Bez powodu
Pod koniec października, późnym popołudniem, na plaży grano w siatkówkę.
Gabriel podrzucił piłkę, wziął rozbieg i zaserwował tak mocno, że Michał odbił ją przedramieniem prosto w mokry piasek.
— Punkt dla nas — powiedział Gabriel.
— Powtórka. Podfrunąłeś.
— Wyskoczyłem.
— To czemu wylądowałeś dopiero po piłce?
Gabriel spojrzał na Rafała i Uriela. Obaj odwrócili głowy. Od początku gry skrzydła przeszkadzały im głównie wtedy, kiedy używał ich ktoś z przeciwnej drużyny.
Z promenady nie było widać ani graczy, ani siatki. I tak nie miał kto patrzeć. Budki z goframi pozamykano po sezonie, przed kawiarniami stały spięte łańcuchami stosy krzeseł. Wiatr przewracał kartki w jadłospisie za szybą restauracji, w której od tygodni nikt niczego nie zamawiał.
Marek przejeżdżał tędy w drodze na spotkanie. Jego firma miała udziały w kilku innych, w tym w jednej w Polsce, kilkanaście kilometrów dalej. Ludzie, którzy ją prowadzili, czekali na niego z wynikami za ostatni kwartał. Znał te wyniki. Czytał je poprzedniego wieczoru w hotelu i jeszcze raz rano, zanim zdążył zjeść śniadanie.
Przy zjeździe na nadmorski parking zwolnił. Z samochodu zobaczył wąski pas wody między wydmą a zamkniętą budką z lodami. Skręcił, zgasił silnik i zadzwonił.
— Przełóżmy to na jutro. Chyba że jest coś, czego wczoraj nie było w papierach?
— Nie, wszystko po staremu. Ale jak już jesteś tak blisko, możemy zaczekać.
Marek spojrzał na wodę.
— Nie czekajcie.
Odłożył telefon i jeszcze chwilę siedział za kierownicą. Nasłuchiwał znajomego głosu we własnej głowie. Zwykle, kiedy rezygnował z jednego spotkania, natychmiast podsuwał mu trzy rzeczy, które można zrobić w odzyskanym czasie.
Tym razem pomyślał, że chciałby pobyć ze sobą. Samo sformułowanie wydało mu się dziwne. Przecież od wylądowania w Polsce większość czasu spędzał sam. W samolocie czytał dokumenty, w hotelu odpisywał na wiadomości, a w samochodzie rozmawiał przez telefon. Spróbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wyszedł z domu bez żadnej sprawy do załatwienia.
Nie przypomniał sobie. Wysiadł.
Promenadą szedł powoli. Pod nogami przesuwały mu się mokre liście, które wiatr zniósł z wydmy. Morze było szare, z odrobiną zieleni tam, gdzie fala podnosiła się przed brzegiem. Fale niewielkie. Ledwie zdążyły się spienić, a już rozpłaszczały się na piasku.
Na molo nie było nikogo. Mniej więcej w połowie stała wysoka, dwustronna ławka. Można było usiąść twarzą do morza albo odwrócić się ku lądowi. Marek wybrał morze. Oparcie sięgało mu prawie do czubka głowy i odcinało wiatr wiejący od wydm.
Na plaży wielki bernardyn próbował złapać cofającą się wodę. Czekał, aż fala podejdzie mu pod łapy, uskakiwał z powagą należną psu jego rozmiarów, a potem ruszał za nią, cały w piachu i pianie.
Marek patrzył na niego tak długo, aż przestał myśleć o odwołanym spotkaniu. Wsunął ręce do kieszeni i rozparł się na ławce. Zrobiło mu się dobrze. Zastanowił się, czy gdyby ktoś właśnie teraz zapytał go, czy jest szczęśliwy, odpowiedziałby bez wahania.
Ze schodków łączących plażę z molem dobiegły kroki. Ktoś przeszedł za jego plecami i usiadł po drugiej stronie ławki. Deski skrzypnęły. Przez chwilę słyszał tylko morze, potem ciche podśpiewywanie. Kilka nut, wciąż od początku.
— No i taki jest ten dzień — powiedział kobiecy głos.
— No a jaki? — odezwał się Marek.
Sam się zdziwił, że odpowiedział.
Za jego plecami na chwilę ucichło nawet nucenie.
— Nijaki — powiedziała w końcu kobieta. — I proszę go nie poprawiać. Właśnie dlatego mi się podoba.
Marek się uśmiechnął.
— Ten pies jest pani?
— Mój. Przyprowadziłam go, żeby się wybiegał. A pan?
— Uciekłem ze spotkania. Chciałem pobyć sam.
— Ja też. Pies ma na tę sprawę inny pogląd. Dla niego zawsze jesteśmy razem, nawet jak biegnie w przeciwną stronę.
Bernardyn zatrzymał się nad wodą. Spojrzał w stronę mola i natychmiast znalazł coś ciekawszego do obwąchania.
— To może mówić sobie na ty? — zapytała. — Skoro i tak siedzimy plecami do siebie.
— Marek.
— Ludmiła.
Żadne się nie odwróciło.
Na plaży Uriel schylił się po piłkę.
— Zaczekaj — powiedział Rafał.
— Chcesz sprawdzić ślad?
Rafał wskazał ławkę. Uriel przycisnął piłkę do biodra. Gabriel, który właśnie zamierzał dowieść, że da się wyskoczyć półtora metra bez jednego machnięcia skrzydłami, stanął z powrotem na piasku.
— Przed chwilą zastanawiałem się, czy jestem szczęśliwy — powiedział Marek.
— I?
— Jestem.
— Długo się zastanawiałeś?
— Nad odpowiedzią krótko. Teraz próbuję sobie dopowiedzieć, dlaczego.
Po drugiej stronie ławki Ludmiła poprawiła kołnierz płaszcza.
— Ja też jestem szczęśliwa — powiedziała. — Chociaż gdybym miała dziś rano sporządzić listę powodów, po pierwszym punkcie poszłabym zrobić sobie herbatę.
— Co by było w pierwszym?
— Że wszyscy moi bliscy mają się dobrze. Tyle że wczoraj jeden się na mnie obraził, drugi się do mnie nie odzywa, a pies zeżarł rękawiczkę. I jakoś nadal jest mi dobrze.
Marek roześmiał się. Z bliska śmiech Ludmiły brzmiał inaczej niż jej głos. Jakby od razu robiło się w nim więcej miejsca.
— Zawsze mówiłem, że jestem szczęśliwy, bo mam dzieci — odezwał się po chwili. — Albo że jestem szczęśliwy, bo robię to, co lubię. I jedno, i drugie jest prawdą. Tylko to „bo” zaczęło mi przeszkadzać.
— Dlaczego?
— Bo zaraz za nim stoi warunek. Wystarczy, że sprawy w firmie pójdą źle albo któreś z dzieci przestanie się do mnie odzywać, i co wtedy? Mam przestać być szczęśliwy, aż znowu wszystko będzie po mojemu?
— Będzie ci przykro. Może nawet bardzo.
— Będzie. Tylko pamiętam, jak kiedyś czekałem cały dzień na telefon od jednej osoby. Jak zadzwoniła, byłem w siódmym niebie. Jak nie dzwoniła, nie umiałem sobie znaleźć miejsca. Nazywałem to szczęściem, chociaż bardziej przypominało uzależnienie.
Ludmiła zamilkła na chwilę. Jedna z fal podeszła dalej niż pozostałe. Bernardyn cofnął się o krok i zaszczekał na nią z oburzeniem.
— Mnie czasem brakuje kogoś, kto by wieczorem zapytał, czy nastawić wodę — powiedziała. — Właśnie tak. Żadnych wielkich słów. Mam w kuchni dwa kubki, których najchętniej używam. Zwykle myję jeden.
— U mnie w domu też od dawna jest jeden.
— I chciałbyś myć dwa?
— Czasami tak. A dzisiaj przyjechałem tu właśnie po to, żeby mi nikt nie zawracał głowy.
— Widzę, że ci nie wyszło.
— Na to wygląda.
Ludmiła parsknęła śmiechem.
— Wiesz, co mi się w tym podoba? — zapytała po chwili. — Mogę chcieć, żeby ktoś ze mną pił herbatę. Bardzo chcieć. A dziś mogę wrócić do domu, zaparzyć ją tylko dla siebie i wypić z przyjemnością.
Marek wyjął ręce z kieszeni. Położył je na kolanach.
— To może całe zdanie brzmi po prostu: jestem szczęśliwy, bo jestem.
— Spróbuj bez „bo”.
Marek popatrzył na morze.
— Jestem szczęśliwy.
Ludmiła przez moment nic nie mówiła.
— Ja też — odpowiedziała.
Na wodzie, za ostatnimi palami mola, pojawił się ciemny kształt. Większa część sunęła pod powierzchnią. Nad falami wystawał tylko wąski czubek, który na moment rozdzielił się na dwa.
Gabriel westchnął.
— O, Mefik ich usłyszał.
— Skąd wiesz, że to on? — spytał Uriel.
— Mewa nie płynie pod wodą w kapeluszu.
Ciemny kształt skręcił w stronę schodków.
— Już wiem, co im powie — mruknął Rafał. — „A nie mówiłem, że do pełni szczęścia jeszcze kogoś wam brakuje?”
Michał wyciągnął rękę po piłkę. Gabriel podrzucił ją wysoko, a Michał uderzył z miejsca. Piłka przecięła powietrze i trafiła w wodę tuż przed kapeluszem. Po powierzchni rozbiegły się błękitne rozbłyski. Marek i Ludmiła usłyszeli tylko plusk.
Mefik zawrócił tak ostro, że kapelusz przez chwilę płynął dalej sam. Wynurzyła się spod niego ręka, złapała go za rondo i wciągnęła pod wodę.
— Punkt dla nas — powiedział Michał.
Gabriel zerknął na jego stopy.
— Uczciwy — przyznał.
Przez chwilę stali nad wodą. Na ławce znów było cicho.
— Myślicie, że Boss to sobie tak urządził? — spytał Uriel. — Spotkanie odwołane, pies spuszczony ze smyczy, akurat ta ławka…
— Z Nim nigdy nie wiadomo — powiedział Rafał. — Może się założył sam ze sobą, że tym razem powstrzymamy się od pomocy.
— Przed chwilą strzeliliśmy w diabła z piłki — zauważył Gabriel.
— To była obrona własnego boiska.
Uriel nadal patrzył w stronę mola.
— A im? Mamy jakoś pomóc?
Michał podniósł piłkę, którą fala wyrzuciła na brzeg.
— Chyba sami sobie poradzą.
Marek uniósł rękę, chcąc oprzeć ją na szerokiej desce wieńczącej ławkę. W tej samej chwili Ludmiła zrobiła to samo. Nad oparciem zetknęły się ich palce.
Oboje drgnęli. Żadne nie cofnęło ręki.
Przez chwilę dotykali się tylko opuszkami. Potem Ludmiła przesunęła dłoń odrobinę dalej. Marek ujął ją lekko i poczuł, jak zaciska na jego palcach swoje.
— Lumi — powiedział.
— Lumi? — powtórzyła z rozbawieniem.
— Tak mi jakoś przyszło.
— Dobrze, Mareczku.
Zaśmiał się. Od lat nikt się tak do niego nie zwracał. Z jej ust przyjął to od razu.
— Lumi, napiłabyś się ze mną kawy?
— Napiłabym się. Tylko wstań pierwszy. Chcę wreszcie zobaczyć, komu trzymam rękę.
Wstali prawie równocześnie i wyjrzeli zza przeciwnych końców oparcia. Przez sekundę patrzyli na siebie z powagą dwojga ludzi, którzy wypadałoby, żeby się sobie przedstawili. Ludmiła uśmiechnęła się pierwsza.
— Beethoven! — zawołała.
Z plaży poderwała się wielka, mokra bryła. Pies wypadł na molo, dopadł ich i otrząsnął się tak skutecznie, że po chwili oboje mieli na płaszczach krople wody.
Ruszyli w stronę promenady. W jednej z kawiarni paliło się już światło.
— A co będzie, jeśli się sobie spodobamy? — zapytała Ludmiła. — I potem się rozstaniemy?
Marek przez chwilę szedł w milczeniu.
— Pewnie będzie mi ciebie brakowało.
— I co wtedy z twoim szczęściem?
— Chyba jedno drugiemu nie przeszkadza. Dzisiaj byłem szczęśliwy, zanim przyszłaś. A teraz bardzo bym chciał, żebyś została na kawę.
— Na kawę zostanę — powiedziała. Po kilku krokach dodała: — Może nawet na drugą.
Za nimi znów rozległ się głuchy odgłos uderzenia w piłkę.
— Gabriel! Stopy na piasku!
Tym razem nawet Beethoven się nie obejrzał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania