bez tytułu {bo tytuły bywają zbyt pewne siebie}
miasto dziś mruga do mnie
jakby miało sekret w trzewiach z betonu,
a ja — niespiesznie — rozsupłuję je
niczym sznurek od paczki,
której nikt nie zamówił,
a jednak stoi pod drzwiami świata.
w kieszeni noszę dwa oddechy:
jeden własny,
drugi znaleziony na przystanku
(między rozkładem jazdy a ogłoszeniem
„sprzedam prawie nową ciszę”).
słowa pękają dziś w palcach
jak ziarna granatu,
rozsypują się po podłodze
i każą tańczyć sylabom w rytmie,
którego nie wymyślił żaden człowiek,
tylko lekko wgnieciona rzeczywistość.
czasem
— gdy lustro jest w dobrym humorze —
pojawiam się w nim podwójnie:
ja i ta wersja mnie,
która udaje, że wie, dokąd idzie.
późnym wieczorem
pod lampą śmietnika
piszę list do przyszłości,
ale ona odpisuje natychmiast
na odwrocie paragonu:
„nie bój się.
nawet jeśli zgubisz jutro,
znajdziesz je tam,
gdzie odkładasz klucze
do samego siebie.”
a miasto znowu mruga,
jakby wiedziało coś więcej,
ale nie chce mnie przestraszyć.
Komentarze (3)
Nie oceniam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania