bez tutułu
by uspokoić myśli
liczę w dół wzrokiem
pęknięcia idąc po płytach chodnika
dwa trzysta sto pięćdziesiąt trzy
liczę płyty kroki pęknięcia
wchodzę w zaniedbaną dzielnicę
tysiąc dwanaście tysięcy
tysięcy sześćset
roztrzaskana przeszłość
uspokajała przeszła
po zmiażdżonych chodnikach
osiemset tysięcy dwadzieścia trzy
wciąż się trzymam
aż czubek buta zawisa
nad milionowym pęknięciem
czy milionowym jeden
chyba straciłem rachubę
nie mogę się doliczyć
ze zgiełku historii
strzaskanej w gruz
chodnika nieodwiedzanej ulicy
tanecznych sal knajp burdeli
pokoi na godziny i kabaretów
Komentarze (1)
Końcówka nęci, i daje wgląd w to że ten wiersz nie jest oschły.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania