Błędy przeszłości (Western)
Niewinna osada położona na południowym zachodzie stanu Teksas. Właściwie to miasteczko. Znajduje się tu saloon. Mała knajpa słynąca z wybitnych, jak na ten region trunków i urzekających dam do towarzystwa, szczególnie ze względu na to, że nie były śniade. Właścicielem przybytku był Charles Callahan. Trzymał się rodzimej tradycji tak mocno jak butelki, którą puszczał z trzy razy do roku.
Swój lokal nazwał Clara na cześć córki, która pewnej nocy została porwana. Podejrzewał Indian, lecz według Jesse’go Elliotta, który obejmował stanowisko szeryfa, byli to zwykli bandyci. Do jego tezy pasowała kradzież biżuterii i męskich butów.
Na regale za barem między alkoholami i szklankami, w samym centrum znajdowała się ramka ze zdjęciem. Na fotografii widniała dziewczynka na oko lat piętnaście. Długie jasne włosy zaczesane w warkocz. Na nosie rozsiane piegi. Uśmiechała się od ucha do ucha.
W oddalonym o trzysta stóp budynku znajdowała się stajnia. Świadczył o tym nie tylko smród i widok zagrody, ale również drewniany szyld: “Handel końmi Billy Carson”. Obecnie na sprzedaż miał nie więcej niż tuzin koni i trzy powozy, różnej wielkości.
Fryzjerem był pewien Niemiec nazwiskiem Müller, wielkiej postury a delikatny jak mało kto. Jego żona Peggy prowadziła sklep w sąsiednim budynku, była drobnej budowy. Wiedziała o mieszkańcach więcej niż oni sami.
Słońce zmierzało powoli na południe. Na ulicy biegały jedynie dzieci, które bawiły się w berka. Co jakiś czas podbiegały do zagrody w stajni patrząc jak Carson łapie na lasso gniadego ogiera, łapał go krótko i wskakiwał. Koń był istnym diabłem, za każdym razem zrzucał jeźdźca. Wtedy Billy ciskał lassem o ścianę stajni i klął nie zwracając uwagi na dzieci.
-Luke, jak tam z siłą? -zawołał stajenny w stronę kuźni
Przy kowadle stał wysoki mężczyzna z melonikiem na głowie. Akurat kuł podkowę. Głos przyjaciela wstrzelił się idealnie między uderzeniami.
-Od wczoraj nic się nie zmieniło, kto Cię dręczy? -odpowiedział nie odwracając wzroku
-Lucek. Ten skurczybyk nie da się ujarzmić. -splunął
Kowal odłożył młot i ruszył na pomoc. Zwinnie przeskoczył płot. Złapał za lasso i zarzucił. Przywiązał je do płotu. Carson podał mu siodło. Założył je na konia, po czym zapalił.
-Na ile go cenisz? -zapytał nie dlatego, że go to obchodziło, tylko nie przepadał za ciszą
-Z trzydzieści dolarów. -zlustrował zwierzę
-Billy, słyszysz? -kowal zmarszczył brwi
-Tak, paru jeźdźców. -zastanowił się chwilę- Dwóch, jadą kłusem. Dawno nikt tu nie zaglądał no nic, wracajmy do roboty.
Luke rozwiązał konia i wskoczył na niego. Lucek próbował zrzucić go z grzbietu, lecz jeździec okazał się zwinniejszy. Po paru minutach walki koń się uspokoił.
-Wymęczę go. Chcesz coś z Wolftown?
-Nie, po co tam jedziesz? I dlaczego na moim koniu? -bardziej się zdziwił niż zdenerwował, w końcu to jego przyjaciel, więc co jego to i Luke’a i na odwrót
-Muszę wdowie Preston zawieść młotek i gwoździe. A konia wymęczę i będzie spokojniejszy, przynajmniej chwilowo.
-Dzięki.
Dwóch jeźdźców zatrzymało się przed miasteczkiem. Przed nimi stała drewniana tablica, na której widniał napis “Sneakvill”.
-Mam nadzieję, że znajdzie się tu paru chętnych do gry. Dawno nie grałem. -z uśmiechem powiedział niższy i przystojniejszy.
-Ciekawe czy Jesse dalej tu siedzi. -rzucił wyższy, z blizną na brodzie. -Za chwilę sprawdzimy. -wyjął z kabury Colta o srebrnej lufie i metalowej kolbie z wygrawerowanymi literami M. O. , odciągnął kurek i oddał strzał w powietrze. Huk rozniósł się echem po spokojnej okolicy.
Dzieciaki pochowały się pod budynki. W oknach poruszyły się zasłony. Na ulicę wyszedł facet, ubrany w brązową koszulę i zielone spodnie. Na piersi miał przypiętą gwiazdę. W rękach trzymał dwururkę, gotową do strzału. Gdy tylko ujrzał źródło strzału, zaśmiał się.
-Czy to sam O’donell? -rozłożył ręce, upuszczając broń na ulicę
-A czy to niejaki szeryf Elliott? Weteran wojenny służący pod dowództwem Browna? -zeskoczył z konia.
Przywitali się najserdeczniej jak potrafili. Dalej na koniu siedział drugi przybysz.
-Jesse jest moim starym przyjacielem z czasów wojny -objął go ramieniem –Casimir Voclain jest, moim nowszym przyjacielem -zaśmiał się, sam był zaskoczony z dowcipu -Poznaliśmy się w Colorado i tak od paru lat razem podróżujemy.
-Miło mi poznać Pana Jesse’go Elliotta. -skinął kapeluszem –Macie tutaj saloon? -chciał jak najszybciej oddalić się od stróża prawa, bardziej od nich nienawidził tylko węży.
-Tak. Za mną, stawiam kolejkę. -ruszył pewnym krokiem do baru
W lokalu siedziało dwóch karciarzy, barman i pianista. Grał cały czas ten sam repertuar składający się z nostalgicznych pieśni. Co jakiś czas jeden z bywalców zdzielił go w policzek. Wtedy do końca wieczora przygrywał radośniejsze piosenki. W takich chwilach kurwy, jeśli nie miały klientów śpiewały siedząc na schodach.
Trzech ludzi usiadło przy barze. Casimir zerknął w stronę stołu, gdzie rozgrywała się partia. Michaela uwagę przykuło zdjęcie za ladą. Miał wrażenie, że gdzieś już widział tę dziewczynę. Po paru sekundach podszedł do nich Callahan.
-Trzy szklanki whisky. Albo i cztery, napij się z nami. -powiedział wesoło szeryf
Barman ułożył szklanki i nalał do połowy każdej, trunku.
-Kim ona jest? -nie wytrzymał O’donell
-Moją córka, Clara. Indianie ją porwali...
-Bandyci- uśmiech z ust Elliotta znikł
-Porwał ją ktoś pewnej nocy. Będzie to już... -zamyślił się- trzy albo cztery lata.
-Ładna jest, więc pewnie sobie poradziła. O jak te. -Casimir wskazał głową na dwie kurwy stojące przy schodach.
-Ja Ci dam! Jak śmiesz się tak odzywać do mnie w moim barze! -zagotował się Charles
-Hej, spokój! -ryknął szeryf –Po co się od razu kłócić? Michael opowiadaj co tam porabiałeś przez te dziewiętnaście lat, jak się nie widzieliśmy.
W czasie, gdy dawni towarzysze wspominali wojnę, dziewczyny i inne zabawy, Voclain poszedł grać w karty. Zawsze miał do nich szczęście. Oskubał przeciwników do zera.
Dawni przyjaciele z frontu, upili się prawie do nieprzytomności. Cas postanowił udać się na spacer po miasteczku. Zauważył w stajni pięknego gniadego ogiera. Oparł się o ogrodzenia i przyglądał mu się.
-Piękny, co? -zagadał Carson
-Co on taki niespokojny? -zapytał zaciekawiony
-Wymęczony, uparty gorzej od osła. Lucek się zwie. -wziął kawałek tytoniu do ust
-Adekwatne imię. W ogóle, gdzie moje maniery. Casimir Volcain -podał rękę
-Billy Carson. Chce go Pan? -miał nadzieje, że pozbędzie się konia
-Billy, lubisz ryzyko? -delikatnie się uśmiechnął
Po chwili milczenia, gdy dookoła była słychać wesołą muzykę i cichy chórek. Właściciel stajni spojrzał na przybysza.
-Tak. -powiedział powoli
-Zagrajmy o konia. Jeśli wygram biorę go za darmo. Jak przegram to... -spojrzał na zwierzę -Zapłacę za niego tyle na ile go wycenisz.
-Zagrajmy zatem w oczko. -tylko w to potrafił grać
Odeszli kawałek od zagrody. Podeszli do stołu z drugiej strony budynku. Miejscowy zdjął siodło i dmuchnął na blat. Kurz wzbił się w powietrze. Usiedli na pniaka. Kupiec wyjął z kieszeni karty. Teatralnie je potasował. Rozdał po dwie karty.
Billy w ręku trzymał asa i piątkę. Casimir miał perskie oczko, składające się z asa kier i pik.
-Wezmę. -wyciągnął rękę po kartę- Carsonowi doszła dwójka
Przybysz uśmiechnął się szeroko i pokazał karty.
-Dziękuję za konia. -zebrał karty –Ile chcesz za nocleg?
Przegrany początkowo się zdenerwował, ale sam się na to zgodził.
-Piętnaście centów. -pierwsza noc dla Lucka za darmo tak z sentymentu.
-Ale ja pytam o nocleg dla siebie. -wytrzepał kapelusz o udo
-Dla Pana -zawiesił się chwilę -za darmo. Tylko proszę mi koni nie spłoszyć. Byłbym wdzięczny za małą pomoc z rana. Nawodnienie zwierząt i tym podobne. -nie wiedział czemu nie wycenił nocy, czuł do niego szacunek a nawet go nie znał
-Zrobię co w mojej mocy. -obrócił się na pięcie
Szeryf obudził się z niewyobrażalnym bólem głowy. Próbował przypomnieć sobie wczorajszy wieczór, lecz nadaremno. Obok niego w celi na pryczy spał Michael. Jesse miał sobie za złe, że zaniedbał obowiązek, jakim był wieczorny patrol po miasteczku. Całe szczęście nic się nie stało. Usłyszał dzwon kościoła. Postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza. Gdy tylko przekroczył próg drzwi zwymiotował. Zrobił większy krok i udał się na spacer. Zauważył, że koń jego przyjaciela zniknął. Udał się więc do Carsona wcześniej zahaczając o saloon, żeby napić się piwa.
Casimir sam nie wiedząc czemu pomógł w porannych obowiązkach. Wyczesał
konie i biegał z wiadrami wody. Billy pierwszy raz od pół roku mógł sobie pozwolić na odpoczynek przed południem. Po robocie Cas poszedł wykręcić partię albo dwie. Przed lokalem zobaczył Echo. Kary ogier z wyglądu wredny, lecz był to spokojny koń. Czujny i wytrzymały, Volcain nie pamiętał, by O’donell jeździł na innym. Podszedł do niego, złapał za cugle i zaprowadził do zagrody. Skoro i tak pomógł napoić wszystkie konie to przyprowadził dodatkowego. Wchodząc do knajpy minął się w drzwiach z stróżem prawa.
-Widzę, że noc udana. -zaśmiał się Casimir- Echo jest w stajni a jego właściciel, gdzie się podział?
-W celi. -złapał się za głowę -Wybacz. -przemknął obok rozmówcy, stanął między budynkami i oddał się potrzebie.
Biuro szeryfa było dość skromne. Biurko, cela oraz szafa na karabiny, która za pewnie była pusta. Czego nie można było powiedzieć o celi, w której spał Michael. Volcain złapał za pogrzebacz i przejechał nim po kratach. O’donell wstał, jakby go ktoś poraził prądem. Z kabury wyjął broń, którą po sekundzie schował.
-Coś się stało? -zapytał zaspany
-Jest już południe, więc podejrzewam, że zostaniemy tu do jutra. Unikaj lepiej Elliotta. Chcę z stąd wyjechać. -kręcił się po pomieszczeniu, dotykając wszystko co się dało dotknąć
-Masz coś na oku? -usiadł na biurku zwalając przy tym stertę papierów
-Tutaj sami wieśniacy, jedyne co możemy zgarnąć to tuzin koni i parę podków. Tylko ostrzegam kowal jest potężnym Niemcem i przyjacielem stajennego.
-To nawet dobrze. Nie chcę robić Jesse’mu problemu. Muszę poszukać starej znajomej. -zeskoczył z biurka i wyszedł tylnymi drzwiami.
Stał przed chatką na uboczu mieściny. Była cała zdemolowana, nikt w niej nie mieszkał od ładnych paru lat. Postanowił i tak wejść do środka. Ostrożnie przekroczył próg uważając na węże, pająki i inne paskudztwa. Wnętrze było całe rozwalone. Ściany oddzielające pomieszczenia nie istniały, okno powybijane. Podłoga, gdzie nie gdzie się zapadała. Michael ruszył w stronę dawnej sypialni. Pod deskami znalazł kufer. Miał wątpliwości czy go otwierać. Końcowo się przełamał. W środku znalazł kilka zdjęć, grzebień z rogu jelenia i flakonik perfum. Doskonale pamiętał ten zapach. Lawenda i mięta. Na wszystkich fotografiach znajdowała się kobieta o jasnych długich włosach i piegach na nosie.
-Szlag. -przeklął pod nosem.
Czym prędzej udał się na gościniec. Szukał przyjaciela. Elliott siedział na bujanym fotelu, czytając gazetę.
-Gdzie jest Agatha? -podał mu zdjęcie
-Ta kurwa? Na cmentarzu. Zmarła z dekadę temu. Wyszła za Callahana. Po ślubie zamieszkała z nim. A chwilę później urodziła Clare. -zapalił papierosa
-A mogłem przyjechać tu dziesięć lat wcześniej. -usiadł na schodku
-Aż tak Ci na niej zależało? -zapytał zaciekawiony
-Tak. -urwał, nie miał ochoty o tym rozmawiać. Przyjaciel też to zrozumiał.
Po upływie godziny, która minęła w milczeniu. O’donell nagle wstał i poszedł w stronę kościoła.
-Cas! -krzyknął na środku ulicy.
Po pięciu minutach wybiegł z saloonu zapinając koszulę.
-Co jest Mickey?
-Mogę Cię o coś prosić? -patrzył przed siebie
-Jasne. -choć nie do końca był pewien czy mu pomoże
-Możemy zostać tu jeszcze z dwa dni? Jak nie będę u starego druha to znajdziesz mnie na cmentarzu. -odszedł nie czekając na odpowiedź.
Na terenie małego drewnianego kościoła znajdowało się parę nagrobków. Callahan powtarzał w myślach. Nie mógł się przyzwyczaić do tego nazwiska. Ostatni raz przecież Agatha była Wilson. Znalazł grób, na którym była położona wiązka lawendy. Mimowolnie po policzkach Michaela poleciały łzy. Padł na kolana.
-Przepraszam -załkał- Żałuję, że wyjechałem. -usłyszał kroki. Szybko otarł łzy i usiadł na ziemi.
-Dzień dobry. -zawołała kobieta
Mężczyzna kiwnął tylko ręką. Stanęła przy tym samym grobie.
-O! Widzę, że przybysz. Skąd Pan znał Panią Callahan?
-Przyjaciółka. Bywałem kiedyś często w tych stronach. -wstał- Michael O’donell.
-Peggy Müller -mężczyzna pocałował ją w dłoń
-Zawsze, gdy o tobie mówiła to w oczach miała błysk. -uśmiechnęła się
-Wspominała mnie? -speszył się
-A jak do jasnej cholery miała nie wspominać ojca jej dziecka.
-Ale jak to. Ojca? -cały zbladł
-No tak faceci. Zauważył brzuch i uciekł, myśląc, że po problemie. -zaczynała trajkotać
Michael nie czuł potrzeby tłumaczenia się przed jakąś obcą dziewczyną. Wyjął z kieszeni flakonik i popsikał nimi tablicę. Powąchał i poczuł jakby stała obok.
-Przyjdź później do sklepu. Zostawiła coś dla ciebie.
Przypomniał sobie dzień wyjazdu. Leżeli za jej domem. Przed nimi wylegiwały się świnie. Odgarnął z jej czoła włosy i pocałował. Objął ją.
-Rzeczko. -mawiał tak do niej, bo jej niebieskie oczy przypominały mu wodę -Muszę się stąd wynosić. Pojedź ze mną. San Francisco, Chicago, Nowy Jork. Zabiorę Cię, gdzie chcesz. -powiedział błagalnym tonem
-Nie wątpię. Mickey ja chcę zostać tutaj, zestarzeć się z tobą u boku. Nie musisz wyjeżdżać.
-Zrozum Jesse nie raz uratował mi życie. Poprosił mnie o przysługę. Schwytamy tego sukinsyna co zabił mu siostrę i wrócę. Obiecuję.
Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego nie wrócił z szeryfem. Później poznał Casa i był zajęty unikaniem śmierci. Co noc rozpamiętywał ukochaną, ale bał się spokojnego życia. Gdy do niego dojrzał to Agatha już była martwa. Z zadumy wyrwał go znajomy głos.
-Matka czy kochanka?
-To drugie. Siadaj -poklepał ziemie -Właśnie się dowiedziałem, że jestem ojcem. Zabawne, co?
-Ty ojcem? Może w końcu przestaniesz mi prawić kazania. -Volcain uważał, że w poważnych rozmowach trzeba żartować i to często najlepiej cały czas
-Pamiętasz to zdjęcie z saloonu?
-Tak. Córka barmana. -położył się na plecach
-Nie. Moja córka. Clara O’donell a nie żadna Callahan. Ten irlandzki śmieć nawet nie potrafił się nią zaopiekować.
-Rozumiem, że teraz będziemy jej szukać. Popytam u ludzi co pamiętają.
-Pogadam z Elliottem i Peggy -zauważył minę przyjaciela –Prowadzi sklep, była przyjaciółką Agathy. Wprowadziła się po moim wyjeździe. A i dzięki, że zająłeś się Echem.
Michael zerwał się na równe nogi i poszedł do miasteczka. Casimir stał nad grobem. Nie dał po sobie poznać, lecz był tym trochę zaniepokojony. Jego przyjaciel nigdy nie okazywał, aż takich uczuć. Chyba, że koniom, ale te nie były ludźmi. Podrapał się po brodzie i uświadomił sobie. Ma na twarzy kilkudniowy zarost. Nie miał czasu się ogolić.
Pod oknami w skrzynkach leżały warzywa. Na regałach poustawianych w rzędzie kilka stóp od wejścia stały alkohole, pomady, kawy, papierosy i inne rzeczy codziennego użytku. Gdy tylko drzwi otwarł się do wewnątrz rozbrzmiał dzwonek. Do środka wszedł mężczyzna ubrany w brązowy płaszcz. Kapelusz zasłaniał mu oczy. Pewnym krokiem podszedł do kasy. Oparł się na łokciach i czekał, aż przyjdzie właściciel. Właściwie to właścicielka. Z magazynu wyszła pulchna kobieta. Gdy tylko zauważyła klienta z powrotem cofnęła się do pakamery. Było słychać przekładane skrzynki.
-Już idę. -zawołała wesoło
Tym razem wyszła już całkowicie. Na ladę położyła kopertę.
-Tak jak mówiłam, Agatha to dla ciebie zostawiła.
-Dziękuję. -w pośpiechu rozdarł kopertę
Drogi Michaelu!
Wiem, że jeszcze wrócisz, ale mogę tego nie dożyć. Nie mogę łapać tchu, gdy wchodzę po schodach. Wyszłam za Callahana. Przyjechał kilka miesięcy po naszym rozstaniu. Wspólnie otworzyliśmy saloon, w którym już pewnie piłeś. Urodziłam córeczkę. Piękna, na pewno byś ją polubił. Nazwałam ją Clara po twojej mamie. Jesteś ojcem. Nie chciałam Ci mówić przed wyjazdem. Wiesz, że nie lubię brać na litość. W okolicach kręcą się jacyś rewolwerowcy.
Na zawsze twoja
Agatha O’donell
Przeczytawszy podpis roześmiał się na głos. List pachniał lawendą i miętą.
-Co się tak cieszysz? -dociekała Peggy
-Podpisała się moim nazwiskiem, chodź nigdy nie byliśmy małżeństwem. Wiesz coś o Clarze? -chciał jak najszybciej zmienić temat, bo czuł, że za dużo mówi
-Cztery lata temu porwali ją bandyci. Podobno pojechali do Colorado.
-Dziękuję. Ma Pani dziecko?
-Tak, piątkę. Same córki.
Michael podszedł do regału. Wziął woreczek cukierków.
-Ile się należy?
-Dwadzieścia centów.
Położył monetę na ladę i wyszedł. W drzwiach zatrzymała go sklepikarka.
-Zapomniał Pan...
-To dla córek.
Casimir siedział przy barze. Przed sobą miał ustawione dwie butelki. Pił z właścicielem. Pianista grał swoją ulubioną piosenkę “Dixie”. Przy pianinie stał pijany mężczyzna i doprawiał muzykę swoim tenorem. Barman napełnił szklanki.
-Panie Callahan, chciałem przeprosić za tamto. Niech się Pan napije ze mną na zgodę. -Volcain uniósł szklankę
-Jasne synu. - Charles stuknął szkłem
-Gdy mieszkałem w Tennessee miałem siostrę. Pewnej nocy źli ludzie, u których tatuś miał dług, okradli nas i porwali mu jedyną córkę. W każdym burdelu i saloonie rozglądam się z nadzieją, że ją zobaczę. -napił się
-Przykro mi. Dużo podróżujesz?
-Byłem w Arkansas, Nowym Meksyku, Colorado, Tennessee, Meksyku. I pewnie gdzieś jeszcze tylko nie pamiętam. -z kieszeni wyjął mapę. Było widać różne kreski łączące miasta. Ślad zaczął się w Memphis i obszernym kołem znalazł się w Sneakvill.
-Imponujące. -z portfela wyjął zdjęcie Clary. -Proszę wchodząc do lokali szukaj dwóch twarzy.
-Gdzie zacząć- rzucił od niechcenie, podając mapę
-Elliott mówił coś o Colorado. -łza spłynęła mu po policzku, gdy ją poczuł natychmiast się odwrócił
-Dwie twarze. Do widzenia Panie Callahan. -zamienił miejscami monetę ze zdjęciem
Słońce schowało się za horyzontem. Komary wyłoniły się z kryjówek tak samo jak większość zwierzyny. Szeryf wybrał się na obchód. Robił to codziennie, co najwyżej musiał uderzyć jakiegoś pijaka kolbą od karabinu. W Sneakvill cisza była codziennością, więc każdy dźwięk wzbudzał w Elliottcie niepokój. Okrążając zabudowy dobiegły go odgłosy z pobliskiego pagórka, na którym wznosiła się świątynia. Henry’ego trzymał w zgięciu łokcia. Nie chcąc hałasować, gdyż furtka okropnie skrzypiała, przeskoczył przez murek. Przy jednym z grobów zauważył dwie sylwetki. Jeden człowiek stał i rysował coś patykiem. Drugi siedział.
-Musimy pojechać do Colorado.
-I co dalej? Staniemy na środku i zapytamy się czy nikt przypadkiem jej nie widział?
-Jest to jedna z opcji...- przerwali dyskusje, gdy usłyszeli naciągany kurek. Odruchowo podnieśli ręce. Z cienia wyłonił się Jesse. Jego oczom ukazał się przyjaciel z kompanem. -Szukacie Clary? -zapytał zdziwiony
-Gdy wróciłeś to Agatha już urodziła? -zapytał Michael
-Tak. Gdy szukaliśmy Douglasa –splunął- to wzięła ślub, naturalna kolej rzeczy.
-Muszę znaleźć córkę. Pojedziesz z nami?
-Córkę? A no tak, zdążyłem zapomnieć, że byłeś niezłym ziółkiem. Nie mam zastępcy oni beze mnie tu zginą.
-Chronisz ich jedynie przed pijakami. -wtrącił się Cas- Przyjaciel prosi Cię o przysługę a ty zasłaniasz się pseudo obowiązkami. -Casimirowi większość rzeczy była obojętna, ale lojalność uważał za cenniejszą od złota.
-Volcain. -ryknął Michael –Daj mu spokój. Nie widzieliśmy się tyle lat. Ma pewną posadę, bliskich. Dzięki Jesse, jutro wyjeżdamy.
Carson obudził gości przerzucając siano. Była pora karmienia. Widłami o mało nie przebił nogi O’donella, lecz ten akurat przewrócił się na drugi bok we śnie. Billy tak się przestraszył, że wybiegł z stajni. Musiał chwilę odetchnąć.
-Panie Volcain, konie gotowe zgodnie z umową. -zawołał stajenny
-Dziękuję, za kwadrans wyjeżdżamy. -odpowiedział zaspanym głosem
Gdy przyjaciele siodłali konie, podjechał do nich karosz, na którym siedział Elliott.
-Miałeś rację. -spojrzał na Casimira- Jadę z wami. Jestem Ci to winien. -zwrócił się do przyjaciela
-No to jazda. -uśmiechnął się Michael
Prowadził Echo, za nim jechał Karosz na samym końcu Lucek, do którego przywiązany był jeszcze jeden koń. Jechali w ciszy. Cas uwielbiał rozmawiać podczas podróży, lecz jego kompan nie podzielał tego zainteresowania. Szeryf milczał, bo nie wiedział co powiedzieć. Zaczynał powoli żałować decyzji. Pojechał, ponieważ czuł się trochę winny tego co spotkało Clare, a wcześniej Agathe. Była jego przyjaciółką, lecz to przez niego Michael wyjechał. Gdyby został to pewnie nie wyszłaby za mężczyznę, którego nie kochała. Rozmyślania te przerwał Volcain.
-Jesse weźmiesz na chwilę lejce Makbeta? -tak nazywał się koń, którego Casimir miał parę ładnych lat. Pierwszy raz od momentu jego zakupu jedzie na innym.
-Tak. -zgodził się do końca nie wiedząc na co, usłyszał tylko swoje imię i intonację pytania.
Volcain potraktował ogiera ostrogami. Ruszając na przód. Koń prychnął z niezadowolenia. Jeździec nachylił się, pogłaskał go po karku.
-Spokojnie, nic Ci nie grozi. Musimy zobaczyć co nas czeka na trakcie.
Po trzydziestu milach znalazł teren, na którym rosły krzaki i akacje. Te drzewa źle mu się kojarzyły. Poznał kiedyś w mieście mężczyznę, któremu wbił się kawałek drzazgi właśnie akacjowej. Musieli mu amputować kciuka.
Zatrzymał się i stanął w strzemionach. Rozejrzał się dookoła. Miał dosyć dobry wzrok, ale jeszcze lepszy słuch. Usłyszał chlupot wody. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył mały zbiornik. Pojechał, żeby dokładniej go obejrzeć. Przy brzegu leżał wąż. Jeździec strzelił do niego dwa razy. Zszedł z konia, żeby opróżnić pęcherz i umyć twarz z kurzu.
Michael wiedział, że Cas pojechał szukać miejsca na obóz. Rzadko to robił. Nie chciał pewnie przeszkadzać dawnym przyjaciołom w rozmowie. Co prawda nie widzieli się z dwadzieścia lat jak nie lepiej, lecz nie czuł potrzeby, żeby dzielić się przeżyciami z szeryfem. W najlepszym przypadku rozmowa przyniosłaby rozdzielenie ich dróg. O’donell nie zawsze przestrzegał prawa.
-Znajdziemy ją, zobaczysz. -zagaił Jesse
-W całym moim nędznym życiu zależało mi tak na jednej kobiecie. Agathcie, którą zostawiłem. Nie pozwolę na to drugi raz.
-Wiem. Tylko nie rób głupstw.
W oddali zauważyli jeźdźca. Zatrzymał się w takiej odległości, że widzieli tylko zarys postaci. Machnął na nich ręką i ruszył. Pognali za nim. Szeryf wyjął rewolwer i trzymał go w ręku. Tajemniczą osobą okazał się ich kompan. Zaprowadził ich nad zbiornik. Słońce powoli zachodziło. Rozsiodłali konie i przywiązali je kawałek od obozowiska. Po kolacji, na którą był królik, Michael postanowił się przejść. Odszedł na tyle, aby nie słyszeć głosów, rżenia koni i trzasku palonego drwa. Był Elliottowi wdzięczny za to, że z nimi pojechał, za uratowanie mu życia i wiele innych sytuacji. Był również wściekły, że przez niego opuścił ukochaną. Miał mu za złe, że zniszczył jego szczęście. W sytuacjach, gdzie gniew zaczął przez niego przemawiać oddalał się od ludzi i próbował się uspokoić. Tym razem to nie pomogło. Dopiero teraz uświadomił sobie co stracił i przez kogo. Przez głupią obietnicę daną po pijaku. Pamiętaj, pójdę za tobą wszędzie. Nawet i do piekła, żeby zajebać szatana. Rzucił te słowa, gdy wchłonął niewyobrażalną ilość szkockiej, siedzieli wtedy w saloonie. Opijali kolejne udane zlecenie. Tej samej nocy poznał pannę Wilson.
Gdy wrócił do przyjaciół, oni już spali. Kopnął szeryfa.
-Wstawaj! -sam był zdziwiony z tego co robi
Jesse zerwał się z bronią w ręku. Zawsze z nią spał.
-Co jest? -zapytał wystraszony
-Zjeżdżaj. Wyjazd do tego śmierdzącego gównem Sneakvill. -odwiązał konia i wręczył mu lejce
-Michael, co ty wyrabiasz? -zapytał zdezorientowany
-Nie chcę Cię widzieć! To przez ciebie teraz muszę ratować córkę, o której istnieniu nawet nie miałem pojęcia!
Elliott bez słowa osiodłał konia i ruszył w kierunku, z którego przyjechali. Cas wszystkiemu się przyglądał w milczeniu. Nie ruszył się nawet z posłania. Prawdę mówiąc nie przepadał za towarzyszem.
Żaden z nich nie wspomniał o wydarzeniach zeszłej nocy. Ruszyli w dalszą podróż biedniejsi o jednego znajomka. Bogatsi o smaczny posiłek. Za kucharza robił Volcain. Miał nie tylko talent do drobnych oszustw i pięknych dam. Urodził się niby z patelnią w ręku. Każdy kto spróbował jego słynnej jajecznicy nie zjadł potem smaczniejszej. Zdarzało się, że to ich obozu witał nieznajomy, bo przyciągnęły go rozkoszne zapachy. Michael zdziwiony umiejętnościami przyjaciela, zapytał się kiedyś skąd ma takie zdolności. Okazało się, iż Cas w młodości dorabiał w restauracji. Zarządzał nią Antoine Alciatore. W swojej kuchni łączył francuskie smaki z amerykańskimi. Miał też dziwny nawyk. W jego przybytku zawsze musiał znajdować się żywy szczur.
Jechali strzemię w strzemię. O’donell główkował cały czas. Jak pozna córkę? Przecież fotografia, którą wziął przedstawia dziewczynkę, nie kobietę. Jak jej powie, że powinna nosić inne, mniej dumne nazwisko? Czy w ogóle przedstawi się jako zaginiony ojciec? Z tych ciężkich rozmyślań wywołał go przyjaciel.
-Wiem, że to twoja córka i jedyna pozostałość po ukochanej, ale po kiego tam jedziemy? Nie zna Cię. Nie odkupisz w ten sposób win. Pogódź się, że zostawiłeś pannę w ciąży. -powiedział jak od niechcenia, chodź tak naprawdę martwił się
-Płynie w niej moja krew. Powinna mieć nazwisko O’donell a nie Callahan. -zacisnął mocniej lejce
-Ile jeszcze? Rok, góra dwa. Wyjdzie za mąż i co jej po tym nazwisku?
-Duma...
-Duma? Faktycznie. Ojciec zostawił moją matkę w ciąży. Wyjechał tylko pomóc kumplowi, ale nie wrócił, bo wolał kurwy. W między czasie kradł konie. No, ale dał żebrakowi dziesięć centów. Dumnie noszę jego nazwisko. -zadrwił
-Zamknij się Volcain. -lekko poczerwieniał na twarzy- Nikt Cię tu nie trzyma. Droga wolna.
Cas jechał trochę przygaszony. Wiedział, że przesadził. Nie pierwszy raz. Taki już jego urok. Humor mu się poprawił, gdy naprzeciw ujrzeli dwóch jeźdźców. Znowu będzie mógł komuś dogryźć albo Michael będzie mógł się wyżyć. Zwolni lekko. Jedni i drudzy. Spotkali się w połowie drogi.
-Bry. Dokąd to Panowie jadą? -zagadał Volcain
-Przed siebie. -odpowiedział wąsaty mężczyzna
-Piękna kraina. Pełna węży, brudasów i bandytów. -powiedział z zadowoleniem Cas
-Miło było porozmawiać. Miłej podróży. -popędził konia i ruszył na południe
Michael odczekał, aż tamci oddalą się na bezpieczną odległość.
-Dziwna ta dwójka, co nie?
-Dzisiaj biorę wartę. Słyszałem o takiej dwójce co mijała podróżnych i okrążała ich i witali się przy ognisku. Taki człowiek zostawał czasami nawet bez życia. Kradli wszystko nawet bieliznę.
-Gorzej niż Indianie.
-Przynajmniej łagodniejsi. Tylko strzelali.
Na horyzoncie pojawiła się chata. Nie znajdowało się przy niej żadne zwierzę, nawet kura. Obok wykopana była studnia. Pierwszy zauważył ją O’donell. Nic nie mówiąc przyśpieszył konia. Przyjaciel ruszył za nim. Zsiedli z koni niecały jard od budynku. Szli spokojnie, żeby nie przestraszyć mieszkańca choć ich wygląd i uzbrojenie w tym nie pomagało. Cas skierował się do studni, żeby zaczerpnąć wody dla koni, oraz uzupełnić bukłaki. Michael w tym czasie zapukał do drzwi. Nikt nie otworzył, więc postanowił samemu wejść. Wyjął swojego colta. Delikatnie uchylił drzwi. W pomieszczeniu pierw zawitała broń, dopiero później jej właściciel. Dom składał się z jednej izby. Znajdowały się w niej dwa łóżka, kredens, stół i prowizoryczna kuchenka. Z sufitu zwisały zioła.
-Ktoś tu mieszka. Wiszą zioła a w garnku jest gulasz.
-Czekamy czy jedziemy?
Niebo zaczęło przybierać ciemniejsze barwy. Księżyc był w nowiu.
-Czekamy. -zapalił i usiadł na ganku, po chwili dołączył do niego przyjaciel.
-Przepraszam.
-Czekaj muszę zapisać sobie datę. Casimir Volcain pierwszy raz w życiu przeprosił. -poprawił kapelusz – Nie ma sprawy. Tylko uważaj na przyszłość.
-Może zagramy?
-Z tobą kanciarzu nigdy. -wyrwał z rąk pudełko kart- Ja daję.
Po kilku rozdaniach usłyszeli jeźdźca. Nie ruszyli się z miejsca. Przed nimi stanęła kara klacz, na której siedział młody facet z kaszkietem na głowie. Podwinął rękawy koszuli. Spojrzał na starszego mężczyznę. Lekko się uśmiechnął.
-W czym mogę pomóc? -zsiadł z konia
-Chcieliśmy tu przenocować. Możemy przy studni? -zagaił Michael
-Oczywiście, ale wcześniej zapraszam na kolację.
-Casimir Volcain. -wyciągnął rękę
-Matt White. -uścisnął rękę. Casowi pobladły knykcie
-Michael O’donell. Miło mi.
Weszli do środka. Właściciel odwiesił broń. Poprosił Volcaina o przyniesienie drewna. Gdy upewnił się, że nie ma go w pobliżu nachylił się nad gościem.
-Dlaczego tak dziwnie mnie przywitałeś?
-Nie chcę, żeby Cas wiedział, że się znamy. Niech myśli, że wpadliśmy tu przez przypadek.
-Dobrze wujku. Mama kazała Cię pozdrowić.
-Sadie dalej taka piękna?
-Patrz. -wyjął z komody zdjęcie, na którym znajdowała się kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat.
-Dalej mieszka nad Brazos? -przetarł łzę z policzka. Czuł się głupio, że wzruszył się przy innym mężczyźnie
-Tak. Tęskni za tobą.
Po kwadransie Casimir wrócił z drewnem. Ułożył je w kuchence i podpalił. Wyjął z kredensu whisky. Przyjaciel spojrzał na niego z lekką pogardą. Nigdy nie rozumiał jak Cas może się tak zachowywać w gościach. Na stole zobaczył zdjęcie.
-Co to za ślicznotka?
-Moja matka. -zmieszał się trochę Matt.
-Mickey wziąłbyś sobie taką piękną damę za żonę. Ile lat możesz się tułać. Czas się ustatkować. -zaśmiał się -Dobra panienki idę się kawałek przejść, zobaczyć czy ta dwójka się gdzieś nie kręci.
-O jakiej dwójce on mówił?
-Mogę? -złapał za butelkę, zostawioną przez jego kumpla
-Jasne. -podsunął szklankę
-Na drodze spotkaliśmy dwójkę szemranych typów. Nie podobają nam się. Mają w sobie coś dziwnego. -pociągnął z butelki- Tęskniłem za tobą. Może Casimir miał rację, pora się ustatkować.
-Która wujka zechce? -zaśmiał się
-Każda. -spoważniał
O’donell zbudził się nagle w środku nocy, cały spocony i roztrzęsiony. Przyśniła mu się Agatha i Clara. Obie płonęły na prowizorycznym stosie. Widział, kiedyś podobną sytuację. Pewien zezowaty facet palił kurwy, gdy się nimi znudził. Michaela tak to brzydziło, że pewnego razu sam był autorem podobnego stosu, wcześniej obciąwszy psychopacie członka włożył mu go do ust i odjechał zostawiając za sobą czarny dym i niewyobrażalny krzyk.
Zarzucił na siebie płaszcz i zapiął pas z bronią. Wyszedł się przewietrzyć. Opłukał sobie twarz lodowatą wodą ze studni. Udał się w stronę, w którą mieli jechać. Włożył kawałek tytoniu do buzi. Gwiazdy rozświetlały mu trakt, przy którym rosły pojedyncze brzozy. Na jednej z nic przy konarze został kawałek sznura. Był tak zmęczony tym wszystkim, że zapomniał myśleć. Z amoku wyrwał go hałas łamanej gałęzi. Spojrzał w kierunku harmidru. Trzymał rękę na kolbie swojego Colta. Ruszył powolnym krokiem. Nie zdążył zareagować, gdy zza krzaków rzuciła się na niego kobieta. Rozdarta nocna koszula, która w nielicznych miejscach zachowała swój pierwotny biały kolor. W długich rudych włosach powbijane gałęzie, liście i inne dary natury. Miała spuchnięte poliki. W jej niebieskich oczach jawił się gniew i smutek jednocześnie. Powaliła mężczyznę i zaczęła go bić. Michael złapał ją za nadgarstki i ścisnął na tyle, żeby się poddała. Nigdy nie lubił używać przemocy wobec kobiet, a tym bardziej dziewczynek, napastniczka nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.
-Może zaczniemy od nowa. Trochę tak niezręcznie leżeć na środku drogi z panienką, która mogłaby być moją córką. -odsunął ją delikatnie na bok, po wstał i pomógł jej.
-Ja... Oni...To...- zaczęła się cała trząść i wybuchła rzewnym płaczem.
-Mogę? -lekko się uśmiechnął i rozłożył ręce -Już wszystko dobrze- przytulił ją, poczuł słodki zapach brzoskwini- Chodź zabiorę Cię do domu.
Szli w milczeniu. Kobieta cały czas szlochała. Zaczęło już świtać. Na ganku stał Casimir, który ostrzył akurat nóż.
-Przyjacielu mamy damę w opałach! Nagrzej wody na kąpiel! Matt zrobisz śniadanie? -posadził ją na krześle i podał kubek kawy.
-Za chwilę będzie gotowa woda. W tym czasie ten młody pojedzie Ci po jakąś suknie. Będę w pobliżu, wystarczy, że zawołasz.
Michael w takich sytuacjach zawszy wychodził z inicjatywą dowództwa. W ich duecie to on był zawsze nieoficjalnym liderem, ale gdy sytuacja wymagała lidera przychodziło mu to naturalnie. Nawet Volcain rzadko kiedy mu się, wtedy sprzeciwiał. Raz spróbował to wdali się w ostrą sprzeczkę słowną i nie tylko. Poobijali sobie twarze i rozstali się na miesiąc, żeby spotkać się w saloonie i upić do nieprzytomności.
White położył na stół pięć talerzy. Na jednym znajdowała się jajecznica. Nikt sobie nie nałożył. Casimir przygotował kąpiel i wyszli z domu.
-Gdzie takie dają? -uśmiechnął się szyderczo Cas
-Napadła na mnie z krzaków. Zachciało mi się nocnych przechadzek. Matt pojedziesz kupić jej jakieś rzeczy? -wręczył mu blik banknotów.
-Jasne. Tylko nie okradnijcie mnie. -wszedł na konia i odjechał
-Mickey co zamierzasz z nią zrobić?
-Nie wiem. Może zostawimy ją w jakimś miasteczku? Albo weźmiemy ze sobą.
-To nie jest Clara. Nie przywiązuj się do niej. Wiesz w ogóle co jej się stało?
-Nie, jakieś łajdaki ją dorwali. Musimy ich...
-Nic nie musimy. Nie jesteś prawem, wręcz przeciwnie. Jedziemy do Californii, pamiętasz?
-Tak. Nie chcesz sobie postrzelać do idiotów to nie, więcej zabawy dla mnie. -wyjął z futerału karabin i zaczął go oglądać
-Teraz chcesz iść, a co z nią?
-Popilnuj ją, tylko nie zaciągaj ją do łóżka.
-Za kogo ty mnie masz. -wstał i złapał przyjaciela za ramię- To nie jest Clara, odpuść-szepnął
-Wiem.
Michael zarzucił broń na plecy i poszedł rozejrzeć się w miejscu, gdzie znalazł niewiastę. Jeszcze tydzień temu nie przejąłby się, aż tak. Pokochał ją- nie jako partnerkę, tylko jako córkę. Wiedział, że jest to złe. Nie zastąpi mu prawdziwej córki. Nie mógł odpuścić poszukiwań, tylko dlatego, że znalazł dziewczynę w zbliżonym wieku do dziecka. Z natury szedł na łatwiznę, dlatego nigdy nie wrócił do Sneakvill, bo bał się zobowiązań. Wolał, dalej robić co chciał i nikomu nie musieć się tłumaczyć. Dopiero po tych parunastu latach zrozumiał swój błąd. Naprawdę kochał Agathę. A owoc tej miłości błąka się po tym okrutnym świecie... jeśli nadal żyje.
Z domu wyszła piękna kobieta. Długie mokre włosy niczym kaskady ułożyły się na jej ramionach. Miała na sobie założoną za dużą niebieską koszulę i jeasny. Kąpiel jej ewidentnie pomogła. Nie wyglądała już jak zagubiona zwierzyna, tylko jak jeden z cudów.
-Przepraszam, ale było mi zimno. -odpowiedziała speszona
-Nic się nie stało słonko. Ten, który Cię uratował to Michael O’donell. Jestem Casimir- ucałował jej dłoń- a dom należy do White’a.
-Wiem, dziękuję. Gdzie jest pan Michael?
-Poszedł na spacer. Chodź zjemy śniadanie- nałożył pierw dziewczynie później sobie
-Jak tu trafiłaś panienko...
-Spencer. Cindy Specner.
-Słuchaj CIndy, wiem, że coś złego Ci się przytrafiło, wiem też, że ten stary drań im nie odpuści. Możesz mi zaufać. -starał mówić się spokojnie.
O’donell strzelił w środek klatki piersiowej. Nienawidził jak ktoś mu rozkazywał a zwłaszcza jakiś chłystek. Podszedł bliżej.
-Co jej zrobiłeś! -przytknął lufę do głowy- Mów!
-Postanowiłem sobie ulżyć -splunął- Wyglądała na kurwę...
Nie zdążył dokończyć zdania, Michael oddał kolejny strzał. Pozbierał amunicję, splunął na ciała i odszedł.
White wracając napotkał wujka. Zauważył, że cały jest we krwi.
-Coś upolował?
-Takich dwóch. Jak było w miasteczku?
-Spokojnie. Znają mnie tu. Kupiłem jej dwie suknie. Jakieś korale i dla nas whisky.
-Dobrze się spisałeś. Zostaniemy jeszcze jedną noc jak pozwolisz. Ruszymy o wschodzie.
-Jasne. Mój dom to twój dom. Dokąd zmierzasz?
-Ogólnie do Colorado, ale po drodze odwiedzę twoją matkę.
Na schodach siedział Cas. Bawił się kartami. Pomógł Mattowi zdejmować rzeczy z konia. W tym czasie O’donell poszedł wyprać koszulę.
-Cindy, mam coś dla ciebie -zawołał Volcain- wszedł do środka, kobieta stała przy oknie patrząc na piorącego mężczyznę - Uważaj, bo się jeszcze zakochasz. -zaśmiał się
-Dziękuję za wszystko. Ile jestem winna? -wzięła do ręki czerwone korale
-Nic. Przebierz się.
-Dziękuję.
Przyjaciele stanęli obok siebie. Zapalili sobie.
-Zakochała się w tobie.
-W takim starym durniu?
-Ta, też się dziwię. Ile jeszcze tu zostaniemy?
-Jutro jedziemy, muszę kogoś odwiedzić.
-A co z Cindy?
-Z kim? -zaciągnął się - A z tą dziewczyną. Nie wiem. Zostawimy ją chyba tutaj. A jak nie to u Sadie.
-Chcesz do niej jechać? Z tego co pamiętam to nie rozstaliście się w przyjaznych stosunkach.
-Jestem jej to winien.
-Uszykuj sobie jakąś dobrą wymówkę.
-Skoro tak mówisz.
Pierwszy jak zwykle wstał Michael. Zrobił kawę i poszedł szykować konie. Na szczęście w stajni znajdował się jakiś luzak. Wyglądał na Morgana. Przełożył swoje siodło na nowego konia. Związał wszystkie do Echa i wyprowadził je przed dom. W drzwiach stanął właściciel.
-Dziesięć dolców. -spojrzał na konia
-Dobrze, dziękuję za gościnę
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania