Bestia z Modorii
W Modorii życie toczyło się różnie. Raz dobrze, raz źle. Zazwyczaj ludzie pochłonięci byli swoją pracą [najczęściej rybołóstwem]. Miasto to było znane z powodu swojego położenia. Oddalona o kilka mil wyspa przyciągała kupców i podróżnych. Mieszkało na niej wiele różnych ras: ludzie, elfy, krasnoludy, niziołki oraz wiele potworów podszywających się zazwyczaj pod ludzi. Na ich czele zasiadał król. Jego poddani mieli o nim bardzo dobre zdanie. Według nich król zawsze starał się jak najmocniej o dobro jego miasta. We wszystkich uliczkach panoszyli się strażnicy, uniemożliwiający jakąkolwiek napaść bądź kradzież. Mieszkańcy Modorii czuli się bezpiecznie w swoim mieście. Ponadto król rozwijał miasto przez powiększanie wojska, inwestowanie w sady i eksploracje morza. Żeglarze znajdowali zazwyczaj wraki zatoniętych statków. Rzadko znajdowało się w nich coś ciekawego. Okręty czasami odwiedzały różne potwory, lecz prawie zawsze łatwe do pokonania. Gdy król o tym usłyszał, nakazał, by na każdym statku znajdował się co najmniej jeden zbrojny na wszelki wypadek. Z tych powodów Blake zdziwił się, kiedy otrzymał list od króla Modorii. Nigdy nie otrzymywał zleceń w tamtych regionach, a podróżował po całym kontynencie. W dodatku, o ile wiadomo Blake’owi, król nigdy nie wezwał tam żadnego harkona. Blake nie mogąc uwierzyć, czytał raz po raz list:
Wielce Szanowny Pan
Blake z Nebalen
Modoria, Miasto Wodne
Zamek ,, Borklon ’’
18 czerwca 973p. R.
Szanowny Panie Blake,
Czyta Pan ten list, gdyż jest pan sławnym harkonem, którego król potrzebuje. Dobrze wiem, że jest Pan nieufny i nie zabiera się za grosze warte zlecenia. Musi mi pan uwierzyć, że potwór, którego chcemy się pozbyć poradził sobie z trzydziestoma zbrojnymi. Zatapia nasze okręty oraz przepędza nam ryby. Od ponad dwóch tygodni żaden rybak nie wyłowił ani jednej ryby. Ponadto monstrum to zaczyna zbliżać się do miasta, ponieważ od kilku dni wypływające statki w niedalekiej odległości są zatapiane. Widziałem ze swej wieży jeden taki atak i z nożem na gardle mogę powiedzieć, że słyszałem nieludzkie krzyki naszych mieszkańców i widziałem, jak przecięty na pół okręt znika w głębi morza. Żywię głęboką jak nasz ocean nadzieję, że przyjmie Pan nasze zlecenie. Nagroda to sześć tysięcy franków.
Z głębokim uszanowaniem,
Sekretarz miasta Modoria
Noeh Percil
*
Okręt z początku płynął spokojnie. W połowie rejsu kilka razy, morze się wzburzyło. Blake zawsze źle się czuł na statkach.
- Nie znoszę tych podróży łajbami - mruknął głośno.- Ale czasami trzeba. Nie mogę odrzucić takiej oferty.
Zamyślił się. Nie wiedział nawet, co zrobi z taką sumą pieniędzy. Ten potwór musi być jakiś potężny. Zamyślił się znowu i popatrzył na swój miecz.
- Do wymiany - powiedział z cicha.- Po starciu z morkrenem miecz ledwo się trzymał. Gdy Blake lekko nim ruszał, ostrze prawie się odrywało.
- Powiem królowi, że ma dla mnie zorganizować najlepszy miecz w mieście w zamian za podjęcie się zlecenia lub zaliczki - rzekł pewnie.
Nie zdążył się nawet zorientować, że dopłynął do brzegu. Statek gwałtownie zatrzymał się na przystani. Znajdowała się ona na obrzeżach miasta. Nie było to centrum Modorii, lecz Blake nigdy nie widział piękniejszej okolicy. Wszystko było zbudowane z kamienia: domy, płoty, mosty, ławki, tablice ogłoszeniowe, ścieżki oraz ogromny zamek na wysokim wzgórzu. Rosło też mnóstwo drzew. Blake, choć nie był koneserem przyrody nie mógł się napatrzeć. Widać było, że król dba o miasto również w aspektach wystroju. Z podziwiania wyrwał go jakiś człowiek.
- Przepraszam, pan Blake - powiedział.
- Zależy kto pyta - odpowiedział poważnie.
- Ja od króla...- dodał niepewnie. - Mogę już pana zaprowadzić do niego? Bardzo wyczekuje pańskiej wizyty.
- Czy to pan pisał do mnie list? - odpowiedział pytaniem.- Domyślał się, że to on napisał do niego. Bogate, schludne szaty od razu kojarzyły mu się z ludźmi takimi jak sekretarze. W dodatku nosił binokle, co dodawało mu powagi.
- Tak...- zamilkł na chwilę.- Czy moglibyśmy już iść?
- Zatem chodźmy - wymówił z lekkim entuzjazmem.
*
Sekretarz niezwykle się spieszył. Nie lubił angażować się osobiście w tego typu sprawy jak chociażby prowadzenie harkona do króla. Zazwyczaj po prostu kogoś wysyłał, lecz nie w tym przypadku. O potworze wiedzieli tylko żeglarze i kilka osób wysoko postawionych w Modorii. Jego pan nie chciał, by jego poddani przejmowali się jakimkolwiek zagrożeniem. Mogłoby to doprowadzić do wybuchu paniki w mieście. Król nie może wysłać na potwora wojska, bo wtedy żołnierze mogą poinformować innych o lokalnej morskiej paskudzie. Dlatego zmuszony był wezwać do tego zadania profesjonalistę. Harkona, łowcę potworów, który zabija je zawodowo. Sekretarz zawsze się ich bał. Tych, których spotkał mieli mordercze spojrzenie i prawie zawsze zabrudzone brązowe pierścienie. Nie wiedział, do czego ta biżuteria jest im potrzebna, lecz pogłoski mówiły o ich ukrytej na pierwszy rzut oka mocy, która zdolna jest do nieco zaawansowanej magii. Harkoni według niego byli bez serca i gotowi zabijać bez mrugnięcia okiem. Przechodzili oni przez piekło w wieku około piętnastu lat. W tym czasie mieli robione liczne operacje dające nadludzkie moce. Byli niezwykle silni, szybcy i wytrzymali. Mieli też wyostrzony wzrok, słuch, węch i smak. Po mutacjach zawsze był jakiś skutek uboczny. Najczęściej były to paskudnie wyglądające blizny. Harkon, którego właśnie sekretarz prowadził, nie był taki sam jak inni, których widział. Był spokojny i cichy. Zamiast brązowego, miał złoty błyszczący pierścień, który odbijał się w świetle słońca. Jego skutkiem ubocznym była prawdopodobnie blizna na lewym oku, gdyż nosił tam opaskę. Jego krótko ostrzyżone ciemne włosy lekko powiewały na wietrze. . Musiał znać się na swojej robocie, bo miał wiele pozytywnych opinii. Z zadumy wyrwał go widok wielkiej kamiennej bramy.
*
Po około dwudziestu minutach Blake stał przed królem Modorii. Wyobrażał go sobie jako przystojnego pięćdziesięciolatka, lecz był w błędzie. Niski, młody z chrapliwym głosem władca był bardziej brzydki niż przystojny. Wyglądał jak wyrośnięte dziecko. Twarz miał dorosłą, lecz wszystko inne podobne do czternastoletniego młodzieńca. Miał długie, jasne włosy sięgające mu do połowy pleców. Blake nie posiadał długich włosów, ponieważ przeszkadzałyby mu w pracy. Chociaż król nie wyglądał poważnie [prócz twarzy] harkon miał do niego szacunek. Widział przecież skutki objęcia przez niego władzy. Wiedział, że ten niepozorny człowiek jest bardzo inteligentny. Wreszcie tę chwilę ciszy przerwał władca Modorii:
- Blake’u z Nebalen- zaczął.- Wynająłem cię, byś zajął się bestią grasującą w naszych morzach. Wiem, że to monstrum potężne, lecz wybrałem do tego zadania ciebie, gdyż jesteś najlepszy z najlepszych. Moi znajomi wypowiadali się o tobie bardzo pochlebnie, mam nadzieję, że nie bez powodu.
- Dziękuję wasza ekscelencjo - ukłonił się głęboko.- Niestety nie mogę podjąć się tego zadania od razu, żebym to zrobił, potrzebuję waszej królewkiej mości pomocy.
- Zatem, jakie są twoje prośby? - odparł ze stoickim spokojem król.
- Nie chcę z waszej wysokości wyciągnąć jak najwięcej profitów - podjął z małym wstydem.- Zapewniam, że moje żądania są niezbędne. Nie będą one bardzo wymagające.
- Jeśli spowoduje to przyspieszenie pana pracy, to nie ma to dużego znaczenia - odpowiedział. Każę wypełnić je co do joty.
- Moją pierwszą prośbą jest uzyskanie jak najlepszego miecza jaki macie, gdyż mój uległ uszkodzenieniu - pokazał zniszczone ostrze, które zabiło niejednego potwora. - Drugą natomiast pozyskanie wierzchowca, ponieważ mój nie dostał się na statek. Moją ostatnią prośbą drogi królu jest po prostu więcej informacji. Czy ktoś widział to monstrum?
- Owszem drogi harkonie - uśmiechnął się z powodu oficjalnego przyjęcia zlecenia.- Mój sekretarz cię do niego zaprowadzi. Twoje prośby zostaną niedługo spełnione - spojrzał na stojących nieopodal pachołków. - Macie załatwić dla pana harkona najlepszy miecz i najlepszego konia w mieście. Macie wyruszyć natychmiast.
Nie minęła chwila, a parobków już nie było. Blake myślał nad zadaniem jednego pytania, lecz nie chciał urazić króla. W końcu zdecydował się je zadać:
- Mam jeszcze jedno pytanie - powiedział najspokojniej i najłagodniej jak umiał. - W tym urodzajnym miejscu musi być jakiś mag lub magiczka. Mógłby albo mogłaby mi pomóc. Czy wasza wysokość wie, gdzie taka osoba się znajduje?
- Nie wiem, gdzie taka osoba się znajduje - wydusił z siebie ze zmartwioną miną.- Niestety nasz czarodziej niedawno zniknął i jeszcze nie znaleźliśmy nowego. Nie pomoże on panu.
- Nie mam więcej pytań - rzekł.- Proszę zaprowadzić mnie do osoby, która widziała na oczy to okropne paskudztwo.
*
Harkon podczas spotkania z rybakiem czuł się staro. Od tego dziadka wręcz biła starość. Pachniał nią i wyglądał na starego. Blake dotarł do niego, przechodząc przez wąskie, śmierdzące rybą uliczki. Nie spodziewał się, że to miasto posiada tego typu miejsca. Na pierwszy rzut oka tak to nie wyglądało. Zdziwił się też, że ten człowiek przebywa w szpitalu. Po spotkaniu z królem Blake zaczął z nim rozmowę po około 10 minutach. Sekretarz zaprowadził go do niego w godnym podziwu tempie. Blake zaczął wpatrywać się w tego tajemniczego starca. Poraniony do krwi, jednonogi dziadek też się na niego patrzył. Wreszcie staruszek przerwał ciszę:
- Wiem z czym do mnie przychodzisz- powiedział bardzo chrapliwym głosem.- Ta bestia oderwała mi nogę i zjadła na moich oczach, gdy przed nią uciekałem. Na szczęście był wtedy festyn i potwora spłoszyły fajerwerki.
- Opiszesz mi go? - wymówił głośno, by rozmówca go usłyszał.
- Ma około 3 metry wzrostu- zaczął starzec.- Jest obślizgły i pokryty śluzem. Sylwetką przypomina giganta. Ma ostre jak rekin zęby i świecące ślepia. Posiada również kilkanaście długich, przyczepnych macek, które wyrastają mu ze środka pleców.
- Chyba wiem, co to za potwór- rzekł z kamienną twarzą.
Wydawało mu się, że opis idealnie pasuje do losmona. Było to prawdopodobne, gdyż wyobrażał sobie, jak to monstum bez problemu zabija 30 żołnierzy. Ważną informacją było to, że potwór boi się fajerwerków. Mogło to znacząco pomóc w walce. Wiedział też, że sam nie da rady go pokonać. Będzie potrzebował wsparcia. Pomyślał, że na pewno kogoś znajdzie w pobliskich karczmach. Roi się tam pełno niepozornych podróżnych, którzy potrafią walczyć. Trzeba zacząć przygotowania. Musiał już ruszać. Chciał pożegnać się z dziadkiem, dlatego przerwał rozmyślania:
- Dziękuję ci za pomoc - powiedział harkon.- Mam nadzieję, że długo jeszcze pożyjesz.
- Mylisz się - opowiedział spokojnie starzec. - Mój doktor dał mi maksymalnie kilka godzin życia. Zanim odejdę chcę, żebyś zabił to monstrum, które pozbawiło mnie kilku lat życia, a niektórych położyło do grobu znacznie wcześniej.
- Obiecuję, że to zrobię - rzekł poważnie.
-Dziękuję - wycharczał.
Mówiąc to starzec zamknął oczy i wyzionął ducha.
*
Blake po tym zdarzeniu poczuł się dotknięty. Ta miła osoba powinna jeszcze żyć kilka lat. Przyrzekł sobie, że zabije tego przeklętego potwora jak najszybciej i za wszelką cenę. Było dość wcześnie, dlatego postanowił zrobić to jutro. Zorganizowanie pomocy i ułożenie planu nie powinno zająć dużo czasu.
Od razu po spotkaniu ze starcem harkon poszedł do pobliskiej karczmy. Gdy tylko się tam pojawił, poczuł kuszący zapach gulaszu rybnego. Kątem oka zobaczył czterech mężczyzn, którym nie spodobało się jego przybycie. Na pewno byli po kilku kolejkach, ponieważ co chwila, któryś z nich spadał z krzesła. Blake zobaczył też siedzącego w rogu karczmy krasnoluda, który łapczywie wypijał zawartość kielicha. Obok niego leżał ogromny topór, dlatego postanowił się do niego przysiąść :
- Witaj - zaczął. - Szukasz może roboty? Widzę, że posługujesz się toporem. Mam potwora do zabicia. Oferuję 1000 franków za pomoc.
- Ile? - wykrzyknął głośno. - To musi być jakaś potężna bestia. Czy jest duża szansa na moją śmierć?
- Absolutnie- stwierdził. - Będziesz wsparciem w ramach potencjalnych kłopotów.
- W takim razie nie mogę odmówić - powiedział zadowolony. - Jest jakiś plan?
- Musimy jeszcze znaleźć więcej osób do pomocy - odpowiedział harkon.- Znasz kogoś takiego?
- A i owszem - rzekł tajemniczo. - Co się stanie jeśli powiem ci, że to potwór?
- Nic o ile nie stanowi to zagrożenia dla innych - powiedział obojętnie.
- Oj stanowi, stanowi i to ogromne - zaczął krasnolud. - Jest niezwykle potężny. To wampir psychiczny. Może atakować ludzi, ale nie robi już tego od wieku. Jest stary i twierdzi, że nie ma to sensu. Możesz być spokojny. Mam też do ciebie pytanie. Jaka jest twoja godność?
- Blake z Nebalen - odpowiedział bez wahania. - A twoja?
- Thomas Luthor - wymówił wyraźnie. - A kolegi Gilbert Dorklen.
- Jeśli chcesz mi pomóc - rzekł Blake. - Staw się z kolegą u króla. Pytaj się o mnie. Na pewno będzie wiedział o co chodzi. Zrozumiano Thomasie?
- Jak najbardziej - powiedział. - Muszę najpierw spotkać się z wampirem. Jak to zrobię, od razu pójdę z nim do zamku.
- Ja w tym czasie obmyślę cały plan - postanowił Blake. - Żegnaj.
- Żegnaj harkonie - krzyknął cicho, jednocześnie wychodząc z karczmy.
*
Łowca potworów jak stwierdził tak zrobił. Siedział teraz w tym samym miejscu, w którym rozmawiał z krasnoludem, ustalając wszystkie szczegóły akcji.
Zastanawiał się jak zwabić losmona. Według harkońskiego bestiariusza lubił on zapach smoczych jaj, lecz Blake natychmiast odrzucił tę myśl, gdyż była w tym momencie niewykonalna. Nie było żadnych smoków w okolicy, a może nawet w całej Donii. Przyciągała go też pewna roślina. Nosiła nazwę ,,Tuprom’’. Wyrastała na zwłokach martwych organizmów, które znajdują się w wodzie. Blake nie mając innego wyjścia, postanowił ją zdobyć, a następnie użyć jej jako przynęty na potwora. Najpierw musiał dowiedzieć się, w jakim miejscu znajdują się wraki statków, ponieważ prawdopodobne było znalezienie tam tupromu. Wiedział też, gdzie na pewno uzyska te informacje. Ruszył do wyjścia lecz zatrzymali go upici mężczyźni o krzywych spojrzeniach:
- Hej mutancie - powiedział najwyższy z nich.
- Tak... - odparł spokojnie Blake.
- Nie życzymy sobie tutaj takich jak ty - wykrzyknął dość głośno. - To nasza ulubiona karczma. Podają tu najlepsze trunki. By nauczyć cię, żebyś się tu nie pojawiał pokażemy ci, kto tu rządzi.
Blake nie czekał, gdyż jego rozmówca miał cały czas zaciśnięte pięści. Od razu gdy skończył mówić wyprowadził kopnięcie, które bez problemu zwaliło go na ziemię. Harkon z łatwością dosięgnął swoją nogą jego głowy. Koledzy znokautowanego mężczyzny rzucili się na niego z pięściami. Blake kucnął, położył na ziemię nogę i obrócił się szybko, podcinając trzech jego przeciwników. Pierwszy, który wstał otrzymał soczysty cios w twarz. Drugiemu harkon sprzedał mocno wyprowadzonego sierpowego. Ostatni okazał się najmądrzejszy, gdyż widząc to uciekł gdzie „pieprz rośnie”. Blake po tym zdarzeniu wyszedł z ulubionej karczmy jego nowo poznanych kolegów. Wiedzę o tym gdzie rosła roślina na pewno posiadał profesjonalista, zielarz. Harkon idąc do króla zobaczył jeden z tutejszych lokali zielarskich z tabliczką ,, Rośliny wszelkiego rodzaju’’. Postanowił się tam udać:
- Dzień dobry - powiedział Blake.
- Dobry, dobry - odparł. - W czym mogę pomóc?
- Poszukuję pewnej rośliny - zaczął powoli. - Chodzi mi o tuprom.
- Na pewno? - zapytał zielarz.
- Na pewno - odpowiedział harkon. - Wie pan w jakich regionach mogę ją znaleźć?
- O ile wiem... - wyjrzał przez okno. - Widzi pan te wysokie skały? Według mojej wiedzy rozbija się o nią kilka wraków rocznie. Uważam, że tam znajdzie pan bez problemu to, czego szuka.
- Dziękuję za pomoc - podziękował kierując się w stronę drzwi.
- Tylko niech pan uważa - zaczął z niepokojem. - Ponoć grasują tam jakieś potwory.
- Jakoś sobię poradzę - odrzekł spokojnie. - Do widzenia. Życzę sukcesu w karierze.
- Nawzajem - odpowiedział. - Do widzenia.
*
Harkon nie mógł wyruszyć na tą wyprawę bezbronny, dlatego ruszył w stronę zamku. Czekał tam na niego sekretarz, który bez słowa wręczył mu stalowy, błyszczący miecz i szarego wierzchowca. Blake postanowił nazwać konia Warg na cześć jego pierwszego ubitego potwora. Po chwili galopował przez miasto w kierunku wysokich skał. Były one dość daleko. Znajdowały się na drugim końcu wyspy. Po niecałej godzinie jazdy Blake znalazł się na kamienistym wybrzeżu, które znajdowało się blisko miejca, do którego się kierował. Zatrzymał się. Najpierw przywiązał swojego ogiera do drzewa. Potem naostrzył miecz o kamień. W trakcie tych działań rozpalił ognisko, gdyż zdążyło się już ściemnić. Zjadł pospiesznie upieczonego kurczaka, którego kupił w karczmie. Po posiłku postanowił ruszyć w stronę morza. Stawiał ostrożnie kroki, powoli przybliżając się do wraków. Gdy dotarł do momentu, w którym woda była za głęboka, by w niej chodzić, harkon zanurkował. Dzięki swojemu złotemu pierścieniowi stworzył bańkę, do której włożył głowę. Przez to działanie mógł oddychać pod wodą. Jego harkoński atrybut potrafił też wiele innych niesamowitych rzeczy. Ponownie zanurkował. Szybko popłynął w dół i kilka sekund później stąpał ostrożnie po dnie. Po kilku minutach marszu zobaczył pierwszy zatopiony statek. Zauważył obok niego kilka kościotrupów. Przeszukał jednego, drugiego, trzeciego i czwartego ale nie znalazł nawet listka tupromu. Po chwili ukazał mu się kolejny okręt oraz martwe ciała. Zaczął iść w ich kierunku, lecz nagle poczuł okropny ból w lewej części szyi. Odwrócił się. Zobaczył smugi krwi. Ujrzał też coś jeszcze. Był to długi, z ostrymi kłami węgorz, którego harkoni nazywali ,,Smerasem’’. Blake wyciągnął miecz z pochwy i ruszył na potwora. Smeras również na niego zaszarżował. Bestia wyszczerzyła kły i zaatakowała harkona. Blake zrobił błyskawiczny unik i ciął. Nie trafił. Smeras z prędkością światła znów wszedł do jego bańki, próbując go ugryźć. Potwór sądził, że będzie to fantastyczny ruch z jego strony. Nie wiedział, że był to jego największy błąd, gdyż Blake ponownie użył swojego pierścienia. Z niepozornej biżuterii wysunął się w kierunku bestii strumień ognia. Było to możliwe przez bańkę, w której wciąż znajdowało się powietrze. Smeras padł na dno z ogromnym poparzeniem na pysku. Węgorz jednak ciągle oddychał, trzęsąc się z bólu. Blake nie czekał. Dobił go mieczem. Zrobił to tak jak na harkona przystało. Potrzebował chwilkę odetchnąć. Wyjął z kieszeni szmatę, zmoczył ją i obwiązał wokół szyi, by zatrzymać krwawienie. Po krótkiej przerwie podążył w kierunku ciał. Na jednym z nich zauważył brzytwę, którą zabrał, gdyż jego broda wymagała od dłuższego czasu przystrzyżenia. Na kilku innych nie znajdowało się nic oprócz strzępek ubrań. Wreszcie zobaczył to, po co przyszedł. Roślina była paskudna, lecz potrzebna. Od razu poczuł jej koszmarny odór. Jej liście rozciągały się we wszystkie strony. Postanowił jak najszybciej ją wyrwać. Złapał tuprom za korzenie i energicznie wyciągnął. Zawinął ją w kolejną szmatkę i ruszył w kierunku brzegu. Dotarł do niego szybko, nie ryzykując kolejnego spotkania z jakimś potworem. Gdy pojawił się na lądzie, koń stąpał spokojnie zajadając siano, które przed wejściem do morza rzucił mu Blake. Ognisko za to zdążyło się wypalić. Harkon pospiesznie się spakował. Po chwili galopował na Wargu. Do zamku dotarł po niecałych dwóch godzinach. Oczekiwał, że Thomas wraz z wampirem Gilbertem będą na miejscu. Nie zawiódł się. Stali przy bramie wpatrując się w niego. Wampir, jak sobie wyobrażał Blake, był siwym panem z przyjazną twarzą. Był równie wysoki jak on, a był to wyczyn. Krasnolud wyglądał przy nim jak dziecko. Harkon zauważył w ustach Gilberta błyszczące kły. Blake przyłączył się do nich:
- Witaj Thomasie - rozpoczął harkon. - Witaj Gilbercie. Nie martw się wampirze. Nie zabijam przyjaznych potworów.
- Gorzej z nieprzyjaznymi, prawda? - rzekł poważnie Gilbert. - Czy wiesz harkonie, co to za potwór?
- Po rozmowie z pewnym człowiekiem - odrzekł z doświadczeniem. - Jestem pewien, że jest to losmon. To wysoka bestia, która jest bardzo niebezpieczna. Jej długie macki oraz ogromne łapy mają siłę kilkunastu koni. Z tego powodu oferuję wam tak wysoką stawkę za ubezpieczanie mnie.
- Rozumiemy - powiedział Thomas. - Jest wieczór. Czy chcemy ruszyć na paskudę dzisiaj, czy jutro?
- Proponuję - odpowiedział Blake. - Porządnie w nocy wypocząć, a potem stawić czoło bestii.
- Słusznie - powiedział w swoim stylu wampir.
- Przed pójściem spać - zaczął tajemniczo harkon. - Muszę kupić paczkę fajerwerków.
*
Następnego dnia rano pojawiła się mgła. Blake zastał ją po swoim przebudzeniu w oknie. Musiał się porządnie wyspać i zrobił to. W tym momencie nie czuł ani cienia zmęczenia. Harkon przed planowanym pójściem do wspólników zapakował swoje rzeczy do podręcznej torby. Był tam tuprom oraz całkiem spora paczka fajewerków. Rynsztunku nie zabrał do torby, gdyż wolał go od razu założyć. Po swoich przygotowaniach przekroczył próg drzwi. Zatrzymał się na noc w tej samej karczmie co Gilbert i Thomas. Podejrzewał, że są już na dole karczmy, przy barze. Z tego powodu zszedł po nieco spleśniałych schodach na dół gospody. Zastał ich tam. Rozmawiali. Pewnie na temat potwora, jego lub pieniędzy, które mieli od niego dostać za udzieloną pomoc. Blake podszedł do nich w pełni gotowy do drogi:
- Czy możemy stanąć już do walki? - zapytał z nadzieją pozytywnej odpowiedzi.
- Uważam, że jesteśmy przygotowani - odparł wampir.- Nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozpocząć naszą wyprawę.
- W takim razie - zaczął Blake. - Ruszajmy.
Po tej rozmowie od razu każdy z nich osiodłał konia. Po kilku chwilach wspólnie jechali na swych wierzchowcach. Szukali odosobnionej plaży, na której mogliby zastawić przynętę. Po pokonaniu około trzech mil znaleźli odpowiednie miejsce. Było to wybrzerze pokryte piaskiem z kilkoma dużymi skałami. Harkon od razu zauważył miejce, w którym mógł zasadzić wyrwany tuprom.
Zobaczył również skałę, za którą mogliby się skryć i poczekać na losmona. Pobliska woda była płytka. Wiał lekki wiatr i świeciło słońce, dlatego nie było sztormu. O swoich planach poinformował swoją kompanię. Przystali na to, gdyż wydawało się to logiczne. Po zrealizowaniu swoich planowanych działań, Blake schował się wraz z Gilbertem oraz Thomasem za dużą skałą. Zapewnił swoich wspólników, że nie będą zmuszeni długo czekać, ale nie spodziewał się, że potwór pojawi się dosłownie po minucie. Usłyszeli jego przybycie. Kroki ogromnego monstrum były dość głośne. Po ustaniu odgłosów wyjrzeli zza kamienia. Losmon musiał ich usłyszeć, ponieważ odwrócił się szybko i zaatakował. Wyciągnął do nich swoje macki, łapiąc tylko krasnoluda, gdyż Blake oraz wampir zrobili unik. Po odskoczeniu w bok harkon błyskawicznie zbliżył się do potwora i odciął mu mackę, którą bestia trzymała Thomasa. W tym samym czasie Gilbert zamienił się w nietoperza, podleciał od tyłu do potwora i zaczął sączyć krew z jego szyi. Wtedy losmon zaczął trząść z prędkością światła głową, odrzucając wampira na ziemię. Po odparciu ataku Gilberta przez giganta Thomas zamachnął się i uderzył z całej siły toporem w brzuch paskudztwa. Losmon zatoczył się, lecz nie spadł na ziemię. Gdy potwór upadał, Blake zaszedł go od tyłu. Ciął kilka razy. Zobaczył swój efekt w postaci leżących wszystkich macek potwora na piasku. Bestia błyskawicznie się odwróciła, złapała Blake`a za gardło i uniosła go w górę. Wampir, który zdążył się podnieść, z prędkością najlepszego wierzchowca na ziemi doskoczył do torby harkona. Wyjął z niej fajerwerki i wrzucił w paszczę losmona, a Blake wysunął w jej kierunku strumień ognia. Monstrum od razu wybuchło. Harkon upadł na ziemię. Uśmiechnął się. Gdy się podniósł zauważył, że jest cały pokryty krwią losmona. Dzięki swojemu pierścieniowi zmył ją całkiem szybko wodą. Wreszcie wszyscy uczestnicy walki zebrali się razem. Radowali się, lecz nie trwało to długo. Nagle zostali odepchnięci jakąś magiczną siłą i spadli na piasek. Gdy odwrócili głowy, aby sprawdzić, co się wydarzyło, zobaczyli wysokiego elfa z laską. Harkon podejrzewał, że jest to zaginiony czarodziej króla, gdyż zniknął on w tym samym czasie w jakim pojawił się potwór. Nie pomylił się. Elf zaczął powoli się do nich zbliżać:
- Witam szanownych panów- zaczął tajemniczy czarodziej.- Jestem pełen podziwu. Pokonaliście tego giganta. Niestety nie podoba mnie się to co zrobiliście, gdyż ten martwy osobnik był mi potrzebny. Z racji tego, że mnie widzieliście, muszę was zabić. Mogę jednak najpierw wyjawić, do czego ten potwór był mi potrzebny.
- Słuchamy z zainteresowaniem - rzekł gotowy do ataku harkon.
- Wiedzcie, że jestem czarodziejem - rozpoczął swą opowieść elf.- Jestem również doradcą króla wyspy, na której się znajdujemy, chociaż lepiej byłoby powiedzieć byłem. Gdy wstąpiłem na to stanowiskio poznałem króla z innej strony niż wszyscy go znają. Był dobry, ale niewiarygodnie głupi. Robiłem wszystko w tym mieście za niego, a on dostawał za to pochwały od cesarza. Po kilku latach zacząłem mieć tego wszystkiego dość. Miałem zamiar zrezygnować, lecz w głowie pojawił mi się inny plan. Mianowicie zepchnięcie króla z tronu i zajęcie jego miejsca. Odrzuciłem zamach, ponieważ byłoby to zbyt podejrzane. Cesarz może zmienić władcę za jego złe rządy, na przykład za śmierć swoich poddanych. Z tego powodu znalazłem zabójcę, który nie rzucał na mnie żadnych podejrzeń. Potwora, który atakował ludzi przez swoją naturę. Monstrum, które właśnie zabiliście samodzielnie wychowałem. Na spacerze po mieście znalazłem kupca, który sprzedawał jaja. Pokazał mi jedne, a ja natychmiast je kupiłem, gdyż rozpoznałem je. Według ksiąg z tak wyglądających jaj wykluwają się losmony, potężne potwory. Przez to, że opiekowałem się bestią, nie atakowała mnie. Możecie się domyślić, co się stało potem. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie.
- Ja cię kompletnie nie rozumiem - powiedział Blake. - Przez niedocenianie cię przez innych zabiłeś przy pomocy tej bestii kilkadziesiąt niewinnych ludzi. Według mnie jesteś chory psychicznie elfie.
- No cóż - rzekł. - Takie jest życie. Za chwilę będziecie spoczywać w pokoju.
Mówiąc to, czarodziej przy pomocy laski wystrzelił w nich piorunem. Harkon ciął. Przekroił błyskawicę, zatrzymując ją. Elf był w szoku. Wykorzystał to Thomas, rzucając w niego toporem. Czarodziej zasłonił się laską. Nic mu się nie stało. Wtedy Blake wraz z Gilbertem zaszarżowali na niego. Zostali ponownie odepchnięci przez magiczną siłę. Tym razem elf skierował w ich stronę kulę ognia. Blake przekierował ją przy pomocy pierścienia w stronę atakującego. Czarodziej się tego nie spodziewał. Dostał ognistym pociskiem w brzuch. Upadł na ziemię, ale wciąż żył. Wampir doskoczył do niego i zaczął pić z niego krew. Były doradca władcy Modorii uderzył Gilberta laską prosto w twarz. Znokautowany wampir leżał na piasku. Czarodziej chciał go wykończyć, lecz Thomas rzucił się na niego. Elf dostał soczystego sierpowego od krasnoluda. Zatoczył się i padł. Blake dobił go mieczem.
*
- Co z nim zrobimy? - spytał Thomas.
- Wrzucimy do morza- odparł Blake. - Mam nadzieję, że będzie na nim porastał tuprom.
- Powiemy o nim władcy? - zapytał Gilbert.
- Lepiej nie - odpowiedział harkon. - Niech się nie martwi i nie stresuje.
Gdy kompania pozbyła się ciała ruszyła do zamku. Król na nich czekał:
- Czy pozbyliście się potwora? - zapytał wpierw.
- Tak jest, wasza wysokość - ukłonił się Blake.
- Dziękuję ci Blake’u z Nebalen - pochwalił harkona król. - Zostaniesz sowicie nagrodzony. Oto zapłata, 6000 franków tak jak się umawialiśmy plus miecz oraz wierzchowiec. Czy wszystko się zgadza?
- Oczywiście wasza ekscelencjo - potwierdził harkon. - Mam jednak jeszcze jedno pytanie, które pragnę zadać. Czy mogę je wypowiedzieć drogi królu?
- Zezwalam - zgodził się władca.
- Czy wasza wysokość wie, gdzie znajduje się rodzina rybaka, z którym rozmawiałem? - zapytał Blake.
- Mieszkają na obrzeżach miasta, tam gdzie wysiadałeś - wtrącił sekretarz, który do tej pory nic nie mówił. - Zaprowadzę cię.
- Dziękuję bardzo - rzekł Blake. - Żegnam drogą ekscelencję.
- Żegnam również - powiedział na pożegnanie król. - W naszym królestwie nigdy nie zostaniesz zapomniany. Pochwalę cię cesarzowi.
Blake z Gilbertem, Thomasem i sekretarzem na czele poszli na obrzeża miasta. Przy biedniejszych domach, sekretarz wzkazał wreszcie palcem jeden z nich i odszedł. Harkon podszedł do niego, podniósł wycieraczkę i wsadził pod nią 4000 franków. Następnie przykrył pieniądze i ruszył w stronę wspólników:
- Oto zapłata - powiedział harkon poważnie. - Proszę, 2000 franków za was dwóch.
- Zanim odejdziesz - rzekł Gilbert. - Powiedz, dlaczego dałeś pieniądze tej rodzinie?
- Żyję według takiego powiedzenia - zaczął jeszcze poważniej Blake. - Brzmi ,, Co ci mówi sumienie? Masz być tym, kim jesteś.’’, a ja jestem harkonem. Łowcą potworów, który ma pomagać tym, co się z nimi zetknęli. A ta rodzina straciła jedynego człowieka, który dla nich pracował, zabitego przez monstrum, które przez na nie żyje. Wiem to od lekarza, który się nim opiekował. Rozumiesz już, czemu to zrobiłem?
- Tak - odparł smutno wampir.
- Myślę, że to koniec naszej znajomości - powiedział Blake. - Wiedzcie, że fantastycznie mi się z wami pracowało.
- Żegnaj harkonie - powiedzieli Thomas i Gilbert jednocześnie. - Nie zapomnimy cię.
- Do zobaczenia - pożegnał się Blake.
Mówiąc to, ruszył na ten sam statek, którym tu przypłynął. Popatrzył ponownie na miecz ale inny, ofiarowany przez króla i pomyślał, że zgładzi dzięki niemu jeszcze wiele potworów.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania