bez tytułu {bo tytuły bywają zbyt pewne siebie}

miasto dziś mruga do mnie

jakby miało sekret w trzewiach z betonu,

a ja — niespiesznie — rozsupłuję je

niczym sznurek od paczki,

której nikt nie zamówił,

a jednak stoi pod drzwiami świata.

 

w kieszeni noszę dwa oddechy:

jeden własny,

drugi znaleziony na przystanku

(między rozkładem jazdy a ogłoszeniem

„sprzedam prawie nową ciszę”).

 

słowa pękają dziś w palcach

jak ziarna granatu,

rozsypują się po podłodze

i każą tańczyć sylabom w rytmie,

którego nie wymyślił żaden człowiek,

tylko lekko wgnieciona rzeczywistość.

 

czasem

— gdy lustro jest w dobrym humorze —

pojawiam się w nim podwójnie:

ja i ta wersja mnie,

która udaje, że wie, dokąd idzie.

 

późnym wieczorem

pod lampą śmietnika

piszę list do przyszłości,

ale ona odpisuje natychmiast

na odwrocie paragonu:

 

„nie bój się.

nawet jeśli zgubisz jutro,

znajdziesz je tam,

gdzie odkładasz klucze

do samego siebie.”

 

a miasto znowu mruga,

jakby wiedziało coś więcej,

ale nie chce mnie przestraszyć.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Grafomanka 2 miesiące temu
    Są wspaniałe momenty, ale są też takie, których wolałabym nie widzieć jak np. drzwi świata, bez tego świata lepiej brzmi. No, odchudziłabym trochę, dla jakości, żeby zostawić najlepsze.

    Nie oceniam
  • Sokrates 2 miesiące temu
    W zupełności się zgadzam z Grafomanką ale dam 3
  • PatrycjuszKR 2 miesiące temu
    Pięknie 5 😊😁

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania