorientowali się, że walka na nic się nie zdała, próbowali uciekać, porzucili dobytek, bliskich, obudziły się w nich pierwotne instynkty - byle przeżyć. Jednak monstra nie tylko posiadały nadczłowieczą potęgę, ale i szybkość godną wyścigowego konia. Nie istniał żanen ratunek dla wieśniaków. Kiedy już nakierowano Destory przeciwko komuś lub czemuś, nic nie mogło stanąć pomiędzy nimi i ofiarą. Marionetki w rękach szaleńca - gotowe poświęcić życie, by spełnić zadanie, by wyszarpać z ludzkich osad wszelkie oznaki życia. Żadnych uciekinierów. Żadnych ocalałych. Żadnych konających. Tylko trupy.
Noc obfitowała we wrzaski i płacze, monstra były głuche, więc nie mogły upajać się swym sukcesem, co innego podążający za nimi cień. Radował się na widok pogrążonych w grozie twarzy, nie mógł nadziwić się swym geniuszem, on sprowadził nieskończone cierpienie - czerpał z niego siłę, dzięki niemu przetrwał, dzięki niemu zyskiwał potęgę.
Kroczył dumnie, a ciągnący się po ziemi płaszcz wpijał krew, która zalała uliczki, place, domy. Cień wręcz potykał się o pozostałości rzezi. Trzewia leżały wszędzie. Posoka spływała po murach. Śmierć czaiła się w każdym zakamarku.
Wziął głęboki oddech. Pachniało pięknie. Tęsknił za tym metalicznym zapachem. Najpiękniejszy na świecie aromat: jeszcze ciepłego ciała, tego z którego dopiero odpłynęło życie.
Padlinożercy zaczęli powoli się schodzić. Puszcza wypuściła dzieci potrzebujące pożywienia. Potrzebujące trupów. On zamierzał dać im to wszystko. Uszczęśliwić mieszkańców, podarować im to za czym tak bardzo tęsknili. Tylko musieli być mu posłuszni. Tylko go słuchać.
Poczuł zdenerwowanie chowańców, wściekłość Destroy do niego dotarła, był z nimi połączony umysłem. Kierował nimi. Teraz zaczęły się denerwować, coś ich rozzłościły. Czuły człowieka. a nie mogły go pochłonąć. Skierował do nich swe kroki. Wybałuszył oczy. Na środku wioski, otoczony przez syczącą hordę, stał chłopak… Zakrwawiony, kurczowo ściskający w jednej ręce ogromny miecz, w drugiej łeb kreatury, kapała z niego czarna, lepka ciecz, tworząc wielką kałużę koło nóg jedynego żywego śmiertelnika w wiosce. Dyszał. Drżał. Opierał się o tułów Destroy'a. Zaczął panicznie się śmiać, gdy spostrzegł w tłumie monstrów cienia. W młodzieńczej klatce piersiowej obijało się serce. Bał się, okropnie się bał czerwonych ślepi, ściekającego jadu, żądzy mordu, a jednocześnie coś sprawiało, że wciąż stał, że rzucił głowę do okręgu i fanatycznie zachichotał.
Chociaż monstra chciały go zabić, rozszarpać, pożreć, nie mogły, chroniła go pradawna bariera, ta sama która jeszcze niedawno rozpościerała się nad Puszczą, on był poza ich zasięgiem,
- Witaj, dzieciaku - rzekł cień, podchodząc bliżej, również bezsilny - ani jego broń, ani magiczne moce, nic, bariera powstrzymywała skutecznie przed mordem. - No i co teraz? Rzucisz się na całą hordę? A może na całą armię? Zabiłeś jednego destroya, moje szczere gratulację, naprawdę, dawno żaden śmieć tego nie dokonał, wkurzyłeś je do szpiku kości i wiesz co? Kiedy bariera przestanie działać, one rozprawią się z tobą, pozwolę im cię pożreć, żywcem, będziesz cierpiał jak jeszcze nikt na świecie.
Chłopak prychnął lekceważąco.
- Nie pozwolę, by to się stało, nie dam ci tej satysfakcji… - powiedział. - Nie przyszedłem z tobą walczyć, wiem, że mimo tego, że nie możesz mnie zabić, ja nie jestem w stanie cię uśmiercić, jeszcze. Przyszedłem ci tylko przekazać wiadomość. - Zamilkł. - „My o wszystkim wiemy, Ingwarze, nie spoczniemy, póki nie wrócisz do swego lochu, póki nie obrócisz się w popiół, choćbyśmy mieli poświęcić własny byt, umrzesz, Czwarty.”
- Ohohoho. - Ingwar zaśmiał się siarczyście. - Kto by się spodziewał, że posłańcem mych braci będzie jakiś grzdyl wiedźmy, jakiś odrażający robak, który ciągle ucieka przed śmiercią. - Uśmiechnął się sarkastycznie. - Powiedz im, że są zbyt słabi, by mnie pokonać. Niech oni pierzchają przede mną, wypowiedzieli mi wojnę, która skończy się dla nich tragicznie. - Jego śmiech zagłuszyły przeraźliwe syki Destory. - Idźcie i zabijajcie! - rozbrzmiał tubalny głos, cień dość się nasłuchał dzieciaka, nie stanowił dla niego przeciwnika, był tylko chłopaczkiem, śmiertelnikiem. - Niech świat pogrąży się w chaosie!
Destory ominęły chłopaka, maszerowały w kierunku gwiazdy polarnej, w kierunku kolejnych wiosek, w kierunku kolejnej rzezi. Kroczyły, aby zaspokoić swego pana, aby napełnił się energią, aby całun śmierci przykrył wszelkie osady ludzkie.
- Żegnaj, dzieciaczku - powiedział na odchodne, zatrzymał się obok chłopaka, skrzyżował z nim spojrzenie, niemożliwie jasnoniebieskie oczy przeszyły śmiertelnika na wylot. - Ciesz się życiem, bo niewiele ci go pozostało.
- Stek bzdur - rzekł butnie Dagr, lecz w jego głosie zamajaczyła nutka strachu, którą doskonale wyłapał Ingwar, żywił się przerażeniem, kochał je czuć.
Wskoczył na jednego ze swych poddanych. Pozostawił za sobą krwisty znak - dla wszystkich jego wrogów, dla wszystkich ludzi i tych którzy chcieli z nim walczyć, Ingwar nie brał jeńców, zabijał wszystkich. Raz popełnił błąd pozostawienia żywej istoty. Raz pozwolił, by przetrwała. Poprzysiągł, że więcej tego nie uczyni.
Bezlitosny. Mściwy. Dziecko pradawnej mocy, które na nowo się urodziło. Bękart natury.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania