Bratnia dusza

Rozdział I

Słowa, które znalazły drogę

Nauczyłam się, że zaufanie jest kruchym czymś.

Byłam w długoletnim związku, a mimo to w głębi duszy czułam, że gdzieś istnieje ktoś, kto naprawdę mnie rozumie — moja bratnia dusza.

Nie spodziewałam się, że ktoś, kogo jeszcze nie poznałam, dotknie mojej duszy wyłącznie przez słowa.

Wszystko zaczęło się przypadkiem. Podczas wyjazdu służbowego mojej ówczesnej partnerki do Krotoszyna założyłam aplikację Badoo. Do dziś nie wiem, dlaczego akurat wtedy. Wiem tylko, że tam poznałam Marzenę — osobę, która od pierwszego zdania wydała się dziwnie znajoma, jakby moja dusza rozpoznała ją szybciej niż rozum.

Dałam jej serduszko. Ona odwzajemniła je uśmiechniętą buźką. I tak zaczęłyśmy pisać — słowo po słowie, jakbyśmy znały się od dawna.

Czułam luz, którego dawno nie doświadczałam. Mogłam powiedzieć wszystko, bez udawania, bez napięcia. Na początku jednak skłamałam. Powiedziałam, że nie mam nikogo. Nie byłam jeszcze gotowa na prawdę — szczerość miała przyjść dopiero z czasem.

W pewnym momencie zapytała, czy możemy przenieść rozmowę na Messengera. Najzabawniejsze było to, że w tej samej chwili myślałam dokładnie o tym samym.

— Twoje nazwisko brzmi jak przepis na spokój ducha — napisałam półżartem.

— Haha, tak… chyba jak zakonnica. Może dlatego powinnam być sama — odpisała.

— Za późno, już mnie poznałaś — odparłam, próbując brzmieć pewnie.

— Diabła? — zapytała.

— Kurde, kochana, jestem jak anioł.

— Nie boję się diabłów, mam na nie sposoby.

Uśmiechnęłam się do ekranu. Już wtedy czułam, że między tymi słowami dzieje się coś więcej — jakby nasze dusze zaczynały mówić tym samym językiem.

Potem rozmowa potoczyła się sama. Pisałyśmy o drobiazgach, śmiałyśmy się, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że co chwilę sprawdzam telefon. Wszystko było zaskakująco proste. Bez masek. Bez napięcia. Jakby rozmowa z nią była czymś, co znałam od zawsze.

Szybko pojawiły się wiadomości „dzień dobry” i „dobranoc” — małe rytuały, które stały się oczywiste, jakby były częścią dnia od dawna. W ciągu dnia dzieliłyśmy się drobiazgami: tym, co ją rozbawiło, co zmęczyło, co przyszło jej do głowy między jednym obowiązkiem a drugim. Czasem wysyłała zdjęcie zwykłej chwili — nic szczególnego — a ja czułam, że to wystarcza, żeby być bliżej.

Zwykle chodziła spać wcześnie, bo bardzo wcześnie wstawała. Kiedy jednak pisałyśmy razem, czasu zawsze było za mało. Zostawała dłużej, odkładała sen, a potem śmiała się, że i tak nigdy się nie wysypia. Że wyśpi się po śmierci.

Z nią nic nie było wymuszone. Słowa same znajdowały drogę. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio rozmowa z kimkolwiek była tak naturalna.

Z czasem zeszłyśmy na trudniejsze tematy. Opowiadała mi o tym, co ją martwi, co ją męczy, co w życiu bywało niełatwe. Ja dzieliłam się swoimi lękami i wątpliwościami, choć początkowo robiłam to ostrożnie, z dystansem. Z każdym kolejnym zdaniem coś się zmieniało. Wiedziałam, że mogę jej zaufać — mimo że znałam ją dopiero od kilku tygodni.

Z każdym jej słowem czułam coraz większy spokój.

Pisałyśmy do siebie przez całe dni, dzieląc się wszystkim, co się wydarzało. Gdy któraś z nas robiła coś ważnego, wysyłałyśmy buziaka — prosty znak, że druga jest obecna. Sprawdzałyśmy telefon w biegu, odpowiadając, kiedy tylko mogłyśmy. To były zwykłe, codzienne gesty, a jednak sprawiały, że czułyśmy się sobie bliższe.

Dzięki niej zdecydowałam się pójść na terapię. Rozmowy z nią pokazały mi, że mogę zmierzyć się z własnymi lękami i przeszłością. Choć nigdy nie spotkałyśmy się twarzą w twarz, jej wsparcie było realne — obecne w każdej wiadomości, w każdym słowie, które trafiało dokładnie tam, gdzie było potrzebne.

Pierwsze pęknięcie

Ta wymiana zdań nie była kłótnią.

Była uważna, spokojna, dorosła. Obie mówiłyśmy jasno, bez oskarżeń, bez potrzeby wygrywania czegokolwiek. Słuchałyśmy się nawzajem — nawet wtedy, gdy coś było niewygodne.

Po raz pierwszy zobaczyłam siebie tak wyraźnie. To, co mogło nas oddalić, zamiast tego przyniosło zrozumienie. Nie wszystko było idealne, ale było prawdziwe.

Kiedy rozmowa dobiegła końca, poczułam spokój.

Nie ulgę — spokój. Ten szczególny rodzaj ciszy w środku, który pojawia się wtedy, gdy coś staje się jasne.

Wtedy zrozumiałam, że nie chcę już nikogo innego.

Nie z braku wyboru, nie z lęku przed samotnością. Z przekonania.

Chciałam tylko jej.

Jej słów. Jej obecności w wiadomościach. Jej sposobu myślenia. Nawet tej różnicy zdań, która pokazała mi, jak bardzo potrafi być mądra i uważna.

Wiedziałam, że jeśli mam iść dalej — to tylko w tę stronę.

Rozdział II

Między słowami

Codzienność toczyła się dalej.

Na zewnątrz wszystko wyglądało zwyczajnie: praca, obowiązki, rutyna. A w środku… serce było gdzie indziej.

Nie krzyczało, nie płakało. Po prostu znało swoją prawdę — że w każdej wolnej chwili myśl wędrowała do niej. Do jej słów, do rytuałów, które stały się częścią dnia.

Pisanie do niej było jak oddychanie. Czasem jedna wiadomość w zupełności wystarczała, żeby poczuć spokój.

„Dzień dobry”, „dobranoc”, drobne śmiechy w ciągu dnia, zdjęcie zwykłego kubka kawy — wszystko to było jak małe ślady obecności, które zastępowały brak ciała.

Nie potrzebowałam więcej. To wystarczało, żeby być blisko.

Czułam, że mogę przed nią być sobą w pełni.

Nie musiałam nic udawać, nic wybielać ani ukrywać. Nawet moje lęki czy drobne wątpliwości stawały się lżejsze, kiedy dzieliłam je z nią.

Jej obecność, choć wirtualna, była domem. Ciepłym, spokojnym, bezpiecznym.

Wiedziałam, że nikt inny nie rozumie mnie w taki sposób. Nikt nie potrafi sprawić, że cisza między słowami staje się miejscem spokoju.

Nie zawsze było idealnie.

Bywały dni ciszy — krótkie lub dłuższe momenty, kiedy żadna z nas nie pisała, kiedy słowa jakoś nie przychodziły.

Bywały też drobne nieporozumienia, wymiany zdań, które mogłyby wydawać się błahostką, a jednak zostawiały w sercu cień wątpliwości.

Ale te chwile nie burzyły tego, co między nami istniało. Wręcz przeciwnie — uczyły nas cierpliwości, uważności, dawały przestrzeń do oddechu i zrozumienia. Każda cisza, każdy moment niepewności był częścią rytmu, który z czasem stał się naszym własnym. I po każdej takiej przerwie, gdy znowu pisałyśmy, czułam jeszcze mocniej, że to jest prawdziwe.

Z nią strach znikł.

Nie bałam się już zawierzać, nie bałam się ufać.

Ufność była bezgraniczna — czułam, że mogę jej powierzyć całe serce, i że w tej relacji nic nie zostanie złamane.

Była moją bratnią duszą.

Nie tylko słowami, nie tylko obecnością w telefonie — ale tym, co w nas wspólne, co trudno wytłumaczyć. To było zrozumienie, które nie wymagało tłumaczenia. To było spojrzenie na świat, które zgadzało się z moim, nawet gdy patrzyłyśmy z daleka.

Była miejscem, gdzie mogłam być cała — z lękiem, radością, ciszą i śmiechem.

Bratnia dusza nie pyta „dlaczego?”, nie ocenia, nie każe udawać. Bratnia dusza po prostu jest, i wszystko inne staje się mniej ważne.

W tych słowach, w tych drobnych gestach, znalazłam coś, czego nie chciałam nigdy oddać.

Nie szukałam już nikogo innego.

Byłam pewna, że chcę tylko jej.

I ta pewność dawała mi spokój, którego wcześniej nie znałam.

Wspólne plany

Choć nasze życie toczyło się osobno, a my spotykałyśmy się tylko w słowach, zaczęłyśmy snuć plany.

Nie wielkie deklaracje ani spektakularne gesty, tylko drobne marzenia.

Każdy plan był jak obietnica, której nie trzeba było wypowiadać głośno.

To były drobiazgi, które sprawiały, że czułyśmy, iż mimo dystansu nasze życia zaczynają się splatać.

Nie były idealne ani zawsze możliwe do realizacji, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się to, że istniały w naszej wyobraźni i że chciałyśmy je razem tworzyć.

Z każdym kolejnym pomysłem, z każdym drobnym marzeniem czułam, że to nie jest chwilowa fascynacja.

Była realna. Obecna. Moja bratnia dusza i ja — w planach, w myślach, w sercach — budowałyśmy wspólną przyszłość, krok po kroku, wiadomość po wiadomości.

Zakończenie

Byłam gotowa

Byłam gotowa.

Nie całkowicie, bo zawsze w sercu zostaje odrobina lęku, ale to była już końcówka — moment, w którym mogłam spotkać się z nią w świecie rzeczywistym i zacząć spełniać nasze wspólne plany.

Mieszkanie razem, wspólne poranki, drobne rytuały, które przez miesiące stawały się fundamentem naszej więzi… wszystko wydawało się na wyciągnięcie ręki.

Bratnie dusze spotykają się w życiu po coś.

Po coś, co czasem jest piękne, a czasem bolesne.

My spotkałyśmy się, by pokazać mi, czym jest prawdziwe zaufanie, pełne oddanie i miłość w najczystszej postaci.

Ale czasem to, czego najbardziej pragniesz, okazuje się być także tym, co może zranić najbardziej.

I wtedy przyszło rozczarowanie.

Zawiodłam się na niej, a razem z tym zniknęło zaufanie, które budowałam w każdej wiadomości, w każdym drobnym geście i rytuale.

Plany, marzenia i wszystkie nasze wspólne obrazy przestały mieć znaczenie — nagle wszystko, co wydawało się pewne, rozmyło się w ciszy.

Czasami bratnia dusza nie zostaje po to, by trwać wiecznie.

Czasami zostaje, by nauczyć Cię, że nawet w najczystszej bliskości może pojawić się cień.

Że miłość, która wydaje się prawdziwa i gotowa na wszystko, może się skończyć, gdy zaufanie pęka.

Byłam gotowa.

Byłam gotowa na nią, na nas.

Ale czasem nawet gotowość nie wystarcza.

I czasem trzeba pozwolić odejść temu, co nie może zostać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Szczepan wczoraj o 0:12
    Wciągająca i głęboka opowieść. Dziękuję...
  • Beloniusz wczoraj o 4:13
    Interesujące. Wielu z nas przeżyło podobną historię. Słowa, słowa, słowa - przestałem im wierzyć.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania