Blok numer sześć

W nocy na jednym z osiedli w Krakowie dziesięciopiętrowy blok numer sześć zaczął falować. Jego wschodnie i zachodnie ściany wybrzuszały się i wracały do stanu wyjściowego jakby dreszcze przechodziły przez nie. Mimo, że trwało to kilkanaście sekund, w wielu mieszkaniach powypadały na podłogi ubrania z szaf, albo naczynia z wiszących szafek kuchennych. Jeden z przytomniejszych lokatorów bloku, który zajmował mieszkanie na trzecim piętrze Wacław Sabak wezwał ze swojego smartfonu policję i karetkę pogotowia. Dyżurni nie mogli od niego wydobyć szczegółów wypadku, ale Sabak wspominał im o czymś co przypominało ruchy sejsmiczne. Pod blok, pod którym zebrała się część lokatorów podjechała wkrótce policja, karetka pogotowia, a nawet powiadomiona przez policję straż pożarna. Wacław Sabak i Julia Piątkowska podeszli do funkcjonariuszy i zaczęli opowiadać o jakichś ruchach ścian niezidentyfikowanego pochodzenia, które doprowadzały do tego, że ludzie się przewracali, a z szaf wypadały różne przedmioty. Dowódca straży pożarnej wraz z ratownikami medycznymi zaczęli dopytywać się, których lokatorów brakowało pod blokiem. Funkcjonariusz spisał zeznania świadków, a Piątkowska wpadła na pomysł zrobienia listy obecności, ale najpierw miała podjechać windą do swojego mieszkania po kartki z papeterii. Po jej powrocie zrobiono listę, na której przyporządkowano zebranych lokatorów do konkretnych, pięćdziesięciu kilku mieszkań. Część lokatorów mówiła o tym, kto został w środku, a jeden z policjantów twierdził, że wszyscy powinni zebrać się pod blokiem. Stojący nieopodal strażak wziął listę lokatorów i wraz z ratownikami poszli do bloku i chodzili od mieszkania do mieszkania, by zaprosić do ewakuacji lokatorów pozostających w środku. Kiedy nikt nie otwierał konkretnych drzwi, a z listy wynikało, że ktoś mógł pozostawać w środku wyważano drzwi. Na samym dole wyważono drzwi mieszkania numer dwa, w którym znaleziono zmarłą na zawał staruszkę. Z drugiego piętra wyprowadzono mężczyznę, który odsypiał kilka nieprzespanych nocy w swojej pracy, a wraz z nim wybudzono ze snu dwoje jego dzieci. Na szóstym piętrze znaleziono wystraszone małżeństwo. Na siódmym odnalazł się student z Indii, który wynajmował mieszkanie od jego właściciela. Na dziesiątym wyprowadzono z mieszkania staruszka ze złamaną nogą. Jeden z policjantów poszedł do bloku obok sprawdzić, czy nic się nie stało podobnego jak w szóstce, ale obudzony lokator nie zauważył żadnych rozbitych naczyń na podłodze w swojej kuchni, ani poprzewracanych mebli w pokojach. Kiedy wszyscy wyszli już na zewnątrz, policjant nie wahał się obudzić telefonem prezydenta miasta, ani dowódcy jednostki wojskowej z pobliskich koszar, aby w nocy przeprowadzić ewakuację. Prezydent obiecał przekazać dla potrzebujących halę sportową w Krakowie i załatwić autokar, a dowódca żołnierzy zadeklarował dostarczyć pod blok dwa duże namioty wojskowe ze śpiworami. Lokatorzy zebrani pod blokiem byli wpuszczani do budynku po dziesięć osób, by mogli spokojnie pójść do swoich mieszkań po zapasowe ubrania, leki, dokumenty, pieniądze, śpiwory jak je mieli. W półtorej godziny wszyscy się uwinęli. Martwa lokatorka została przewieziona kolejnym wezwanym ambulansem do kostnicy, a spora część pojechała autokarem do hali sportowej, ci w najlepszej kondycji zostali w oczekiwaniu na namioty. Także pozostali ci, którzy mieli koniecznie stawić się z rana do pracy.

Na drugi dzień w biurze spółdzielni mieszkaniowej, do której należało osiedle z falującą ścianą bloku siedział przy biurku dyrektora, inżynier budowalny Stanisław Lacoń, który z samego rana przyjechał pod blok swoim samochodem by zbadać przyczyny zjawiska. Także wcześniej przed przybyciem inżyniera, dyrektor spółdzielni zadzwonił do Państwowego Instytutu Geologicznego by dowiedzieć się o domniemanych ruchach sejsmicznych na terenie Krakowa podczas ostatniej nocy, a nawet dzień wcześniej. Potem rozmawiał z przybyłym:

- Niczego te pomiary nie zarejestrowały, choć dokładnie kilka razy sprawdzali wykresy z Małopolski. Może pan panie inżynierze mógłby pomóc?

- Niestety przy pobieżnym badaniu ścian niczego nie dało się znaleźć w tym bloku. Może jutro weźmiemy z politechniki lepszą aparaturę i będziemy sprawdzać, ale takie pomiary będą trwały kilka godzin i na wyniki trzeba będzie czekać do następnego dnia, o ile ktoś się w to zaangażuje.

- Tak, same problemy. Policja jednak zagrodziła blok i będzie pan mógł przez kilka dni prowadzić badania. Wypiszę dla pańskiej ekipy zlecenie badań, a potem w piątek jakoś się rozliczymy.

Inżynier Lacoń wyszedł od dyrektora i wyjechał spod spółdzielni swoim nowym oplem w kierunku swojej firmy. Jechał przez kilkanaście minut samochodem po czym wykonał dwa telefony. Najpierw zadzwonił do znajomego wykładowcy z politechniki:

- Cześć Janusz! Co u ciebie? Mam sprawę.

- Cześć. Dawaj, akurat mam chwilę wolną pomiędzy wykładami.

- Chodzi mi o tą aparaturę, którą kiedyś badaliśmy ściany, kiedy zawaliła się ta kamienica na ulicy Wielopole.

- Chyba jeszcze jej nie oddali na złom, bo to było z dziesięć lat temu, a teraz sprzęt jest o wiele lepszy. A co się stało?

- A jakieś zjawisko sejsmiczne na jednym osiedlu w Krakowie, które nie zostało potwierdzone, ale lokatorzy zostali ewakuowani. Trzeba sprawdzić.

- To podjedź do mnie jutro. Zabierzesz mnie z wykładu i podjedziemy do laboratorium. Zadzwonię do Janka Pacholskiego, on wie jak to obsługiwać, poza tym w kilku będzie lepiej to przenieść. Co poza tym u Haliny, zdrowa?

- Tak zdrowa, dzięki. Już drugi raz nie była w szpitalu z tą nerką. To do jutra.

- Do jutra.

Lacoń drugi telefon wykonał do Czarka Jagodzińskiego, który kiedyś zajmował się różdżkarstwem, a ostatnio wydzierżawił stary kiosk „Ruchu”, w którym także sprzedawał broszury ekologiczne i ezoteryczne. Jagodziński starał się zbyć Laconia, bo różdżkarstwo w świetle badań naukowych nie było efektywne i żeby utrzymać siebie i rodzinę musiał zająć się czymś innym, ale obiecał przyjechać jutro pod opisywany mu blok, ale zapowiedział, że da znać o sprawie znajomemu okultyście Mańkowi Walickiemu, którego interesowały różne tajemnicze zdarzenia. Laconiowi nie uśmiechało się branie udziału we wspólnym zjeździe naukowców i ludzi z nie z tej ziemi i umówił się z Jagodzińskim na popołudnie, kiedy wiadomo było, że inżynierów już nie będzie w falującym bloku.

Jagodziński i Walicki nie spóźnili się, podjechali pod blok starym, zielonym volkswagenem tego pierwszego, a potem przywitali się z Laconiem.

- No i jak tam nasza ukochana aparatura naukowa? – spytał Jagodziński Laconia.

- Przywieźli rano taki duży tester ścian z komputerem i mnóstwem kabli. Robili zdjęcia, pobierali próbki i pojechali do laboratorium. Podłączali, skrobali, ale tak na szybko nic nie znaleźli. Ja też tak na oko nic nie zauważyłem, by była jakaś wada konstrukcyjna, która na stare lata się ujawniła, czy znacznie postępowała erozja płyty. Szef spółdzielni wyraził zgodę na badania różdżkarskie. Więc będziecie tu oficjalnie i na umowę.

- O to świetnie, że ktoś jeszcze temu zawierza, ale po tym jak testowali w Stanach różdżkarzy co opisywały ich gazety, to wyszło tak pół na pół kto ma rację, naukowcy czy ezoterycy. I także do nas w końcu dotarł ten sceptycyzm.

- Ale zawsze wśród rzeczy znanych, znajdzie się coś tajemniczego. Prawda? – spytał Walicki.

- Tak masz rację, ale zajmę się tą różdżką, bo muszę jechać zaraz i zmienić w kiosku żonę Joannę.

Jagodziński poszedł do samochodu wyciągnął torbę i wraz z Walickim i Lasoniem weszli do bloku. Dawny różdżkarz chodził po klatce schodowej bloku i w jednym miejscu na jej końcu stanął i powiedział:

- Jeśli coś tu jest, to tylko tu, nigdzie indziej żadnych wodnych żył.

- Masz rację, w tym bloku nie ma tajemnych sił, ani duchów, nic tu nie wyczuwam – powiedział Walicki, który dotykał ścian dłońmi i się zamyślał – Ani też jakichś sztuczek.

- Jakich sztuczek? – spytał Lasoń.

- W dzisiejszych czasach, w naszym kraju coraz mniej jest zainteresowanych diabłem, siłami nieczystymi, duchami, więc postanowiłem napisać książkę polemizującą z istnieniem tych zjawisk. Sam ze swoich okultystycznych praktyk wiem, że sporo kłamców podaję się za znawców przedmiotu, a ludzie niekiedy ubarwiają swoje wspomnienia, chcąc być przekonanymi o istnieniu jakichś wyższych sił.

- I tak jedną nogą będziesz tu, a drugą tam – zaczepił go Jagodziński, który przestał badać różdżką posadzkę klatki schodowej.

- Nie, nie. Nie porzuciłem zainteresowań tarotem, zjawiskami paranormalnymi, życiem pozagrobowym, ale także zacząłem interesować się hochsztaplerami i kłamcami w tej dziedzinie. Na Zachodzie opisuje się sporo takich przypadków, a u nas raczej jest przyzwolenie na to, że jak kto chce ma swoje pisma duchowe i paranormalne. W ramach wolności wyznania i religii. Ale nigdy, ani razu nie spotkałem się z demistyfikacją tych zjawisk. Choć czasem czytałem różne bzdury w tych czasopismach.

- Tak, coś w tym jest.

- Weźmy na przykład te płaczące Marie. Wystarczy skropić posągi w odpowiednim miejscu, pod oczami, gdy nikt nie widzi i mamy zapłakane posągi, w wielu widzeniach. Łzy są słone, więc czasami dodają do tej wody soli kuchennej. Słyszenie chichotu diabła, albo stukotu na strychu, to zapewne albo jakieś świsty, czy szczury, ale znam takich, którzy wierzą, że te zjawiska zostały wywołane przez siły z innego świata.

Walicki z Jagodzińskim podpisali się na wręczonym im dokumencie i pożegnali się z Laconiem, który wypłacił im także dniówkę w ramach pracy zleconej. Potem inżynier zadzwonił do spółdzielni. Dyrektor zaprosił go na dzień jutrzejszy do swojego gabinetu, gdyż dzisiaj już było za późno.

Nazajutrz dyrektor spółdzielni, nie miał wesołej miny.

- Ludzie chcą już wrócić do swoich mieszkań. Tym bardziej, że nic się nie działo odkąd się ewakuowali. Naukowcy nic nie znaleźli, ba nawet powiadomili, że ta wielka płyta w bloku numer sześć ma bardzo dobre parametry o czym mogą marzyć dzisiejsze osiedla. Policja zaprosiła na komendę kilku świadków z tych najbardziej poszkodowanych przez te niezwykłe ruchy. Ale mimo podchwytliwych pytań do niczego nie doszli, ale też specjalnie nie chcieli naciskać mieszkańców, gdyż ludzie byli zmęczeni. Wydałem pozwolenie na powrót do bloku. Jutro od ósmej rano mogą wracać.

- A czy to jest bezpieczne? – zapytał Lacoń.

- Nie mogę ludziom zabronić mieszkać w swoich mieszkaniach własnościowych. My spółdzielnia teraz zajmujemy się głównie oczyszczaniem osiedla z nieczystości, remontami i naprawami usterek. Jednak dziękuję za pomoc. Mimo, że ci geologowie także nic nie stwierdzili, to ten różdżkarz coś znalazł. Myślę, że te prądy wód podziemnych pod tym blokiem to jedyne możliwe rozwiązanie.

- Ale to trzeba by zbadać?

- Przecież zbadano. Już nie mogę wypisać kolejnego zlecenia na to samo badanie.

- Ale to może być pomyłka. Ktoś mógł mieć zalaną piwnicę?

- Rozumiem. Ale muszę mieć wytłumaczenie tej ewakuacji. Dla policji, prasy, dla mieszkańców. Cóż w przyszłości będzie trzeba ludziom zagwarantować nowe mieszkania, a ten blok wyburzyć.

- Ale przecież nie ma żadnych zbadanych przyczyn tego falowania ścian.

Dyrektor wstał i podał rękę Laconiowi i na koniec powiedział:

- Przykro mi. Do widzenia.

Walicki w swoim mieszkaniu siedział i opisywał na swoim komputerze zjawisko w bloku numer sześć jako przykład na kolejne oszustwo w sferze zdarzeń tajemnych. Nie miał żadnych na to dowodów, że zaszło w bloku numer sześć jakieś tajemnicze zjawisko, ale tym bardziej oszustwo. Jednak myślał, że kilkanaście petard, jakaś domowej roboty bomba mogłyby wywołać chwilowe chwianie się ścian. Do tego usterka windy mogła poprzewracać meble i wyrzucić naczynia kuchenne. A z projektora mógł ktoś rzucić na ścianę jakieś filmy z falującym blokiem. Policja mogła niczego nie znaleźć, gdyż pomagała ewakuować mieszkańców. Ktoś mógł wszystkie dowody zebrać do siatki lub torby i gdzieś wyrzucić. Im dłużej okultysta i demaskator myślał na temat niewyjaśnionego zjawiska tym bardziej dochodził do przekonania, że ktoś zabawił się kosztem ludzi. Na tej klatce nic nie czuł, żadnych drgań sfery ducha, ani nie słyszał choćby cichego głosu zza światów. Nie było na ścianach żadnych śladów ognia, ani spotykanych przy tajemniczych wydarzeniach, kleistych substancji. A jeśli chodzi o jego znajomego Jagodzińskiego i badaniu różdżką klatki, nie wspominał o tym w swoich zapiskach, bo nie uważał tego za dowód. Także nie sądził, żeby jego badanie klatki było miarodajne, ponieważ różdżkami obecnie nikt na świecie specjalnie się nie zajmował, odkąd rozwinęła się komputerowa technologia wyszukiwania wód podziemnych. Mogło ramię się jego zmęczyć od trzymania w pozycji poziomej różdżki. A z tego co wiedział inżynierowie i naukowcy także niczego nie znaleźli i domyślał się, że nie mogli nic znaleźć. A jakby znaleźli, cóż, nie chciał o tym wiedzieć bo pisał rozdział. Ale gdyby nawet znaleźli, mógł powołać się na kilku lokatorów, którzy uważali owo zjawisko za paranormalne – co tylko zakładał, bo przecież z nikim nie rozmawiał - i te badania naukowe także potwierdziłyby jego sceptycyzm. Te wszystkie swoje przemyślenia Walicki wpisywał do rozdziału „O chwiejącym się bloku”. Nie miał jeszcze wydawcy na książkę demistyfikującą zjawiska paranormalne, ale nie sądził by miał problemy z wydaniem swojej pracy, gdyż znany był z jednej z pierwszych książek w Polsce o wróżbach z kart tarota i o rozumieniu wszystkich jego symboli. Było to dawno, ale wielu wydawców książek o wiedzy tajemnej pamiętało ją i nigdy nie miał problemu z publikowaniem artykułów w prasie parapsychologicznej, ani broszur na ten temat.

Lacoń po wyjściu ze spółdzielni nie pojechał już do swojej firmy. Miał dość. Tyle załatwiania z naukowcami i parapsychologami, a dyrektor spółdzielni wpisuje do papierów – cieki wodne, których nie było. Zadzwonił z samochodu do Jagodzińskiego by pogratulować mu badania. Ale Jagodziński, nie wiele mówił i zarzekał się, że naprawdę ramię opadło mu samo w kierunku posadzki. Lacoń przecież sam go zaprosił, więc nie chciał wszczynać kłótni przez telefon. Pożegnał się i wyłączył smartfon. Jechał do domu.

Laconia w nocy obudził sygnał telefonu ze smartfona. Dzwoniła żona dyrektora spółdzielni:

- Dobry wieczór, przepraszam, że pana obudziłam. Dyrektor, to znaczy Staszek miał w nocy zawał jak dowiedział się od policji, że blok się zawalił. Nie znaleziono przyczyny, ale szybko wybudowano ogrodzenie, by nikt się tam nie pojawił.

- Przykro mi, dziękuję za wiadomość.

Odłożył słuchawkę i położył się spać.

Rankiem po zjedzeniu śniadania Lacoń pojechał na osiedle z zawalonym blokiem. Ku swojemu zdziwieniu bloku nie było widać w ogóle z miejsca gdzie zaparkował. Jeden z policjantów, który pilnował aby nikt z gapiów nie wchodził na miejsce ruiny, pozwolił mu przejść przez drzwi solidnego ogrodzenia. Z bloku pozostała wielka kupa gruzu. Nic więcej. Nie wiedział jak sobie to wytłumaczyć, ale widocznie wszyscy popełnili błąd w ocenie zjawiska. Po kilku latach znalazł w gazecie codziennej artykuł o zawalonym bloku, którym przestał się interesować, po tym jak zobaczył gruz na jego miejscu. Pisano w nim m.in.:

„Już pięć lat minęło od katastrofy w bloku na jednym z krakowskich osiedli. Nikt nigdy nie wyjaśnił przyczyn zawalenia się bloku, ale także nikt specjalnie się nie interesował dalszymi losami ludzi, którzy mieszkali w zawalonym bloku, ani nikt także nie opisywał miejsca, które zostało po wywiezieniu gruzu. Jak się okazało kilkunastu lokatorów zmarło na niewyjaśnione choroby w dwa miesiące po zawaleniu się bloku. Lekarze, którzy badali chorych mieli wrażenie spotęgowanego raka, który atakował wiele organów i postępował szybko mimo leczenia. Jeden ze zmarłych R. W. miał tydzień wcześniej pod nieobecność rodziców urządzać z kolegami z licealnej klasy w swoim mieszkaniu seans spirytystyczny. Inny natomiast był grabarzem zamieszanym w cmentarną aferę sprzedaży ziemi pod groby, głównie tam gdzie na grobach od lat nie pojawiano się ze zniczami. Mimo, że były w dobrym stanie, grabarz przyspieszał ich niszczenie. Także spółdzielnia mimo, że przeznaczyła teren z ruiną pod ogród, nie podawała wcześniej do prasy żadnej informacji odnośnie tego, że wyrosły w nim rośliny, które wcześniej nigdzie nie były spotkane. Były to np. rośliny przypominające słoneczniki, ale z szarymi płatkami, jakaś twarda, zrogowaciała trawa, wierzby, których gałęzie wiły się w różnych kierunkach. Te informacje i zdjęcia roślin przechowywał krakowski ogród botaniczny, gdyż w końcu miejsce zawalenia się bloku polano betonem i przemieniono w parking, a kilka roślin przewiezionych do ogrodu obumarło i wyschło tak, że oddano je do utylizacji. Pozostawiono tylko małe fragmenty ich tkanek do prowadzenia badań pod mikroskopem. Prosimy o kontakt wszystkich pamiętających zawalenie się bloku numer sześć, a przede wszystkim żyjących jeszcze lokatorów bloku. W porozumieniu z amerykańskim instytutem zajmującym się katastrofami kosmicznymi powracamy do tamtego wypadku, by go w końcu wyjaśnić. Można pisać w tej sprawie na adres e-mailowy: dziennik@dziennikmiasta.pl, lub dzwonić pod numer telefonu 809980765.”

Gdy Lacoń odłożył gazetę podszedł do półki z książkami i wyciągnął z niej bestseller Walickiego „Naturalne pochodzenie spraw tajemnych” i otworzył go na rozdziale o zawalonym bloku. Przeczytał fragment, bo już niewiele z niego pamiętał i zaczął głośno śmiać się. Tak głośno, że zaniepokojona żona Weronika przyszła z kuchni do pokoju, aby zapytać go o to co się stało.

- Nic takiego. Pamiętasz tą sprawę z zawalonym blokiem na jednym z krakowskich osiedli? Właśnie w dzisiejszej gazecie przeczytałem, że Amerykanie zainteresowali się tym przypadkiem, a potem otworzyłem książkę Walickiego, w którym dowodził, że chwianie się bloku było spowodowane petardami lub bombą. Nie podejmował tematu późniejszego zawalenia się bloku. Zaczęło mnie to śmieszyć, że ktoś powrócił do tego przypadku, chociaż ktoś to próbował racjonalnie wcześniej wyjaśnić.

- Nie pamiętam tego zbyt dokładnie, ale wtedy byłeś przez miesiąc trochę przybity i często zostawałeś w pracy mając nadgodziny.

- Tak, bo to wszystko mnie irytowało. Dyrektor zmarł, różdżkarz twierdził, że tam były jakieś cieki wodne, Walicki to wszystko podważał, a naukowcy nic nie odkryli.

- Możesz przyjść do kuchni coś zjeść, zrobiłam pastę rybną na śniadanie.

- Dobrze, ale najpierw podjadę osobiście do tej gazety, wezmę jakąś bułkę, a potem zjem pastę.

Lacoń na miejscu, na korytarzu spotykał różnych dziennikarzy, ale nikt nie potrafił mu wskazać osoby odpowiedzialnej za artykuł. Także nikt nie odbierał, kiedy dzwonił pod wskazany w tekście numer. W końcu jakaś dziennikarka go zaprosiła do gabinetu i powiedziała, że ten tekst, to był jej pomysł. Nie odzywała się przez telefon, gdyż na razie tamtego, podanego w gazecie telefonu nie miała włączonego i nie mogła odebrać. Żaden amerykański instytut nie prowadził w tej sprawie badań, chciała jednakże taką informacją zachęcić czytelników do kontaktu, jednakże informacje o śmierciach lokatorów i niespotykanych roślinach były prawdziwe. Jej koleżanka z liceum zmarła wówczas. Po latach na spotkaniu klasowym rozmawiali o tym przypadku i postanowiła drążyć temat, gdyż nikt się nim nie zajmował, a ona pracowała w redakcji gazety. Bardzo mu dziękowała za przybycie. Wysłuchała jego wspomnień. Zanotowała sobie to i owo, wzięła jego numer telefonu i zapisała w swoim smartfonie. Obiecała zadzwonić, jak czegoś się dowie, ale nigdy tego nie zrobiła. Jakiś czas potem Lacoń dowiedział się, że dziennikarka zmarła na raka.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania