Bóg a przypadek

Kiedyś prezentowałem "zalążek" tego tekstu. Teraz już (chyba) dopracowany i ostateczny. teraz jest sporo nowych, ciekawych informacji.

 

*****

 

W każdej niemal cywilizacji z przeszłości widoczne są ślady kultu bożków, tych mniejszych i tych wielkich. Ciekawym jest fakt, że cywilizacje zupełnie niezwiązane ze sobą tworzyły „pomniki” swoich bogów czy też świątynie ku ich czci. Piramidy klasyczne w Egipcie, schodkowe w Ameryce Południowej i Środkowej, takie same w Kambodży, wielkie figury na Wyspie Wielkanocnej (Rapa Nui, czyli „pępek świata”). W tym ostatnim wypadku, pomijając fakt technologicznego powstawania i transportu, trzeba zwrócić uwagę na ilość pracy włożonej przez mieszkańców w „wyprodukowanie” prawie dziewięciuset posągów różnej wielkości. Tu nasuwa się pytanie, czy fakt wiary u niemalże całej ludzkości jest wtórny, czy pierwotny? Czy nadzieja na coś więcej poza życiem doczesnym pojawia się w miarę rozwoju umysłu, czy potrzebę wiary mamy zakorzenioną w naturze? Znajdujemy sobie wiarę jako wypełnienie „pustki”, czy jest ona niemalże „odruchem bezwarunkowym”?

Należałoby również przyjrzeć się temu, że każde, absolutnie każde prymitywne społeczeństwo wykształciło wiarę w takiego czy innego boga. Zapewne od razu nasuwa się myśl, że to dowód na istnienie boga. Ja tylko stwierdzę, że to dowód na to, iż wiara jest dla ludzkości naturalna jak odruch ssania czy płaczu u dziecka, bo przecież niemożliwe jest, aby wszyscy wpadli dokładnie na taki sam niepotrzebny nam pomysł — że poza życiem doczesnym istnieje coś więcej. Bo rzeczy potrzebne zostały przez ewolucję wzmocnione, a niepotrzebne osłabione lub nawet usunięte. Wysnuwam więc wniosek, że ateizm jest dla człowieka zupełnie nienaturalny. Czy to więc kolejny etap ewolucji, gdzie to, co pierwotne i naturalne, zostało zamienione na coś nowego? Może jest tak, że przez rozwój cywilizacji i świadomości społecznej tworzona jest mutacja umysłowych dążeń i marzeń? Może to odpowiednik mutacji genetycznej, tyle że dotyczący świadomości? Ale istnieje również druga możliwość: to postępująca choroba, która doprowadzi do trwałych zmian. Oby tylko ich efektem nie była zagłada ludzkości jako gatunku.

 

Człowiek jest jedynym stworzeniem na ziemi, które nie jest w stanie osiągnąć rzeczy, do osiągnięcia których natura dała nam predyspozycje. Choćby sam fakt wiary. Jesteśmy wyposażeni w umysł zdolny do wiary, a nigdy nie przenikniemy jej zagadek. Czy nawet fakt myślenia i zmieniania przez to samopoczucia. Własnymi myślami jesteśmy w stanie zarówno poprawiać, jak i pogarszać sobie humor. Żadne inne stworzenie nie ma takiej mocy. U zwierząt działa to prosto: najedzone i bezpieczne — spokojne. My, jako ludzie, potrzebujemy dużo więcej niż tylko pokarm, sen, ciepłe ubranie czy bezpieczny dom. Potrzebujemy bytów „wyższych” takich jak miłość, nadzieja, wiara i szczęście (jakkolwiek je pojmujemy). Wracając do wiary jako bytu pierwotnego czy wtórnego, trzeba by spojrzeć na człowieka w przekroju całego życia, zaczynając od dzieciństwa, a kończąc na późnej starości. Ja skupię się na dzieciństwie. Czy małe dzieci mają potrzebę wiary? Czy ta pojawia się z biegiem życia i rozwijającego się myślenia, a tym samym światopoglądu? Dzieci nie przejawiają skłonności do wiary, jednakże, jak się okazuje, mają tendencję do tłumaczenia tego, co dla nich niewytłumaczalne, przez nadawanie temu konkretnych cech. Przeprowadzono eksperyment, w którym pytano dzieci, dlaczego drzewa mają chropowatą korę. Sugerowano dwie możliwe odpowiedzi: aby zwierzęta mogły się drapać; i drugą: ponieważ kora jest wystawiona na warunki atmosferyczne. Dzieci wybierały pierwszy wariant. Wniosek jest taki, że już we wczesnych etapach rozwoju człowiek próbuje sobie różne rzeczy tłumaczyć, doszukując się rozwiązania, które ma służyć czemuś konkretnemu. Pozostaje to w nas aż do dorosłości, kiedy to próbujemy doszukać się sensu życia. A jest nim na pewno Bóg. Czyli wiarę trzeba sobie tłumaczyć jako mechanizm obronny wynikający z faktu bezsensowności ludzkiego życia w świetle tak rozwiniętego umysłu, który jest w stanie tworzyć sobie coś więcej niż tylko potrzeby doczesne. I tu zamyka się błędne koło pierwotności i wtórności wiary, bo skoro umysł jest w stanie tworzyć sobie byty niezwiązane z życiem doczesnym, to niewątpliwie zostaliśmy wyposażeni w taki mechanizm, a więc ten jest rzeczą pierwotną. Bo o ile sama wiara jest wtórna, to zdolności do wytworzenia jej sobie są pierwotne. Czyli trzeba spojrzeć na te dwie rzeczy jako na całość ludzkiego umysłu. Można to porównać do faktu polowań drapieżników. Na przykład młode lwiątko nie jest w stanie polować na żadne zwierzę, ale zostało wyposażone przez naturę w instynkt łowiecki, a z biegiem życia uczy się metod, więc umiejętność polowania jest rzeczą wtórną, lecz instynkt jest pierwotny. To samo u człowieka. Jako dzieci ani nie umiemy wierzyć w Boga, ani nie mamy takiej potrzeby, jednakże zostaliśmy wyposażeni w umysł zdolny do wiary. I właśnie w tym fakcie należy szukać odpowiedzi na pytania dotyczące wiary.

Czym jest Bóg? Tym pytaniem zajmowali się zarówno ludzie prości, jak i wielcy myśliciele. Jest osobą? Nie jest nią? Jest rozumny czy instynktowny? Jest podobny do ludzi, czy znacznie różni się od nas pod względem „osobowości”? Potrafi odczuwać gniew, czy jest nieskończoną miłością i dobrem? Warto tutaj zwrócić uwagę na sam fakt zadawania pytań. Co jest charakterystycznego w tych pytaniach? Jak próbujemy pojąć istotę Boga, zadając takie właśnie pytania? Wreszcie czym kierujemy się w metodach próby poznania Boga? Posłużę się przykładem. Załóżmy, że istnieje plemię pierwotnych ludzi żyjących gdzieś na wyspie, niemające kontaktu z cywilizacją czy techniką. Szczytem osiągnięć technologicznych jest u nich włócznia wyposażona w kamienny grot. Czyli jednym słowem cofamy się do epoki kamienia łupanego. Któregoś dnia tuż koło wyspy rozbija się samolot i tonie w morzu, a z katastrofy udaje się wyjść cało jednemu człowiekowi. Dopływa on do wyspy i próbuje nawiązać kontakt z jej mieszkańcami. Zupełnym przypadkiem posługuje się tym samym językiem, więc barier komunikacyjnych nie ma. Tubylcy przyjmują go i karmią, ale chcą wiedzieć, jak dotarł do wyspy. Odpowiedź jest dla nas prosta — samolotem. Tylko że to, co dla nas jest proste, wcale nie jest takie samo dla ludzi pierwotnych. Czym? Samolotem? A co to jest? Przecież oni w życiu nie widzieli samolotu. Zaczynają więc zadawać pytania dotyczące istoty samolotu. Aby im wyjaśnić, czym jest samolot, trzeba najpierw wytłumaczyć jego funkcję, czyli fakt latania, a więc można porównać do ptaka, bo ten też fruwa. Ale czy samolot jest ptakiem? Nie. Dalej możemy porównać go do czegoś metalowego, bo przecież ten składa się głównie z aluminium, czyli metalu, ale tubylcy nie znają jeszcze metalu. I w zasadzie więcej porównań nie będzie, bo przepaść technologiczna dzieląca lud pierwotny od nas jest tak ogromna, że nie ma czego porównywać. I w tym przypadku łatwo zauważyć, że w próbie zrozumienia niezrozumiałego posługujemy się porównaniami. I właśnie w taki sposób działa ludzki umysł — odnajduje podobieństwa do tego, co już zna. Jednakże czy tą samą metodą powinniśmy się posługiwać w próbach zrozumienia Boga? Przecież z samej zasady Bóg jest niematerialny i ponadczasowy. Czyli nie dotyczą go żadne zasady, które obowiązują nas. Na ziemi i w kosmosie mamy do czynienia z wymiarami przestrzennymi, materią albo z czasem. Niczego innego nie doświadczamy jako ludzie, czyli byty materialne. Czy więc należy w ogóle próbować zrozumieć Boga? Jeśli już koniecznie chcemy próbować zrozumieć Boską naturę, to może warto posłużyć się metodą orzekania o Bogu przez negację, której zwolennikiem był między innymi Majmonides. Polega ona na zaprzeczaniu podobieństwom między tym, co widzimy i czujemy a Bogiem. Metoda ta wydaje się o wiele doskonalsza, zważając na fakt tak wielkiej rozbieżności naszej i Boskiej natury. Na przykład mówimy, że Bóg nie jest człowiekiem, nie jest śmiertelny, nie jest materialny i wreszcie nie jest „wtórny”. Słusznym zatem twierdzeniem wydaje się to, co mówił św. Tomasz — udowadniając wiarę, niszczymy ją. Próbować zrozumieć Boga, to próbować mu dorównać.

Zastanówmy się zatem, czy cały świat, a w związku z tym i my — ludzie, jako część świata — został stworzony przez Boga, czy jest dziełem przypadku, niezwykłego zbiegu okoliczności, nieprawdopodobnego „losowania” układu pierwiastków, czyli form energii. W pierwszej połowie XIX wieku Darwin opublikował teorię ewolucji, która mówi, że organizmy ewoluowały, przystosowując się coraz lepiej do warunków panujących na ziemi. Najpierw miały powstać organizmy proste, a następnie przekształcały się w coraz bardziej skomplikowane i złożone, aż w końcu, po milionach lat wyewoluował człowiek. Zastanówmy się jednak, czym jest ta ewolucja. Wiadomo już, że o „kształcie” organizmu, a więc i człowieka decyduje genotyp, jednakże ten pozostaje niezmienny od momentu poczęcia aż do śmierci, toteż nie może być mowy o „przystosowywaniu się” w skali gatunku w trakcie życia jednostki. Z punktu widzenia prokreacji nie ma znaczenia czy ten akt odbędzie się po roku życia partnerów, czy po milionie, bo skoro genotyp pozostaje niezmienny w czasie całego życia, to nie istotny jest wiek rodziców dla genotypu dzieci. Skoro genotyp się nie zmienia, to czym jest ewolucja? Ośmieliłbym się stwierdzić, że ewolucja polega na zmutowaniu gatunku. Powiem ostro: chorobowym zmutowaniu gatunku. Tylko że przy ciągle zmieniających się warunkach zewnętrznych (mówię o milionach lat) okazuje się, że jednostka chorobowo zmutowana jest w stanie przeżyć te zmienione warunki, a ta zdrowa nie. Bo gdyby nie chorobowe zmutowanie genotypu, to dany gatunek pozostałby niezmienny przez miliony lat, a tym samym nie istniałaby ewolucja. I tu, biorąc pod uwagę, że mutacja to nic innego niż przypadkowy błąd w genach, a więc przypadek, to nie pozostaje powiedzieć nic innego niż to, że przypadek rządzi światem.

Jednakże czy jest możliwe, aby przypadkowo powstało coś takiego jak człowiek? Z jednej strony wiemy doskonale, jak nieprawdopodobne struktury jest w stanie tworzyć natura — ot choćby formacje skalne na Giant Causway w Irlandii Północnej. Skały wulkaniczne wyglądają jak pieczołowicie ułożony chodnik z dobrze dopasowanych brył. A z drugiej strony w naturze raczej mamy do czynienia z „samoniszczeniem” tego, co zostało stworzone. Natura ma raczej destrukcyjny wpływ na istniejące rzeczy — na przykład erozja skał, starzenie się organizmów i w końcu śmierć. Czy więc jest możliwe, aby przypadek stworzył prostą bakterię, potem wyposażył ją w możliwość rozmnażania się, a następnie, zamiast zniszczyć, doskonalił, przeistaczając w coraz bardziej skomplikowane formy życia? W końcu czy możliwe, aby przypadek stworzył istotę zdolną do myślenia abstrakcyjnego?

Z jednej strony trzeba by skłonić się do przekonania, że jest to dziełem przypadku, a nie Boga, bo tezy nieempiryczne są niesensowne (o czy mówi pozytywizm logikalny), jednakże czy nasza jaźń jest empiryczna? Czy miłość jest empiryczna? Czy są jakiekolwiek dowody, że ktoś jest zakochany? Zwiększa się poziom oksytocyny produkowanej przez podwzgórze mózgu, ale jest ona obecna również w innych stanach emocjonalnych. Co więcej, oksytocyna działa kojąco na ciało migdałowate, a ono jest odpowiedzialne za lęk. Może więc dzięki oksytocynie odczuwamy mniejszy strach, a tym samym spokój, a nie miłość? Skoro miłość jest nieempiryczna, bo nie da się jej dowieść, to można by stwierdzić, że nie istnieje, a spróbujmy powiedzieć kochającej matce, że miłości nie ma. Co więcej — nie tylko miłości możemy zaprzeczyć, ale każdym naszym odczuciom. Jako ludzie jesteśmy w stanie, zależnie od nastroju, zaprzeczyć wszystkiemu, co nieempiryczne, lub to potwierdzić. Ot, chociażby tę samą osobę potrafimy jednego dnia kochać, a drugiego nienawidzić. A to ta sama osoba, jedynie jej czyny się zmieniły. Tylko że czyny wynikają z naszych oczekiwań, dążeń, a te najczęściej bywają niezmienne. Tak więc na przykład jednego dnia ktoś nie decyduje się na zdradę, mimo iż ma do niej skłonności, a drugiego tak. Czyli kochaliśmy osobę, która nosiła się z ewentualnością zdrady, ale jeszcze tego nie dokonała. A przestaliśmy kochać, gdy została przekroczona ta czuła granica. Tylko że, jak wspomniałem, to wciąż ta sama osoba. Oczywiście można powiedzieć, że jakiś człowiek nie myśli o zdradzie, a decyduje się na nią pod wpływem chwili, spotkanej osoby. Ale gdyby ktoś widział w swoim partnerze cały świat, nie dostrzegłby nowego obiektu westchnień.

Skoro raz potrafimy kochać, a za chwilę nienawidzić tę samą istotę, to warto unieść się ponad naszą naturę sympatii, antypatii, wyuczonych schematów i nawyków, i odpowiedzieć na pytanie, czy Bóg to stworzył, czy przypadek.

Jeszcze jedna kwestia: otóż, skoro w każdej cywilizacji wykształciła się wiara w jakiegokolwiek boga lub wiele bóstw, to należy przypuszczać, że natura ludzka w reakcji na różne aspekty życia reaguje wiarą naturalnie. Tak jak dla kota naturalnym jest wchodzenie do pudełek i zaułków, bo prawdopodobnie tam bezpieczniej i cieplej, tak samo dla człowieka, który musi zmagać się z myślami na temat swojej śmiertelności i doczesności, wiara jest czymś naturalnym. Bo niemożliwe, aby wszystkie cywilizacje wykształciły wiarę sprzecznie do swoich potrzeb. Sądzę więc, że to potrzeba złagodzenia śmiertelności jest przyczyną wiary. A czy w cywilizacjach nowoczesnych nie ma takiej potrzeby? Czy przez wiedzę zmniejszy się taka potrzeba? Obawiam się, że nie, bo „obwód” emocji w mózgu jest o wiele silniejszy niż obwód intelektu. Silniejszy i bardziej pierwotny. A skoro nadal mamy potrzebę złagodzenia śmiertelności, to wiara nadal spełnia tę samą funkcję, co przed tysiącami lat. Natomiast jeśli ludzie wyrzekają się wiary, sądzę, że zostaje jakieś niezaspokojone emocjonalnie pole, które prędzej czy później przyniesie skutki negatywne. Analogicznie się dzieje, gdy — generalizując — wyrzekniemy się złości. Takie wyrzeknięcie się bywa nazywane „złością zablokowaną” i jest to znany w obecnej psychologii problem. (Choć przyczyną takiej blokady jest zawsze nieokiełznane poczucie winy, czyli przeciwieństwo złości.) Skutki zablokowania złości bywają gigantyczne, jak olbrzymia apatia, niechęć do życia, ciągle rosnące poczucie winy. Chciałem zatem zadać otwarte pytanie, jakie skutki przyniesie wyrzeknięcie się wiary?...

 

„Jeżeli, daj Boże, Pana Boga nie ma, to chwała Bogu; ale natomiast jeśli, nie daj Bóg, Pan Bóg jest, to niech nas ręka boska broni” — Jan Tadeusz Stanisławski

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (28)

  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    "U zwierząt działa to prosto: najedzone i bezpieczne" - nie mogę zgodzić się z tym stwierdzeniem.
    A rozważania jakich wiele i niczego nie rozwiążą. Polecam "Przebudzenie" Antony de Mello jak lubisz drążyć (zresztą ja też) to pozycja obowiązkowa.
    Pozdrawiam
    5
  • SwanSong 2 miesiące temu
    A jakie rozważania na ten temat coś rozwiążą? To znaczy, że mamy przestać dyskutować?
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Józef,
    "Przebudzenie" to książka, która zaszkodziła każdej znanej mi osobie, która ja przeczytała.
    Tez uważam, że taki tekst bardziej przypomina tupanie, bo i tak ludzie pójdą za modą.

    Pozdrawiam.
  • Celina 2 miesiące temu
    Antoni Grycuk co znaczy zaszkodziła? W jaki sposób?
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Celina
    A głów się. Dobrze Ci to zrobi.
  • Celina 2 miesiące temu
    Antoni czyli tylko tak sobie mówisz, nie potrafiąc tego uzasadnić. Szkoda.
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Celina
    wiedza w rekach osób nieodpowiednich staje się niebezpieczna.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Antoni Grycuk Książki w których jest miłość szkodzą? W jaki sposób? Wydaje mi się, iż mi nie zaszkodziła😀
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    SwanSong Trzeba dyskutować, bo czemu nie. 👍
  • Celina 2 miesiące temu
    Sporo pary poszło w gwizdek, porządnie nagłowiłeś się pewnie nad tekstem, żeby naszpikować go różnymi ciekawostkami, ale nie rozumiem jednej, podstawowej sprawy. Komu i co chciałeś tym tekstem wyjaśnić, pokazać, udowodnić. Innymi słowy, czemu służy ten tekst.
  • SwanSong 2 miesiące temu
    Przecież ty cały czas wrzucasz pierdoły, które nikomu i niczemu nie służą, a potem bronisz ich, że może zachęcą kogoś do myślenia. No to, ten tekst zawiera więcej motywacji do myślenia niż twoje obrażające ludzi wpisy.
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Bogusiu, kochana nieinteligentko, ten tekst napisałem 9 lat temu, jak dużo szukałem, ostatnio tylko go poprawiłem mocno.
    A jakbyś nie wiedział, podobne teksty piszemy zawsze, ale to ZAWSZE do siebie samego!
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    SwanSong
    Dziękuję!
    Pozdrawiam
  • Celina 2 miesiące temu
    SwanSong nie Ciebie pytałem, więc nie wiem po co się wtrącasz. Ale skoro już sygnalizujesz, że prawda Cię boli, a co gorsze obraża, to informuję, że tupiąc nóżkami nie sprawisz, że prawda zniknie.
  • Celina 2 miesiące temu
    Antoni dla siebie??? To dziwne. Zawsze myślałem, że piszemy dla czytelników, żeby z takiego tekstu ewentualnie coś wynieśli dla siebie. Po raz pierwszy spotykam autora piszącego dla siebie, a jednocześnie wrzucającego owe teksty publice.
  • SwanSong 2 miesiące temu
    Celina
    Wtrącam się, gdzie chce i kiedy chce. A twoja prawda to g... prawda.
  • pansowa 2 miesiące temu
    SwanSong to już masz znaczone, gdzie się możesz odzywać?
    Ale bezczelne się toto zrobiło :)
  • Celina 2 miesiące temu
    SwanSong czyli postępujesz po chamsku, ale to Twoja sprawa. A prawda nie jest moja, ale uniwersalna, ogólnoludzka.
  • SwanSong 2 miesiące temu
    Celina
    To twoje zdanie. Nie, nie jest ogólnoludzka. To, że tak sobie ją nazywasz, nie czyni jej ogólnoludzkiej.
  • SwanSong 2 miesiące temu
    pansowa
    Jak widać, teraz potrzeba pozwolenia panny Celinki na zabranie głosu ;)
  • pansowa 2 miesiące temu
    SwanSong dokładnie
  • pansowa 2 miesiące temu
    Strasznie bezczelna pannica.
    Nawet wyznaczanie prawd ogólnoludzkich sobie uzurpuje.
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Antoniuszu↔Bardzo ciekawy tekst w sensie poruszonych kwestii.
    Lubię takie rozważania i pytania, gdzie odpowiedź bywa za „mgłą”
    Moje „trzy grosze”:
    Metaforycznie wiemy tyle o Bogu, co komputer o człowieku.
    Dla niego pojęcia: miłości, nienawiści i tego typu uczuć,
    są poza granicą pojmowania.
    Jednakowoż nie pomyślimy więcej, niż możemy, w granicach swojego umysłu.
    Nie chciałbym wierzyć w Nadistotę,
    której istnienie, można by bez problemu udowodnić,
    co by oznaczało, że jest na naszym „poziomie.” To co to byłby za bóg?
    Istnienie Boga, nie ma początku i nie będzie miało końca.
    W przeciwieństwie do nas. Z początkiem.
    Oczywiście cały komet→to zdaniem mym:)
    Pozdrawiam:)↔5
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Dekoś,
    jak najbardziej się zgadzam.
    A tekst jest stary, jeno poprawiony i dopisane co nieco.

    Pozdrawiam
  • Ant 2 miesiące temu
    Świetny tekst. Bardzo mi się podoba!
    Odnośnie otwartego pytania (zakładam, że pytasz o wiarę w Boga?). W pytaniu przyjąłeś założenie, że każdy jest wierzący. Jeśli ktoś kto ma w sobie wiarę i się jej wyrzeka to z pewnością nie będzie to korzystne dla psychiki tej osoby. Natomiast jeśli ktoś nie ma wiary, to problem nie istnieje.
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    No, pierwszy raz Cię chyba widze pod moim tekstem.
    Po pierwsze wychodziłem z założenia, że wiara jest naturalna dla każdego człowieka, skoro w każdej cywilizacji się wykształciła.
    A ludzie z zablokowaną złością myślą dokładnie to samo - ja po prostu nie odczuwam złości.

    Dzięki za komentarz i piękne słowa.

    Pozdrawiam
  • DEMONul1234 2 miesiące temu
    Bardzo dobrze napisane. Tu odwołam się do mylnego przekonania większości osób. To, że na Ziemi istnieje tyle wyznań, tylu bogów nie neguje istnienia istoty wyższej. Ludzie mieli swoje wyobrażenia Boga i tyle.
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Zgadza się. To może działać na zasadzie, że czują, że cos jest, ale nie wiedzą co.

    Dzięki i pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania