Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Bob
Bob
Przychodzili. W czerni i bieli, szachownica, na której nie chciał grać. Nie słuchał. Odwracał głowę, przymykając oczy, aby zamknąć się w sobie. Oddalał się w myślach i czynach. Przychodzili, zawsze przychodzili. Musiał z tym walczyć. Bo później odchodzili, ale zawsze wracali. Uciekał tam, gdzie czuł się najlepiej.
***
Tętent kopyt działał na niego uspokajająco. Nie szarżował tempem. Przechylony lekko do przodu odciążał coraz starszy grzbiet konia, kłusując delikatnie leśną drogą. Południowe słońce jasnożółtymi promieniami przedzierało się przez liście, tworząc z traktu szachownicę.
Zrobili przerwę przy powalonym starym buku. Najwidoczniej podczas ostatnich nawałnic, spróchniałe drzewo przewróciło się. Splecione korzenie sterczały ku niebu. Usiadł na omszałym pniu. Obok rosły krzaki malin. Pochylił się ku nim i zerwał garść owoców. Koń nachylił siwawy pysk, domagając się pieszczot. Poczęstował zwierzę, które radośnie parsknęło przez chrapy.
– Zobacz, drzewo tak wielkie upada, a mały człowiek żyć ma?
Głaskał przyjaciela, wpatrując się w horyzont pełen zielonych liści. Śpiew ptaków, ciche brzęczenia owadów oraz skrzypienie chylących się w podmuchach wiatru dębów kontrastowały z martwym drzewem. Pociągnąwszy kilka łyków wody z bukłaku, westchnął i przymknął oczy. Światło igrało pod powiekami. Wciągał powietrze i wypuszczał, napawając się jego czystością. Chłodnawy wiatr omiótł poorane zmarszczkami czoło. Za jakiś czas staną się głębokimi bruzdami. Myśli odlatywały, pozostawiając przyjemną pustkę. Życie tu i teraz, bez problemów. Mogłoby tak trwać wiecznie.
Wstał, chwytając się za boki. Koń machał ogonem, raz po raz potrząsając grzywą, aby odgonić komary.
– Namnożyło się tego cholerstwa ostatnio, co? – powiedział i zmiażdżył jednego z nich na ramieniu – no proszę, jednego mniej. Stworzenie Boskie, ale takie wkurwiające.
Koń znów parsknął, jakby zgadzając się ze swoim właścicielem.
– To pewnie przez te mokradła… pamiętaj chłopie, główna droga jest bezpieczna, ale ani mi się waż zjeżdżać na boki, zrozumiano? – puścił do niego oko. – Nawet jakbyś zobaczył tam piękną klacz.
Przyjaciel kiwnął przecząco głową.
– Dobra, będziemy negocjować, mój ty stary druhu – podrapał go energicznie za uchem. Po czym dodał poważniej. – Pamiętaj, nie zbaczaj, bądź przy mnie…
Przysunął czoło do grzbietu nosa zwierzęcia.
– Pamiętaj… Bob… tak jak ja zawsze będę pamiętał ciebie. – Gładził mięsiste ganasze konia – bo Bob od przodu i od tyłu to to samo…
Wskoczył na siodło. Grubymi palcami chwycił wodze, naprężając masywne, opalone przedramiona. Starł ze spalonej słońcem twarzy pajęczynę.
– Jedziemy dalej! Wio! – Zakrzyknął, a koń ruszył.
Wpadł w uspokajający rytm. Mokradła, o których mówił, uleciały gdzieś, zasnute czernią i bielą.
***
Jechali, nie zważając na czas. Gdy podłoże stawało się twardsze, przyspieszali do galopu. W końskich żyłach wciąż buzowała gorąca krew, choć ciało coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa. Rozumiał go. Sam czuł, że siła lat młodzieńczych odchodziła. Spożytkował ją. Nie mógł sobie tego odmówić. Gospodarstwo, które przejął po rodzicach, rozrosło się przez lata. Dokupił ziemi, powiększył stado. Obory nigdy nie świeciły pustkami, a jego krowy dawały tłuste, cenione mleko. Tak, poświęcił wiele, ale nie żałował niczego.
Na serdecznym palcu nosił wytartą obrączkę. Kiedyś była złota. Teraz przypominała kolor starych monet. Żona nigdy nic nie mówiła. Wiedziała, gdzie odnajdywał spokój. Niedzielne popołudnia spędzał w swojej oazie.
– Bob. Mamy szczęście, co nie?
Koń twierdząco pokiwał głową.
– Jeszcze chwila i wracamy – pogłaskał konia po boku szyi. – Jeszcze trochę.
Oddychał głęboko i wpatrywał się w niebieskie prześwity nieba. Za jego życia tylu się narodziło i tylu odeszło. A on w tej chwili był tutaj. Tulony ciepłem i szeptem lasu. Szeptem, który pieścił uszy. Nieprzerwanym szeptem…
Bob nerwowo strzygnął uszami. Nagle przystanął. Zaczął obracać się w miejscu, jakby coś wyczuł. Ktoś z nimi był. Gałązki pękały. Liście zastygły. Ptaki odleciały. Słońce, przedzierające się przez liście oślepiło go, tworząc poświatę czerni i bieli. Biel i czerń. Oni tu byli. Krzyknął i popędził żwawo konia. Bob gwałtownie prychnął i szarpnął łbem. Ruszył, ile sił.
Szepty wdzierały się głębiej…
Widział ich. Przedzierali się bocznymi ścieżkami, niczym czarty, pragnące posiąść duszę. Uderzał łydkami za popręgiem, aby przyspieszyć. Nie na wiele się to zdało. Koń słabł, a oni ich doganiali.
Szepty, niezrozumiałe szepty, bełkot…
Poczuł coś. Nie strzał, nie huk, coś innego. Pchnięcie, jakby uderzył w nich wiatr. Muśnięcie o skórę szyi Boba było ciche, ale rezonowało w jego głowie. Koń nerwowo zatrząsnął grzywą. Stanął dęba tak nagle, że omal nie wyrzuciło go z siodła. Pochylił się nad końską szyją, chwytając garść siwego włosia. Na twarz prysnęła gęsta piana z pyska zwierzęcia. Koń skakał jak opętany. Walczył o utrzymanie równowagi w siodle. Na nic zdawały się rwane słowa, którymi usiłował uspokoić przyjaciela. Koń znów szarpnął całym ciałem.
– Bob… Boże… Bob! Spokój! Bob!
Las wirował wokół nich. Czerń i biel przenikała zieleń. Przedostawała się coraz bliżej i bliżej. Nadchodzili. Nie było drogi ucieczki. Krew szumiała mu w uszach. Nie mógł dłużej wytrzymać.
Szepty przerodziły się w krzyki…
Spadł, uderzając głową w głaz.
Czerń zasnuła las.
***
Ocknął się. Przez chwilę nie mógł się ruszyć. Obraz zamazywał się przed oczami i wyostrzał, mieszając granaty ze zgniłą zielenią. Poruszył palcami u rąk, a potem stopami. Żył…
– Bob… – powiedział cicho – Bob…
Udało mu się usiąść. Pulsowanie z tyłu głowy rozsadzało czaszkę. Dotknął tego miejsca. Pod dłonią poczuł mokre, zlepione włosy. W półmroku krew wyglądała jak atrament.
– Bob! – Krzyknął pewniej.
Udało mu się wstać. Pod stopami rozpoznał znajome doły pozostawione przez kopyta konia. Wydeptane podłoże było areną, na której Bob walczył.
– B… Bob! – Zawahał się. – B…
Czy aby na pewno? Czy aby na pewno tak się nazywał?
– Gdzie ja jestem? Gdzie jestem, dobry Boże?
Nie rozpoznawał drzew i krzewów. Nie rozpoznawał szlaku. Nie wiedział, jak się tu znalazł.
– Bob… bo Bob od przodu i od tyłu to to samo… Bo Bob od przodu i od tyłu to to samo… Bob!
Zgięty w pół podążył za śladami. Odkrył, że zwierzę zboczyło z głównej ścieżki. Stratowane rośliny, popękane gałęzie wskazywały kierunek ucieczki.
– B…Bob, bo Bob od przodu i od tyłu to to samo… – powtarzał pod nosem.
Poczuł się staro. Nagle nogi, niegdyś silne, teraz zwiotczały, uginając się pod ciężarem ciała. Wyciągnięte przed siebie ręce drżały, badając otoczenie. Na chwilę przystanął. Spojrzał na grzbiet dłoni. Nie rozpoznał ich. Pojawiły się na nich brązowe plamy, a wystające spod suchej skóry żyły, nabrały granatowych i ciemnozielonych kolorów.
– Bob!
Głos też się zmienił. Zachrypł. Wiązł, gdzieś w gardle. Potrząsnął głową. Na szyi zatrząsnęła się luźna skóra.
– Co się dzieje… Bob, bo Bob od przodu…
Zamarł. Mokradła… Bzyczenie komarów przybierało na sile. Ziemia stała się bardziej grząska. Ale musiał iść, musiał znaleźć…
– Bob!
W oddali zobaczył coś. Wśród zacierających się cieni ujrzał zarys. Poznał swojego kompana.
– Bob!
Mokradła…
Wyłonili się zza drzew. Oni wcale nie odeszli. Oni zawsze tu byli. Biel przedarła się i pochłonęła go.
***
– Zwiększyć dawkę?
– Nie, nie trzeba. Zaraz zaśnie, może sen przyniesie ukojenie?
***
Leżał w łóżku. Na końcu pokoju zobaczył istotę w czerni. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł uciec. Czekał.
– On zaraz przyjdzie…
– Kto? – zapytał bardziej w myślach. Z ust wydobył mu się jedynie dziwny pomruk.
– Król szachownicy. – Zasyczał głos. – Zaraz przyjdzie.
***
Znów się przebudził, choć nie pamiętał, kiedy zasnął. Czuł się lepiej. Zdołał podnieść prawą rękę. Nie poznał powykrzywianych, bladych palców o pożółkłych długich paznokciach. Chude, wyglądały niczym kraty. Pomiędzy nimi ujrzał go. Króla szachownicy. Nie bał się.
Ubrany był w czarnobiały strój w kratę. Twarz miał nieodgadnioną, niewyraźną. Stał wyprostowany, pełen majestatu.
– Osiodłaj konia, podróż przed tobą.
Głos miał… dobry.
– I pamiętaj. Bob od przodu i od tyłu to to samo.
– Bob… – wyrwało się z jego ust.
– Jedź…
– Bob… – powtórzył, a w kąciku oka pojawiła się pojedyncza łza. Płynęła powoli po zmarszczkach.
Tętent kopyt działał na niego uspokajająco…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania