Bo jestem inna
Wybiegła z sądu jak szalona. Zbiegając ze schodów, mało się nie przewróciła. Za nią biegł mężczyzna.– Marta! – wołał. – Poczekaj. Twoja torebka, zostawiłaś ją.Zatrzymała się już na chodniku. Rzeczywiście, nie miała przecież torebki. Za to miała trzydzieści osiem lat i została świeżo upieczoną rozwódką. Mężczyzna podszedł do niej.– Marta. Przepraszam cię, to nie tak miało być. Myślisz, że ten rozwód mnie nie obszedł?– Dawaj moją torebkę i adieu, mój ty były mężu! – Wyrwała mu ją z ręki. – Nie chcę cię widzieć, ty… ty zasrany bohaterze! Idź sobie do tej swojej, co ją tak ratowałeś. Podziwiaj te długie nogi, tę wymalowaną buźkę, a ode mnie bądź z daleka. Piętnaście lat poszło z dymem, tak jak chałupa twojej kochanki! Spadaj! – krzyczała, nie zważając na to, że przechodnie na nią spoglądają.A on stał i nic już nie mówił. Patrzył tylko na nią, a po chwili się odwrócił i odszedł.– Upiję się, słowo honoru, że dzisiaj się upiję – powiedziała do kogoś, kto nawet jej nie odpowiedział.Weszła do pobliskiego sklepu, kupiła wino, którego nigdy wcześniej nie piła, wsiadła w samochód i odjechała. Po wejściu do domu rzuciła się najpierw na kanapę i rozpłakała. Z żalu, ze złości – sama nie wiedziała jeszcze z czego. Piętnaście lat dobrego życia. Bez awantur, no, jakieś tam kłótnie były, ale szybko się godzili. A tu naraz jej mąż, strażak zawodowy, ratował swoją obecną z pożaru domu. Ona już nie była mu potrzebna, zamienił ją po cichu na młodszy model. Dlaczego?Wstała, poszła do kuchni, otworzyła wino i upiła spory łyk prosto z butelki. Było niedobre, ale za każdym łykiem smakowało lepiej. Zaczęła się śmiać i płakać na przemian. Kiedy okazało się, że butelka jest pusta, Marta była już porządnie wstawiona. Tak jak sobie obiecała – upiła się. Chwiejnym krokiem weszła do pokoju i osunęła się na podłogę. Zasnęła z głową opartą o brzeg łóżka.Po przebudzeniu bolała ją głowa. Wino nie do końca z niej wyparowało. Rozglądała się po pokoju, jakby była tu pierwszy raz.– Ojej – zamruczała pod nosem. – Wstawiłam się. Nie było warto, ten głupek nie wie, co i kogo stracił.Ale najbardziej bolało ją to, że dopiero po otrzymaniu wezwania na sprawę dowiedziała się o ich rozwodzie.Wzięła do ręki telefon i zadzwoniła do mamy.– Cześć mamuś – powiedziała niepewnie. – Wiesz już? Jestem rozwiedziona z Markiem. Bo co? I dlaczego? Mamo, nie wiem. Bo jestem inna? Bo już mnie nie kocha? No tak, no ja też… Powiedz ojcu. Kocham cię, mamuś. Pa.Nie dała matce dojść do słowa. Powiedziała, co jej na myśl przyszło, i się rozłączyła. Siedziała znów na podłodze, oparta o kant łóżka. Podkurczyła nogi, oplotła je rękoma i wspominała męża. To, jak się poznali, jak się kochali. Miała dwadzieścia trzy lata, jak za niego wyszła. No, może nie była klasyczną pięknością, miała taki oryginalny typ urody: oczy skośne jak u Zośki Loren, wysoka, chuda, zawsze z roztrzepanymi włosami, które nie chciały być proste. Niepodobna ani do matki, ani do ojca, ani do brata. Była inna – zawsze to słyszała.– To po co, głupku, się we mnie zakochałeś?! – krzyknęła do zdjęcia, na którym była z mężem, a które stało na nocnym stoliku.Wstała z podłogi, wzięła ramkę do ręki i z impetem rzuciła nią o ścianę. Szkło rozprysło się po podłodze, ale nic sobie z tego nie robiła.
Spojrzała na potłuczone szkło i uśmiechnęła się krzywo.– I bardzo dobrze, giń przepadnij, ty strażaczku od siedmiu boleści – warknęła pod nosem, ostentacyjnie rozgniatając butem fragment szklanej tafli.Wściekłość nagle wyparła resztki żalu. Taka już była. Kiedy inne kobiety zamykały się w sypialni i płakały w poduszkę, Martę rozsadzała czysta, dzika energia. Najpierw robiła awanturę, roznosiła dom, klnąc przy tym jak szewc, a dopiero trzy dni później siadała na kanapie i zastanawiała się, czy aby na pewno nie przesadziła. Ale teraz? Teraz nie przesadziła. Piętnaście lat tolerował ten jej niewyparzony język, te jej fochy i nagłe wybuchy. Ba! Sam powtarzał, że woli jej dzikie awantury niż ciche dni. „Przynajmniej wiem, że żyję, Marciu” – mawiał, podnosząc ją do góry, gdy rzucała w niego poduszkami.– No to teraz zobaczysz, jak się żyje – syknęła.Podeszła do szafy w sypialni. Szarpnęła za drzwi tak mocno, że aż zatrzeszczały zawiasy. Zaczęła bezwzględnie, z furią wyrzucać jego markowe koszule, mundury wyjściowe i ukochane dresy prosto na podłogę...Masz ,wynoś się z mojej szafy , wypieprzaj do tej swojej Malwiny czy jak jej tam .Dupku , zatęsknisz ty jeszcze za mną . Ale nie będzie zmiłuj się . Koniec z Tobą ty , ty ….nawet nie wiem jak jeszcze mogę cię nazwać .Padalec ? Tak , to dobre określenie . -
Komentarze (2)
Dobry początek. Będzie ciąg dalszy?
Dzięki . Będzie . Tylko w częściach .
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania