Bohema, czyli podróż do raju
Złamaną łyżką kopię tunel
Na niebieskiej tafli wyschłego nieba
I przebijam wszystkie nieciągłe lądy
Roztapiam lody szukając znaczenia
I rozpoławiam mury, wytyczam granice
Zaznaczam na mapie gdzie kończy się życie
A wszystko to po to, by wyjść z pudełka
Rozpocząć w kosmosie balet nieszczęścia
Bo po wodach płynę wpatrując się w niebo
A wodnik z rybami po wagę płynie
I strzelec we lwa strzela, a ten umiera
I ciężarem swoim bliźnięta rozdziela
A rak wraz ze skorpionem w mule dna ginie
Gdy byk rozwścieczony muł w wodzie męci
Koziorożec ucieka stratując barana
A śpiew panny mą łódką przez wody porusza
A ty zawieszony na niebie księżycu
Wytyczasz mi drogę!
Choć, mnie, szklance wody, wcale niepotrzebny
Bo wiem, że tam dotrę!
Gdzie gwiazdy polarnej blask
Ukryte jest wejście
A mnie popękane od wielu lat serce
Wpuści w bohemę!
Gdy stoję przy bramie tegoż oto świata
Pukam trzy razy.
Raz.
Drugi raz.
I ten trzeci.
=(Pieśń powitalna)
A w bohemie
Zamiast wody
Płynie czysta wódka!
Płoną krzewy,
Piękne panny
Nago tańczą musztrę!
A ty, podróżny
Napij z nami się!
A ty, podróżny
Już nie przejmuj się!
A w bohemie,
Biją brawa;
Bóg całuje diabła!
Każde słowo
Jest prawdziwe,
Zapisane w gwiazdach!
A ty, podróżny
Napij z nami się!
A ty, podróżny
Już nie przejmuj się!
=(Sonet romantyka)
Siedzę tu rok drugi
Panu Bogu miły
Ja, diabeł prawdziwy
Mej miłości wrogi
Zamknął mnie w butelce
Bardzo piękny, młody
Miłości mej morderczy
Co lepszy jest ode mnie
Teraz puste kieliszki
Roztrzęsione demony
I łzy moje spływają
Łamię sam sobie paliczki
Do ust przykładam spusty
Na linie ciała zwisają
=(Interludium)
Kiedy przemierzam jej ulice dalej
Piękno wciąga mnie coraz głębiej
Tam gdzieś w oddali słyszę śpiew panny
A świat przed bramą wykreśla mnie z siebie
I siadam na ławie ustawionej w rzędzie
I słyszę jak nagle wybrzmiewa muzyka
Oto na scenie, wystawiają spektakl
Czyja to historia, co to na mnie czeka?
=(Przedstawienie)
Gdy na scenie oni, starożytni Grecy
Wyśpiewują swoje ody do Bogów
My, trupy teatry średniego wieku
Z nożami, tyfusami i chorobami
I w imię wszechnogącego Boga
Mordujemy tych wszystkich pogan,
Edypów, antygony i piszemy Biblię
Lecz nas wymordują
Molier z Szekspirem
A jeden na drugiego spode łba patrzy
Pisze komedie dla króla Ludwika
I obaj w rytm muzyki tańcząc
Duszą siebie dla królowej Anglii
Lecz gdy na scenę wychodzi Konrad
I Balladyna morduje Alinę
Po scenie biega gęś zielona
Krzycząc niepoprawne politycznie żarty
I do szkoły się przenoszą młodociane ciała
Gdzie morduje ich wesele wybitnego Stanisława
Na weselu gra orkiestra tango wielkie
I wszyscy tańczą i popioły opadają gęste
=(Rytuał)
Wstąp tu.
Rozpalone ognisko
I pochodnie w dłoni.
Czytamy wiersze.
Śpiewamy pieśni z dramatów.
Do ogniska trafia
Pseudointelektualny bełkot.
Niech ogień go zeżre.
Ars gratia artis.
Namalujmy obraz.
Krwią czerwoną, krwią zieloną
Krwią niebieską, krwią żółtą.
Ars gratia artis!
Krzyczcie za mną.
Módlcie się nad sztuką
Do sztuki, dla sztuki.
Niech wszyscy patrzą.
=(Występ patrioty)
Więc ja pomrę za orła
Przed orłem swe serce wyrwę
Ja, ręka mesjasza dotknę ziemi
I namaszczę ją krwią swoją
I wino wyleję na grób żołnierza
I za zmarłych wypiję kieliszek
A gdy wyrwą mi ojczyznę z ręki
To wodę wyleję na kartki
I tak oto powstaną wiersze
O bólu, tęsknocie i stracie
O miłości, o życiu i wierze
O wolności i walce za swoje
Lecz to nie teraz, teraz wypiję
Kieliszek jeden, drugi i trzeci
W gnieździe nieswoim zamieszkam
I o wolności będę marzył
Sam nic nie robiąc
By o wolność walczyć.
=(Serce)
Oto ty, serce, stoisz przede mną
Odsłonięte. Wybijasz rytm życia,
Pompujesz krew dalej.
To dzięki Tobie to wszystko działa,
Dzięki Tobie jesteśmy nie do zdobycia!
I mimo rys wielu i dziur po ludziach
Ty nie przestajesz, kontynuujesz i trwasz.
I ty, nasza zamknięta w ciele duszo
Co śpiewasz pieśni żałobne o wietrze
Tworzysz nas, wolną wolę, na świecie
Gdzie cenzura wiecznie próbuje nas zdławić
Lecz cóż to się dzieje, serce jedyne?!
Pompujesz coraz szybciej krew do ciała
I wszystko w ciele jakby szybciej płynie
Asymetrycznie wybijasz ciąg życia na ścianach
I nagle w zamęcie tym wielkim zastanie nas
Jedno słowo:
Śmierć.
=(Interludium drugie)
Więc biegnę, bo coś pękło
A słów wszystkich powoli brakuje
I żegnam się z tą całą kulturą
Coś jakby dłoń wielka ją wymazuje.
Więc krzyczę na kartkę pustą
I szukam w powietrzu inspiracji
Lecz w końcu myśli wszystko zagłuszą
Gdy upadnie wszystko, zmienię się w plastik.
Więc staję przed bramą i słyszę pukanie
I krew do gardła mi cała podchodzi
Oto sam pukam do swoich drzwi
I chyba ten ja nie otwiera mi.
=(Monolog Podróżnika)
Gdy pióro zamieni się w broń maszynową
I słowo zamieni się w metalową kulę
To runę na ziemi przed tobą, o zgrozo
Panno, coś śpiew mnie niósł po tej wodzie.
Gdziem ja zabłądził, gdzie wolność i trwoga
Smak alkoholu przypomina mi w ustach!
I uciec już nawet nie mogę do Boga!
Ucieczka gdziekolwiek wydaje się pusta!
Więc wraz z tą bohemą chyba pójdę na dno,
Księżycu, ty jedyny na niebie jesteś obecny
Lecz już nie na długo. Światło zgasło, bo
Oto słońce wstaje, ja w tym świecie nieobecny
Na listach obecności jestem skreślony.
Chcociaż walczyć chcę, to padam na ziemię
I klękam, chcę błagać o przebaczenie
Lecz jak mam wybłagać, skoro sam się skazałem?
Pękła jak bańka moja jedyna nadzieja.
I póki mogę, chcę odnaleźć raj wieczny
Lecz raju wiecznego odnaleźć nie mogę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania