Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Bractwo Peruna – część 1

Opowiem historię o uwodzicielskich rusałkach, pogańskich bogach, dzielnych Słowianach i pięknych Słowiankach. Wszystko działo się naprawdę, ale pewnie nikt mi nie uwierzy.

Słowiańskie, nadprzyrodzone istoty znane tylko z ustnych przekazów żyły wśród nas. Magia i czary istniały kultywowane przez wiejskie wróżki i słowiańskich kapłanów zwanych żercami, którzy składali bogom ofiary.

Pogańskie ludy wierzyły w wielobóstwo. W mitologii jednym z ważniejszych bogów był potężny Perun, który podobnie jak grecki Zeus władał piorunami. Perun początkowo był przedstawiany jako bóstwo bezpostaciowe. Dopiero później kultyści czcili dęby. Były to święte drzewa, będące symbolem gromowładnego boga.

Niestety nastały czasy wojen domowych i zarazy. Bracia walczyli z braćmi w bratobójczym boju ogniem i mieczem. Doszło to pogromu ludności cywilnej. Niewinne dzieci i kobiety były bestialsko mordowane przez najeźdźców. Tych, którzy mieli szczęście ocaleć dobiła zaraza. Słowianie postanowili modlić się do swoich bogów. Kapłani składali ofiary w postaci kogutów, wina, miodu czy jajek.

Słowiańskie dary przyniosły skutek. Wojny ustały, a zaraza minęła. Nastały czasy pokoju i dobrobytu. Jednak, żeby uniknąć dalszemu rozlewowi krwi i zapobiec innym nieszczęściom żercy założyli tajne stowarzyszenie. Nazwali je Bractwem Peruna. Przez wiele lat był pokój. Jednak wszystko co jest dobre, to musi kiedyś przeminąć…

Pewnej nocy w okolicy osady, w której mieszkam z rodziną pojawił się spadający meteor. Był zwiastunem zła i przemocy. Demon Żmij, który był wrogiem Peruna, chciał powrotu wojen i chorób.

Obudziły mnie krzyki ludzi. Wstałem z leża jak szalony i wybiegłem na zewnątrz chatki. To było nierozsądne. Dosłownie o kilka centymetrów, w okolicy głowy, przeleciała strzała z ostrym grotem. Trafiła w syna kowala, który został przeszyty na wylot. Śmiertelnie ranny upadł i upuścił miecz. Na moich oczach ginęli ludzie, których znałem, lubiłem i kochałem.

Mroki nocy oświetlały płonące, drewniane chatki i ludzie z osady, którzy zamienili się w żywe pochodnie. Słyszałem płacz i krzyki dzieci oraz jęki w agonii rannych mieszkańców.

Wróciłem do chatki i znalazłem miecz. Wziąłem, także kołczan z łukiem. Błyskawicznie wybiegłem walczyć z najeźdźcą. Ojciec nauczył mnie walczyć włócznią i mieczem. Ponadto był myśliwym i przekazał mi bezcenną wiedzę jak strzelać z łuku oraz polować na zwierzynę.

Między płonącymi chatkami poruszali się konno napastnicy. Podpalali je. Włóczniami przebijali na wylot mieszkańców wioski. Pozostali wrogowie strzelali z łuków do obrońców i wiązali kobiety, które brali do niewoli.

Nagle jeden z najeźdźców ruszył na koniu w moją stronę, wymachując ogromnym toporkiem. Nie przestraszyłem się. Znajdowałem się pod wpływem adrenaliny. Gdy wróg znalazł się pięć metrów ode mnie wystrzeliłem strzałę. Trafiłem go prosto w oko i śmiertelnie ranny upadł na błotnistą ziemię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania