Poprzednie częściBóbr cz. 1 Bóbr, cz. 2 Bóbr, cz. 3

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bóbr, cz. 5

Piotr wyszedł wieczorem przed dom zaspokoić nikotynowy głód. Odkrył, że został mu ostatni papieros w paczce, a jeszcze na pewno co najmniej raz dziś będzie chciał zapalić. Oraz oczywiście rano. Rozwiązaniem było pójście do żabki w centrum miasteczka (dosyć daleko) lub na stację benzynową tuż przy głównej drodze (dużo bliżej). Założył buty, nie chciało mu się zmieniać przepoconej koszulki i byle jakich szortów, było ciepło, więc poza tym nic zakładać na siebie nie musiał. W późnowieczornej letniej szarzyźnie, gdy wracał pustą, nieutwardzoną uliczką beztrosko paląc szluga i myśląc o przejściu kolejnego etapu w grze wystarczyła jedna chwila, żeby zapamiętał dwie nauczki na całe życie: palenie papierosów to zgubny nałóg i jeśli wieczorem na odludziu ktoś woła cię po nazwisku, lepiej bierz od razu nogi za pas; nie odwracaj się pod żadnym pozorem. Czekały go najdłuższe dwie godziny w życiu.

Wszystko trwało minutę-dwie, zanim znalazł się w bagażniku dużego SUV-a. Najpierw pół miliona voltów z paralizatora przeszyło jego ciało - dobrze widział i rozpoznał osobę, która go obezwładniła. Po chwili z auta wyskoczyło dwóch młodych mężczyzn, wrzucili go do bagażnika, ręce pospiesznie skrępowali taśmą, zakleili usta i wrócili do auta. Kiedy Piotr mógł znów się ruszać, zaczął się wiercić w ciemnym schowku; jakimś cudem ludzie, którzy go porwali zapomnieli o skrępowaniu nóg, więc kopał w drzwi bagażnika, sam nie wiedział, po co. Przecież o ile nawet ktoś na zewnątrz usłyszy, to raczej nie domyśli się, że dźwięki dochodzą z auta, a jeśli nawet, to pomyśli raczej o popsutym zawieszeniu, a nie o osobie w bagażniku. Szansa na otworzenie drzwi w ten sposób była też bliska zeru. Za to porządnie zaczęło to wkurzać kierowcę. Skręcił w jakąś boczną uliczkę, zatrzymał się i zwrócił się do pasażera na przednim siedzeniu podając mu paralizator:

– Weź gnoja tym naładuj, ale porządnie, bo już mnie wkurwia.

– Jasne – pasażer wyszedł z auta. Otworzył bagażnik, widząc ofiarę szeroko się uśmiechnął.

– Dobranoc! – powiedział i poraził Piotra do utraty przytomności.

Wrócił do auta, zamknął drzwi i zapytał:

– Tata, a dlaczego nie możemy go po prostu sprzątnąć albo na nim trochę zarobić?

– Bo nie sramy tam, gdzie jemy - odpowiedział Andrzej.

Stefan patrzył przed siebie, Andrzej zastanawiał się, czy ta przenośnia nie była dla jego syna zbyt wyrafinowana, by był w stanie ją zrozumieć. Natomiast przygłupawy zbir na tylnym siedzeniu, dobry znajomy Wirników, parsknął śmiechem. Widocznie rozbawiło go zestawienie srania i jedzenia w jednym zdaniu.

Dojechali na tyły budynku, w którym mieścił się Żółty Bóbr. Skrępowali dodatkowo nogi Piotra i zanieśli półprzytomnego do piwnicy. Danuta robiła w tym czasie coś w mieszkaniu, które mieściło się w dużej sali szpitalnej przerobionej na lokum.

– Danka, zejdź do piwnicy tak za 20 minut, złapaliśmy nasz problem. Też z nim chciałaś omówić kilka kwestii, prawda?

W nocy, już po tym, kiedy zmaltretowanego Piotra stary Wirnik odwiózł do lasu nieopodal jego domu i puścił wolno, a zdjęcie i nagranie z katowania chłopaka Stefan wysłał studentom, na drugim piętrze atmosfera znów zgęstniała. Kolejna wiadomość dotarła do Bartka i Oli. Zdjęcie Krzyśka i Sylwii z ich pokoju. Czyli tam też są kamery. Bartek pisał coś na książce Oli. Na jednej z prawie czystych stron między zakończeniem i tylną okładką napisał wiadomość:

"Proszę Cię, nie panikuj. Teraz zgaszę światło, porozumiewać będziemy się tylko pisemnie. Wysłałem wiadomość do Krzyśka i Sylwii, że idziemy do nich i żeby otworzyli drzwi, kiedy zapukamy. Teraz wyłącz WiFi w swoim telefonie, ja też to zrobię. Pamiętasz numer ich pokoju, to naprzeciwko, nie dokładnie, ale pierwszy w lewo. Idziemy!".

Para wyszła po cichu z pokoju. Wiedzieli, że nie ma sensu się kamuflować, na korytarzu była kamera, a lampy automatycznie zapalały się na czujnik ruchu.

– A jeśli to nie oni napisali, tylko tamci? Widzisz, do czego są zdolni! – Sylwia dopuszczała możliwość, że to nie przyjaciele wysłali wiadomości, że przyjdą do nich, bo jest poważna sprawa, ale ktoś od Wirników. Usłyszała pukanie, zbladła.

– Jeśli chcą nam coś zrobić, i tak to zrobią. A to raczej Ola i Bartek – odpowiedział jej partner.

Krzysiek otworzył drzwi, do pokoju wparowała Ola.

– Gaście światło, natychmiast! U was też są kamery!

– Że co? - Krzysiek był skonsternowany.

– Popatrz na to – Bartek pokazał na swoim tablecie wiadomości, które otrzymał. Ola zgasiła światło. Bartek zaczął pisać na telefonie, poręczniejszym niż tablet, wiadomość podobną do tej, którą zaadresował do Oli. Pokazał ekran parze przyjaciół. Sylwia wyjrzała przez okno. Krzysiek złamał milczenie, krzyknął:

– Co ty chcesz robić, to jest drugie piętro!

Jego dziewczyna była blada, co widział doskonale i w słabym świetle smartfonowej diody.

Tymczasem u Wirników trwało śledzenie tego reality show.

– Kurwa, mówiłem, że trzeba kupić kamerki z noktowizją, to pierdoliłaś, że za drogo i będą świecić w nocy! Teraz zgasili światła, piszą na tych ekranikach i gówno z widowiska! – podnosił głos Andrzej.

– Cicho, ta blondi chyba chciała uciekać przez okno – śmiała się Danuta z zachowania Sylwii.

– No oby tylko jej nie strzeliło to do głowy, na szczęście widzę, że chłopaki zachowują zimną krew. Nasi gotowi? – Andrzej odwrócił się w stronę Stefana i dwóch znajomych zbirów.

– Lucek też nam bardzo pomógł z tym zakłócaniem sygnału telefonów komórkowych. Może zostawię mu jednak w tym miesiącu stówkę na drobne wydatki – zastanawiała się Danuta.

– A będę mógł mu jeszcze w tym tygodniu wpierdolić? Proszę, mamo... – zapytał Stefan.

– Znajdź sobie na razie inny worek treningowy, a jeśli dobrze wszystko dziś pójdzie, to będziesz miał szeroki wybór. Poza tym, zasłużyłeś ostatnio w ogóle na takie przyjemności? Jak tamten z informacji dojdzie trochę do siebie, to możesz na nim się wyżyć. O ile będzie wychodzić z domu gdziekolwiek indziej niż do pracy.

Krzysiek pokazał reszcie grupy swój pomysł zapisany na ekranie.

"Musi być tu gdzieś plan wyjść ewakuacyjnych. Żebyśmy stąd uciekli. Na policję nie ma co dzwonić, zagłuszyli sygnał, skurwysyny."

"To jest myśl, ale może nie chcą nas zabić i poćwiartować, tylko chcieli popatrzeć, jak ciupciamy i nastraszyć?" – napisał Bartek. Sylwia przez chwilę patrzyła na niego, jakby miała ochotę mu zrobić krzywdę.

"Ciebie dobry humor nigdy nie opuszcza?" – podstawiła mu pod nos swój telefon jego dziewczyna. Też nie była zachwycona jego przemyśleniami.

"Jestem tak samo wkurwiony i wystraszony jak wy, tylko staram się nie tracić zimnej krwi" – odpowiedział jej na swoim urządzeniu.

"CO ROBIMY, DO CHOLERY??????" – włączyła się do tego kółka dyskusyjnego Sylwia.

"Szukanie wyjść na planach ppoż? Są na korytarzach obstawionych kamerami :)" – odpowiedział z opóźnieniem kumplowi Bartek.

"Przecież i tak są tylko dwa wyjścia z tego budynku i wiemy, gdzie one są, nie kombinujcie, uciekamy po prostu!" – napisała Sylwia.

Bartek jeszcze pisał coś na skrawku papieru długopisem. Wcisnął karteczkę do dłoni Oli.

Krzysiek bardzo żałował, że nie wziął nic, co mogłoby się przydać im do samoobrony. Jechali przecież w góry, do spokojnego miasteczka, we czworo, co im tu mogło grozić? Miał przy sobie tylko marny scyzoryk. Biorąc pod uwagę, jak mogli być wyposażeni ci psychopaci, chciało mu się śmiać i płakać zarazem. Niewielki nóż do krojenia warzyw wzięła do kieszeni Sylwia. Ola uświadomiła sobie, jak mogą być bezbronni. Bartek trochę ufał swoim pięściom, ale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.

Nie uciekniecie. To dosyć jasny komunikat.

Postanowili uciekać parami. Klatka schodowa była jedna, więc w dół uciekali razem. Poza nimi nikogo nie było. Przednie drzwi obstawiają Ola i Bartek, tylne Sylwia i Krzysiek. Nie wzięli ze sobą nic oprócz tego, co mogli schować w kieszeniach. Pierwsza para minęła recepcję, dobiegła do drzwi. Na zewnątrz było ciemno. Bartek nacisnął klamkę... Zamknięte.

– KURWA! – chłopaka nie obchodziło, że Wirnikowie mogą go słyszeć. Wejście składało się z drzwi wewnętrznych – solidnych, z małym okienkiem, przedsionka i drzwi zewnętrznych - przeszklonych. Gdyby udało się do nich dotrzeć, można by było je po prostu wybić, pokaleczyliby się, ale uciekli z tego miejsca.

Danuta umówiła się z synem, że będzie pilnowała monitoringu, a on pójdzie pod tablicę bezpieczników. Sygnał sieci ich telefonów też był zakłócany przez urządzenia rozmieszczone w całym hostelu, ale internet z routera działał, jak zawsze. Stefan miał czekać na informację od matki obserwującej, co się dzieje na ekranie.

"Teraz."

Tylne wyjście też było zamknięte. Krzysiek dostał szału, próbował je wyważyć, robił rozpęd i uderzał barkiem w metalowe, ciężkie drzwi bez przeszklenia, które mogłoby dać szansę na wyjście. Na nic.

Kiedy Sylwia stała cała się trzęsąc patrząc na beznadziejną walkę partnera z tym, co dzieliło ich od nadziei na ucieczkę, zgasły światła. Ledwie powstrzymała się od krzyku. Ola już zdążyła się uspokoić i pogodzić z sytuacją. Nie była zaskoczona tym, że wypadł prąd. Spodziewała się takiego plot twista, choć i tak niewiele to zmieniało. Dla drugiej strony również, kamery monitoringu na korytarzach były wyposażone w noktowizory.

– Ukryj się gdzieś – szeptem powiedział Bartek.

– Gdzie? – zapytała jeszcze ciszej Ola.

– Nie wiem, pod biurkiem w recepcji. Albo w tym kantorku za recepcją, jeśli jest otwarty. Albo nie tam, ważne, żebyś mogła uciec, kiedy cię znajdą. Czuję, że będzie ostro, lepiej, żebyś w tym czasie nie biegała po tym pieprzonym hostelu.

Dziewczyna znów wyjęła z kieszeni dżinsów karteczkę od Bartka. Wcześniej, kiedy schodzili po schodach, postanowiła przeczytać, co jej napisał.

"Kocham Cię."

– Bartek, ja też cię kocham, nie wiem, czy ci tego nie mówiłam zbyt rzadko, ale jesteś jedynym facetem, którego naprawdę w życiu pokochałam – wystrzeliła słowa z prędkością karabinu, po czym rzuciła się na szyję chłopaka. Obydwoje całowali się przez kilka sekund, po czym Bartek oznajmił:

– Nigdy w to nie wątpiłem. Teraz uciekaj się schować.

Ola weszła pod biurko w recepcji, po chwili Bartek stojąc wciąż przy drzwiach zobaczył snop ostrego światła padający na ścianę przed nim. Odwrócił się, przed nim stanęła postać w z jego własną maską konia na twarzy, z latarką w jednej i pałką teleskopową w drugiej ręce. Zamachnął się raz, potem jeszcze kilka razy; chłopak dostał w tułów, plecy i nogi. Zjawiła się druga osoba, bez maski, obydwie zaczęły ciągnąć półprzytomnego z bólu Bartka w nieokreślone miejsce.

Krzysiek dyszał ciężko po beznadziejnej próbie wyważenia tylnych drzwi. Sylwia stała obok sparaliżowana strachem. Nagle przypomniała sobie o oknie w końcu korytarza - na drugim piętrze korytarz kończył się małą wnęką z oknem, na parterze mogła być taka sama. Jeśli tylko udałoby się je otworzyć lub wybić szyby, mogliby wyskoczyć na zewnątrz. Parter był podwyższony, ale nie powinni sobie nic poważnego zrobić. Z drugiej strony robienie hałasu wybijaniem szyb, kiedy byli prawdopodobnie wciąż obserwowani przez psychopatów wydawało się obydwojgu słabym pomysłem; mieli nadzieję, że da się to okno normalnie otworzyć. Dziewczyna szeptem zapoznała Krzyśka ze swoim pomysłem i obydwoje cicho, rozglądając się wokół poszli w stronę końca korytarza, mijając drzwi pustych pokoi. Krzysiek poczuł ukłucie w ramię. Jakiś cichobieg znienacka coś mu wstrzyknął. Za chwilę będzie spał jak niemowlę, przez parę sekund spróbuje się bronić, ale bezskutecznie.

– Sylwia, uciekaj! – zdążył krzyknąć.

Pod dużym biurkiem w hallu nadal koczowała skulona Ola. Oddychała cicho, starała się nie wydawać żadnych dźwięków, wiedziała, że zrobili coś Bartkowi i nie jest mu w stanie pomóc. Płakała niemal bezgłośnie. Usłyszała kroki. Tylko nie tu, tylko nie tu...Ktoś zatrzymał się na kilka sekund po drugiej stronie hallu. Zaczął spacerować tam i z powrotem. Ola nasłuchiwała, nie była w stanie określić, jak daleko od niej znajduje się ten człowiek. Biurko było zabudowane od strony wejścia, więc z tamtej strony nie da się jej zobaczyć. Ale od strony zaplecza było miejsca całkiem sporo, wystarczy, że spacerująca osoba zatoczy spore koło i znajdzie się tuż obok niej. Idzie...nie, chyba nie tu...

Prosto w oczy dziewczyny zaświecił latarką człowiek z końską maską. W drugiej dłoni trzymał strzykawkę.

– A kuku, tu jesteśmy! – powiedział.

Druga ze studentek natomiast dobiegła do wnęki, którą spodziewała się znaleźć w tym miejscu. Jest! Okno! Da się je otworzyć! Otworzyła wewnętrzne skrzydło, potem zewnętrzne i wyskoczyła na tyły budynku.

Stefan, który ukradł końską maskę Bartka i teraz w niej paradował po ciemnych korytarzach przypomniał sobie nagle o oknie. Zaczął biec. Otworzył szybko tylne drzwi kluczem, który miał w kieszeni - na podwórzu zauważył, że okno było otwarte.

– Daleko uciec nie mogła – powiedział sam do siebie. Wybiegł, zaczął świecić latarką. Tak wysportowana na pewno nie jest, żeby przeskoczyć ten płot.

Sylwia biegła przed siebie, aż dobiegła pod płot. Był wysoki, szukała miejsca, może jest tam jakaś dziura, jakieś obniżenie...

– Dokąd to, kurwo? – dobiegł do niej Stefan, wyrzucając maskę za siebie. Uderzył ją kilka razy i zaczął ciągnąć za włosy w kierunku budynku.

– Ratunku! Policja!

– Zamknij mordę! Jeśli nie będziesz grzeczna, to twojego chłoptasia urządzimy tak, że w najstraszniejszym horrorze nie widziałaś! – pociągnął dziewczynę mocniej za włosy.

– Nie, nie...Ty gnoju! – Sylwia wyjęła z kieszeni niewielki nożyk, którym przy okazji się skaleczyła. Trafiła młodego Wirnika w przedramię, rana nie była głęboka.

– O ty suko, poczekaj aż wejdziemy do budynku – powiedział wyrywając jej z ręki niewielki nóż z plastikową rękojeścią – ale szamotać się trochę możesz, nieźle mi wtedy stoi, a jak ci znowu przypierdolę, to mi rozporek rozsadzi – z obleśnym uśmieszkiem powiedział młody Wirnik nadal prowadząc dziewczynę do piwnicy. W hallu czekał znajomy zbir, któremu Stefan przekazał Sylwię.

– Bierz ją tam, gdzie resztę, muszę zameldować matce, że mamy wszystkich.

Stefan zadzwonił do matki przez komunikator.

– Mamy już wszystkich.

– Dlaczego tak późno?

– Blondi nam zwiała, ale ją też już mamy.

– Co to znaczy "nam zwiała"? – spytała Danuta.

– Okno. Otworzyła sobie i wyskoczyła. Ale daleko uciec nie mogła i już ją mamy.

– Okno? To okno? Imbecyle! Jak mogliście zapomnieć o tym? – Wirnikowa robiła synowi wyrzuty przez telefon.

– A co mieliśmy z nim zrobić?

– Ja pierdolę! Ty jesteś chyba głupszy od Lucka! Kurwa, byle mocnym klejem obkleić dookoła klamkę i zanim by otworzyła, to byście ją tam znaleźli! Darła pysk tak, że tu ją było słychać, mam nadzieję, że nikt się zbytnio nie zaczął tym interesować...Utrapienie z wami, z tobą zwłaszcza! Ale ważne, że mamy wszystkich, możemy przejść do dalszego etapu. Chłopaki ich przypilnują w piwnicy. A ty chodź do salonu, trzeba omówić, co dalej – zakończyła rozmowę Danuta.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • cos_ci_opowiem dwa lata temu
    Indri, nie zapomnij wystawić jedynek przy pierwszych dwóch częściach :D
  • cos_ci_opowiem dwa lata temu
    Nie wiem czy warto pisać dalej, krótkie formy jednak lepiej chwytają. Chętnie poczytałbym, co jest OK, a co nie jest, szczególnie od tego osobnika, którego mama nigdy nie pokochała i teraz odreagowuje maniakalnie wystawiając mi jedynki bez żadnego uzasadnienia już od drugiego utworu, jaki zamieściłem. Nie wiem czy to indri, mam jeszcze drugi typ, choć co do obydwu mogę się mylić, zresztą to mało ważne.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania