Błogosławiona
Nadeszła noc, niebo zasnuły ciemne chmury. Co jakiś czas, okolicę rozjaśniały błyskawice, chwilę później na ziemie spadły ciężkie krople deszczu. Mieszkańcy dziewiętnastowiecznego miasteczka pozamykali się w swoich domach, większość z nich już dawno spała snem spokojnym, w głowach wyświetlając marzenia senne.
Ciche kroki odbijały się echem pomiędzy murami starych kamienic. Ona nie spała nigdy, przemierzała świat, niosąc przestrogi, częściej jednak zabierając tych, którzy dłużej pozostać tu nie mogli. Jej czarne szaty potargał wiatr, długie, kruczoczarne włosy, nasiąknięte deszczem, opadały na bladą twarz. Podkrążone oczy, również czarne, nie wyrażały żadnych emocji, zsiniałe usta nigdy się nie uśmiechały; a jednak była piękną kobietą, upiorną, ale urzekającą. Zdecydowanie za duża kosa, której nigdy z dłoni nie wypuszczała, nie pasowała do jej drobnej sylwetki, ona jednak kroczyła dumnie, konsekwentnie wypełniając swoje zadanie.
Na końcu ulicy, gdzie zaczynał się las, stał mały domek, w którym mimo późnej godziny paliła się lampka. Młode małżeństwo siedziało przy stole.
-Zjedz jeszcze, dużo pracujesz.
-Nie jestem głody. Mężczyzna wstał od stołu, pogładził żonę po włosach i odłożył talerz do zlewu. Nie wiedzieli, że ona już była między nimi.
-Martwię się o ciebie. Kobieta z obawą przypatrywała się mężowi, ujęła jego dłoń.
Ona stała pośród nich, przysłuchując się rozmowie. Nachyliła się, zbliżyła swe usta do jego policzka. Chłopak gwałtownie drgnął, uniósł dłoń do twarzy.
-Co się stało?
- Coś zmroziło mi twarz…pewnie mi się wydawało.
-Pokaż. Na kości policzkowej swego męża, dziewczyna zauważyła świeżo rozcięty naskórek. Serce zabiło jej mocniej.
-W starych przypowieściach, zwano coś takiego Pocałunkiem Śmierci. Jest to ostrzeżenie i jeśli nie zmienisz swego życia, Ona przyjdzie po ciebie.
-Dobre sobie, próbujesz mnie nastraszyć, nie wierze w bajki. Chłopak był wyraźnie rozbawiony; dziewczyna tylko spuściła głowę, nie mówiąc już nic.
Śmierć spojrzała wymownie, ale postanowiła poczekać. Mogła sobie na to pozwolić, miała zdolność przebywania w kilku miejscach jednocześnie. Usiadła pod ścianą, w cieniu, światło padało jedynie na ostrze kosy, która lśniła złowrogo. Rozległ się cichy, szatański szept.
„ Jestem, choć nie chcecie mnie pamiętać, nie pozwalam śnić spokojnie, przychodzę w szarości dnia…dopadnę każdego” Tym razem głośny, budzący przerażenie śmiech niósł się daleko, przez lasy, pola i miasta.
Kilka dni później młoda para kładła się spać, po ciężkim dniu, wypełnionym trudami życia, troską, niepokojem. Mąż czule objął swą wybrankę ramieniem, popatrzyli sobie w oczy, usnęli przytuleni.
Śmierć uniosła się z podłogi, majestatycznym krokiem przeszła próg sypialni, stanęła przy łożu śpiącego małżeństwa. Nie spiesząc się, wolnymi ruchami, wspięła się na nogi śpiącego mężczyzny. Usiadła mu na kolanach, wolna ręką pogładziła jego tors, nagłym gestem rozerwała koszulę chłopaka. Jej oczy błyszczały. Pochwyciła kosę w obie dłonie, uniosła ją do góry…Żona śpiącego poruszyła się, kładąc głowę na ramieniu męża. Śmierć zwęziła oczy, jej twarz pozostała obojętna. Wzięła szybki zamach, ostrze śmiercionośnego narzędzia wbiło się w serce młodego mężczyzny. Bryznęła krew, brudząc wszystko dokoła. Jednym ruchem przyciągnęła kosę do siebie, rozcinając ciało chłopaka; nie żałowała sobie. Ponownie uderzyła w serce. Oczy śpiącego rozwarły się szeroko, uniósł się z posłania, obejrzał za siebie, ujrzał swoje martwe ciało i żonę przy jego boku. Dopiero teraz przypomniał sobie jej słowa o Pocałunku Śmierci i gorzko pożałował własnej ignorancji. Poczuł mocne szarpnięcie, przez chwilę patrzył w niezwykle piękne, ale jakże straszne oczy.
Stanęli twarzą w twarz, spotkały się ich spojrzenia; ten rytuał powtarzał się już od wieków i trwać miał następne stulecia. Święty Piotr skinął głową, Śmierć owijając się płaszczem, zniknęła. Chłopak rozejrzał się dookoła. Miał nadzieję spotkać tajemniczą nieznajomą, ale już wiedział, kim była, wiedział tez, że spotyka się ją tylko jeden, jedyny raz w swym istnieniu. Przed sobą miał bramę-wielką, srebrną, nie mającą swego początku ani końca. Widział niewiele, krajobraz spowijała gęsta, żółtoróżowa mgła i tylko w niektórych miejscach dostrzegł unoszące się błekitnobiałe obłoki. Z chmur wyłonił się starszy mężczyzna, z długą, białą brodą, otaczała go świetlista aura.
-Witaj-rzekł Starzec z uśmiechem.
-Święty Piotrze, ja…-wyszeptał młodzieniec padając na kolana.
-Wstań, Pan chce cię widzieć.
Kobieta mocniej wtuliła się do męża. Był taki zimny. Odruchowo nakryła go kocem. Jego ręka bezwiednie zsunęła się z tapczanu. Dziewczyna przebudziła się. Ujrzała siną twarz ukochanego, przywarła głową do jego piersi. Nie słyszała bicia serca, pulsu nie było. Krzyczała, potrząsając ciałem zmarłego. Z jej oczu łzy popłynęły strumieniem.
-Miałam rację… mój kochany…a ty się śmiałeś. Niesiona bólem, rozpaczą, wrzeszczała niczym wściekłe zwierzę, rwała włosy, paznokciami rozcinała skórę.
Cichutki chichot ponownie obiegł świat.
„Pozwoliłam ci go ostrzec, lecz on nie posłuchał, teraz z góry patrzy na twe cierpienie.” Odchyliła głowę, z jej gardła wydobył się ohydny, przenikliwy śmiech, przebrzmiewając w sercach i umysłach ludzi.
Czarny płaszcz powiewał na wietrze. Zatrzymała się w starym ogrodzie. Obserwowała siedzącą na karuzeli, przygarbioną postać dziewczynki. Rude włosy miała przewiązane w kucyk, kilka niesfornych pasm opadało na czoło. W dużych zielonych oczach błąkał się smutek, czaił strach, nadzieja wymarła. Byla bardzo drobna i wychudzona. Mogla miec 12 ale i 16 lat. Dziewczyna przez jakiś czas wpatrywała się w ławkę, na której siedziała Śmierć, chwilę później wbiegła w krzaki róż, zrywając kilka.
-Proszę, to dla ciebie. Powiedziala i niedbalym gestem podala kwiaty.
Śmierć wyciągnęła dłoń, wzięła zerwane dla niej róże. W tej sekundzie poczuła bicie własnego serca.
-Na imię mam Aurora, a ty? Kim jesteś? I po co ci ta kosa?
-Nie mam imienia. Odrzekła Śmierć, skamieniała na twarzy, zaskoczona własną reakcją. To prawda, była bezimienna i nikt nie mógł jej zobaczyć. Widzieli ją jedynie ci, którzy byli bardzo nieszczęśliwi, samotni, nie mający swego miejsca na ziemi. Zastanawiała się, co złego spotkało ttak młodą istotę, czy w takim razie nie lepiej byłoby jej u Boga, ale wiedziała, że jeszcze nie nadszedł na nią czas.
-Dlaczego dałaś mi kwiaty?
-Bo jesteś taka smutna, chcę byś się uśmiechnęła.
-A czy ty jesteś szczęśliwa?
Aurora zamilkła. Spuściła wzrok. Za chwilę uniosła głowę, a w jej oczach błysnęły łzy.
-Jestem tu niepotrzebna, ale chcę przynajmniej by inni czuli się choć trochę ważni, No...wiesz, kochani.
Słowa dziewczynki zrobiły na Śmierci wielkie wrażenie. Czuła dobroć bijącą z tego młodego człowieka; przecież ona była taka niewinna…
-Nie masz rodziny, bliskich?
-Rodziców nie znałam, zgineli tuż po moim narodzeniu, jest ciotka, ale ona...no, nie jest szczęśliwa z mojej obecności.
Śmierć nigdy nie przezywała uczuć, emocji, a już na pewno nie tych pozytywnych. Od momentu spotkania z Aurorą napłynęła do niej fala przedziwnych odczuć, ale jak to możliwe, przecież ona, Śmierć, nie mogła współczuć, żałować, cierpieć…kochać. Była przecież potężna, nieugięta…
Zakłopotana odwróciła głowę.
-Na mnie już czas, dziękuję za kwiaty.
-Proszę, przejdź się ze mną po ogrodzie. Jest taki piękny. Powiedziała i pociągnęła kobietę za rękę. Szybko cofnęła swą dłoń.
-Jesteś lodowato zimna. Powiedziała niepewnie. Śmierć nie odezwała się słowem-Ale jesteś taka piękna-dodała śmiejąc się głośno. Nie zwracając uwagi na zimno, jakie biło od nieznajomej kobiety, ponownie pochwyciła jej nadgarstek. Śmierć zeskoczyła z ławki, nie wiedziała, dlaczego to robi, ale pozwoliła się prowadzić tej małej istocie.
Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając ostatnie promyki na ogród, światło grało z cieniem, miejsce to wyglądało przedziwnie, magicznie.
Aurora zerwała dziko rosnącego dmuchawca, podbiegła do swej nowej znajomej, zdmuchując jej kwiat prosto w twarz. Śmierć roześmiała się mimowolnie, jednak szybko stłumiła niechciany odruch; ale było już za późno, jej serce biło rytmem miarowym, jednostajnym.
-Złap mnie, złap! Prosiła dziewczynka uciekając, jak by dopiero teraz obudziło się w niej prawdziwe dziecko.
Przez długi czas Aurora goniła się po ogrodzie wraz ze Śmiercią; zrywały kwiaty, grały w chowanego. Przystanęły, obserwując dogasające słońce. Dziewczynka z wahaniem wsunęła swą dłoń w rękę kobiety. Uniosła oczy, uśmiechnęła się.
-Zostań ze mną.
-Pokaż mi gdzie mieszkasz.
Aurora pchnęła stare, drewniane drzwi, prowadzące do wielkiego domu.
Śmierć weszła za nią. Widok był przygnębiający. Dziewczynka mieszkała w starej, walącej się ruinie. Drewno już dawno spróchniało, brudne szyby przepuszczały znikomą ilość światła, wieczorami było tu całkiem ciemno. W pokoju Aurory stało kilka mebelków, stolik i tapczan. Na stole leżała pożółkła serweta a na niej stara, oliwna lampka, którą teraz dziewczynka odpaliła. Cały dom utrzymany był w starodawnym stylu. Śmierć przetarła szybę, starając się dostrzec to, co jest za oknem. Zobaczyła jedynie kilka wiekowych drzew, a dalej łąki i pola. Podeszła do dziecka leżącego na tapczanie. Pogładziła Aurorę po twarzy, nakryła kocem.
-Prześpij się.
-Zostaniesz ze mną?
Śmierć głośno przełknęła ślinę, nie wiedziała, co odpowiedzieć nie rozumiała też swych wątpliwości. Nie powinno jej tu w ogóle być, ale…pragnienie kochania i bycia kochanym jest silniejsze. Jej serce ożyło, tylko dzięki życzliwości okazanej jej przez tę wątłą dziewczynkę.
-Pójdę z tobą nawet na koniec świata. Odparła, nie wiedząc właściwie, dlaczego powiedziała coś takiego.
Mijały dni, tygodnie. Kobieta i dziewczynka sprawiały wrażenie najszczęśliwszych osób pod słońcem. Aurora miała wreszcie kogoś, kto ją pokochał najszczerszej jak mógł i jednocześnie kogoś, komu mogła ofiarować całą swoją miłość. Śmierć natomiast nauczyła się kochać, przeżywać uczucia, bardzo pod tym względem upodobniła się do ludzi.
Dziewczynka usiadła Śmierci na kolana, wtuliła się w jej ramiona.
-Jeśli nie masz imienia, ja ci je nadam. Będziesz się nazywać Błogosławiona, a wiesz dlaczego?
Po bladej twarzy popłynęły łzy wzruszenia, zagryzła wargi, przecząco pokiwała głową.
-Bo jesteś dla mnie największym błogosławieństwem.
Kobieta mocno przytuliła Aurorę, wczepiła palce w jej włosy, pocałowała. Dziecko nie poczuło zimna, nie był to już Pocałunek Śmierci, ale pocałunek pełen miłości, oddania.
Gabriel nisko skłonił się przed Bogiem.
-Panie, dzieje się coś niedobrego, od dłuższego czasu nie witaliśmy w naszych progach nowych Dusz, ludzie przestali umierać.
-Wiem Archaniele. Bóg z nieodgadnionym wyrazem twarzy przechadzał się po obłokach-Śmierć poznała, co to miłość, przyjaźń…
Anioł rozwarł szeroko usta, wlepił wzrok w Boga, jak by chciał prosić, by ten powiedział, że żartuje.
-Nie żartuje. To Aurora…
-Śmierć nie może być szczęśliwa, nie może myśleć jak człowiek…
-Ona nazywa się teraz Błogosławiona. Przerwał Bóg.
-Śmierć zawsze jest błogosławiona i trzeba jej o tym przypomnieć.
-Zrób to.
Rudowłosa dziewczynka śniła w swoim łóżeczku, tymczasem Błogosławiona przechadzała się okolicznymi ścieżkami. Z znienacka pojawiła się na jej drodze świetlista postać, z kręconymi, złotymi włosami, skrzydłami wychodzącymi zza pleców, odziana w białą szatę, przepasana niebieską wstęgą.
-Witaj, wiesz, po co przychodzę.
Kobieta nie była zaskoczona, spodziewała się tego. Smutnymi oczami wpatrywała się w Bożego Posłańca.
-Wiem.
-Ludzie nie mogą żyć wiecznie, napraw swój błąd; jeśli ty tego nie zrobisz, zrobi to Bóg.
Kobieta upadła na kolana, wsparła na rękach, końce czarnych włosów zwijały się na chodniku. Gabriel pochylił się nad Śmiercią.
-Każdy ma swoje zadanie, ty masz szczególne. Przykro mi.
-Naprawię. Odparła krótko. Podniosła się i uciekła, biegnąc przed siebie.
Czarna Pani szybkim krokiem weszła do pokoju. Była zdecydowana, nie chciała, by jej przyjaciółka miała płacić za jej błędy.
-Aurora, obudź się, musimy porozmawiać.
-Co się stało?
-Nie zobaczymy się już więcej, odejdę a ty mnie nie szukaj.
-Co ty mówisz? Dziewczynka nie mogła uwierzyć własnym uszom!
-Dlaczego chcesz mnie opuścić?! Obiecałaś iść ze mną na koniec Świata! Krzyczała a z jej oczu płynęły łzy.
-Nie jestem tym, za kogo mnie masz.
-Więc, kim jesteś?!
Śmierć przyłożyła dłoń do serca Aurory. Dziewczynka odrzuciła głowę, przymknęła powieki. W jej myślach przesuwały się obrazy. Dowiedziała się wszystkiego, zrozumiała, z kim miała do czynienia.
Z przerażeniem otwarła oczy, zamarła w bezruchu. Nie wiedziała, co powiedzieć.
-Posłuchaj mnie: przy tobie byłam szczęśliwa, tylko ty jedyna mnie pokochałaś, dzięki tobie tak wiele zrozumiałam, ty pozwoliłaś mi się pokochać, nigdy cię nie zapomnę, nigdy-mówiła cichym, stłumionym głosem, a z jej oczu płynęły gorzkie łzy-Śmierć nie może być szczęśliwa, wtedy ludzie przestaną umierać a to jest niedopuszczalne.
-I ja ciebie kocham, odejdź już, proszę cię. Aurora odwróciła głowę, patrząc pustym wzrokiem przed siebie.
Czarny płaszcz zafalował w powietrzu, Błogosławiona jak dawniej poszła przed siebie.
Śmierć kroczyła z miejsca do miejsca, przenosiła kolejne Dusze na Drugi Świat, z jeszcze większa satysfakcją wbijała swą kosę w ciała tych, których ziemska wędrówka dobiegła końca.
Poczuła dobrze jej znane przyciąganie, ktoś nie chciał już żyć, wzywał jej, sam zdecydował o tym by odejść, nie licząc się z Wolą Bożą. Niczym wiatr pomknęła w kierunku, skąd wzywała ją czyjaś Dusza. Nagle…zwolniła. Przystanęła. Bała się iść dalej. Znała te okolice, ten ogród…miała złe przeczucia. Powoli stawiała kolejne kroki. Tych kilka drzew, ten dom, stary, zaniedbany, ale jakże piękny w swej architekturze-dom. Dom, w którym wbrew wszystkiemu, Ona, Śmierć zaznała tyle radości, w którym dostała imię. Czarne oczy zaszły mgłą, po policzkach pociekły łzy. Wiedziała już, kto ją wzywa, z kim spotka się po raz ostatni, kto nie zaznał za wiele szczęścia w życiu i kto już nigdy nie doświadczy niczego dobrego. Wiedziała gdzie trafiają samobójcy,…zacisnęła szczęki. Wbiegła do pokoju. Plecami do niej, oparta o stolik siedziała Aurora, siedziała już w kałuży własnej krwi, wyciekającej z rozciętych żył.
Ludzkie uczucia wzięły górę. Podeszła do przyjaciółki, ujęła jej drobne, skostniałe ciałko w dłonie, potrząsając nią gwałtownie.
-Aurora, otwórz oczy, otwórz oczy, błagam cię, jak mogłaś-krzyczała, a od jej wrzasku świat zatrząsł się w posadach. Przeraźliwy Krzyk Śmierci wystrzelił w kosmos, gigantyczna fala rozpaczy oplotła ziemię, nagle wszelkie stworzenia poczuły się smutne, bardzo smutne…zniknął uśmiech z ludzkich twarzy, nadzieja starła się na proch.
Delikatna dłoń dotknęła ramienia Śmierci.
-Chciałam cię jeszcze raz zobaczyć, znów zamknąć swoją dłoń w twojej i iść…na koniec świata, nawet na Tamten Świat.
Jak kiedyś splotły się dwie dłonie, teraz już jednakowo zimne, blade.
Stanęły u bram Niebios. Zmartwiałe z żalu, kurczowo ściskające się za ręce.
-Idźcie przed oblicze Pana, obie.
Uchyliły się srebrne wrota, na chmurach zostawały świeże ślady stóp, podwójne.
Klękły na kolana, spuściły wzrok.
-Powstańcie. Bóg podszedł bardzo blisko-Jestem Miłością i nigdy też nie staję jej na drodze. Położył dłoń na głowie małej Aurory, lecz jego oczy z uznaniem wpatrywały się w Błogosławioną-Zawsze byłaś mi posłuszna, tak jak wszystko inne, jesteś moim Stworzeniem. Nigdy nie wyznaczam zadań, przerastających możliwości wykonawców.
Przeniósł wzrok na dziewczynkę-nie będziesz potępiona, lecz nigdy więcej nie przekroczysz już Progu Niebieskiego. Zostaniesz Posłańcem Śmierci.
Śmierć jak i Aurora, nie powiedziały nic, każda w umyśle rozważała znaczenie Bożych słów.
Bóg w powietrzu nakreślił Znak Krzyża, po czym rozpłynął się we mgle.
Usta dziewczynki zsiniały, jak usta Śmierci, oczy pociemniały, źrenice skurczyły się, ubranie nabrało czarnego koloru.
Mężczyzna pędził w swym samochodzie, nim wszedł w ostry zakręt, na drodze przez moment ukazała mu się mała dziewczynka, ubrana w czerń, z czarnymi skrzydłami. Chłopak nie zwolnił. Chwilę potem kobieta o długich, czarnych włosach, kosą trzymaną oburącz pchnęła samochód na przydrożne drzewo. Przeniknęła do środka i jednym ruchem ścięła głowę kierowcy.
Z dziewczynką w czerni pod ramię, opuszczały miejsce wypadku.
Były razem. Czy tego właśnie chciały dla siebie? Czy Błogosławiona była szczęśliwa widząc małą dziewczynkę tułającą się po świecie u jej boku, patrzącą na wszelkie okropieństwa, będące ich wspólnym dziełem? Śmierć nie może być szczęśliwa…Czarne oczy spotkały się, uśmiechnęły się, pewne jest tylko to, że już nigdy nie będą samotne.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania