Blisko już świt

- KOLACJA!!! – Krzyk matki wyrwał Igora z zadumy. Oderwał wzrok od grzyba majestatycznie rozpostartego na suficie jego pokoju, po czym zwlókł się z łóżka, przetarł oczy i ruszył w stronę kuchni. – Ile razy mam cię wołać?! – kontynuowała swoje „ zaproszenia” jego rodzicielka. – No już, już. Idę przecież. – odburknął wchodząc. Popatrzył na stół; był pusty. – No i gdzie ta twoja kolacja mamo, co? – powiedział z wyrzutem, siadając na krzesło. – Chodź i mi pomóż, to będzie szybciej. Masz, mieszaj. – Odsunęła się od garnka zabrała się za przetrząsanie szafek. Igor posłusznie wstał, podszedł do garnka i łapiąc za chochelkę zerknął do środka. Brązowa maź bulgotała leniwie i puszczała obłoczki pary. – Cóż to za pyszności kuchnia dziś serwuje? – spytał z przekąsem. – Dziś szanowny panie kuchnia proponuje wyśmienitą jednodaniową kolację. Świeżo drukowane batony proteinowe w zalewie z syntolpasty. – jego matka nie pozostała mu dłużna. Igor uśmiechnął się pod nosem, uwielbiał te drobne przekomarzanki. – Dobrze, już powinno być gotowe, można nakładać. – nałożyli sobie sporą porcję i zasiedli do stołu. – Dzisiaj mam niespodziankę. Świeżo zdobyte. – wyjęła z kieszeni kamizelki zmiętą foliową torebkę i wysypała zawartość do ich misek. – Świerszcze – pomyślał Igor. – Niby nic, a jednak się człowiek brzydzi. – Od dzieciństwa odczuwał pewien wstręt względem insektów, stawonogów i owadów. Nie był pewny do której z tych grup należą świerszcze. Był natomiast pewny, że nie chce na talerzu widzieć nic, co patrzy się na niego z wzajemnością. – O, jak fajnie. Lubię, jak jedzenie chrupie. – skłamał Igor, nie chcąc zasmucić mamy, która najwyraźniej była ucieszona ze zdobyczy, bo już zajadała się breją z miski.

Ich uwagę odwrócił chrobot klucza w zamku. Do wnętrza wszedł zziębnięty mężczyzna o ponurym spojrzeniu. - Kostia, kochanie. Już wróciłeś? Coś się stało w pracy? - podbiegła do niego mama Igora. - Ehh Nadka, chyba coś się stało. - mężczyzna odsunął jedno z kuchennych krzeseł i opadł na nie ciężko. - Wyobraźcie sobie, że jestem w szatni, przebieramy się, ja i chłopaki w te zakichane kostiumy ochronne, co to chyba jeszcze pamiętają demobil, a tu nagle do szatni wchodzi brygadzista i mówi “Zostawcie to i wracajcie do domów. Za godzinę prezydent ma wygłosić orędzie. Dziś pracy nie będzie. A wy” - pokazał na mnie - “Konstantinie Stiepanowiczu zgaście światło.” - No to żem się spakował i jestem. Igor - zwrócił się do syna, wskazując na stary, kineskopowy telewizor w rogu pokoju - odpal tego gruchota, może się w końcu czegoś dowiemy. - Igor pospiesznie podbiegł do urządzenia i nadusił przycisk zasilania, bo pilot, a jakże, zgubił się gdzieś lata temu. Maszyna poczęła cicho buczeć, a na ciemnym ekranie z wolna pojawiła się podobizna Viktora Salena - prezydenta Luxorii, miasta - państwa, w którym to przyszło egzystować Igorowi i jego rodzinie, a zarazem właściciela Novotek. Korporacji, której logo można było spotkać na każdym kroku; od luksusowych samochodów mknących estakadami górnych dzielnic, po butelki parszywych alkoholi w najbiedniejszych częściach Szlamsów. Salen podchodził właśnie do mównicy, otoczony wianuszkiem robo-ochroniarzy. Zapukał w mikrofon, po czym przemówił - Drodzy mieszkańcy Luxorii! Rozwój i postęp technologiczny zawsze były priorytetem naszego wspaniałego miasta! Od dziesięcioleci najwybitniejsze umysły każdej generacji obywateli opracowywały nowe rozwiązania, dzięki którym wszyscy wspólnie się bogacimy, a nasze życia stają się prostsze! Wynalezienie syntolpasty zapewniło wszystkim nam żywność! - Szkoda tylko, że smakuje, jak tygodniowa skarpeta - wtrącił Konstantin, na co Nadia, podająca mu właśnie kolację, spiorunowała go wzrokiem. Uznał więc, że najmądrzejszą decyzją będzie zamilknąć.

- Dzięki idei miast 5-cio minutowych żaden mieszkaniec nie traci zbędnego czasu przemieszczając się z jednej strony Luxorii na drugą! Praca, szkoła, zakupy i rozrywka. Wszystko to znajduje się na wyciągnięcie ręki! - …co skutecznie hamuje przepływ ludzi w mieście i nie psujemy widoku tym bogolom w górnych dzielnicach - tym razem Igor postanowił wtrącić swoje trzy grosze - Całościowa automatyzacja, to nasz obecny priorytet. Poradziliśmy sobie już ze wszystkimi stanowiskami jej wymagającymi! Sprzedawcy w sklepach mogą odpocząć, dopomogą im kasy automatyczne! Monterzy w wszelakich fabrykach już nie muszą narażać swojego zdrowia, bo w sukurs przychodzą im robotyczne ramiona! W każdej chwili możemy się uraczyć fantastyczną opowiastką, lub symfonią skomponowaną przez mózgi elektronowe! Robotyczni funkcjonariusze zabezpieczają nas przed korupcją i naginaniem prawa przez mundurowych! Niestety nigdy nie byliśmy w stanie opracować robotów na tyle trwałych i odpornych, by zdolne były dobrze wykonać każdą pracę. Tam, gdzie technologia zawodziła, swoją determinację i upór pokazywał człowiek! Górnicy, czyściciele odpadków radioaktywnych, szlamiarze. Wy wszyscy dzielni ludzie, którzy pchacie nasze społeczeństwo ku świetlanej przyszłości, dziękujemy wam! Dochodzimy tu do sedna mojego dzisiejszego wystąpienia. Z wielką radością chciałbym wam ogłosić, że nadszedł czas, byście mogli odpocząć. Możecie wziąć oddech, gdyż Nowotek przynosi wam nasz najnowszy wynalazek! Dzięki świeżo opracowanym powłokom fluorowodorowym, każda powierzchnia pokryta tym związkiem zyskuje niesamowitą odporność na wszelakie działania groźnych substancji! Już produkujemy pierwszy model użytkowy automatów mających wspomóc naszych ciężko pracujących krajan! Dla Luxorii wstaje nowy dzień! - w tej chwili Salena zagłuszyły wiwaty i oklaski zebranych, a on uśmiechał się i machał do ludzi schodząc z podium i kierując się za kulisy. Transmisja zakończyła się, a jej miejsce na ekranie zajął baner reklamowy z logo Nowotek i napisem “By wszystkim ludziom żyło się lepiej.”.

Przy stole panowała grobowa cisza. - Może nie będzie tak źle kochanie, sam mówiłeś jak ciężko ci w oczyszczalni, automat cię trochę wyręczy. - pocieszała męża Nadia.- Mhm, tak mnie wyręczy, że już w życiu nie będę musiał kiwnąć palcem. - odburknął Konstantin. - Spróbuj na to spojrzeć z jakiejś dobrej strony słońce. Będziesz mógł więcej czasu spędzać z rodziną, codziennie tak długo cię nie było. - nie dawała za wygraną. - Nadia, proszę cię. - uniósł dłoń - Wiem, że chcesz dobrze, ale bez pracy, nawet tak gównianej, jak szlamiarz, poumieramy z głodu. Nie mogę pozwolić, żeby to spotkało ciebie, albo Igora. - Tato, daj spokój. Trochę się znam na elektronice, spróbuję gdzieś podłapać fuszkę i jakoś przebiedujemy - włączył się do rozmowy Igor. - Synu, bardzo ci dziękuję, że próbujesz, ale to ja jestem głową tej rodziny i to na mnie spoczywa obowiązek zapewnić chleb na stole - spojrzał w dół - czy tam inne batony. - Wtem na klatce schodowej rozległy się pospieszne kroki. Chwilę później ktoś załomotał w drzwi. - Otwarte! - rzucił Konstantin, po czym do mieszkania władował się zziajany mężczyzna. - Kostia, przyjacielu. Widziałeś przemówienie? Słyszałeś co mają zamiar zrobić z naszym zakładem? - wydyszał rozemocjonowany - widziałem, widziałem - smutno odrzekł Konstantin - zasrany Salen i zasrany Nowotek. Wprowadzamy innowacje, ta - prychnął pogardliwie - żeby wszystkim ludziom żyło się lepiej… - westchnął - ciekawe kiedy przestaliśmy być ludźmi, co Olgierd? - Rany boskie Kostia, jak cię człowiek słucha, to aż chce sobie w łeb strzelić. Nie możesz tak na wszystko patrzeć w czarnych barwach. Zresztą przybiegłem, bo mam newsa. Niektórzy z nas nie siedzą i nie biadolą, jak baba nad rozlanym mlekiem, tylko wolą działać. Zabunkrowali się w oczyszczalni i rozpoczęli strajk. Zresztą nie tylko u nas, co drugi zakład stoi i wszyscy żądają wstrzymania automatyzacyjnych zapędów Salena. - w miarę, jak Olgierd opowiadał, oczy Konstantina robiły się coraz szersze i szersze. - To jak będzie? Idziesz ze mną, czy zostajesz i będziesz płakać do poduszki? - pytanie zawisło w powietrzu, oczekując odpowiedzi. Konstantin rozejrzał się po członkach rodziny, potrząsnął głową, po czym wstał i odparł - Idziemy, pora zadbać o swoje. -

Igor również podniósł się, lecz ojciec zmarszczył brwi i spytał - a ty co robisz?

- No jak to co? Idę z wami od oczyszczalni. Mamy strajkować, nie?

- Mamy, tak. Ale ja i Olgierd, a nie ty Igorze. Strajki bywają niebezpieczne.

- Co z tego? Jestem już dorosły, dam sobie radę. - zaoponował Igor - Mało razy musiałem się bronić przed większymi od siebie?

- Chłopcze, to nie są jakieś tam burdy w zaułkach Szlamsów, tylko strajk, który ma zajść za skórę najpotężniejszemu człowiekowi w Luxorii. Zostajesz w domu i w ogóle bez dyskusji.

Igor zwrócił się w stronę matki, a następnie Olgierda, lecz nie znajdując poparcia dla swojego protestu, usiadł, założył jedną rękę na drugą i wbił gniewny wzrok w swój, pusty już, talerz.

Konstantin i Olgierd wyszli z mieszkania, a Nadia podeszła do syna i przytuliła go. - Igorku, zrozum nas. Nie chcemy, żeby stała ci się krzywda. Jesteś naszą jedyną radością w tym szarym, pełnym smutku i smogu świecie. Kochamy cię skarbie.

- Mamo, ja też przecież kocham i ciebie i tatę, ale to nie znaczy chyba, że mam się trząść nad wami, gdy wykonujecie jakąkolwiek czynność, przy której istnieje najmniejsze nawet ryzyko wyrządzenia sobie krzywdy? Jestem facetem, tak czy nie? – zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował wyrzuty. - Strajkować nie mogę, bo niebezpiecznie. Pracować nie mogę, bo ojciec jest zbyt dumny. Zresztą i tak nigdzie legalnie pracy nie można znaleźć, bo wszystko zautomatyzowane, więc tu przynajmniej macie wymówkę. Dobrze, że przynajmniej mogłem coś przy kolacji pomóc. I patrz, nic sobie nie zrobiłem. – Igor prześmiewczo pokazał wnętrza swych dłoni. Jego mama spuściła wzrok, po czym nastała chwila milczenia. Wreszcie skierowała swoje oczy na syna. – Skarbie, bardzo się z tatą staraliśmy byś przyszedł na świat. Wiesz, jak trudno w tych czasach mieć dzieci. Kiedy w końcu się pojawiłeś, nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Igorku, może i masz rację, może jesteśmy zbyt opiekuńczy, ale spróbuj nas zrozumieć proszę. My też żyjemy pierwszy raz, też popełniamy błędy. Nie miej nam proszę za złe miłości do ciebie. – przytuliła go, a on po chwili odwzajemnił uścisk. – No już mamo, już. W porządku, przepraszam. Chyba mnie emocje poniosły. – Nadia otarła łzę i wypuściła Igora z objęć. – Rany boskie! – wykrzyknęła spoglądając na miejsce, na którym jeszcze przed chwilą siedział Konstantin – tata zapomniał zjeść. Muszę mu przygotować coś do jedzenia. – Igora zatkało – Mamo?! Co ty w ogóle wygadujesz?! Myślałem, że rozmawiamy o czymś ważnym! – rzucił gniewnie – Igorku, a jak myślisz. Jak mam tacie dostarczyć te jedzenie? Będę potrzebowała twojej pomocy – mrugnęła porozumiewawczo. Na ten widok z Igora zeszło całe napięcie, a uśmiech wystąpił na jego twarz. – Dziękuję mamo.

Kałuże pluskały pod jego butami, gdy biegł przez ciemne alejki Szlamsów. Jego drogę oświetlały mrugające neony i banery reklamowe. Jego szybki oddech zmieniał się w obłoczki pary przy każdym wydechu. Wiedział, że zbliża się do celu, gdy zobaczył wielki metalowy napis „Zakłady Oczyszczania Szlamu”, i unoszącą się nad nim pomarańczową łunę. Przyspieszył więc jeszcze bardziej, popędzany złymi przeczuciami i zwolnił dopiero, gdy dotarł do bramy. Wartownik wyszedł ze swojej budki i zatrzymał go gestem dłoni – Stać, o co chodzi? – Spytał Igora – Dobry, przyniosłem tacie jedzenie, przyda mu się w trakcie strajku. Nazywa się Konstantin Stiepanowicz.

- A niech mnie, to ty jesteś syn starego Kostii? Dobra, wyjątkowo cię przepuszczę, ale jak tylko znajdziesz ojca, to zaraz wróć. Nie powinienem wpuszczać osób spoza zakładu, sam rozumiesz.

- Pewnie, że rozumiem. W porządku, wrócę najszybciej jak się da – skłamał Igor, po czym ruszył przez bramę. – Skręć za drugą halą, tam się wszyscy zebrali – rzucił mu na odchodne strażnik. Chłopak potruchtał we wskazaną stronę, a gdy mijał halę numer dwa jego oczom ukazało się źródło złowrogiej łuny. Wielkie ognisko pośrodku placu, na którym płonęły opony, beczki po oleju i inne trudne do zidentyfikowania przedmioty. Z pożogi bił ku niebu słup smolisto czarnego dymu, a gorąc bijący od płomieni odganiał chłód nocy.

Dookoła ognia tłoczyli się ludzie, tam właśnie skierował się Igor, wypatrując ojca. Przepychał się przez tłum rozglądając się na boki, gdy nagle poczuł dłoń na swoim ramieniu. – Chłopcze, co ja ci mówiłem? – syknął Konstantin – miałeś zostać w domu, zadbać o matkę. Pewnie odchodzi teraz od zmysłów co się z nami dzieje.

- Akurat mama sama mnie tu wysłała, miałem ci to przekazać, masz. – bąknął chłopak podając tacie plastikowe pudełko śniadaniowe. – C-co? A, no tak. Zupełnie zapomniałem zjeść – zdumiał się Kostia. – Dobrze. Dziękuję, że przyniosłeś mi to, a teraz już stąd uciek… – nim zdążył dokończyć zdanie, zagłuszył go ryk silnika dobiegający od bramy wjazdowej, po czym na plac wtoczyły się trzy pojazdy opancerzone. Na ich maskach i drzwiach dumnie widniało logo Nowotek. – O cholera, szybcy są. Przecież dopiero co zaczęliśmy. – W następnej chwili z pojazdów wysypały się humanoidalne automaty i szybko utworzyły kordon blokujący wyjście z placu. Jeden z nich wyciągnął ze swojego wnętrza urządzenie przypominające mały rzutnik, włączył je, a przed zgromadzonymi ukazała się postać Viktora Salena, która następnie przemówiła – Drodzy pracownicy, tak jak wy, uważam, że to piękna zimowa noc, ale dlaczego zdecydowaliście się podziwiać ją na terenie zakładu po godzinach pracy? Nie lepiej doceniać jej uroki w swoich domach?

- Panie Salen, z całym szacunkiem, ale to nie jest miejsce i czas na żarty – wystąpił w jego stronę mężczyzna z wąsami. – Już, już. Myślałem, że sobie żartujemy w końcu jak wytłumaczyć takie nieracjonalne zachowanie, które tu przedstawiacie? Jak cię zwą człowieku? – z hologramu padło pytanie. – Lich Wałenczukow prezydencie. A co do naszego zachowania, to cóż. Czasem bywają takie czasy, że racjonalni ludzie musza zachowywać się nieracjonalnie. Nie mamy nic do stracenia. Za pół roku najwyżej wymienicie połowę załogi na te swoje nowe modele. Następnie połowę z pozostałych i nic z nas nie zostanie. Jak wtedy mamy żyć panie Salen? Jak wyżywić rodziny?

- Ależ, czy to mój problem? – prychnął prezydent – Zmieńcie prace, załóżcie swoje firmy, nie obchodzi mnie co zrobicie, ale przebywać tu i tak nie możecie. Zostaliście właśnie wykreśleni z listy pracowników, a każda osoba postronna znaleziona na terenie zakładu może zostać wyprowadzona z niego siłą. Zalecałbym więc pospieszne oddalenie się, w przeciwnym wypadku moje Zautomatyzowane Oddziały Monitorująco-Ochronne wyprowadzą was stąd tak, czy inaczej. – po ostatnich słowach hologram zniknął, a obsługujący go automat przemówił mechanicznie – Proszę opuścić tereny Oczyszczalni, w przeciwnym wypadku zmuszeni będziemy użyć środków przymusu bezpośredniego.

- Jeszcze czego sobaczy synu, nigdzie się nie wybieramy ty puszko. Jako pracownicy mamy prawo do strajku. Korzystamy z niego, kij wam do tego i co nam niby zrobicie?

- Twoje zapytanie zostało odrzucone. Przyczyna: niewystarczające dane wejściowe. Opuście teren w ciągu 30 sekund, w przeciwnym razie zostaniecie usunięci siłą.

- NA POCHYBEL BLASZANYM SKURWYSYNOM!!! – padło gdzieś z tłumu, a w stronę oddziałów poleciały butelki z płonącą benzyną. Zakreśliły jasny łuk, odznaczający się na nocnym niebie, a następnie eksplodowały pióropuszem ognia pośród automatów ochrony. Roboty nawet nie drgnęły, gdy ogień objął parę z nich. Płomienie tańczyły na ich metalowych korpusach, lecz nie robiło to na nich większego wrażenia – ich pancerze zostały zaprojektowane do pracy w ekstremalnych warunkach. Automat uprzednio trzymający rzutnik przemówił – Wykryto atak fizyczny na jednostki ochrony. Tryb negocjacyjny: zakończony. Inicjacja protokołu neutralizacji tłumu. Czerwone światła w blaszanych wizjerach rozbłysły ostrzegawczo. Z ramion robotów wysunęły się długie lufy, które zaczęły obracać się z narastającym metalicznym brzękiem.

– Ostatnie ostrzeżenie: opuśćcie teren Oczyszczalni. Czas na reakcję: 10 sekund. 9… 8…

Tłum, na początku pełen odwagi i determinacji, zawahał się i zaczął się cofać, ale było już za późno. Kilku najodważniejszych rzuciło się naprzód z improwizowaną bronią w rękach – kijami, kamieniami… – 0. Inicjacja środków przymusu. – głos automatu brzmiał chłodno, pozbawiony emocji. Nagle noc rozdarła feeria świateł i dźwięków. Ludzie padali jeden po drugim, ich ciała szarpane pociskami uderzały o zimny plac za halą numer dwa.

- Wie pani, jak brzmi krzyk człowieka płonącego żywcem? Bo ja niestety tak. Do dziś budzą mnie koszmary tamtego dnia. Przeżyłem tylko dlatego, że tata zasłonił mnie własnym ciałem. Pytała pani o najważniejszy dzień mojego życia. To było właśnie wtedy. Strajk w Oczyszczalni Szlamu. Dzień, w którym odszedł mężczyzna, który chronił mnie aż do końca. – Igor wstał od biurka i podszedł do okna. – Panie Konstantinowiczu, ale jak to się stało, że syn szlamiarza został prezydentem? Jakim cudem tak potężny konglomerat, jak Nowotek zniknął z naszego miasta i nie został po nim nawet ślad? – dopytywała się dziennikarka. – Szanowna pani. Salen miał rację w jednym. Dla Luxorii nastał nowy dzień. Podczas strajków ludzie zobaczyli ilu ich tak naprawdę jest, przekonali się, że są pędzeni jak bydło przez garstkę najbogatszych. Przestali kupować wytwory Nowotek, wzięli się za ręczne wytwarzanie potrzebnych dóbr, a Viktor Salen nie mając komu sprzedawać swoich wyrobów popadł w długi i dziś nikt o nim już nie pamięta. Jeśli zaś chodzi o moją prezydenturę, to pewnego rodzaju dar od losu. Jedyny strajkujący, który przeżył z masakry w Oczyszczalni? „Kto bardziej, niż on chce klęski rządzących?” Wystawiono mnie jako symbol droga pani, znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie, historia sama poniosła mnie na swej fali, a ja robiłem wszystko, żeby nie utonąć. Mam nadzieję, że odpowiedziałem na wszystkie pani pytania.

- Tak, pięknie dziękuję Igorze Konstantinowiczu. Pańska relacja jest bezcennym wkładem w naszą historię. – świergotała dziennikarka potrząsając ręką prezydenta. Pożegnała się, a gdy wyszła i zamknęła za sobą drzwi, Igor znów spojrzał na panoramę miasta rozciągającą się pod nim i cicho zanucił:

 

Aż zobaczyli ilu ich

Poczuli siłę i czas

I z pieśnią, że już blisko świt

Szli ulicami miast

 

Koniec.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Nemo1214 2 godz. temu
    Ekstra. Ciekawe opowiadanie, dobre dialogi (dla mnie to trudne). Daję 5*

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania