Błękitny Maluch i zapach Pewexu
Marzec, 1977 rok. Parking pod DH „Cedet”.Kapitan Marek Kowalski stał przy swoim służbowym Fiacie 125p i patrzył na błękitnego Fiata 126p, który od trzech dni nie drgnął z miejsca. Maluch był fabrycznie nowy, co w tamtych czasach oznaczało albo ogromne szczęście w losowaniu książeczek oszczędnościowych, albo bardzo wysokie progi w ministerstwie.– Co o tym myślisz, młody? – Kowalski zwrócił się do Wiktora, który akurat miał ferie i uparł się, że „pomoże w obserwacji”.– Tato, spójrz na tylne siedzenie. Ta gazeta... to nie jest „Trybuna Ludu”.Wiktor miał rację. Przez szybę widać było porzucony egzemplarz francuskiego „Le Monde”. W 1977 roku taka gazeta wewnątrz Malucha była jak flaga obcego państwa.Ślad numer dwa: Tajemnica bagażnikaKiedy w końcu udało się zdobyć nakaz (i zapasowe klucze od Polmozbytu), Kowalski otworzył przedni bagażnik auta. Zamiast koła zapasowego i zestawu kluczy, znaleźli tam... puste pudełka po klockach LEGO i dwadzieścia par jeansów marki Levi’s.– Przemyt? – zapytał sierżant Nowak, wycierając pot z czoła.– Gorzej – mruknął Kowalski. – Spójrz na metki. Wszystkie mają ten sam numer serii. To nie jest towar z importu. To towar, który... nigdy nie opuścił magazynu Pewexu na Okęciu.Akcja w kawiarni „Mozaika”Informator doniósł, że właściciel błękitnego Malucha, niejaki „Inżynier”, spotyka się z kimś w „Mozaice” na Mokotowie. Wiktor, ubrany w swoją najlepszą ortalionową kurtkę, wszedł pierwszy. Miał za zadanie zamówić rurkę z kremem i zidentyfikować faceta ze zdjęcia.„Inżynier” siedział w rogu. Wyglądał jak typowy przedstawiciel inteligencji pracującej – okulary w grubej oprawie, sweter w serek. Ale pod stołem nerwowo stukał butem o podłogę.Nagle do stolika podszedł mężczyzna w ciemnym garniturze.– Masz „matematykę”? – zapytał cicho przybysz.– Mam. Ale cena wzrosła. Papier to teraz deficyt – odparł „Inżynier”, wyciągając z teczki plik... czystych blankietów na bony towarowe PKO.Finał na zapleczuW tym momencie do akcji wkroczył Kowalski. „Inżynier” próbował połknąć jeden z blankietów, ale Nowak był szybszy. Na zapleczu „Mozaiki” odkryto coś więcej niż tylko bony. Znaleziono tam maszynę do pisania, która miała jedną charakterystyczną wadę – literka „p” była nieco przesunięta do góry.– Pamiętasz, Wiktor, to zadanie z algebry, co je robiliśmy? – zapytał Kowalski, gdy pakowali dowody do radiowozu. – Gdzie obliczaliśmy udziały w klasie?– Tak, o tych okularnikach i dziewczynach – odparł chłopak.– No właśnie. „Inżynier” też liczył. Obliczył, że jeśli wypuści na rynek dokładnie 1/9 fałszywych bonów w każdym województwie, nikt nie zauważy inflacji. Matematyka go zgubiła, bo nie doliczył jednego...– Czego?– Tego, że w tym kraju nawet fałszerz musi mieć „dojścia” na opony do Malucha. Gdyby nie to, że auto stało na parkingu z przebitą gumą, nigdy byśmy go nie sprawdzili.Epilog: Lekcja pokoryWieczorem w domu Kowalskich panowała cisza. Wiktor siedział nad zeszytem do matematyki.– Tato? – zawołał. – Skoro ten „Inżynier” był taki mądry, to dlaczego wpadł przez oponę?– Bo w kryminalistyce, synu, zmienna $x$ to zawsze przypadek. Możesz wyliczyć pole kwadratu i prostokąta, ale nie wyliczysz, kiedy gwoźdź przebije ci dętkę na Marszałkowskiej.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania