Bo ona go zmieni

Zapiski z kuchni domowej: dziennik ironiczny (z łyżeczką w dłoni)

 

Dzień pierwszy. O cudzie terraformacji męskiej duszy

Wchodzę w tę historię jak w mieszkanie po remoncie: wszystko pachnie obietnicą, a w narożniku już odpada farba. Ona planem odgórnym operuje jak urbanistka: zburzyć nawyki, poszerzyć chodniki, zakazać dzikiego parkowania skarpet na kanapie. On – uśmiechnięty jak chłopiec przed nowym level’em, gotów udawać dorosłość, bo to podobno działa na kobiece poczucie bezpieczeństwa. Po tygodniu: farba odchodzi płatami. On odkrywa w sobie nieznane rezerwuary beztroski (patentowanej), a ona – pokłady cierpliwości, które zamieniają się w regulamin osiedla zamkniętego.

Dzień drugi. Łyżeczka

„Nie stukaj łyżeczką o brzeg szklanki” – mówi delikatnie, jakby prosiła księżyc o przygaszenie światła. On kiwa głową z powagą, odkłada łyżeczkę, po czym… stuk, stuk – dwa razy, żeby „strącić nadmiar herbaty”. Tak to nazywa, strącanie. Niby gest mikroskopijny, a dźwięk wwierca się w ściany jak wiertło dentystyczne w niedzielny poranek. Ona notuje w pamięci: „porozmawiać”. Rozmowa następuje, rozumienie – deklarowane, nawyk – uśmiechnięty, nietknięty. Po miesiącu ona zaczyna siorbać i mlaskać. Na początek cichutko, badawczo, jakby testowała nowy instrument. Później pełną orkiestrą: siorbanie z prologiem, rozwinięciem i kodą. Gdzieś między tymi dźwiękami pada zdanie: „Powiedziałam przecież, żebyś nie stukał”. On odpowiada: „A ty siorbiesz i mlaskasz”. I oto rodzi się sprawiedliwość społeczna: równy hałas dla wszystkich.

Dzień trzeci. O ewolucji wstecznej (męskiej)

Zadziwiająca rzecz: im więcej „porozmawiajmy”, tym bardziej on zamienia się w chłopca, któremu powiedziano, że wystarczy chcieć, by być dorosłym. On chce – bardzo chce – ale chce jak dziecko: już, natychmiast, by uzyskać naklejkę „dzielny” i wrócić do gry. Wysycha zapał, rośnie sprawność uniku. To nie jest niechęć do zmiany; to perfekcja w sztuce pozoru. On potrafi parzyć herbatę z miną astronauty – wszystko, by przez dziesięć minut wyglądać jak pilot misji społecznej. Potem łup: skarpeta ląduje za poduszką, a pusta butelka po coli staje się eksponatem muzealnym na komodzie. Dziecięcość nie jest defektem; jest strategią przetrwania. Puszysty kocyk infantylizmu przykrywa każde „przepraszam, poprawię się”. Poprawi się, owszem, ale w unikaniu.

Dzień czwarty. Bek i Ciastko

On: „Pardon”, po czym gromkie „burp!” – bo cola, bo gaz, bo człowiek jest naturalny. Ona notuje: „nienaturalne w naturze współbycia”. Tego samego dnia, jakby sprawiedliwość miała harmonogram, ona zjada ciastko z kremem, po czym rozlega się odgłos, którego nie zakontraktowała w umowie o estetyce domowej. Najpierw zaskoczenie („to nie ja”), potem wyjaśnienie naukowe („aerodynamika jelit jest skomplikowana”), wreszcie moralny atut mówi to kląskajac („ale ty bekałeś!”). I tak powstaje bilans dźwięków: jedni po napojach, drudzy po ciasteczkach, a dyskusja o kulturze zamienia się w koncert życzeń i kontrwykroczeń. Zadziwiająca sprawa: miłość nie umiera od zdrad metafizycznych, tylko od małego, rytmicznego bębnienia łyżeczki i odgłosów, które w pojedynkę są komiczne, razem – symfonią rozkładu.

Dzień piąty. O marudzeniu jako sztuce stosowanej

Ona zaczyna mówić częściej „nie”. Nie tak, nie tu, nie teraz. Każde poprzedzone kląsknieciem. Słowa jak pinezki rozsypane po podłodze: idziesz boso i uczysz się geometrii bólu. On odpowiada milczeniem, które ma być wyrazem godności, a jest tylko beczką z grymasem. „Dojrzałość” wyraża tak: odwraca uwagę grą na telefonie, w której ratuje wirtualny świat, bo realny ma własnych strażaków i wycie syren. Ona staje się specjalistką od wady ukrytej. Wszystko ma metkę: „a czy musisz?”, „a po co?”, „a już mówiłam, że…”. Trudno nie marudzić, gdy człowiek przestawia krzesło tak, by trzeszczało; ale marudzenie, jak sól, potrafi zamienić zupę w wyschnięte jezioro. On – zgodnie z tradycją – zjada tę solną pustynię i żartuje, że lubi „wytrawne”. Oboje wiedzą, że to nie żart.

Dzień szósty. Psychologia wzajemnego lustra

Ona z początku chciała ulepszać świat – w miniaturze: jednego mężczyznę, jedną łyżeczkę, jeden brzeg szklanki. On pragnął bezruchu: kobiety, która się nie zmienia, bo była jak muzeum – piękna, wyciszona, wciąż ta sama ekspozycja. Ale ludzie nie są muzeami. Ona, próbując go zmienić, zaraża się jego brakiem zmiany – i staje się karykaturą własnego ideału: ta sama, co wczoraj, tylko głośniejsza. On, pragnąc stałości, przyspiesza jej metamorfozę: im bardziej liczy na niezmienność, tym szybciej ona odkrywa nowe sposoby werbalizowania niezadowolenia. Jesteśmy lustrami: kogo chcesz poprawić, tego wkładasz w krzywe zwierciadło – i sam zaczynasz chodzić po suficie.

Dzień siódmy. Złudzenia projektowe

Kiedyś spisywano plany pięcioletnie. Teraz tworzy się plany trzytygodniowe: „Za trzy tygodnie przestaniesz stukać, ja przestanę siorbać. Zrobimy reset”. W tydzień później: „Zróbmy sprint”. Potem: „Wyznaczmy KPI – Kulturalne Parametry Interakcji”. KPI pękają jak baloniki, bo nie ma systemu nagród prócz „dziękuję”, które brzmi coraz bardziej jak karta dźwiękowa z lat dziewięćdziesiątych. Plan kończy się tam, gdzie zaczyna się przyzwyczajenie: w starych butach najwygodniej – nawet jeśli uwierają. Ona patrzy na jego dziecinność jak na fotel w autobusie: ktoś już siedzi, ale może jednak się przesunąć. On patrzy na nią jak na parkomat: wrzucam żeton komplementu i mam pół godziny spokoju. Potem wraca kontrola biletów.

Dzień ósmy. Archeologia drobiazgów

W szczelinie między kanapą a ścianą paleontolodzy przyszłości znajdą kolekcję: skarpetę (samiec, wiek nieznany), trzy nakrętki po wodzie gazowanej, czekoladowy papierek, który „sam się przylepił”. Na biurku zaś: katalog słów, których nie warto było wypowiedzieć, ale wypowiedziano je z finezją. „Zawsze”, „nigdy”, „czy ty w ogóle”, „bo ja tylko proszę”. Każde z nich jest jak mała łopatka: wbija się w ziemię, wydobywa stare kości, których nie chcieliśmy oglądać. Ludzie nie kłócą się o to, co ważne; ludzie kłócą się o to, co się najłatwiej wydobywa. Oko zahacza o łyżeczkę, ucho o siorbanie, język o bekanie, a serce ma w tym czasie ważniejsze sprawy – ale milczy, bo hałas.

Dzień dziewiąty. Edukacja zamienna

On uczy ją pobłażliwości dla własnych win, ona uczy jego twardości dla cudzych błędów. On staje się wirtuozem usprawiedliwiania, ona – mistrzynią kwalifikacji: drobne przewinienia awansują u niej na poważne naruszenia protokołu. Gdzieś po drodze zniknęło wspólne „my”. Została firma „Ja & Ty Sp. z o.o.” – spółka o ograniczonej odpowiedzialności emocjonalnej. Zatrudnia się tam argumenty na umowy-zlecenia, a empatia idzie na urlop bezpłatny. Bo przecież „ile można tłumaczyć”. Odpowiedź jest prosta: więcej, niż się komukolwiek chce słuchać.

Dzień dziesiąty. Kodeks domowy

Powstaje dokument: nie stukamy, nie siorbiemy, nie bekamy, nie… (lista rozwija się jak zwój papirusu). Regulamin wisi na lodówce, przypięty magnesem w kształcie serduszka, które wzrusza tylko gości. Dom zwalnia. Zanim wypijesz herbatę, sprawdzasz, czy łyżeczka jest na miękkiej podkładce. Zanim zjesz ciastko, kalkulujesz topografię jelit. Zanim powiesz „dzień dobry”, zastanawiasz się, czy wczoraj nie powiedziałeś „dobry wieczór” z nutą ironii i kląsknięciem, tą manierą wyższości bez manier. Kodeks ma chronić uczucie, ale często staje się siatką, w którą łapie się ptaki, a potem dziwi, że nie śpiewają.

Dzień jedenasty. Metafizyka rutyny

Jest w tym jakaś metafizyka: człowiek pragnie stabilności, lecz wypala ją identycznością gestów, aż zostaje cement, a cement – jak wiadomo – niezbyt dobrze znosi taniec. Ona marzyła o dorosłym mężczyźnie, który będzie sobą, ale trochę lepszym. On marzył o kobiecie, która będzie sobą, czyli tą pierwszą wersją „beta”, co śmiała się ze wszystkiego i nie pamiętała, że naczynia istnieją. Marzenia zderzyły się z codziennością jak pociągi na złej zwrotnicy: w gazetach napisano „ludzka natura”, a w wagonach rozsypały się drobiazgi. W rubryce „przyczyna wypadku” wpisano: „ambicja zmiany drugiego człowieka” i „wiara w niezmienność siebie”.

Dzień dwunasty. Propozycja nie do odrzucenia

Zamiast zmieniać, zacznijmy zastępować. Stukanie – miękką serwetką pod szkłem. Siorbanie – przyznaniem, że jednak gorące, więc cicho. Bek – „przepraszam” powiedziane szybciej niż echo. Marudzenie – jednym „dziękuję” dziennie, wymuszonym, dopóki nie przestanie być wymuszone. To nie jest romantyczne. To jest warsztat. Miłość, o ile istnieje, jest bardziej techniczna niż się wydaje: regulacja, kalibracja, smarowanie zawiasów. Nie wiersze, tylko śrubokręty. "I na miłość boską - nie kląskaj zaczynając każde zdanie".

Dzień trzynasty. Krótkie kazanie o odpowiedzialności

Dojrzałość to sztuka odróżniania wroga zewnętrznego od wewnętrznego. Łyżeczka nie jest wrogiem. Siorbanie nie jest wrogiem. Wrogiem jest przekonanie, że partner to projekt, który odda się do użytku po wdrożeniu poprawek. Nie odda się. Człowiek działa w wersji „niekończąca się aktualizacja”, a każda łatka naprawia błąd i tworzy trzy nowe. On, który wstecznie ewoluuje, i ona, która w przód się usztywnia – oboje potrzebują tej samej rzeczy: odrobinę autoironii. Bo jeśli nie umiemy się z siebie śmiać, świat zrobi to za nas – głośniej i mniej życzliwie.

Dzień czternasty. Instrukcja obsługi ciszy

Spróbujmy udawać, że nic się nie dzieje. To najlepszy sposób, by zaczęło się dziać wszystko. Cisza bywa jak śnieg: przykrywa brzydkie ślady, ale jak stopnieje, ujawnia cały bałagan. Milczenie nie jest złotem; złotem bywa słowo wypowiedziane na czas. „Przepraszam” zanim dźwięk dojdzie do ściany. „Widzę, że cię to wkurza” zanim uruchomi się tryb prokuratora. „Zrobię to” zanim powstanie regulamin. Po tylu dniach można by się tego nauczyć. Można by, ale ludzka natura woli eksperymenty w stylu: „Zobaczmy, co się stanie, jeśli jeszcze przez tydzień nic nie powiem”.

Dzień piętnasty. Mała apologia niedoskonałości

Nie jesteśmy z marmuru; jesteśmy z mięsa i przyzwyczajeń. Marmur nie siorbie i nie beka; my – owszem. Pytanie nie brzmi „jak to wyeliminować”, tylko „jak z tym żyć, by nie zwariować?”. Strategia 1: kategoryzacja. Rozróżnij występki dźwiękowe od zbrodni moralnych. Strategia 2: limit kar. Jedna uwaga dziennie. Powyżej – kara w postaci wspólnego spaceru bez telefonu. Strategia 3: humor. Śmiej się pierwszy, zanim cię wyśmieją. Kto pierwszy się śmieje, ten wybiera repertuar.

Dzień szesnasty. Rewizja mitu

Mit mówił: ona go zmieni. On mówił: ona się nie zmieni. Rzeczywistość – zawsze niegrzeczna – odpowiedziała: oboje się zmienicie, tylko niekoniecznie w tę stronę, którą zamówiliście w katalogu. Zmiana miewa upodobanie do karykatury. Chciałaś dżentelmena? Dostałaś chłopca z dyplomem z retoryki. Chciałeś muzę? Dostałeś audytora jakości. To nie jest kara; to jest lustro. Widzisz w nim własne oczekiwania, rozciągnięte do groteski.

Dzień siedemnasty. Laboratorium kompromisu

Zainstalowaliśmy filc pod spodeczkiem. Wyjątkowo skuteczne. Herbatę pijemy w kubkach – mniej brzegów do stukania. Cola – w wersji bezgłośnej, czyli w mniejszych łykach. Ciastek – mniej, ale lepsze. W sprawie marudzenia: ustanowiono Godzinę Łaski codziennie o 20:00, kiedy można powiedzieć jedno „to mnie wkurza” i druga strona ma prawo tylko słuchać. Tylko. Bez riposty. (Pilnowanie tego jest trudniejsze niż nauka chińskiego alfabetu, ale udaje się przez trzy dni w tygodniu – co już jest cywilizacją).

Dzień osiemnasty. O cudzie mikrogestów

Najbardziej skuteczna poprawa – najmniej efektowna: odłożyć łyżeczkę na serwetkę; przeprosić od razu; zaśmiać się z samego siebie; powiedzieć „dziękuję, że mówisz”. Rewolucje przegrywają z mikrogestami, bo mikrogest nie potrzebuje sztandaru. Potrzebuje uważności. A uważność to mięsień, który zanika szybciej niż motywacja po Nowym Roku.

Dzień dziewiętnasty. Mapa drogowa na dalsze lata

Nie będziemy zbawiać wzajemnie swoich dusz. Będziemy je tylko lekko polerować, by nie rdzewiały. On – ograniczy dziecinność do wymiaru rekreacyjnego, na weekend. Ona – ograniczy marudzenie do sztuki użytkowej: komunikatów o krótkim terminie ważności. Beka i ciastko – w strefie ciszy. Siorbanie – jeśli herbata parzy, to lepiej poczekać, niż grać koncert. Łyżeczka – instrument klawiszowy wyłączony z perkusji. A gdy wróci stara fala (wróci, wróci zawsze), mamy protokół: trzy głębokie wdechy, jedno „przepraszam”, jeden śmiech.

Dzień dwudziesty. Postscriptum dla naiwnych (czyli dla nas)

Nie wierzcie w bajki, w których jedna miłość naprawia człowieka, albo w te, gdzie druga osoba pozostaje posągiem. Wierzcie w bajki techniczne: w gumkę recepturkę, co spina to, co się rozłazi. Wierzcie w filc pod łyżeczką. Wierzcie w przewidywalność małych sabotaży i w możliwość większej łagodności. A jeśli już musicie wierzyć w cud – niech to będzie cud autoironii. Kto potrafi się z siebie śmiać, ten zatrzymuje stukanie w połowie. Kto potrafi z siebie zadrwić, ten siorbie ciszej. Kto przyzna, że jest dziecinny – dorasta o cal.

Dzień dwudziesty pierwszy. Ostatnia uwaga (przysięgam)

Piszę to, siorbiąc herbatę. Słyszę, jak gdzieś w kuchni uderza łyżeczka o brzeg szklanki – stuk, stuk. To nie jest koniec świata. To jest alfabet, w którym piszemy nasze byle jakie poematy o wspólnym życiu. Jeśli nauczymy się w tym alfabecie kilku liter dobroci i kilku znaków przestankowych śmiechu, zdania będą krótsze, a kłótnie – mniej dramatyczne. A jeśli nie? Cóż, wtedy przynajmniej będziemy mieli czym zilustrować podręcznik o ludzkiej naturze: zdjęciem łyżeczki, kubka i dwóch ludzi, którzy wciąż próbują – bez gęby, lecz z humorem.

Dzień dwudziesty drugi. Epilog, który niczego nie rozwiązuje

Obudziłem się z myślą, że może należałoby wreszcie stworzyć definitywny kodeks. Potem zjadłem ciastko. Resztę możecie sobie dopisać. W końcu to wasza łyżeczka, wasz kubek, wasza cisza i wasz hałas. I wasz uroczo niedoskonały duet: ona, która miała go zmienić i sama się zmienia; on, który chciał, by ona nie zmieniała się nigdy – i właśnie dlatego przyspieszył jej przemianę. A między tym wszystkim – mały, czuły akord, który zaczyn z kląsknięciem: „Przepraszam. Dzięki. Spróbujmy jeszcze raz.”

I próbują. Bo to jedyna rzecz, w której oboje są naprawdę konsekwentni.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • TseCylia 4 miesiące temu
    Rewelka! Gdybym mogła, oceniłabym na 15. Siorbnęłam tekst jednym tchem.
  • TseCylia 4 miesiące temu
    Upss, pochłonęłam:)
  • Smoku 4 miesiące temu
    #TseCylio dla mnie też to było bardzo ważne by się podzielić

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania