Bezkolizyjność
1. Siedemdziesiąt znaków
Pierwszą rzeczą, którą trzeba wiedzieć o miłości prowadzonej za pomocą SMS-ów w Warszawie wiosną 2009 roku, jest to, że każde „ą” skracało ją mniej więcej o połowę.¹ Drugą rzeczą jest to, że Ewelina Zydel miała telefon na kartę. Oznacza to, że każde jej „ą” było dodatkowo płatne z góry, z kwoty, o której istnieniu przypominała sobie zwykle w najmniej odpowiednim momencie. Na przykład o 14:37 w niedzielę, w drodze na plac Grzybowski, gdzie ktoś miał opowiadać bajki żydowskie, a ona była już spóźniona i wiedziała o tym, i przepraszała za to, i pisała, że „środki się kończą”. W ustach osoby piszącej pracę magisterską o drugorzędnym poecie z drugiej połowy XIX wieku² brzmi to trochę jak diagnoza, a trochę jak program estetyczny.
Trzecią rzeczą jest to, że zachowało się tego dwieście dziesięć sztuk. Sto sześć od niej, sto cztery od niego, co jest proporcją tak bliską idealnej, że człowiek o skłonnościach do nadinterpretacji — a obie osoby, o których tu mowa, takie skłonności miały, każda w swojej dziedzinie³ — mógłby uznać ją za dowód czegoś. Nie jest dowodem niczego. Jest sumą dwóch miesięcy, w których najpierw pisał prawie wyłącznie on, a potem prawie wyłącznie ona, i to, że te dwie nierówności zniosły się co do dwóch sztuk, jest dokładnie tym rodzajem zbiegu okoliczności, który w powieści byłby tanim chwytem, a w życiu jest po prostu arytmetyką.
Wszystko zaczyna się (to znaczy: zapis się zaczyna, co nie jest tym samym, i do tej różnicy jeszcze wrócimy) w środę 25 marca o 16:57. Od wiadomości, w której Ewelina — polonistka, mocno wtedy wściekła — streszcza Bartka do trzech danych: że mówi „półtora łyżki”⁴, że mówi „opłukam”⁵ i że jest dyrektorem. Trzecia dana miała w jej ujęciu wyjaśniać, a zarazem kompromitować dwie pierwsze. Chodziło o CV. Bartek, który od niedawna zasiadał na tym, co rok później w przypisie sam nazwie „dyrektorskim stolcem”, obejrzał jej życiorys okiem człowieka, który ogląda życiorysy zawodowo. Miał zastrzeżenia, między innymi do kolejności „miejsce — funkcja”, i wyraził je w sposób, który Ewelina w swojej relacji zredagowała do postaci wrzucenia CV do niszczarki. Niszczarki, o ile wiadomo, nie było. Była anegdota. Bartek miał wtedy zwyczaj obudowywania każdej krytyki anegdotą, tak jak niektórzy obudowują psu tabletkę plasterkiem szynki, z tą różnicą, że pies zwykle się nie orientuje.
Wiadomość kończy się zdaniem: „BTW: Niezła pogoda — czasem słońce, czasem śnieg.” Jeśli ktoś pyta autora, jest to najważniejsze zdanie w całych dwóch miesiącach. Jest bowiem jedynym, w którym któreś z nich opisuje ich związek trafnie, i robi to, oczywiście, przez przypadek, w dopisku, w trybie BTW. Co samo w sobie jest charakterystyczne, bo wszystko, co między nimi było prawdziwe, wychodziło właśnie w ten sposób: bokiem, w post scriptum, pod pozorem meteorologii.
O 19:59 przychodzi jeszcze fraszka Sztaudyngera o tym, jak dobrze jest łysym.⁶ Następnego dnia o 8:37 Ewelina pisze, że jego wersja CV jest dużo lepsza, że się „kaja”, że przedstawia ją w zbyt dobrym świetle i że na zdjęciu wygląda jak (tu następuje porównanie o charakterze fekalnym, które autor sobie daruje). Od ataku do kapitulacji mija piętnaście godzin i czterdzieści minut. Jest to, jak się okaże, czas mniej więcej typowy.
¹ Ściślej: standardowy SMS mieści 160 znaków w siedmiobitowym alfabecie GSM, który nie przewiduje „ą”, „ę”, „ł”, „ś”, „ć”, „ń”, „ó”, „ź” ani „ż”, czyli dokładnie tych liter, po których cudzoziemiec poznaje, że ma do czynienia z polszczyzną. Wystarczy jedna z nich gdziekolwiek w wiadomości, żeby telefon przełączył całość na kodowanie UCS-2, w którym limit spada do 70 znaków. „Tęsknię” jest więc w sensie ściśle rozliczeniowym droższe od „tesknie” i większość ludzi to wiedziała, i większość pisała „tesknie”. W transkrypcji, na której opiera się ten tekst, część ogonków jest, a części nie ma, i nie da się już ustalić, według jakiego klucza. Bartek pisze na przykład 29 marca, że „tęsknie”, z jednym ogonkiem zamiast dwóch, choć skoro i tak płacił już za UCS-2, drugi ogonek miał za darmo. Nie postawił go. Jest to albo literówka, albo coś, czego autor nie będzie tu rozstrzygał.
² W. Stebelski, w przypisie z 2010 roku nazwany głównym bohaterem „literackiego dreszczowca”, którym była praca Eweliny. Autor nie zdołał ustalić o Stebelskim niczego ponad to, co zawiera tamten przypis. Stawia go to w sytuacji dość podobnej do sytuacji Eweliny w nocy z 16 na 17 maja, kiedy okazało się, że jej egzemplarz „Romana Zero” nie ma połowy przypisów.
³ Ona w literaturze. On w czymś, co nazywał po prostu „pracą” albo „firmą” i co obejmowało, zależnie od dnia, systemy wynagradzania sprzedaży, „badziewną umowę”, klienta od handlu bronią oraz zadania z serii „jak tu ogłosić sukces rządu”. Do tego Lacan wstępnie przetrawiony przez Žižka, który, jak Bartek przyznał 11 maja, szedł mu „niesporo”.
⁴ Poprawnie: „półtorej łyżki”, bo łyżka jest rodzaju żeńskiego, a „półtora” łączy się z rzeczownikami męskimi i nijakimi. Ewelina, jako polonistka, wiedziała o tym w sposób, w jaki wie się o własnym nazwisku. Bartek wiedział o tym w 2010 roku na tyle, żeby w przypisie nazwać swoje sformułowania „wsiowymi”, ale nie na tyle, żeby wyjaśnić, co konkretnie było w nich wsiowego. Jest to dla niego bardzo charakterystyczny rodzaj przyznania się do winy: pełny, szybki, autoironiczny i niezawierający żadnej informacji.
⁵ Zamiast „opłuczę”. Słowniki dopuszczają dziś obie formy, co dla Eweliny w marcu 2009 roku nie miało najmniejszego znaczenia, bo nie chodziło o słownik.
⁶ Fraszkę autor pominie, bo jest cudza, krótka i każdy powyżej czterdziestki i tak ją zna. Ważne jest to, że Bartek był łysy. Ewelina, która w tych SMS-ach nie zostawia prawie żadnej czułości bez przyprawy, miesiąc później, 26 kwietnia o 19:37, pocałuje go „w księżycową łysinę”. W skali tej korespondencji jest to mniej więcej odpowiednik sonetu.
2. Osiemdziesiąt trzy minuty
W kwietniu pisze głównie on. Trzydzieści pięć wiadomości do dwunastu, i są to wiadomości długie, wielozdaniowe, pełne neologizmów, emotikon i tych szczególnych rymów, które powstają, kiedy człowiek idzie rano do pracy i rytm kroków zaczyna mu się układać w zdania („Do banku kroczę, niczym roztocze”).⁷ Pisze, co zjadł na śniadanie (tę „boską” sałatkę), czego słucha (Portishead, coraz chętniej, „również z rańca”), gdzie będzie (basen, angielski, „raptem pół godziny”) i kiedy jest wolny (przed osiemnastą, a potem „cały wieczór”). Specjaliści od komunikacji nazwaliby te wiadomości fatycznymi. Niespecjaliści powiedzieliby po prostu, że znaczą: jestem, jestem, jestem, czy ty też jesteś.
Trzeciego kwietnia, w piątek, coś się psuje, i z SMS-ów nie da się ustalić co, bo jak zwykle właściwa rozmowa odbywa się gdzie indziej, a tu zostają tylko jej odpryski. Bartek nie pływa, tylko „anglizuje się”, pogoda jest dobra na spacer, „szkoda, że samotny”. Potem: „dziwna zaiste interpretacja”. Potem — w post scriptum, oczywiście, u nich wszystko ważne idzie w post scriptum — że poczuł się „nic niewartym i całkowicie zbędnym nieudanym substytutem (a może nawet przeszkodą)”. Ewelina odpisuje, że gdyby nie była pewna swojej złości, toby ją w niej utwierdził, a kwadrans później jednym zdaniem formułuje coś, co nadawałoby się na motto całego materiału: że świetnie się nie rozumieją. Na co on — i w tym miejscu autor prosi o szczególną uwagę — odpisuje, że ona „znowu pieprzy”, a w ogóle to on „robi teraz rachunek strat” i „gorączkowo przegrywa Portishead”.
Czyli: w chwili, w której wydaje mu się, że to koniec, Bartek nie płacze, nie pisze listu, nie dzwoni. Bartek kopiuje jej płyty.⁸ Inwentaryzuje. Zabezpiecza aktywa przed wygaśnięciem stosunku. Jest w tym coś tak przejmująco praktycznego, że trudno się nie wzruszyć, i coś tak przejmująco nieadekwatnego, że trudno się nie roześmiać. Autor podejrzewa, że Bartek w 2010 roku, przepisując to, robił jedno i drugie naraz, co zresztą było jego podstawowym trybem obecności w świecie.⁹
A nazajutrz jest sobota, czwarty kwietnia. O 8:17 Ewelina jest „główną atrakcją poranka”. O 8:27 przychodzi trzywyrazowa wiadomość „Mogę. Idę. Będę.”, która ma rytm Cezara i zawartość informacyjną bliską zera. O 9:24 Bartek pisze, że nie chce jej już dziś widzieć, „bez odbioru”. O 10:40 — że ubóstwia jej ciało i żeby się wypchała. O 10:47 następuje wiadomość, której autor nie zacytuje, bo jest inwentarzem, znowu inwentarzem, tym razem anatomicznym, szczegółowym, z jednostkami miary włącznie.¹⁰ Kończy się ona zapewnieniem, że on „za Chiny ludowe” nie ma ochoty udowadniać jej tego słowami, i wezwaniem, żeby natychmiast wracała.
Od „bez odbioru” do „wracaj natychmiast” mijają osiemdziesiąt trzy minuty. Zapewnienie, że nie będzie niczego udowadniał słowami, zawiera się w najdłuższej, najbardziej wyliczeniowej i najbardziej słownej wiadomości, jaką Bartek wysłał w całym badanym okresie. Autor nie twierdzi, że Bartek tego nie zauważył. Autor twierdzi, że Bartek to zauważył i wysłał mimo to, i że różnica między tymi dwiema możliwościami jest mniej więcej całą różnicą między człowiekiem naiwnym a człowiekiem, który wie, że jest śmieszny, i uznał, że trudno, niech będzie śmieszny, byle wróciła.
Wróciła. Piątego kwietnia o 10:06 znowu może go „w każdej chwili w mieszkaniu zaskoczyć”.
Wielkanoc Bartek spędza w Przemszycach u rodziców, skąd przysyła raport, który jest chyba najszczęśliwszym tekstem w całym materiale. Tradycyjna impreza w synagodze dopiero przed nimi.¹¹ Jajka na twardo z chrzanem i ćwikłą, chrzan tak ostry, że dwie chusteczki. Bratanica wyszalała się w górach i zasnęła z łosiem. I mazurek. Ewelina upiekła mazurek, który Bartek zawiózł matce, a matka powiedziała o nim „smaczny, kruchutki”, co Bartek natychmiast i bezbłędnie przekłada Ewelinie na „świetny”.
Autor chciałby, żeby czytelnik zatrzymał się tu na chwilę, bo to rzecz dość niezwykła. Bartek jest biegłym, wręcz przysięgłym tłumaczem powściągliwości. Rozumie matczyne niedopowiedzenie z dokładnością do przymiotnika. Nie rozumie natomiast — w ogóle nie przychodzi mu do głowy, że wymagają przekładu — niedopowiedzeń Eweliny. Ona mówi do niego językiem z zupełnie innego słownika, w którym „ciało mdłe” odnosi się do pracy,¹² „związek to nie tylko przytulanie” jest całym esejem, a „Aha:)” znaczy, zależnie od kontekstu, co najmniej cztery różne rzeczy, z których żadna nie jest „aha”.
Jest jeszcze Agrykola. Bartek proponuje ją 21 kwietnia, jak wiele razy przedtem, i Ewelina, jak wiele razy przedtem, nie przychodzi, a tym razem nawet się nie odzywa. On komentuje to zdaniem, w którym autor słyszy całą niewypowiedzianą księgowość urazy: „Szkoda, że się nie odezwałaś.” Agrykola to gra, w której buduje się gospodarstwo i w której co kilka rund następują żniwa, a po żniwach trzeba wykarmić rodzinę; kto nie wykarmi, dostaje karty żebracze i traci punkty.¹³ Wygrywa się ją ostrożnym, terminowym zaspokajaniem potrzeb, planowaniem, tym, żeby w każdej chwili mieć w spiżarni tyle, ile trzeba, i ani ziarna więcej, bo nadmiar to zmarnowana akcja. Ewelina wygrała w nią raz, w partii testowej, i od tamtej pory grę „sabotuje”. Autor zostawia tę informację bez komentarza, tak jak zostawił ją bez komentarza jej pierwotny kronikarz, który wiedział, co robi, i jednocześnie nie miał o tym pojęcia.
⁷ Ciąg dalszy brzmiał: „Myślą rozdarty, czy zdjęcia dotarły”. Rym jest gorszy, troska prawdziwsza. Zdjęcia, o ile wiadomo, dotarły.
⁸ Ściśle: „przegrywa”, co w języku 2009 roku oznaczało kopiowanie zawartości płyty na dysk, a w każdym innym języku oznacza coś zupełnie innego, i co autor, gdyby był pisarzem bardziej natrętnym, uczyniłby w tym miejscu metaforą. Nie uczyni. (Uczynił.) Warto też zauważyć, że „rachunek strat” zawiera w nawiasie zdanie: „do Twoich książek trochę się już przyzwyczaiłem”. Rachunek strat sporządzony przez człowieka, który rachunki sporządza zawodowo, wymienia więc w pozycji pierwszej przyzwyczajenie do książek, a nie kobietę. Autor nie wie, czy to unik, czy przeciwnie, najdokładniejsze możliwe wyznanie. Podejrzewa, że jedno i drugie.
⁹ Tego samego dnia o 19:52 Bartek relacjonuje jej pogląd pewnego seksuologa, że kiedy komuś za bardzo zależy, to mu „nie staje”, i dodaje: „Chyba jestem za cienki na dialog z Tobą. Albo pewnie mi jeszcze zależy. Skończ już.” Trzy zdania, trzy różne hipotezy, z których druga jest jedyną prawdziwą, a trzecia jest prośbą, żeby nie trzeba było sprawdzać która.
¹⁰ Konkretnie: „każdy pieprzony centymetr kwadratowy”. Bartek mierzy miłość w centymetrach kwadratowych, czyli w jednostce powierzchni, czyli czegoś, co ma tylko dwa wymiary. Autor mógłby tu napisać coś o braku trzeciego wymiaru, o głębi, o duszy (Ewelina 13 maja napisze coś w tym duchu, zob. część 3), ale nie napisze, bo byłoby to nie fair. Centymetr kwadratowy to jedyna jednostka, w której da się w ogóle zmierzyć skórę, a skóra jest tym, czego się dotyka, kiedy chce się kogoś przytulić, a Bartek przez te dwa miesiące chce przede wszystkim przytulić. Słowo „przytulić” pada w jego wiadomościach trzy razy, za każdym razem w trybie przypuszczającym albo w czasie przyszłym, nigdy w teraźniejszym.
¹¹ „Synagoga” to pub „Retro” w Przemszycach, mieszczący się w przedwojennej synagodze, gdzie Bartek co święta spotykał się z dwoma przyjaciółmi z liceum. Autor przekazuje to za przypisem z 2010 roku i zwraca uwagę, że coś, co w 2009 roku było dowcipem niewymagającym wyjaśnień, w 2010 roku dostało przypis. Przypisy w tym pliku objaśniają rzeczy, które jego adresatka wiedziała lepiej od autora przypisów: jak smakował jej mazurek, kim jest jej siostra, w jakiej knajpie bywa z Martą. Albo więc pisane były dla kogoś trzeciego, albo dla przyszłości, albo dla niej, ale tak, żeby mogła zobaczyć, jak on to widział. Strona tytułowa podaje miejsce i datę wydania: „Warszawa 2060 r. (po moim trupie)”.
¹² 26 kwietnia Ewelina pisze, że „duch wprawdzie ochoczy, ale ciało mdłe”, mając na myśli, że w piękną niedzielę nie chce jej się pracować. Bartek rozumie to jako odmowę zupełnie innego rodzaju i proponuje, że gdyby jednak chciała zobaczyć magnolie, „np. w trakcie przerwy na papieroska”, to on „wali jak w dym”. Ewelina prostuje. Ewangelia (Mt 26,41) mówi to zresztą o czuwaniu w Ogrójcu i obie interpretacje są od niej równie odległe. W tej samej wiadomości Ewelina pisze, że wgryzają się w swoje „nie znające części wspólnych robótki”. Biorąc pod uwagę, że ona pisze tego dnia rozdział o miłości („Rozrosła się do 8 str.”, „wykorzystuję własne doświadczenia”, „straszna sieczka psychiczna”), a on czyta o systemach wynagradzania sprzedaży, jest to jednocześnie nieprawda i najprawdziwsza rzecz, jaką można było napisać.
¹³ Agricola Uwe Rosenberga, 2007, zapisywana przez Bartka fonetycznie. Czternaście rund, sześć żniw, po każdych żniwach dwie jednostki jedzenia na członka rodziny, za każdą brakującą karta żebracza i trzy punkty ujemne. Jest to gra, w której miłość do rodziny wyraża się wyłącznie terminowym dostarczaniem kalorii. Autor nie twierdzi, że ktokolwiek w tej historii o tym myślał.
3. Koza i Bawół
W maju proporcje się odwracają. Osiemdziesiąt pięć wiadomości od niej, pięćdziesiąt osiem od niego, i to ona teraz pyta, gdzie jest, co robi, czemu nie odpisuje, bo to (cytat dosłowny, 12 maja, 17:28) „nietypowe”. Autor, który ma tu do dyspozycji w zasadzie tylko liczby, chciałby uniknąć wniosku, że w kwietniu on ją kochał bardziej, a w maju ona jego. Jest to wniosek dokładnie tego rodzaju, przed którym należy się w życiu bronić. Korelacja ilości tekstu z ilością uczucia jest wątpliwa, nawet jeśli pominąć, że część wiadomości mogła po prostu przepaść w pamięci telefonu.¹⁴ Ludzie piszą więcej nie wtedy, kiedy kochają bardziej, tylko wtedy, kiedy druga strona pisze mniej. Gonienie jest funkcją uciekania. Oboje to robią, na zmianę, z regularnością, którą w innych okolicznościach dałoby się sprzedać jako choreografię.
Pierwszego maja, w piątek, w dzień, w którym ulice są „prawie puste, zauważyłeś?”, Ewelina pisze najbardziej bezbronną wiadomość w całym materiale. Że nie może przestać za nim tęsknić. Że tęsknotę czuje dopiero, kiedy go nie ma. I pyta, czy ta tęsknota nie jest jej potrzebna „tak samo, jak Ty”. Jest to pytanie zadane naprawdę, nie retorycznie; autor jest tego pewien, bo zaraz po nim następuje zdanie o pustych ulicach, a ludzie, którzy zadają pytania retoryczne, nie zmieniają potem tematu na urbanistykę. Odpowiedź Bartka, jeśli jakaś była, nie zachowała się. Zachowało się tylko, że nazajutrz o 8:05 pisze, że „mogiemy”, ale dziś może być trudno z komunikacją i że zaraz sprawdzi rozkłady jazdy.¹⁵
Piątego maja pada słowo, od którego to opowiadanie wzięło tytuł. Ewelina ma „trochę problemów” i nie jedzie na Żoliborz. Bartek, który jak sam pisze, nie może dalej „rzeźbić”, kiedy nie wie, co się stało, każe jej gadać. Ewelina pisze: „Ta Twoja bezkolizyjność:/”.
Skrzyżowanie bezkolizyjne, jak wie każdy, kto jeździł po Warszawie samochodem, a Bartek jeździł dużo, to takie, na którym strumienie ruchu nie przecinają się w jednym poziomie. Jedni jadą górą, drudzy dołem, łącznice rozprowadzają wszystkich, dokąd chcą, i nikt nikomu nie zajeżdża drogi. Jest to rozwiązanie bezpieczne, przepustowe i drogie, i ma tylko jedną wadę, o której inżynierowie ruchu nie mówią, bo to nie ich zmartwienie: na skrzyżowaniu bezkolizyjnym nikt nikogo nie spotyka. Można tamtędy przejechać tysiąc razy i nie zobaczyć ani jednej twarzy. Bartek, kiedy coś było nie tak, rozprowadzał to łącznicami. Żartem, anegdotą, propozycją filmu, planszówki, wycieczki nad Zegrze, przejazdem pod spodem. Nie zatrzymywał się na środku. Ewelina, która chciała przede wszystkim, żeby się zatrzymał na środku, nazwała to jednym słowem i dodała krzywą minkę z dwukropka i ukośnika. W notacji SMS-owej 2009 roku znaczyła ona mniej więcej: wiesz, co mam na myśli, i wiesz, że ja wiem, że ty wiesz.
Bartek odpowiada po dwóch minutach: „I tak zajrzę do Ciebie wieczorem. A co mi tam — idę na czołówkę!”
Autor przez dłuższy czas nie mógł się od tego zdania oderwać. Bo spójrzmy, co się tu dzieje. Ewelina zarzuca mu bezkolizyjność, metaforą z inżynierii ruchu. Bartek natychmiast tę metaforę rozpoznaje, podejmuje ją w tym samym rejestrze i odpowiada jej przeciwieństwem: czołówką, czyli zderzeniem czołowym, najbardziej kolizyjnym ze wszystkich zdarzeń drogowych. Czyli zrozumiał. Zrozumiał dokładnie. I zarazem — tu jest cały problem, cały, w pigułce, bez szynki — zrozumiał ją w formie dowcipu, to znaczy w jedynej formie, w której zrozumienie nic nie kosztuje. Dowcip jest bowiem właśnie łącznicą, przejazdem pod spodem, sposobem, żeby powiedzieć „idę na zderzenie” tak, by do zderzenia nie doszło. Zapowiedź czołówki jest najbardziej bezkolizyjnym zdaniem, jakie da się napisać. A zaraz potem: „Ale na razie oddam się firmie;)”.
Następnego ranka Ewelina pisze, że nic się nie wydarzyło, „wstydliwy kłopot”, a o 10:47: „Niestety związek to nie tylko przytulanie. Pa.” Wieczorem jej tata ułoży układankę, z którą Bartek nie mógł sobie poradzić, i Bartek ucieszy się z tego tak szczerze i tak głośno („Stawiam wódkę!!!”), że przez chwilę wszystko będzie dobrze.¹⁶
Jedenastego maja o 4:51 budzą go ptaki. O 8:20 pisze jej, że przez weekend próbował przebrnąć przez Lacana i nadal nie kuma, dlaczego zderzenie z własną fantazją miałoby być etyczne. Zderzenie. O 15:56 Ewelina odwołuje spotkanie. O 15:58 on pisze, że widzi, że zmierzają do całkowitej separacji. O 16:02 ona, że chyba tak. Nazajutrz chwali tekst na jego blogu, a on nie odpisuje, a potem wyjaśnia, że po prostu się nie odzywa „i tyle”, i dziękuje za SMS, bo „się mi miło zrobiło”. Z tym szykiem przestawnym, który u Bartka zawsze oznaczał, że coś go wzruszyło bardziej, niż chciałby przyznać w szyku normalnym.
A trzynastego maja jest horoskop. Ewelina, w konsekwencji, jak pisze, bólów brzucha i nerwowej głupawki, czyta styczniowe „Zwierciadło” i dowiaduje się, że jako Bawół najbardziej antagonistyczną relację ma z Kozą. Każe mu zgadnąć, kim jest w horoskopie chińskim. Bartek protestuje przeciwko rocznikowi, proponuje sprawdzić kwadry księżyca i wpływ Saturna, a kiedy ona przypomina, że to on kiedyś coś wyliczał z dat urodzenia, prostuje, że to była numerologia, „półgłówko”. Potem przez chwilę piszą o tym, co Koza mogłaby robić z Bawołem, i jest to najlżejsza, najbardziej dziecinna wymiana w całym maju, i najczulsza.¹⁷
O 17:27 Ewelina odwołuje spotkanie: jest w Centrum, źle się czuje, nie może czekać dwóch godzin. O 22:34 pyta: „Jak ma na imię?” O 22:41 przeprasza. O 22:48 pisze, że czyta właśnie wiersz Bukowskiego, w którym poeta pyta Boga, czemu innym mężczyznom zsyła dobre, łagodne kobiety, a jemu same wariatki.¹⁸ O 22:52 Bartek odpisuje, że też go to zawsze zastanawiało, „ale za to seks na najwyższym poziomie”. Czyli: ona mówi mu, cudzymi słowami, że jest wariatką, że o tym wie i że boi się, że on wolałby łagodną. A on, który przecież zrozumiał — on zawsze rozumie — odpowiada dowcipem. Łącznicą. Przejazdem dołem.
Ewelina jeszcze raz pyta, jak ma na imię. Bartek nie wie, kogo ona ma na myśli, i żartuje o kudłatych bawołach. I wtedy, o 23:05, Ewelina pisze jedyne zdanie w tym materiale, które brzmi, jakby zostało napisane do druku, a nie do telefonu: że miłość poznaje się po tym, że pożąda się duszy i ciała, i jedno wynika z drugiego. O 23:15 dodaje: „Domyśl się sam.” Bartek odpowiada o 23:16 cytatem z horoskopu, że Bawół rzadko bywa rozumiany przez najbliższych. „Nie dziwota.”
O 23:25 Ewelina pisze: „Mimo wszystko będę próbowała dalej.”
Autor nie dołączy do tego zdania przypisu.
¹⁴ Telefon komórkowy z 2009 roku przechowywał zwykle od kilkuset do tysiąca z czymś wiadomości, często osobno w odebranych i wysłanych, i po zapełnieniu zaczynał grzecznie prosić o usunięcie starych. Nie wiadomo, czy Bartek przepisywał z telefonu, z kopii zapasowej, czy z pamięci. Nie wiadomo, co pominął. Wiadomo tylko, że plik ma 272 rewizje i że łączny czas jego edycji wyniósł według metadanych sześć godzin i czterdzieści jeden minut. Na trzynaście stron daje to mniej więcej pół godziny na stronę, czyli tempo, w którym się nie przepisuje, tylko waży.
¹⁵ Autor zwraca uwagę, że Bartek na pytania egzystencjalne odpowiada logistyką nie dlatego, że ich nie rozumie, tylko dlatego, że logistyka jest jego sposobem mówienia „tak”. „Mogiemy” znaczy „tak”. „Zaraz sprawdzę rozkłady” znaczy „bardzo tak”. Kłopot w tym, że Ewelina posługiwała się językiem, w którym „tak” mówi się słowem „tak”.
¹⁶ Bartek pisze: „Twój ojciec wysoko podniósł poprzeczkę. Teraz ja podniosę rękawicę.” Dwa razy „podnieść”, w dwóch frazeologizmach z dwóch różnych porządków, raz sportowym, raz rycerskim, i autor jest przekonany, że celowo. Ewelina jako polonistka zauważyła to zapewne natychmiast i nic nie powiedziała. W tym materiale zdarza się to rzadko i autor odnotowuje to jako jeden z cichszych dowodów miłości. Tego samego wieczoru Ewelina proponuje pójść na Dürrenmatta, na „Komedię bankierską”. Bartek pracuje w banku. Nikt tego nie komentuje.
¹⁷ Wymiana kończy się tym, że jemu coś takiego kiedyś się śniło, a jej — dziś. Jest to jedyne miejsce w materiale, w którym oboje przyznają się do tego samego snu, i dzieli ich w nim tylko czas.
¹⁸ Wiersza autor nie przytoczy, bo jest cudzy, a poza tym Ewelina też go nie przytoczyła, tylko streściła. To zresztą zabieg bardzo precyzyjny. Streszczając, zostawiła Bartkowi do wykonania tylko jedną operację: podstawienie. Podstawił. A potem zażartował.
4. Jadę
W tej części nie będzie przypisów.
Czternastego maja, w czwartek, o 15:15, Ewelina pyta, jak sprawy bankowe i czy zapadły jakieś nowe decyzje, jego albo wobec niego. Bartek nie odpisuje. O 17:19 pyta, czy coś się stało. O 17:43 radzi Rapaholin na dolegliwości wątrobowe. O 17:56 pisze, że jabłko jest dobre, ale drobno gryzione, a najlepiej starte, i że gdyby dolegliwości żołądkowe nie były wstydliwe, toby zapytała, czy mu czegoś nie trzeba. O 18:01 Bartek odpisuje, że już czuje się przez nią „zaopiekowany”, i w post scriptum, że fajnie, że pisze pracę. O 18:07 Ewelina pisze, że i tak czuje, że coś jest nie tak, tylko jeszcze nie wie, na jakim poziomie. O 18:08 — że czuje pismo nosem.
O 18:30 pisze, żeby odpisał. Że od ponad tygodnia obsesyjnie myśli o samobójstwie. I że jeśli podjął jakąś decyzję w ich sprawie, to żeby chociaż tę sprawę jej wyjaśnił.
Autor przepisuje tę kolejność z całą pedanterią, na jaką go stać, bo wydaje mu się, że w kolejności jest coś, czego nie wolno zgubić. Przez trzy godziny i piętnaście minut, nosząc w sobie od ponad tygodnia to, co nosiła, Ewelina zajmowała się jego wątrobą. Rapaholinem. Jabłkiem, które trzeba zetrzeć. Wstydliwością dolegliwości żołądkowych, jego, nie swoich. I dopiero kiedy wszystkie te łącznice się wyczerpały, kiedy przejechała górą i dołem i nikogo nie spotkała, zatrzymała się na środku i powiedziała to wprost. Okazuje się, że nie tylko on umiał jeździć bezkolizyjnie. Okazuje się, że albo nauczyli się tego od siebie, albo oboje umieli to wcześniej i może właśnie dlatego się wybrali, i autor nie wie, które z tych wyjaśnień jest smutniejsze.
Bartek odpisuje po siedmiu minutach. Pyta, czy chciałaby do niego przyjechać. Że po nią pojedzie. Że mogłaby wziąć pendrive'a, materiały i pisać pracę u niego. Że chciałby się do niej przytulić. Że chciałby, żeby z nim była.
Nie ma w tej wiadomości ani jednej emotikony. Nie ma rymu, neologizmu, przestawnego szyku, mrugnięcia. Jest pendrive. Autor długo uważał pendrive'a za najbardziej rozdzierający przedmiot w całej tej historii i dalej tak uważa, ale z innego powodu niż na początku. Na początku wydawało mu się, że pendrive dowodzi tego samego co rozkłady jazdy i przegrywanie Portishead: że Bartek na wszystko, nawet na to, odpowiada logistyką. Teraz wydaje mu się, że jest odwrotnie. Że są rzeczy, na które jedyną przyzwoitą odpowiedzią jest właśnie logistyka. Nie interpretacja, nie dowcip, nie Lacan, nie pytanie „dlaczego”. Tylko: przyjadę, weź pendrive'a, będziesz pisać tutaj, będę obok. Wszystko, z czego Ewelina przez dwa miesiące się z nim śmiała i co czyniło go w jej oczach bezkolizyjnym, ta jego praktyczność, ta troska wyrażana w patelniach, biletach i torebkach, w tej jednej chwili okazuje się dokładnie tym, czego trzeba.
O 18:57 Ewelina odmawia. Pisze: „Daj spokój Bartek: chore zwierzę najlepiej się czuje u siebie. A my jesteśmy dziś chorzy.”
O 18:57 — w tej samej minucie — Bartek odpisuje: „No i najlepiej czuje się przy najbliższych. Jadę.”
Nie pyta. Nie żartuje. Bierze jej własną metaforę, chore zwierzę, i poprawia ją jednym zdaniem, łagodnie, tak jak kiedyś poprawił jej CV, tylko bez anegdoty. I wsiada do samochodu. „Jadę” to cztery litery. Jest to, jak autor w końcu zrozumiał, jedyna czołówka w całym materiale, która nie jest dowcipem.
Nazajutrz Ewelina dziękuje za przywiezienie, za pomoc z zakupami i za książkę, którą sprawił jej „wieeelką niespodziankę”. Bartek pisze, że czuje się średnio, „jak i Ty pewnie”, że fajnie było wyjść z Fugą na spacer w pełnym słońcu i powąchać świeżo skradziony z lasu bez, i że w ogóle jest mu z nią dobrze. Oboje mają w tym tygodniu bóle brzucha, co autor odnotowuje, bo nie potrafi tego nie odnotować, i bo jest w tym jakaś komiczna sprawiedliwość, i bo komizm jest jedynym, co mu zostaje, kiedy kończą się przypisy. W sobotę Ewelina proponuje, że zrobi mu lekki rosół. Bartek odpisuje: „To jest myśl:).”
Emotikona wraca.
Autor nie twierdzi, że coś się wtedy naprawiło. Takie rzeczy nie naprawiają się jednym przyjazdem ani jednym rosołem, i nikt, kto przeżył coś podobnego z którejkolwiek strony, nie uwierzyłby autorowi, gdyby twierdził inaczej. Twierdzi tylko, że tamtego wieczoru, przez jedno słowo, nikt nikogo nie objechał bokiem.
5. Kubatura
Ostatni tydzień zapisu jest w porównaniu z poprzednim prawie spokojny, to znaczy wypełniony tym, czym wypełnione są spokojne tygodnie: logistyką. Siedemnastego maja na placu Grzybowskim mają być opowiadane bajki żydowskie i Ewelina pisze o 14:31, że się spóźni, przeprasza, a Bartek odpisuje w tej samej minucie: „Uff, czekałem na tego esa. Właśnie z domu wychodzę.” Autor uważa to za jedną z najpiękniejszych wymian w materiale, bo jest w niej coś, czego wcześniej nie było: oboje się spóźniają i nikt nikogo o to nie oskarża. Osiemnastego wyczytują w programie, że będzie spektakl według Kereta, i Bartek pisze, że idą „koniecznie”, z trzema wykrzyknikami. Dziewiętnastego Bartek wypatruje na wystawie TĘ torebkę, Ewelina każe mu ją natychmiast kupić, bo zaraz zamkną, a on odpowiada „bez szaleństw kobieto” i przy okazji prostuje, że hasło, którego ona szuka do pracy, jest raczej w „Encyklopedii kultury Bizancjum” niż w Wikipedii, która „ma jednak sporo wad”. Dwudziestego, między spotkaniem z klientem („handel bronią, te sprawy”) a basenem, kupuje torebkę i wejściówki.¹⁹ Ewelina tego wieczoru nie może się spotkać. „Spoczko, torebka będzie na Ciebie czekać.”
Dwudziestego drugiego maja Ewelina mu dowala. To jej słowo, nie autora: wieczorem przeprasza, że mu „tak dowaliła”. Rano pisze, że najlepszym dowodem wagi jego słów jest to, że jeszcze niedawno mówił, że równie dobrze może nie pracować w banku, w zeszłym tygodniu, że do końca tygodnia rezygnuje, a teraz okazuje się, że właściwie nie. Że chętnie by go zrozumiała, ale te motywy rozmywają się tak, że ona naprawdę nie wie, jaka wartość jest u niego nadrzędna.²⁰
Autor chciałby być wobec niej uczciwy, więc powie wprost: miała rację. Człowiek, który zawodowo układa rankingi, wagi i systemy wynagradzania sprzedaży, nie potrafił, a w każdym razie nie potrafił na głos, ułożyć rankingu dla siebie. Autor chciałby być uczciwy także wobec niego, więc doda, że trudno ułożyć hierarchię wartości, kiedy na jednej szali leży pensja, a na drugiej osoba, która tydzień wcześniej napisała ci to, co napisała, i o której nie bardzo wiadomo, czy cię jeszcze chce.
Dwudziestego trzeciego, w sobotę, o 11:17 Ewelina pyta, czy on znowu „po prostu nie odpisuje i już”, czy coś się stało. O 11:42 Bartek pisze: „Nic się nie stało. Wegetuję sobie. Śpię. Czytam. Wchłaniam. Trawię. Śpię.” Autor nie może nie zestawić tego z porankiem czwartego kwietnia i z „Mogę. Idę. Będę.” Tamto były trzy czasowniki zwrócone w jedną stronę, w jej stronę. To jest pięć czasowników, które zaczynają się i kończą tym samym słowem, czyli koło. Nie idzie się nim nigdzie.
O 11:49: „Ale mogłeś odpisać, nie?” I wtedy, o 12:26, Bartek robi coś, czego nie zrobił w całym materiale. Mówi wprost, dlaczego milczy. Że jego sytuacja w pracy mocno się zmieniła, że wczoraj miał jeszcze spotkanie z Rysiem,²¹ od którego usłyszał nową „propozycję”, że zastanawia się, co zrobić. „Nie wiem czy to Cię w ogóle interesuje. I dlatego się nie odzywam.”
Oto ona, w dwóch zdaniach, bez łącznic: obawa, która przez dwa miesiące siedziała pod każdym dowcipem, pod rachunkiem strat, pod „nic niewartym substytutem”, pod „chyba jestem za cienki”. Że jej to nie interesuje. Że on jej nie interesuje.
O 12:34 Ewelina pyta: „Jaka to propozycja? Możesz powiedzieć?”
Odpowiedź się nie zachowała. Następna wiadomość Bartka przychodzi o 22:16 i pyta, czy Ewelina dotarła już do domu po spotkaniu z Martą. Nie dotarła. O 22:45 pisze, że wciąż jest w BUW-ie. O 22:46 Bartek prosi, żeby nie przesadziła z tą literaturą. O 23:20 Ewelina odpisuje: „Chyba kubaturą;)”.
I to jest koniec. Nie historii, tylko zapisu, co nie jest tym samym, o czym autor obiecał na początku i o czym teraz.
Ostatnie słowo należy do niej i jest kalamburem. Biblioteka Uniwersytecka ma kubaturę, z którą rzeczywiście łatwo przesadzić, i Ewelina siedzi w niej o jedenastej w nocy w sobotę, i zamiast napisać, że jest zmęczona albo że pisze, albo że tęskni, odbija jego piłkę jego rakietą: rymem, średnikiem, nawiasem. Ewelina, która przez dwa miesiące wyrzucała mu ucieczkę w dowcip, kończy dowcipem. Autor długo się zastanawiał, czy to porażka, czy kapitulacja, czy coś wręcz przeciwnego. Doszedł do wniosku, że ludzie po pewnym czasie zaczynają mówić nawzajem swoimi językami i że jest to jedna z niewielu rzeczy, które da się z całą pewnością powiedzieć o dwojgu ludziach na podstawie dwustu dziesięciu SMS-ów.
Druga jest taka. Słowo „kocham” nie pada w tym materiale ani razu. Czasownik „kochać” pada dwa razy, oba w znaczeniu cielesnym. Słowo „miłość” pada trzy razy: raz jako temat rozdziału pracy magisterskiej, raz jako przestroga („miłość bywa niebezpieczna”), raz jako definicja, ta o duszy i ciele. Ani razu jako wyznanie. Wyznania idą, jak wszystko, co między nimi było prawdziwe, bokiem: w post scriptum, w pendrivie, w mazurku, w rosole, w tartym jabłku, w czterech literach o 18:57.
Trzecia jest taka, że tytuł mówi „rok”. „Rok z Frauliną, czyli horror w 1000 odsłonach”. Odsłon jest dwieście dziesięć; autor przyjmuje, że pozostałe siedemset dziewięćdziesiąt odbyły się na żywo i nie zostały zapisane, i że to były te ważniejsze. Plik założono 19 marca 2010 roku, niemal dokładnie rok po pierwszej wiadomości, i jest to jedyna informacja o przyszłości, jaką ten tekst zawiera. Znajduje się, co charakterystyczne, na samym początku, w tytule, czyli w miejscu, którego się nie czyta, bo się je zna.
Ostatni przypis.²²
¹⁹ Ewelina dwa razy zapowiada, że zwróci mu pieniądze za torebkę (69 zł). Materiał nie odnotowuje, czy zwróciła. Autor postanawia wierzyć, że tak, bo była osobą, która płaciła za lody młodszej siostry po wielkosobotnim rajdzie po kościołach, i takie osoby oddają.
²⁰ Ta krytyka idzie w dwóch wiadomościach, wysłanych w odstępie trzech minut. Pierwsza urywa się na „Potem: że…”, druga zaczyna od „…Gołąb, teraz się okazuje”. W całym materiale Ewelina zwraca się do niego po nazwisku tylko ten jeden raz, i to nazwisko ląduje na samym początku drugiej wiadomości, jakby w pierwszej zabrakło na nie miejsca. Autor przypomina, że miejsca było siedemdziesiąt znaków, a „ł” i „ą” kosztowały tyle, ile kosztowały.
²¹ Ryś: nazwisko albo przydomek przełożonego, autor nie wie. Nie wie też, jaka była propozycja. Wie to, jak się zdaje, tylko jedna z dwóch osób, którym się to przytrafiło, a druga wiedziała to jedynie wtedy, jeśli on jej to później powiedział na żywo, w jednej z tych siedmiuset dziewięćdziesięciu odsłon.
²² Ostatni przypis sporządzony przez Bartka w 2010 roku dotyczy kasztanków, czekoladek z krakowskiej fabryki Wawel, i pochodzi z 26 kwietnia. Potem przypisy się kończą, choć tekst idzie dalej przez prawie miesiąc: przez bezkolizyjność, przez Kozę i Bawoła, przez 14 maja, przez kubaturę. Autor zna trzy możliwe wyjaśnienia. (a) Zabrakło czasu; plik zapisano po raz ostatni 25 maja 2010 roku i może był jakiś termin. (b) Od pewnego miejsca nie było już czego objaśniać, bo wszystko, co się działo, adresatka wiedziała lepiej od autora przypisów. (c) Od pewnego miejsca przypis, czyli żart, który tłumaczy żart, przestał być możliwy. Autor nie wybiera. Zauważa tylko, że w części czwartej postąpił dokładnie tak samo i że nie potrafił inaczej.
/Strona tytułowa oryginału podaje: „Warszawa 2060 r. (po moim trupie)”. Ten tekst powstał w Warszawie w październiku 2026 roku, trzydzieści cztery lata przed terminem i, wbrew zastrzeżeniu, bez niczyjego trupa po drodze, a w każdym razie bez trupa autora pliku, który sam go tu przyniósł./
Komentarze (1)
Mogłem czegoś nie zauważyć, ale tekst wydaje się bezbłędny (!) ortograficznie i interpunkcyjnie, co przy jego długości jest wręcz niewiarygodne, gdzie słowo "niewiarygodne" ma oznaczać podziw, a nie wątpliwości podobne do tych, jakie pojawiają się na tym portalu pod niektórymi utworami i dotyczą ich żródła, pochodzenia, autorstwa, czyli - uogólniając - sposobu powstania.
Stylistycznie konsekwentne od pierwszego do ostatniego zdania!
Treści nie oceniam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania