Poprzednie częściBiała Wiedźma (prolog + opis)

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Biała Wiedźma (rozdział I)

(1600 rok po pokonaniu Legionu Erdala)

 

Archanot kochała zapach bzu, a fioletowo-różowe kwiaty rosły tylko w tym konkretnym miejscu.

 

Niesamowicie było ujrzeć znowu piękne lilaki, zdobiące masywne mury miasta. Grube, surowo ociosane kamienie układające się w wysokie stosy porastał ciemnozielony bluszcz, pnący się beztrosko w górę.

 

– Dalej tu jesteście, moje piękne – szepnęła kobieta w stronę roślin, a ich gałęzie poruszyły się lekko na wietrze w niemej odpowiedzi na czułe słowa.

 

Przeniosła wzrok na żelazną bramę, która prowadziła do Terranu. Pokryte kolistymi, fantazyjnymi kształtami pręty oddzielały wielkie łąki i pola od miasta. Cywilizacja, która prężnie rozwijała się za murami, wydawała się całkowicie odległa od lasu i drewnianych chatek stojących samotnie między drzewami. Chciała znów znaleźć się pomiędzy bogatymi kamienicami i na placach pełnych ludzi, aby móc porównać obecny porządek do tego, który wyrył się w jej pamięci.

Wiedziała jednak, że nie przedostanie się przez główne wejście bez przepustki. Nawet gdyby minęła strażników, to magiczna bariera i tak nie wpuściłaby jej do środka. Zaklęcia takiej mocy nie dawały się oszukać tak łatwo jak ludzie i właśnie dlatego skryła się w gęstwinie nieopodal piaszczystej drogi, mimo że kolce z krzewu wbijały jej się w miejsca, w które nie powinny się wbijać. Zdała sobie też sprawę z jeszcze jednego faktu. Nikt nie mógł zobaczyć jej oblicza. Westchnęła więc cicho, przykładając palce do swojej twarzy i łącząc je ze sobą. Na szczęście miała jeszcze czas na szybkie zaklęcie.

Wyobraziła sobie, jak długie, jasnobrązowe włosy zamieniają się w zdecydowanie krótsze, delikatnie zarysowana szczęka robi się bardziej ostra i męska, a kości policzkowe się uwydatniają. Młode, kobiece ciało przekształca się w mocniejsze, bardziej umięśnione i o kilkadziesiąt centymetrów wyższe, a wszystko to pokrywa zgniłozielony, zdobiony srebrną nicią kaftan o długich rękawach i podniesionym kołnierzu, pod którym zaczynały powstawać niedbale ułożona, jasna koszula i ciemne, bure spodnie.

 

I rzeczywiście tak się stało. Była mężczyzną na zewnątrz, choć w środku nie zmieniła się ani trochę.

Victoria siedziała i czekała, aż przejedzie jakaś kupiecka karawana, którą mogłaby obrabować – przynajmniej z tego jakże potrzebnego papierku z królewską pieczęcią. Inne rzeczy jej nie obchodziły, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że nie pogardziłaby jakimś jedzeniem.

Ucieszyła się więc, gdy na horyzoncie zobaczyła zaprzężony w dwa konie drewniany wóz. Zarzuciła na dróżkę ususzone płatki czarnej bigoni, które, choć niewyczuwalne dla ludzkiego nosa, strasznie drażniły węch wszelakich, czterokopytnych zwierząt. Naciągnęła na głowę kaptur czarnej, jedwabnej peleryny i sprawdziła, czy torba z sakwą z monetami jest porządnie obwiązana na talii – nie mogła pozwolić sobie na utratę pieniędzy w trakcie ewentualnej walki.

Gdy tylko konie zaczęły nagle niespokojnie wierzgać, wymuszając na woźnicy zatrzymanie, mocno spięła mięśnie i wyskoczyła z ukrycia. Niedbale, ale skutecznie przewróciła mężczyznę, podcinając mu nogi dość mocnym kopnięciem i szybko przygwoździła do ziemi. Pośród niezadowolonych krzyków i bluzg, które zaatakowany kierował w stronę Victorii, nie było jej jednak dane znaleźć tak pożądanej przepustki. Nie wyczuwając niczyjej aury – oprócz tej woźnicy – już zaczęła wchodzić na miejsce, na którym wcześniej siedział mężczyzna, gdy ktoś chwycił ją za ramię.

– Tego szukasz? – zapytał nieznajomy, w którego kierunku się obróciła, a czekoladowe oczy zabłyszczały niebezpiecznie, z pewną kpiną, która zaciekawiła kobietę. Pomachał jej przed nosem starą, wysłużoną kartką. – Zaatakowałeś złą osobę – mruknął, po czym uderzył ją w twarz.

Gdy pięść zderzyła się z drobnym, piegowatym nosem, polała się krew. Szkarłatna ciecz spłynęła po wargach przemienionej, zatrzymując się na brodzie. Wytarła ją szybko o jasny rękaw, hardo trzymając się na nogach. Prawie straciła równowagę – nie spodziewała się takiej siły po przeciwniku.

Młodzieniec o niepokornych rudych lokach wyprowadził cios, który tym razem udało się jej już ominąć, tym samym zmuszając przeciwnika do zwiększenia między nimi odległości. Kolejny, prawy sierpowy sparowała i prędko oddała, uderzając chłopaka w szczękę, co wywołało u niego niespodziewany śmiech, który zdezorientował nieznajomą do tego stopnia, że przestała go atakować.

– Co ty… – zaczęła, jednak przerwała jej kolejna salwa śmiechu.

– Wybacz, nie spodziewałem się, że mi oddasz – powiedział nieznajomy, ocierając łzę z kącika oka. Podciągnął rękaw koszuli, wskazując na zaklęte, aktywowane tatuaże, które miały wzmocnić siłę ich użytkownika. – To głupie. Skończmy tę bójkę. Chcesz się dostać do miasta, tak? W takim razie mogę ci pomóc – stwierdził, wyciągając do niej rękę.

– Pomóc? – zapytała niepewnie. Podała dłoń, mimo wszystko będąc przygotowana na kolejny cios. – Atakujesz mnie, żeby potem mi pomóc? – zaznaczyła dosadnie ostatnie słowo. – To kompletnie bezsensu.

– Jestem Mark Syrien – przedstawił się, kłaniając się nisko. – Przewożę ludzi tam – zaczął wskazywać za siebie, po czym przeniósł palce ku bramie – i tu. – Uśmiechnął się, wracając do poprzedniej pozy. – Oczywiście nie za darmo.

– Czyli jesteś przemytnikiem – stwierdziła, nie oczekując odpowiedzi. Chytry uśmiech, na oko dwudziestoletniego mężczyzny, jej wystarczył. – Doprawdy… Mogłeś mnie zabić za takie potraktowanie twojego człowieka. To podejrzane.

– Prawie tak jak mężczyzna w pelerynie, chcący ukraść przepustkę, żeby dostać się do miasta. Będziesz zadawać głupie pytania, czy zastąpisz miejsce mojego woźnicy? – zaśmiał się, nerwowo drapiąc się po jednym z odkrytych tatuaży. – Tylko przerzucę Reslana na wóz, żeby strażnicy go nie zobaczyli – stwierdził, wpakowując przepustkę do kieszeni, chowając ją przed nieproszonym wzrokiem. Kiedy tylko odłożył ciało nieprzytomnego, szybko usiadł na miejscu blisko lejcy i poklepał przestrzeń obok siebie, wpatrując się w Archanot. – Chodź.

– Nie mów mi, że nie umiesz prowadzić – zakpiła, sięgając po skórzane pasy. Po chwili strzeliła nimi dość mocno, co wprawiło konie w ponowny ruch.

– Nigdy nie potrzebowałem się tego uczyć – stwierdził chłopak. – Mam od tego ludzi.

– Skoro mówimy o ludziach… – Oparła się o drewnianą ściankę z tyłu. – Czemu nie masz tu nikogo innego?

– Nikt nie chce ostatnio jeździć do Terranu. Dlatego nie zostawiłem twojego truchła pomiędzy krzakami za takie znieważenie. Może też trochę dlatego, że nie lubię tego starego pryka – zaśmiał się, zerkając w stronę nieprzytomnego mężczyzny. – Zbyt dużo niechlubnych plotek szerzy się już od Woodren po Nortrich – dodał, rozglądając się dookoła. – Przez tę zarazę nie sądziłem, że kogokolwiek uda mi się zgarnąć… A ojciec i tak wysyła mnie na te trasy – mruknął cicho niezadowolony, wykrzywiając przy tym usta i drapiąc się nerwowo po skroni.

– Zaraza?

– Zapomnij. – Machnął ręką. – Czas się rozliczyć. Zbliżamy się do celu.

Kobieta uniosła wzrok i dostrzegła srebrzysty połysk magicznych zbroi strażników. Stali tuż przed bramą i zatrzymywali każdego, kto próbował ją przekroczyć. Każdy wóz był sprawdzany metodycznie i starannie. Biel papieru była widoczna z daleka, gdy podróżujący okazywali przepustki.

– Zazwyczaj biorę za to tysiąc sztabek – odezwał się mężczyzna, przerywając ciszę. – Jednak policzę ci mniej, bo jechałeś ze mną całe dwieście metrów. Dwieście… – Wyciągnął dłoń – albo trzysta ligrów. Za pobicie Reslana, nieznajomy.

Przemieniona spojrzała na skórzaną rękawicę, a potem sięgnęła do sakiewki. Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc, jak mężczyzna zachłysnął się, gdy na jego dłoni wylądował klejnot wielkości dorodnej śliwki. Rozejrzał się szybko dookoła i schował zapłatę do kieszeni.

– Tak, tak – mruknął tak cicho, że ledwo mogła go usłyszeć. – To powinno wystarczyć.

Konie szarpnęły się niespokojnie i zarżały, gdy podeszli do nich uzbrojeni strażnicy. Omietli wzrokiem wóz z zewnątrz, po czym zaczęli ostukiwać drewno. Badawczo przyjrzeli się dwóm podróżnikom, prychając, gdy podeszli do Marka. Najwidoczniej doskonale znali młodzieńca i niekoniecznie pałali do niego sympatią.

– Znowu byłeś poza murami, Syrien? Co tym razem zrobiłeś? Nie masz dosyć kłopotów, co? – zapytał się jeden z nich, wyższy i zdecydowanie chudszy.

Niechętnie wyciągnął rękę ku chłopakowi, szybko wyrywając z jego dłoni świstek z królewską pieczęcią.

– Zawsze tak mówisz, a i tak wpuszczasz mnie do miasta – stwierdził Mark, przeciągając się i niedbale przeczesując włosy.

– Jak będziesz za każdym razem tak pyskował, to koniec końców skończysz pod nim i nie będę się musiał już z tobą męczyć – odpowiedział niewzruszony strażnik, machając porozumiewawczo do swojego partnera, który szybko zbliżył się do Victorii.

Przemieniona spięła się, gdy mężczyzna podszedł i zmierzył ją znudzonym wzrokiem.

– Przepustka.

,,Ten cholerny przemytnik nic mi nie dał! Wiedziałam, że…"

– Zgubił – powiedział Syrien, zanim nawet zdążyła otworzyć usta.

– Nie ma przepustki, nie ma wejścia – odcharknął mężczyzna, mocniej zaciskając palce na rękojeści miecza. – Znasz zasady młod… – nagle przerwał, wpatrując się w przestrzeń za nich. – Jedźcie, cholera, jedźcie! – sapnął. – Podaj tylko swoje imię i jedźcie.

– Co się dzieje? – zapytał drugi strażnik, wpatrując się w swojego partnera.

On, jak i młody Syrien, jeszcze nie wiedzieli – w przeciwieństwie do bezimiennej, na której – teraz męskiej – twarzy pojawił się delikatny, zadowolony uśmiech. Zbliżały się demony. Dziesięć lub jedenaście. Nie jakoś niezwykle silne, czwartej klasy, ale zdecydowanie mogące przerazić. Los tym razem jej sprzyjał.

– Seane Errain Liter, kupiec – zawołała, ponownie chwytając za lejce i wymuszając na koniach ruch.

Puściła oczko Syrienowi, który przypatrzył się jej zadziwiającemu wyrazowi twarzy, przyspieszając, gdy tylko minęła ją grupa czterech ludzi, ubranych w białe mundury. Byli silni.

Szybko rozprawią się z tymi stworzeniami. Terran będzie bezpieczny. Przynajmniej do czasu.

››››››

 

– Artur, za mną! Leon, Lias szybciej! – krzyknął Kyle Berria, ponaglając blondwłosych bliźniaków, biegnących kilka metrów za nim.

Bariera Terranu, która nie pozwalała wejść na ich ojczystą ziemię demonom, została ostatnio uszkodzona, z czego niestety często korzystały potwory spragnione nowych ofiar. Dalej jednak działała na tyle sprawnie, żeby powiadomić kapłanów i Reantów o tym, że jej granicę przekroczył nieproszony gość.

 

Mijali więc zdziwionych – i trochę przerażonych pędem wojowników – ale ze zrozumieniem rozchodzących się na boki ludzi, chcąc jak najszybciej rozprawić się z problemem. Takie właśnie było ich zadanie – chronić miasto. Podobnie powinni działać również strażnicy, jednak oni byli szybsi i skuteczniejsi. Wychowani w świątyni, kształceni zarówno w sztuce walki jak i magii po to, aby służyć kapłanom i ich barankom – jak lubił mówić Wielki Kapłan. Istnieli, według kodeksu, co prawda dla każdego człowieka, ale wypełniali w szczególności wolę kapłanów – co dla nich równoważyło się z posługą dla aniołów i Bogów. Byli niczym święci rycerze.

Kapitan Białych Piór poczuł nagłe ukłucie, kiedy minął zaprzężony w karosze* wóz. Popatrzył się przez chwilę na osoby, które na nim siedziały. Było to mignięcie trwające może nawet nie dwie sekundy, ale zaniepokoiło Kyle'a. Odrzucił jednak cały swój niepokój, gdy wyszedł przed strażników pilnujących bramy.

 

Nie mógł się rozpraszać, jeśli miał za chwilę walczyć.

Gdy na horyzoncie pojawiły się niewyraźne, zwierzęcopodobne sylwetki, wyciągnął ze skórzanej pochwy miecz, szybko ogarniając wzrokiem przygotowujących się do walki członków Białych Piór. Magiczne bronie zabłyszczały, gdy demony niebezpiecznie szybko zaczęły zbliżać się do kamiennych murów.

Reantci nie zamierzali dłużej na nich czekać.

Wybiegli przed mroczne stworzenia, przypominające ludzi o przeróżnych, zwierzęcych atrybutach. I wtedy się zaczęło.

 

Przeklęte stworzenia rozproszyły się, na pozór otaczając mężczyzn, mając nad nimi sporą przewagę – ale oni byli przygotowani. Szybko zaatakowali demony, zanim te zdążyły zaatakować ich. Zwinne, nienaganne ruchy mogłyby wyglądać prawie niczym taniec, gdyby nie srebrne ostrza przecinające ciała przeciwników, w akompaniamencie jęków i szkarłatnej cieczy, która zaczęła ozdabiać piaszczystą drogę i soczyście zieloną trawę.

 

Wprawienia w bojowej sztuce nie można było odmówić żadnemu z nich – w końcu dzięki czemuś zostali Reantami. Lias, młodszy brat bliźniak, prawie doskonale – bo na trzecim poziomie – posługiwał się magią i był w tym niezwykle biegły. Zdecydowanie bardziej niż drugi, starszy o zaledwie kilka minut, Leon. Był on bardziej oswojony z mieczem pokrytym zaklęciami, który zawsze tkwił przy jego boku. Byli więc swym idealnym dopełnieniem – przynajmniej gdy walczyli – i doskonale było to widać wtedy, kiedy Leon nabijał na ostrze kolejnego, już chyba trzeciego, przypominającego swą postacią muskularnego psa, demona o kilku rzędach zębów, zdecydowanie ostrzejszych pazurach i szaleńczym wzroku, a Lias sprawiał, że stawał on w ogniu. Artur zresztą także nie był od nich gorszy. Imponującym było obserwować, jak posługuje się dwoma, krótszymi co prawda, jednak niezwykle ostrymi mieczami o grubych głowniach.

 

Kto pomyślałby, że gdy nachyli się je pod odpowiednim kątem i z odpowiednią siłą trafi się czubkiem w podbródek przeciwnika, można przeszyć nimi czaszkę na całej długości, sprawiając, że ostrze wyjdzie po drugiej stronie? Wiedział to Solter i z niewzruszoną miną szedł do następnego demona, zostawiając za sobą dwa truchła stworów, w którym jednego z nich pokonał właśnie w ten sposób.

Mimo wszystko na polu bitwy nie dało rady nie zauważyć się Berri. Był teraz niczym wcielenie bóstwa wojny lub anioła z dawnych legend i przypowieści zasłyszanych w świątyni – kiedy istoty te próbowały chronić ludzkość przed mrocznymi stworami. Co prawda może nie tak doskonały, ale zdecydowanie wystarczało to, żeby niejedna kobieta się w nim zakochała, nawet mimo chłodu, niedostępności i powagi, jakie sobą prezentował. Pewnie nawet teraz – gdy poszargane przez wiatr, opadające na mokre od potu czoło czarne włosy okalały niebieskie oczy o porażającym, lodowatym wręcz wzroku, a kilkudniowy zarost zdobił zarysowaną szczękę.

 

Dość małym, choć poważnym, niedopatrzeniem w całym tym amoku było niezauważenie obecności jeszcze jednego demona – mniejszego, przypominającego obrzydliwego, trochę rozkładającego się powoli szczura. Znacznie gorszym jednak było to, że na rzucającego się na plecy Kyle'a demona postanowił zapolować inny, zdecydowanie większy, którego wcześniej nie wyczuli.

 

Był on wzrostu Kyle'a – może nawet trochę wyższy i bardziej barczysty. Przypominał człowieka, jednak Berria nie mógł tego powiedzieć do końca pewnie. Usłyszał rozdzierający krzyk, gdy potwór był już zaledwie dwa metry od niego. Demony klasy trzeciej i wyższej często miały ludzką postać. Czasami posiadały one wyróżniające je skrzydła czy rogi, jednak to nie było to samo. Często, gdy były bliskie śmierci, przemieniały się w bezmyślną bestię, którą w sobie ukrywały. On wyglądał właśnie tak, jakby zatrzymał się w czasie przemiany, utrzymując zarówno zwierzęce, jak i ludzkie atrybuty w bardzo dziki i nienaturalny sposób. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim.

 

,,Przerażające."

 

Berria odskoczył na – jak mu się zdawało – bezpieczną odległość i mocno ściskając rękojeść miecza, wyciągnął go przed siebie, chcąc chociaż trochę zastraszyć, czy zdezorientować trzeciopoziomowego, dziwnie zmutowanego stwora. Potwór kończył właśnie przeżuwać małego demona i zaśmiał się chrapliwe, wyciągając z ust tylne łapy potwora za ogon, który jako jedyny pozostał nienaruszony.

Nagle jednak, ku zdziwieniu Reantów, zaczął się szarpać sam ze sobą, wykonując nagłe, nienaturalne ruchy.

 

– Pomóżcie mi… ja już nie chcę – wykrztusił, zaczynając okręcać swój kark, jakby sam chciał pozbawić się życia.

 

Jakby jego życie sprawiało mu ból i to Kyle rozumiał, szczególnie przez ostatnie tygodnie, aż za dobrze.

 

,,Mogłem się nigdy nie dowiedzieć."

 

Berria nigdy nie słuchał demonów i ich złudnych błagań, jednak w tym było coś, co podpowiadało mu, że nie kłamie. Podbiegł więc do niego i korzystając z okazji, wbił ostrze prosto w serce, powoli, coraz bardziej zagłębiając srebrne zbrocze w klatce piersiowej przeciwnika i przesuwając je w dół.

Nie czuł przy tym nic oprócz zdziwienia spowodowanego niecodziennym zachowaniem napastnika, który w gruncie rzeczy go ochronił – chociaż wątpił, żeby to było jego prawdziwym, pierwotnym zamiarem.

 

Kiedy nieruchome i ciężkie już ciało upadło na trawę, wyciągnął z niego metal i strzepnął krew ze swojego oręża. Nie musiał odwracać się do swoich podwładnych, żeby wiedzieć, że i oni są zaskoczeni całą tą sytuacją.

 

– To było… – zaczął Lias, poprawiając nisko związanego kucyka na swojej głowie.

 

– Dziwne – dokończył Leon, spojrzawszy porozumiewawczo na Artura, który mimo wszystko się nie odezwał.

 

Solter był tak małomówny chyba od zawsze – przynajmniej bliźniacy nie pamiętali, żeby kiedykolwiek wypowiedział więcej niż kilka krótkich zdań.

 

– Musimy o tym zawiadomić Wielkiego Kapłana – mruknął niewyraźnie Kyle, ale wszyscy doskonale go zrozumieli i nie zamierzali protestować. – Wracamy do miasta.

 

***

 

Czasami Kyle zastanawiał się, jak ci wszyscy ludzie nie gubili się w tym ogromnym budynku. Świątynia była niezwykle okazałą i imponującą budowlą. Białe, marmurowe kolumny wspierały ozdobiony wymyślnymi malunkami aniołów sufit. Ogromne przestrzenie korytarzy były wypełnione płóciennymi gobelinami przedstawiającymi opowiadane już od wieków historie, które ukazywały demony jako największych zbrodniarzy, a istoty posiadające białe skrzydła – wybawicieli ludzkości. Wielkie, bogato zdobione świeczniki subtelnie oświetlały kąty, do których nie dochodziło światło z barwnych witraży. Niezwykła była w szczególności główna sala, od której rozchodziły się przejścia do innych, zdecydowanie mniejszych. Wyróżniały ją chociażby sporych rozmiarów kamienne posągi stojące po bokach sali, przy białych ścianach, czy też ten jeden, zdecydowanie większy od innych i zdecydowanie bardziej drogocenny, bo zrobiony z rzadkiej, śnieżnobiałej odmiany marmuru anioł, unoszący broń w zwycięskim geście. Ten sam, wyglądający przerażająco prawdziwie, spoglądał na Berrie, kiedy ten wpatrywał się w tekst kartki, którą przekazał mu kapłan, gdy tylko zdał raport z walki.

,,Czyś dziś martwy, czy też żywy, dzisiaj będzie strach się bać.

Bo Lord każdy z tej doliny zaprzestanie słodko spać.

Niech ratują się te dzieci, które znają starą pieśń,

że gdy demon się obudzi, musi duszę ludzką zjeść.”

– Wybacz, wasza ekscelencjo… co to jest? – zapytał, nie wierząc w to, co czytał.

 

– Przepowiednia Wyroczni – odpowiedział mężczyzna o starczej i zazwyczaj promiennej, choć poważnej twarzy, tym razem wyrażającej smutek i zdenerwowanie. – Ostatnia. – Wskazał na ciało leżące nieopodal nich. – Zaraz po tym, jak to przekazała, podcięła sobie gardło. Wiesz, co to znaczy?

 

– Nic dobrego – mruknął Berria bardziej do siebie niż do przełożonego, jednak zobaczył, jak ten w odpowiedzi kiwa głową.

 

– Dokładnie – potwierdził kapłan, wpatrując się w dość porządnie ubrane sługi, zbierające z podłogi zwłoki. – Myślę, że ten demon, którego spotkałeś, to dopiero początek. Wybacz, ale resztę ważnych informacji przekaże ci Ferius, muszę dopilnować, żeby Wyrocznia miała godny pochówek. A jeśli coś ma być zrobione dobrze… – zaczął, spoglądając ze zmartwionym uśmiechem na Kyle'a.

 

– Musisz zrobić to sam. Wiem. Dziękuję, Wielki Kapłanie.

 

Reant ukłonił się nisko i odwrócił w stronę bezczelnie uśmiechającego się kapłana, stojącego obok jednej z pobliskich rzeźb. Na jego czoło opadały kosmyki niechluje związanych blond włosów, a postawa nawet nie sprawiała wrażenia powagi, jaką powinien zachować w takiej sytuacji. Nigdy nie lubił tego mężczyzny. Mimo że zajmował tak uświęconą pozycję, niejedną niechlubną plotkę na jego temat mógł potwierdzić osobiście.

 

– Dawno nie rozmawialiśmy, co nie, Berria? – zaśmiał się arogancko i kiwnął głową w stronę Reanta.

Ferius przycisnął do klatki piersiowej podniszczone, pełne żółtych plam kartki, jakby chowając je przed wzrokiem Kyle'a, przez przypadek – chociaż może nie do końca – wypuszczając jedną z nich, pod nogi Berri, który powoli szedł w jego stronę. Kapitan Białych Piór schylił się po nią, wpatrując się w słowa i treść, które były zapisane w prawie niezrozumiały dla niego sposób.

Ładne pismo zdecydowanie nie było mocną stroną kapłana.

 

,,Każda z żyjących na świecie istot ma wewnętrzną moc magiczną. Na jej podstawie Ludzie są przydzielani do Kręgów – formują ją na zewnątrz siebie, zamieniając w magię.

5 Krąg – może używać go każdy. Proste, niewymagające wyuczenia w magicznej sztuce zaklęcia o niewielkim zasięgu i mocy – przemieszczenie, światło.

4 Krąg – osiąga go prawie każdy człowiek po dwudziestym roku życia – zaklęcia ofensywne i defensywne, podstawy medycyny.

3 Krąg – znają Adepci Magii. Rzadko kiedy samouk potrafi się nim posługiwać. Ulepszenie poprzednich zajęć w zależności od kształcenia się w danym kierunku. Możliwość posiadania chowańca. Możliwość zaklinania przedmiotów.

2 Krąg – możliwość posługiwania się runami. Brak inkantacji do łatwiejszych zaklęć. Możliwość zaklinania istot.

1 Krąg – Arcymagowie – przypuszczalnie na tym i wyższym poziomie są Aniołowie. Często nie potrzeba inkantacji. Tworzenie run.

Demony są oceniane w Klasach – kontrolują oni manę, kształtując ją wewnątrz siebie.

Od 5 do 4 Klasy demony są Bestiami – są podobne do zwierząt. Rzadko mają zdolność mowy czy kontroli nad magią. Posiadają ostre pazury, zęby oraz inne atrybuty w zależności od Rasy. Zostają często chowańcami.

5 Klasa dla 3 Kręgu.

4 Klasa dla 2 Kręgu.

3 Klasa dla 1 Kręgu.

Od 3 do 1 poziomu demony są człekokształtne. Od 2 klasy incydentalnie potrafią używać magii, która nie służy jedynie do zmiany ich ciała oraz jego ulepszenia, ale także kontroli jego kształtu na zewnątrz – identycznie jak u ludzi.

O Aniołach wiemy niewiele: są wszechpotężne i nie żyją na naszym świecie, odkąd za panowania Chaosu, wyzwoliły ludzi i pokonały Demony.

Na świecie znana jest także Czarna Magia – często jest to magia skradziona od innych – najczęściej łączy się to z zabiciem właściciela magii.

Oraz Magia…”

Ferius po kilku minutach przechwycił swoją własność, nie dając Kyle’owi do końca przeczytać notatek. Uśmiechnął się, widząc, że Berria był średnio zadowolony z takiego obrotu sprawy – chciał, żeby ciekawość zeżarła go od środka.

 

– Co to było? – zapytał trochę zdezorientowany, przyglądając się fioletowym oczom kapłana, mając nadzieję, że zobaczy w nich, czy mężczyzna powie mu prawdę.

 

– Notatki mojego ucznia – odpowiedział, dokładając kartkę do stosu przy swojej piersi i poprawiając przy wiązaniu niebieski, atłasowy habit. – Nie zwracaj na to uwagi, panie Kapitanie. Chodź za mną, przekażę ci rozkazy Wielkiego Kapłana – mruknął z kpiną, wskazując na wysokie, drewniane drzwi na południowej części sali.

––––––––––

karosze* – konie maści karej (czarne konie).

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Liv12365 tydzień temu
    Westchnęła więc cicho, przykładając palce do swojej twarzy i łącząc je ze sobą. Na szczęście miała jeszcze czas na szybkie zaklęcie. -> wiemy, że do swojej, a więc zaimek będzie tu zbędny. :P

    "Szybko zaatakowali demony, zanim te zdążyły zaatakować ich." -> imo, lepiej by brzmiało: "Szybko zaatakowali demony, zanim te zdążyły wykonać pierwszy ruch" Ominiesz w ten sposób powtórzenie.

    "wyciągnął z niego metal i strzepnął krew ze swojego oręża." -> "swojego" zbędne jak dla mnie ;)

    No i na koniec, osobiście nieco się gubię, szczególnie gdy mamy nową scenę, zaczynającą się od biegnących rycerzy. Dzieje się dużo, dużo postaci, nazwisk i imion i to właśnie powoduje, że można się łatwo zgubić. Nie mniej całość wydaje się dobrze napisana, wiesz do czego dążysz, a to jest ważne.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania