Biec. Uciekać. cz.1
Biec. Uciekać.
Gonić. Szukać.
Biec jak najszybciej. Uciekać jak najdalej.
Gonić wolność. Szukać szczęścia.
Wspomnienia, które nigdy nie dadzą mi spokoju, nie dadzą o sobie zapomnieć, te bolesne, teraz napędzają mnie do biegu. Do ucieczki.
Zawsze ktoś ważniejszy, na pierwszym miejscu, komu wszystko można przebaczyć, a złość wylać na „tą drugą”. Tą, którą zawsze byłam ja.
Samotność - to ona kierowała moim życiem. Teraz również jest ze mną. Samotność w deszczową noc, kiedy to postanowiłam uciec z domu.
Biegnę mokra z plecakiem, w którym zmieściło się tylko kilka rzeczy, przez błoto, przez las, którego nie znam.
Biegnę starając się zostawić za sobą ból.
Nie boję się już ciemności, ponieważ moim największym strachem jest to od czego uciekłam. Nie mogę tam wrócić. Nie mogę stać się workiem treningowym, zwierzątkiem laboratoryjnym, któremu sprawdzają wytrzymałość psychiczną.
Ogień płonący w płucach i mięśniach to nic w porównaniu z tym co siedzi w głowie i sercu.
Jednak jeden w końcu musi zostać uleczony.
Staję w miejscu. Zginam się i ręce kładę na udach, wdycham drogocenny tlen, staram się uspokoić pracę mojego serca, które z chęcią wyskoczyłoby mi z piersi. Pomimo zimnej nocy oraz deszczu cała jestem rozpalona. Omiatam wzrokiem miejsce, w którym się znalazłam. Mała polanka z rzeczką w ciemnym lesie. Tylko tyle mogę wywnioskować z tego co widzę, ponieważ bezksiężycowa noc utrudnia jakąkolwiek widoczność.
Ledwo podchodzę do rzeczki, padam na kolana i obmywam twarz lodowatą wodą. Gdy spoglądam w lustro wody widzę wściekłą twarz taty, mamę krzyczącą na mnie i złośliwy uśmiech siostry. W uszach słyszę ich słowa: „Jak mogłaś to zrobić?! Przecież to Twoja siostra! Twoja dobra siostra, nie to co Ty! Zejdź nam z oczu! Jak mogłaś….?! Jak mogłaś…?! Jak mogłaś…?!” Spojrzenia pełne pogardy skierowane na mnie, otaczające mnie.
Z krzykiem przemieniającym się w łzy odskakuję od wody. Przewracam się o gałąź i leżę na mokrej i zimnej trawie płacząc. Po 10 minutach, może godzinie a może kilku, uspokajam się. Słaba i wykończona ocieram łzy, wstaję i szukam w miarę wygodnego miejsca na krótki sen przed dalszą drogą. Podchodzę do drzewa – wydaje mi się, że to dąb, jest pod nim trochę mchu, który zapewni mi pewną wygodę. Zrzucam z ramion plecak, patrzę jak upada. Nagle ogarnia mnie wściekłość na moją rodzinę, na siebie za tą bezsilność i łzy wylane niepotrzebnie. Uderzam pięścią w drzewo obdzierając kostki, kopię czując ból w palcach u stóp. Uderzam pięścią, kopię. Kopię, uderzam pięścią. Powoli pozbywając się złości, opadam na ziemię, kulę się i zasypiam.
Chociaż sen był mi bardzo potrzebny nie było mi dane długo spać. Wściekła otworzyłam oczy, podniosłam się lekko i rozglądałam wokół. Deszcz przestał padać, słońce zaczęło już powoli wstawać. Jednak nigdzie nie widziałam „powodu” który mnie obudził. Już miałam się z powrotem położyć, gdy usłyszałam za sobą warczenie. Nie wiem jak to zrobiłam, ale nagle stałam z kijem w ręce z szalejącą adrenaliną w moich żyłach. Naprzeciwko mnie z krzaków wyszedł wilk z obnażonymi kłami i zjeżoną sierścią.
Komentarze (3)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania