Bez słowa - Rozdział 1
Człowiek od rzeczy oczywistych
Mikołaj Wolski miał trzydzieści osiem lat, dwa nieudane związki i matkę, która od sześciu miesięcy próbowała umówić go z dentystką.
Dentystka nazywała się Agnieszka, prowadziła gabinet na Czechowie i podobno bardzo lubiła podróżować. Wiedział o niej zaskakująco dużo jak na kobietę, której nigdy nie spotkał. Matka przekazywała mu te informacje mimochodem, pomiędzy wiadomościami o rodzinie a pytaniem, czy ma co jeść, jakby liczyła, że któregoś dnia sam poprosi o numer telefonu.
Tego ranka zadzwoniła, kiedy stał przed otwartą lodówką. Przytrzymał drzwi łokciem i odebrał.
— Nie zapomniałeś o niedzieli?
— Obiad o drugiej. Mam przynieść ciasto.
— O drugiej, ale przyjedź trochę wcześniej.
Sięgnął po jogurt stojący za słoikiem musztardy. Do niedzieli zostały trzy dni; gdyby chodziło tylko o obiad, przypomniałaby mu o nim jeszcze w sobotę. Telefon przed siódmą sugerował dodatkowe ustalenia, do których najwyraźniej nie chciała przejść od razu.
— Wujek Roman też będzie?
— Będzie. Dlaczego pytasz?
— Zastanawiam się, czy jedno ciasto wystarczy, żeby uznał, że potrafię zadbać o rodzinę.
— Roman wcale tak nie mówi.
— Mówi. Tylko ty wychodzisz wtedy po ziemniaki.
Usłyszał jej westchnienie i uśmiechnął się do otwartej lodówki. Mógł jej oszczędzić tych uwag; zapraszała Romana, bo był jej bratem, i od lat bez powodzenia próbowała sprawić, żeby obaj wytrzymali przy jednym stole bez uszczypliwości. Mikołaj zwykle obiecywał sobie, że tym razem pomoże. Przed obiadem przychodziło mu to znacznie łatwiej.
— I nie przychodź w tej swojej starej kurtce.
— Której?
— Tej brązowej.
— Mam trzy brązowe.
— Wszystkie wyglądają tak samo.
Obrócił kubeczek jogurtu, szukając daty ważności. Matka nigdy nie miała zastrzeżeń do jego ubioru, kiedy potrzebowała pomocy przy wynoszeniu rzeczy z piwnicy. Niedzielny obiad najwyraźniej wymagał od niego czegoś więcej niż obecności i ciasta.
— Czy Agnieszka też będzie?
— Będzie.
Odpowiedziała bez wahania. To on przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć; spodziewał się przynajmniej zapewnienia, że zaproszenie nie ma z nim nic wspólnego.
— Mamo, rozmawialiśmy o tym.
— Rozmawialiśmy o tym, że nie chcesz, żebym umawiała cię na randki. Zaprosiłam ją na obiad. Ciebie zapraszam co niedzielę.
Przetarł kciukiem nadruk na wieczku, choć data była zupełnie czytelna. Mógł oczywiście odmówić. Wtedy jednak musiałby przyznać, że perspektywa zjedzenia rosołu w towarzystwie dentystki wystarcza, żeby nie odwiedził własnej matki.
— Ciasto wystarczy czy mam przynieść dokumentację stomatologiczną?
— Wystarczy, że będziesz uprzejmy.
— To ciasto też wezmę. Na wszelki wypadek.
Odłożył jogurt do lodówki. Zanim się rozłączyli, obiecał jeszcze, że przyjedzie kwadrans wcześniej. O Agnieszce matka już nie wspomniała.
Odłożył telefon na kuchenny blat, obok otwartej paczki kawy. Zanim nastawił wodę, zwinął jej brzeg i poszukał klipsa, który zwykle leżał przy ekspresie. Znalazł go na stoliku, pod jedną z dwóch książek. Drugą zostawił otwartą poprzedniego wieczoru; teraz wsunął między strony paragon, żeby móc ją zamknąć i postawić filiżankę.
Koszula przewieszona przez oparcie krzesła nadawała się jeszcze do założenia, o ile nie przyglądać się zbyt uważnie rękawom. Zdjął ją i powiesił w łazience. Resztą mógł zająć się po pracy.
Na parapecie stał storczyk, który siostra zostawiła u niego podczas przeprowadzki do Gdańska. Miał się nim opiekować przez kilka tygodni. Minęły dwa lata, a doniczka wciąż zajmowała to samo miejsce, choć Mikołaj kilkakrotnie jeździł do siostry i za każdym razem mógł ją zabrać.
Od dawna nie kwitł. Wolski sprawdził podłoże palcem, po czym odstawił doniczkę na podstawkę. Jeszcze wilgotne. Na początku podlewał roślinę z taką gorliwością, że siostra musiała interweniować; teraz przynajmniej wiedział, kiedy zostawić ją w spokoju. Mógłby wysłać jej zdjęcie i zapytać o kwiaty, ale ostatnio każda ich rozmowa zaczynała się od ustalania terminu jego przyjazdu. Odłożył to na później.
Kawę wypił na stojąco, jedząc nad zlewem kromkę chleba. Kiedy sięgnął po telefon, zobaczył wiadomość głosową od Pawła. Włączył ją i strzepnął okruszki z dłoni.
— Stary, nie wiem, co zrobiłeś wczoraj Monice, ale jest na ciebie wściekła. Oddzwoń, zanim mnie zamęczy pytaniami.
Przez chwilę patrzył na zakończone nagranie. Monika miała jego numer. Mogła zadzwonić sama, choć po wczorajszym wieczorze trudno było oczekiwać, że będzie miała na to ochotę.
Rozstali się osiem miesięcy wcześniej, po prawie trzech latach związku. Wspólnych znajomych nie dało się podzielić równie łatwo jak rzeczy z łazienki, więc od czasu do czasu spotykali się przy jednym stole i rozmawiali z uprzejmością, której pod koniec zabrakło im w domu. Zwykle wystarczało trzymać się bezpiecznych tematów. Wczoraj, na urodzinach znajomego, przez większą część wieczoru nawet im to wychodziło.
Dopiero kiedy zostali na chwilę sami, Monika zapytała, czy nadal uważa, że wszystko da się obrócić w żart.
Odpowiedział, że nie wszystko, ale warto próbować.
Pamiętał, jak odstawiła szklankę. Ostrożnie, na podkładkę, chociaż wcześniej nikt przy tym stole nie przejmował się mokrymi śladami na blacie. Nie odpowiedziała. Wkrótce potem zaczęła się żegnać, a on pozwolił sobie uwierzyć, że po prostu musiała rano wstać.
Wybrał numer Pawła i włączył głośnik. Czekając na połączenie, opłukał filiżankę.
— Co jej powiedziałeś? — zapytał Paweł zamiast powitania.
— Widzę, że etap ustalania mojej winy mamy za sobą.
— Mikołaj, ja jeszcze nie piłem kawy.
— To zadzwoń po kawie. Może będę miał lepszego obrońcę.
— Nie jestem twoim obrońcą. Od wczoraj słucham, że powinienem z tobą porozmawiać, więc rozmawiam. Co się stało?
Mikołaj zakręcił wodę. Miał ochotę przypomnieć mu, że obaj byli na tych samych urodzinach, ale Paweł pytał o tę część wieczoru, której nie widział. Wiedział o tym równie dobrze jak on.
— Zapytała, czy wszystko muszę obracać w żart.
— I?
— Odpowiedziałem żartem.
Po drugiej stronie rozległ się krótki wydech.
— No dobrze — powiedział Paweł. — To przynajmniej nie muszę ci tłumaczyć.
Oparł biodro o blat. Wolałby usłyszeć zarzut, najlepiej przesadzony; z takim można było polemizować. Paweł jednak nie zamierzał mu pomagać.
— Nie chciałem jej urazić.
— Wiem. Jej to powiedz.
— Prosiła, żebym zadzwonił?
— Nie.
— Więc czego ode mnie oczekujesz?
— Żebyście mnie w to nie wciągali. Lubię was oboje, ale nie będę sprawdzał, co miałeś na myśli, i przekazywał jej odpowiedzi.
Mikołaj przesunął filiżankę na suszarce, robiąc miejsce na talerz, którego nie używał. Dopiero po chwili cofnął rękę.
— Dobrze. Masz rację.
Paweł milczał przez moment.
— Możesz powtórzyć? Chciałbym to nagrać.
Uśmiechnął się mimo woli.
— Nie nadużywaj przewagi.
Przez telefon dobiegł brzęk naczyń. Mikołaj wyobraził sobie, że Paweł wreszcie robi tę kawę i zaraz zmieni temat. Zamiast tego zapytał:
— Ty się jeszcze na nią złościsz?
Mikołaj spojrzał w stronę przedpokoju.
— Za co?
— Nie wiem. Dlatego pytam.
Mógł powiedzieć, że nie. Osiem miesięcy powinno wystarczyć, żeby udzielić tak prostej odpowiedzi bez zastrzeżeń. Nadal jednak pamiętał, z jaką pewnością Monika oznajmiła mu przy rozstaniu, że nigdy nie zamierzał układać z nią życia. Sprzeciwił się wtedy przede wszystkim temu „nigdy”. Znalazł dość przykładów, żeby wykazać jej niesprawiedliwość, i ani jednego, który przekonałby ją do pozostania.
Rozmowy o mieszkaniu ciągnęły się miesiącami. Oglądał przesyłane przez nią oferty, sprawdzał okolice, wyliczał koszty remontu. Naprawdę uważał, że część cen była absurdalna, a kredyt na trzydzieści lat zasługiwał na więcej namysłu niż wybór wakacyjnego wyjazdu. Tyle że Monika w końcu przestała przysyłać ogłoszenia. Zapytała wprost, czy w ogóle chce z nią mieszkać.
Pamiętał to pytanie znacznie lepiej niż własną odpowiedź.
— Trochę — przyznał.
— To może od tego zacznij, jak będziecie rozmawiać.
— Wtedy dopiero dostaniesz telefon.
— Wyłączę swój. Polecam, świetna rzecz.
Mikołaj zerknął na godzinę. Miał jeszcze dość czasu, ale rozmowa doszła do miejsca, z którego najchętniej wyszedłby właśnie pod pretekstem spóźnienia. Sięgnął po telefon i wyłączył głośnik.
— Przepraszam, że musisz tego słuchać.
— Nie muszę. Mogłem nie odebrać.
— Następnym razem będziesz mądrzejszy.
— Na to bym nie liczył. Idź już do pracy.
Po rozmowie wrócił do łazienki po koszulę. Zapinając guziki, zastanawiał się, co właściwie miałby powiedzieć Monice. Przeprosiny za wczoraj wydawały się proste, dopóki nie próbował ułożyć ich w zdanie, po którym nie następowałoby żadne wyjaśnienie na własną korzyść.
W przedpokoju włożył brązową kurtkę i sprawdził kieszenie. Telefon trzymał jeszcze w dłoni, kiedy czekał na windę. Otworzył rozmowę z Moniką; ostatnia wiadomość dotyczyła książki, którą znalazła u siebie i chciała mu oddać. Odpisał wtedy, że nie ma pośpiechu.
Drzwi windy rozsunęły się. Wszedł, nacisnął przycisk parteru i schował telefon. Do takiej rozmowy potrzebował więcej czasu niż kilka minut przed pracą. Ta myśl przyniosła mu ulgę, której nie miał ochoty bliżej się przyglądać.
Przed ósmą był już w Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie.
Joanna Rybak rozmawiała przez telefon, przytrzymując słuchawkę ramieniem. Kiedy stanął w drzwiach, podniosła palec, a potem wskazała krzesło po drugiej stronie biurka. Usiadł. Między klawiaturą a stosem wydruków leżała kartka zapisana drobnym pismem; Joanna dopisała numer, otoczyła go kółkiem i przesunęła pod telefon.
— Rozumiem, że tak robi zazwyczaj. Pytam, co pamięta z tego konkretnego dnia.
Mikołaj zdjął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie. Joanna słuchała odpowiedzi, obracając długopis między palcami. Nie zanotowała ani słowa.
— Dobrze. Gdyby udało się to potwierdzić, proszę od razu dać mi znać.
Odłożyła słuchawkę i przez chwilę patrzyła na swoje notatki.
— Komendant cię szukał.
— Wolałbym, żebyś zaczęła od czegoś przyjemnego.
— Dzień dobry. Komendant cię szukał.
Uśmiechnął się i sięgnął po leżący na brzegu biurka długopis.
— Sprawozdanie?
Skinęła głową.
— Wyślę przed południem.
Joanna spojrzała na niego znad kartki, ale nie skomentowała obietnicy. Miała czterdzieści dwa lata, dwóch synów i dość własnych obowiązków, żeby nie przypominać mu o jego. Jeśli zapisała sobie termin, zrobiła to wyłącznie po to, by móc podać go następnej osobie, która przyjdzie pytać.
— Co mamy? — zapytał, wskazując fotografie.
Przesunęła je w jego stronę.
Na pierwszej widać było wnętrze nieczynnego budynku: betonową posadzkę, metalowe schody i podest, którego dalsza część ginęła poza kadrem. Kobieta leżała u podstawy schodów. Mikołaj przyjrzał się najpierw jej ułożeniu, potem otoczeniu. Fotografia podsuwała proste wyjaśnienie, ale nie pokazywała tego, co wydarzyło się wcześniej.
— Znaleziono ją wczoraj wieczorem — powiedziała Joanna. — Budynek gospodarczy niedaleko Bystrzycy, przygotowywany do rozbiórki. Przy ciele nie było dokumentów. Na razie nie wiadomo, czy wszystkie obrażenia można wyjaśnić upadkiem.
Przesunął zdjęcie, żeby obejrzeć następne.
— Kto ją znalazł?
— Pracownik ochrony. Zauważył uchylone drzwi i wszedł sprawdzić.
— O nim rozmawiałaś?
— Tak. Twierdzi, że dzień wcześniej drzwi były zamknięte.
Mikołaj zerknął na kartkę pod telefonem.
— Sprawdzał je czy przechodził obok?
— Właśnie próbuję to ustalić. Na razie wracają do mnie informacje o tym, jak wygląda jego obchód. Chcę wiedzieć, którędy rzeczywiście szedł.
Wrócił wzrokiem do fotografii. To rozróżnienie miało znaczenie: człowiek mógł uczciwie opisać coś, co robił setki razy, i nie zauważyć, że nie pamięta akurat wczorajszego wieczoru. Ochroniarz równie dobrze mógł jednak pamiętać doskonale. Mikołaj wolał usłyszeć jego odpowiedź, zanim przypisze mu pomyłkę.
— Porozmawiajmy z nim na miejscu.
— Chcę tam pojechać po Rogowskim — odparła Joanna. — Ze zdjęć nie widzę nawet, z jakiej odległości mógł zauważyć te drzwi.
Na kolejnym ujęciu ciemne zabrudzenia rozchodziły się po betonie nieregularnymi plamami. Niedaleko schodów leżał fragment materiału. Mikołaj przysunął fotografię, ale po chwili odłożył ją obok pozostałych. Nie potrafił ocenić, czy tkanina miała związek ze zmarłą, czy leżała tam, zanim weszła do budynku.
— Padało?
— Od popołudnia. Dach przecieka. Przy wejściu też była woda.
Przyjrzał się jeszcze raz posadzce, tym razem szukając miejsc osłoniętych od deszczu. Na tym ujęciu nie dało się rozstrzygnąć, którędy spływała woda.
— Kacper był na miejscu?
— Był. Chce nam pokazać jeden ze śladów. Zdjęcia masz w poczcie.
— Jeszcze nie otworzyłem.
— To zajrzymy do niego przed wyjazdem.
Nie musiała dodawać nic więcej. Wyciągnął telefon, odnalazł wiadomość i sprawdził godzinę wysłania. Przyszła, kiedy rozmawiał z Pawłem.
— Wiemy, kim była?
Joanna wysunęła spod dokumentów osobną kartkę.
— Prawdopodobnie Anna Gajda. Trzydzieści jeden lat. Zgłoszono jej zaginięcie, tożsamość jeszcze potwierdzamy.
Przeczytał nazwisko, po czym spojrzał na fotografię kobiety. Wcześniej oglądał przede wszystkim położenie ciała i schody. Teraz zatrzymał wzrok na twarzy, choć na tym zdjęciu niewiele mógł z niej odczytać.
— Rodzina?
— Mąż, Tomasz. Chcę z nim dzisiaj porozmawiać.
— Co już od niego mamy?
— Sprawdzę pełną treść zgłoszenia. Nie chcę ci teraz powtarzać czegoś z drugiej ręki.
Przytaknął i zanotował nazwisko. Joanna zabrała telefon oraz kartkę z numerem zapisanym podczas rozmowy. Fotografie zostawiła jeszcze na biurku, pozwalając mu dokończyć oglądanie.
Nie znalazł na nich niczego, co uzasadniałoby pewność. Kobieta mogła spaść ze schodów. Mogła znaleźć się u ich podstawy w inny sposób. Sam fakt, że budynek był opuszczony i przygotowywano go do rozbiórki, nie rozstrzygał nawet, czy przyszła tam z własnej woli. Najpierw trzeba było dowiedzieć się, co ją z tym miejscem łączyło.
Odłożył ostatnią fotografię.
— Dobra. Chodźmy do Kacpra.
Joanna zebrała wydruki i wyciągnęła rękę.
Spojrzał na nią pytająco.
— Długopis — powiedziała.
Oddał go, po czym sprawdził kieszeń kurtki. Własny znalazł od razu. Joanna zauważyła to, ale była już w drodze do drzwi.
Kacper Milewski siedział przed monitorem z kubkiem przy ustach. Na widok Joanny odstawił kawę, a kiedy za nią wszedł Mikołaj, odsunął od krawędzi biurka papierową torbę.
Wolski spojrzał na torbę, potem na niego.
— Dla mnie nie ma?
— Nie.
— Nawet nie sprawdziłeś.
— Sprawdziłem, zanim przyszliście.
Mikołaj przysunął sobie krzesło. Kacper zwykle potrzebował kilku minut, żeby przejść od narzekania na porę dnia do rzeczy, którą chciał pokazać. Tym razem od razu otworzył zdjęcie, a potem drugie. Kawa została przy klawiaturze.
— Wysłałem wam oba ujęcia — powiedział. — Tylko na telefonie niewiele zobaczycie.
Joanna stanęła z boku monitora.
— To przy schodach?
— Tak.
Na ekranie pojawił się znajomy fragment betonowej posadzki. W powiększeniu zabrudzenie traciło kształt, który Mikołajowi na wydruku przypominał część podeszwy. Teraz widział przede wszystkim nierówną krawędź i smugi o różnym nasyceniu.
Kacper przesunął kursor.
— Wczoraj potraktowałem to jako jedno rozmazane odwzorowanie. Rano wróciłem do zdjęć. Popatrzcie tutaj.
Przełączył ujęcie. Przy brzegu ciemniejszej plamy pojawił się drugi zarys, mniej wyraźny, urywający się tam, gdzie beton stawał się jaśniejszy.
Mikołaj pochylił się w stronę monitora.
— Dwa?
— Możliwe.
— To dlaczego tak nie napisałeś?
Kacper zdjął rękę z myszy i spojrzał na niego.
— Bo „możliwe” jest tu dość istotne.
Wolski oparł się wygodniej. W wiadomości Milewskiego było więcej zastrzeżeń niż informacji, a jednak zależało mu, żeby przyszli osobiście. Najwyraźniej od rana próbował rozstrzygnąć coś, co przy każdym kolejnym powiększeniu wyglądało trochę inaczej.
— Dobrze. Powiedz, co przemawia przeciwko.
Kacper przez chwilę przyglądał mu się podejrzliwie, po czym wrócił do zdjęcia.
— Na tym ujęciu widzisz krawędź, której na poprzednim prawie nie ma. Tyle mogę ci teraz pokazać. Nie wiem jeszcze, czy oglądamy dwa nałożone ślady, czy fragment jednego, który inaczej wyszedł na zdjęciu.
— A bardziej podoba ci się która wersja?
— Mnie się ma zgadzać.
Mikołaj uśmiechnął się lekko. Kacper nie próbował już wycofać zastrzeżeń ani zastąpić ich ostrożniejszymi. To wystarczało; dalsze naciskanie dałoby najwyżej irytację.
Joanna wskazała ekran.
— Pokaż nam szerszy kadr.
Milewski cofnął powiększenie, a potem otworzył wcześniejszą fotografię. Widać było dolne stopnie, część posadzki i ciało kobiety. Dopiero teraz Mikołaj mógł umieścić oglądane zabrudzenie w przestrzeni.
— Tu? — Ustawił palec kilka centymetrów od monitora.
— Trochę w lewo.
Przesunął rękę.
— Tutaj.
Joanna przyciągnęła drugie krzesło i usiadła.
— Chcę to zobaczyć na miejscu. Na tych zbliżeniach za łatwo zgubić odległości.
Kacper przytaknął.
— Dlatego zacząłem od dwóch zdjęć, a nie od opowieści, kto gdzie stał.
— Szkoda — powiedział Mikołaj. — Liczyłem, że do kawy będzie już nazwisko.
Milewski sięgnął po kubek, napił się i skrzywił.
— Do tej kawy mogę ci dać najwyżej zwolnienie.
Wolski obejrzał ponownie oba ujęcia. Teraz, kiedy wiedział, gdzie szukać, dostrzegał drugi zarys także na pierwszym. Albo przekonał się, że go dostrzega. Odsunął krzesło od biurka i poprosił o powrót do szerszego kadru.
Schody narzucały się nawet wtedy, kiedy starał się patrzeć na resztę pomieszczenia. Zajmowały dużą część fotografii, a kobieta leżała tuż przy nich. Rozumiał już, dlaczego od początku myślał o upadku. Nie miał jednak niczego poza tym sąsiedztwem i informacją o obrażeniach, których sam nie oglądał.
— Rogowski widział te zdjęcia? — zapytał.
— Nie wiem, które dokładnie dostał — odpowiedział Kacper.
Joanna wyjęła telefon.
— Ustalę przed wyjazdem. Chcę, żebyśmy rozmawiali o tym samym materiale.
Odeszła kilka kroków, wybierając numer. Mikołaj poczekał, aż Kacper zamknie powiększenie.
— Dlaczego kazałeś nam przyjść?
— Właśnie ci pokazałem.
— Mogłeś napisać, że sprawdzasz. Zrobiłeś to, wysłałeś zdjęcia, a potem jeszcze zadzwoniłeś do Joanny.
Kacper obrócił kubek na biurku.
— Bo wczoraj powiedziałem przy waszych ludziach, że widzę jeden ślad. Nie chcę, żeby ktoś dzisiaj powtarzał to jako ustalenie.
Mikołaj skinął głową. Taka odpowiedź podobała mu się bardziej niż najbardziej efektowna interpretacja plam na betonie.
— Dobra. Jak ktoś zapyta, powiem, że jeszcze sprawdzasz.
— Tylko tyle?
— Potrafię.
— Wiem. Rzadko korzystasz.
Joanna wróciła po kurtkę. Mikołaj wstał, odsunął krzesło pod biurko i jeszcze raz zerknął na papierową torbę.
— Naprawdę masz tylko jedno?
Kacper otworzył ją i wyjął nadgryzioną bułkę.
— Teraz już nawet nie.
Wolski uniósł dłoń na pożegnanie. Na korytarzu Joanna schowała telefon do kieszeni.
— Jedziemy do Rogowskiego.
Ruszył obok niej. Dopiero przy schodach przypomniał sobie o sprawozdaniu, które obiecał wysłać przed południem. Sprawdził godzinę, ale tym razem nie próbował negocjować z nią w myślach.
— Wolski!
Mikołaj zatrzymał się przy schodach. Kacper stał w drzwiach pokoju, trzymając telefon.
— Wróćcie na chwilę.
— Jednak podzielisz się śniadaniem?
— Sokołowska chce wam coś pokazać.
— To już brzmi mniej obiecująco.
Joanna zawróciła pierwsza. Mikołaj poszedł za nią, chowając telefon do kieszeni. Kiedy wrócili do pokoju, przy biurku Kacpra stała młoda kobieta z wydrukami pod pachą. Była drobna, o twarzy tak młodej, że przez chwilę wziął ją za praktykantkę. Ciemne włosy, obcięte tuż poniżej uszu, po jednej stronie wsunęła za ucho. Miała na sobie granatowy sweter i identyfikator, który odwrócił się zdjęciem do wewnątrz. Zerknął na Kacpra, czekając na przedstawienie.
Kacper zabrał z biurka kubek i papierową torbę, robiąc jej miejsce.
— Lena Sokołowska. Od trzech tygodni u nas. Lena, Joanna Rybak i Mikołaj Wolski.
Joannie skinęła głową z krótkim uśmiechem rozpoznania. Do niego odwróciła się dopiero, kiedy wyciągnął rękę.
— Czyli mnie zostawili pani na koniec — powiedział. — Rozsądnie. Najpierw trzeba człowiekowi pokazać zalety nowego miejsca.
Uścisnęła jego dłoń, po czym położyła wydruki na biurku. Nie odpowiedziała. Mikołaj zdążył zauważyć, że Kacper otworzył usta, ale Lena uprzedziła go, podsuwając policjantom pierwszą fotografię.
— Pani Lena porozumiewa się z nami pisemnie — powiedział Milewski.
— Dobrze — odparła Joanna i przysunęła sobie krzesło.
Wolski usiadł obok niej. Sokołowska wyjęła długopis z kieszeni, lecz zamiast zacząć pisać, odwróciła leżące przed nim zdjęcie.
Oglądał je do góry nogami.
— Sprawdzałem, czy pani uważa.
Podniosła na niego wzrok. Przez sekundę patrzyli na siebie ponad biurkiem, po czym przesunęła fotografię jeszcze trochę, tak żeby napis u dołu znalazł się dokładnie przed nim.
Joanna ukryła uśmiech, pochylając się nad wydrukiem.
Mikołaj przyjął korektę z godnością człowieka, który sam zdecydował, że na nią pozwoli. Dziewczyna nie sprawiała wrażenia onieśmielonej jego obecnością, ale też nie próbowała wykorzystać okazji. Już układała drugie zdjęcie obok pierwszego.
Na obu zaznaczyła ołówkiem fragment posadzki przy schodach.
— Te dwa zarysy? — zapytał.
Skinęła głową, a następnie dołożyła trzeci wydruk: szersze ujęcie, obejmujące dolny bieg schodów i przestrzeń pod podestem. Przy nim leżała kartka z kilkoma zapisanymi wcześniej zdaniami.
Dlaczego porównujemy tylko ten fragment?
Mikołaj przeczytał i wskazał zdjęcia.
— Ponieważ państwa kolega pokazał nam właśnie ten fragment. Jesteśmy bardzo podatni na sugestie, zwłaszcza przed dziewiątą.
— Nie sugerowałem wam niczego — odezwał się Kacper.
— Widzisz? Już się bronisz. A ja nawet nie powiedziałem, że to źle.
Lena przesunęła kartkę z powrotem do siebie. Dopisała jedno zdanie i podała ją Mikołajowi.
Pytam o ślady, nie o podział odpowiedzialności.
Przeczytał je raz, potem drugi, tym razem z wyraźną przyjemnością.
— Szybko się pani wdrożyła.
Nie czekała na dalszy komentarz. Końcem długopisu wskazała zabrudzenie pod schodami, z dala od miejsca, które oglądali u Kacpra. Wolski pochylił się bliżej. W szerszym kadrze wyglądało jak niewielka, nieregularna plama.
Sokołowska położyła obok zbliżenie. Kilka krótkich, ukośnych odcinków układało się w powtarzalny wzór. Następnie wróciła do zdjęcia przy podstawie schodów i wskazała podobny fragment w mniej wyraźnym zarysie.
Kacper przysunął krzesło.
— To spod podestu?
Potwierdziła.
— Oglądałem to osobno — powiedział, przyciągając wydruk. — Pokaż jeszcze tamto.
Lena podała mu zdjęcie, ale zatrzymała palec na zaznaczonym miejscu. Mikołaj obserwował, jak Milewski przenosi wzrok między fotografiami. Nie wyglądał już na człowieka, który uprzejmie ogląda cudzą uwagę, zanim wróci do własnej pracy.
— Podobny układ — przyznał.
Sokołowska napisała:
Może ten sam wzór podeszwy. Sprawdźmy całą serię, nie tylko dwa ujęcia.
— Czyli ktoś wszedł pod schody — powiedział Mikołaj.
Lena poruszyła dłonią: nie do końca. Wskazała kartkę.
— Ktoś mógł wejść pod schody — poprawił się. — Lepiej?
Dopisała:
Albo stamtąd wyjść.
Oparł łokcie na kolanach i obejrzał szerszy kadr. Dotąd traktował przestrzeń pod podestem jak tło: kawałek pomieszczenia, który znalazł się za głównym przedmiotem fotografii. Lena zestawiła ją z miejscem przy ciele. Nie udowodniła, że te zabrudzenia zostawiła jedna osoba, ale dała mu powód, żeby wreszcie spojrzał również tam.
— Pani już ma swoją wersję — powiedział.
Nie podniosła głowy. Pisała.
— Tylko zastanawia się pani, ile nam zdradzić, żebyśmy jej od razu nie zepsuli.
Wtedy spojrzała na niego i spokojnie obróciła kartkę.
Nie wiem, kiedy powstały. Mogły zostać wcześniej.
— Odmawia pani nawet drobnej satysfakcji.
Dopisała pod spodem:
Ale warto sprawdzić, co jest pod podestem.
Joanna sięgnęła po fotografię.
— I czy mamy zdjęcia całej tej części pomieszczenia — powiedziała. — Kacper?
— Sprawdzę.
Milewski odwrócił się do komputera. Lena pochyliła się nad wydrukiem, żeby wskazać Joannie miejsce, ale Mikołaj położył obok dłoń.
— Chwileczkę. Gdyby chciała pani zejść tymi schodami, poszłaby pani tutaj?
Przesunął palec po wolnej przestrzeni przed dolnym stopniem.
Skinęła głową.
— A tutaj?
Wskazał miejsce pod podestem.
Pokręciła głową i sięgnęła po długopis.
— Właśnie. Więc jeżeli oba ślady należą do tej samej osoby, nie mamy już tylko kogoś, kto schodził albo wchodził.
Lena zatrzymała długopis nad papierem. Przyjrzała mu się uważniej, po czym dopisała do wcześniejszego zdania:
Trzeba najpierw wykluczyć osoby, które weszły po znalezieniu ciała.
— Oczywiście. Najbardziej niewinni zawsze psują dobrą hipotezę.
— Zwłaszcza jeżeli są policjantami — powiedziała Joanna.
— Nie chciałem tego mówić przy nowej koleżance.
Kącik ust Leny drgnął. Przysłoniła dłonią kartkę, żeby ją przytrzymać, i zanotowała jeszcze coś krótkiego. Tym razem podała ją tylko jemu.
Za późno.
Uśmiechnął się szerzej. Zrozumiała żart doskonale. Co więcej, wybrała moment, w którym odpowiedź nie potrzebowała publiczności.
Kacper otworzył następny plik.
— Mam ujęcie spod podestu. Robione jeszcze przed tym z numerami.
Wszyscy zwrócili się ku monitorowi. Lena przesunęła krzesło bliżej, a Mikołaj odsunął swoje, żeby nie zasłaniać jej ekranu.
Przez chwilę porównywała fotografię z wydrukiem. Potem wskazała dolną część obrazu.
— To miejsce? — zapytał Kacper.
Potwierdziła i pokazała mu własne zdjęcie. Na późniejszym ujęciu fragment zabrudzenia zasłaniał znacznik. Wcześniejszy kadr obejmował większą część śladu, ale wykonano go z dalszej odległości.
Milewski powiększył obraz.
Lena uniosła dłoń, zatrzymując go, zanim szczegóły rozpłynęły się na ekranie. Przez moment patrzyła jeszcze na zdjęcie, po czym zapisała numer pliku.
Mikołaj czekał. Tym razem nie miał ochoty przerywać.
Sokołowska wróciła do szerokiego ujęcia. Położyła obok siebie trzy fotografie, w kolejności odpowiadającej położeniu zaznaczonych miejsc: pod podestem, przy schodach, dalej na posadzce. Przy ostatnim zostawiła wolną kartkę.
— Czego brakuje? — zapytał.
Napisała:
Dalszego ciągu. Albo wyjaśnienia, dlaczego go nie ma.
Wolski przyjrzał się pustemu miejscu na biurku. Jeszcze kilka minut wcześniej chciał wiedzieć, czy przy schodach nałożyły się dwa ślady. Teraz miał przed sobą możliwą drogę przez pomieszczenie, której nie potrafił ani potwierdzić, ani odrzucić.
Joanna sprawdziła godzinę.
— Musimy jechać. Prześlijcie nam numery zdjęć i zaznaczcie miejsca na szerszym ujęciu. Obejrzymy je w budynku.
Lena skinęła głową i zebrała kartki. Mikołaj zatrzymał palcem tę z napisem „Za późno”.
— Tę mogę zatrzymać?
Spojrzała na niego pytająco.
— Rzadko dostaję tak krótką ocenę swojej pracy. Zwykle zajmuje co najmniej stronę.
Wyciągnęła kartkę spod jego palca, odwróciła ją i pokazała zapisane na drugiej stronie numery fotografii.
— Rozumiem. Jeszcze jestem potrzebny do czegoś pożytecznego.
Przepisała dwa numery na osobną kartkę i podała mu ją z uprzejmością tak staranną, że nie mógł mieć pewności, czy właśnie nie został odprawiony.
Wstał.
— Do zobaczenia, pani Sokołowska.
Odpowiedziała skinieniem głowy. Kiedy ruszył za Joanną, Lena już wskazywała Kacprowi kolejny plik.
Na korytarzu Rybak spojrzała na kartkę w jego ręku.
— I co?
— Trzeci tydzień — powiedział. — A już dokłada nam pracy. Kto ją przyjął?
— Chcesz złożyć skargę?
Schował numery do notesu.
— Nie. Chcę wiedzieć, czy ma więcej takich kandydatów.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania