Brudny, wymięty łach

1. Spotkanie z przeszłością

"Siarczysty mróz na zewnątrz zatykał gardło przy każdym wdechu. Jednocześnie słońce świeciło ostrym blaskiem. Blask ten nie ogrzewał, ale rozświetlał ściany i dachy domów, ulice i gzymsy, pokryte świeżą warstwą śniegu. Drobne płatki śniegu tańczyły w nasłonecznionym powietrzu niczym brokat. Było tak przejrzyście i tak jasno, że aż chciało się wyjść na krótki spacer, by odetchnąć świeżym, czystym powietrzem.

Wszystko to było widać przez okna. Blask wdzierał się do domu i okrywał wszystkie meble, sprzęty i ściany, nadając im namacalne, pełnowymiarowe kształty. Na kominku palił się jasno ogień, a dopiero co wywietrzone wnętrze pachniało jeszcze ostrym zimowym powietrzem. Angelika lubiła taki nastrój…"

– Angelika? – zapytał się siebie Chris – Nie, to nie może być Angelika; ona nie jest wcale anielska. Ona jest prawdziwą kobietą i okazuje to w każdym calu. Ona nie udaje – mówił sam do siebie, w pustym pokoju – jest szczera i prawdziwa, niezależnie od tego, jak widzą to ludzie. Hm, prawdziwa... prawdziwa... prawda... veritas... już wiem! – wykrzyknął – Weronika! Będzie się nazywała Weronika. A więc:

Weronika...

Wtem rozległo się pukanie do drzwi.

–Halo! Panie Krzysiu, śniadanko dla pana! – wołał ktoś zza drzwi, a Chris ciężko westchnął.

–Nie teraz! Ja tworzę!

–Ale ja tylko zostawię śniadanie na stole i nie będę panu przeszkadzać!

–Niech pani przyjdzie po południu z tym śniadaniem!

–Po południu to będzie już obiad!

–No to niech pani przyjdzie z obiadem! I proszę mi dać święty spokój!

–Proszę mi otworzyć albo wyważę drzwi!

Znów ciężko westchnął, dźwignął się z fotela, podszedł ociężale do drzwi i przekręcił w nich klucz. Do pokoju weszła szeroko uśmiechnięta pokojówka z dużą srebrną tacą i ogromną srebrną pokrywą na niej. Podeszła do stołu i pochyliła się nad nim, by położyć ciężką tacę na stole.

Wtedy Chris podszedł do niej i wśliznął się rękami pod króciutką spódniczkę, pod którą wyczuł rajstopy, ale żadnej bielizny. Pokojówka chwyciła jego ręce i wyjęła je spod spódnicy. Wciąż trzymając jego ręce w swoich, odwróciła się do niego i schowała w nich swoją twarz, wciąż patrząc na niego.

–Mówiłem już pani, że mnie pani rozprasza. Proszę stąd wyjść. – powiedział spokojnie, niemal przepraszająco

–O nie, panie Krzysiu, ja panu daję natchnienie. Jestem pewna, że swoją bohaterkę wzoruje pan na mnie.

–Ależ skąd.

–Hipokryta z pana; ale ja wiem swoje. – puściła jego ręce, dygnęła przepisowo i wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi.

Chris podszedł do okna. Wziął z niego paczkę papierosów i wyjął jeden i włożył go do ust. Następnie wziął zapalniczkę i zapalił. Rękę z papierosem zgiął w łokciu, oparł go o szybę i zapatrzył się w widok ogromnych połaci lasu za nim. Co jakiś czas pociągał papierosa. Był siny, zimny, późny wrzesień. Gałęzie drzew już od dawna były nagie, a trawy wypłowiały i zrzedły. Wiał zimny wiatr.

A jednak w oddali, na pastwiskach dostrzegł jakąś sylwetkę. Ktoś przechadzał się powoli, w grubym płaszczu, przytrzymując jego poły wokół szyi. Włosy powiewały z tyłu głowy, niczym strzępki szmat. Rozpoznał tę osobę. Tylko jedna osoba mogła się przechadzać po polach podczas takiej wichury. Wiedział już, że to jego żona.

Przechodzili teraz trudny okres i rozstali się na jakiś czas. Nie wiedział, że tu przyjedzie. „Dlaczego ona jest zawsze tam, gdzie ja?” – pytał siebie – „Może to dlatego, że oboje bardzo pokochaliśmy to miejsce i przyzwyczailiśmy się do tego krajobrazu i tych ludzi, z wzajemnością?” „Barbaro, przeziębisz się.” – powiedział na głos – „Nabawisz się zapalenia płuc, jak będziesz tak robić.”

Wiedział, że Barbara kocha jesień i wszystkie jej miesiące. Jesienią całymi dniami przesiadywała w cichych sadach, opustoszałych lasach i gwarnych o tej porze roku kawiarniach i pisała. Na widok Barbary, idącej pod wiatr, Chris wspominał, jak potrafili kiedyś oboje godzinami siedzieć w swojej ulubionej kawiarni. Siedzieli niemal w całkowitej ciemności, nie zamieniwszy ani jednego słowa; tylko się w siebie bezwstydnie wpatrywali. Nie chcieli i nie musieli rozmawiać; rozumieli się bez słów.

Pamiętał jej ulubiony wełniany, szaro-beżowy szal i spływające po nim lekko falujące włosy o nieokreślonym odcieniu ciemnego blondu. „Jestem taka jak moje włosy i mój szal.” – zwykła mówić – „Jestem nieokreślona; w gruncie rzeczy bije ode mnie szarość, normalność, zwyczajność.” Dzisiejszy spacer jednak przeczył normalności, bo wiatr był zdecydowanie zbyt silny i zbyt lodowaty.

W jednej chwili oderwał się od okna, porwał kurtkę z oparcia krzesła i wypadł z pokoju, zostawiwszy otwarte drzwi. W biegu założył kurtkę i zbiegł po schodach w dół. Po drodze napotkał pokojówkę, która przyniosła mu śniadanie.

–Zjadł pan śniadanie? – krzyknęła za nim

–Później! – odkrzyknął jej w biegu.

–Kiedyś pan umrze z głodu! – odkrzyknęła niezadowolona, ale Chris już jej nie słyszał.

Biegł teraz do drzwi wyjściowych, a potem żwirową ścieżką przez ogród dotarł do ciemnego lasu w którego gałęziach szumiał wicher. Tutaj droga zmieniała się w błotnisto–zmarzniętą maź, dlatego biegł obok niej. Już dawno wyrzucił niedopałek, a zimne powietrze owiewało go teraz i wydymało jego niezapiętą kurtkę, jednak nie zwalniał. Kiedy wreszcie zobaczył jej kawowo–beżowy płaszcz z bliska, czuł, że przesadził z wysiłkiem. Bolało go gardło, z trudem oddychał, spluwał raz po raz, nogi miał jak z waty i nie był w stanie zrobić ani kroku.

–Barbara! – zawołał. Usłyszała go i zaczęła się rozglądać – Nie chowaj się, gdzie ty jesteś?

–Nie chowam się, tu jestem, za krzakami. – Szedł w jej kierunku, aż w końcu ją zobaczył. – Co tu robisz? Przecież zawsze o tej porze jeszcze śpisz.

–Chciałem cię ostrzec. Nie wychodź w taką pogodę. Jest zimno i możesz się przeziębić.

Spojrzała na jego rozpiętą kurtkę i rozchełstaną koszulę.

–Hm, i kto to mówi? Żadnego szalika, rękawiczek, ani czapki. Zapnij się chociaż.

–Nie bądź taką materialistką, nienawidzę tego.

–O i to jest twój problem. Któreś z nas musi żyć prawdziwym światem. Ty tego nie potrafisz, a ja nie chcę zostać z tym wszystkim sama. Zapnij się, proszę cię.

Mimo woli sięgnął do zamka i próbował się skupić na nim, ale zamiast tego zapytał:

–Z jakim wszystkim?

–Z tym, czego nienawidzisz; z płatnościami, rachunkami, czynszem, który ja płaciłam przez ostatnie pół roku, podczas, gdy ty nigdy nie płaciłeś nawet za zakupy!

–To drobiazgi. Odrobię to.

–Jak? Do tej pory te drobiazgi załatwiałam tylko ja. To był dla mnie prawdziwy ciężar, a nie żadne drobiazg.

–Więc tylko o to ci chodzi? Chcesz pieniędzy? Mogę iść do pracy, nie ma problemu.

–Ty? Z twoimi delikatnymi paluszkami? Proszę cię.

–Mogę. I pójdę, jeśli zechcesz.

–Nie chodzi tylko o materialną stronę. Zapniesz się wreszcie?

–O co jeszcze?

–O te twoje romansiki na boku. Założę się, że nie powstrzymałeś się nawet przed obmacaniem tej twojej pokojówki.

–Kiedyś ci to nie przeszkadzało. Mówiłaś, że cię to podnieca. Od kiedy przeszkadza?

–Od kiedy jestem twoją żoną. Nie przeszkadzałoby ci, gdyby obściskiwał mnie jakiś obcy facet?

–Chętnie popatrzyłbym sobie na was.

–Jesteś obleśny.

–Od kiedy tak mówisz? Co się z tobą stało? Kiedyś mówiłaś, że nie możesz się doczekać, żebym cię mógł obserwować w objęciach obcych mężczyzn, a teraz co? Nie poznaję cię, jesteś inną kobietą.

–Chris, ja dorosłam.

–Dorosłaś?

–Tak, dorosłam. Ty mnie do tego zmusiłeś. Twoja nieodpowiedzialność była tak wielka, że nie mogłam inaczej postąpić. Któreś z nas musiało się wyrwać z tej bajki.

–Nieodpowiedzialność, tak? A te wszystkie pieniądze, które dla ciebie zarobiłem?

–Pieniądze? Jakie pieniądze? A co ty masz z tego, co zarobiłeś, co? Ja przynajmniej znalazłam nową pracę, a ty? Ciągle żerujesz na mojej pensji.

–I przyjechałaś tu po to, żeby mi to wypominać.

–Nie – wzruszyła ramionami – Po prostu lubię to miejsce. Po za tym, chciałam skorzystać z uroku przyrody, zanim nadejdzie zima.

–A więc twój pobyt tutaj nie ma nic wspólnego ze mną? – Barbara pokręciła głową, Chris również – Rozumiem, że nic tu po mnie. I jak ostatni idiota gnałem, żeby cię ostrzec, że wieje zimny wiatr i że boję się, że się przeziębisz.

–Dam sobie radę, Chris, martw się o siebie, bo od przyszłego miesiąca za czynsz płacisz już ty.

–Wyprowadzasz się?

–Wyprowadzam się.

–I zostawiasz mnie?

–Zostawiam cię. – mówiła z pustymi, zimnymi oczami, podczas gdy jemu zbierało się na płacz, ale wiatr osuszał jego łzy. Nic nie mówiąc odwrócił się i odszedł. – Zapij się wreszcie! – krzyknęła jeszcze za nim

Na te słowa Chris poczuł gniew i przekorę. Odwrócił się do niej, zdjął kurtkę i rozerwał koszulę pod szyją jeszcze mocniej, by pokazać, że od tej pory będzie robił, co chce. Barbara kiwnęła głową, coś szepnęła pod nosem i odeszła w drugą stronę, a Chris szedł tą samą drogą, co poprzednio do hotelu. Szedł w porwanej koszuli, z kurtką pod ręką i chociaż wiatr dawał mu się ostro we znaki, nie założył jej.

Szedł powoli, a łzy ciekły mu po twarzy, jedna za drugą, jak krople deszczu. Właśnie nieoficjalnie rozstał się z Barbarą, lub raczej to ona rozstała się z nim. Oficjalnie byli jeszcze małżeństwem, ale od początku było ono palcem po wodzie pisane i tak naprawdę nikt nie wróżył im długiego związku.

Nie było im razem dobrze, ale mimo wszystko było mu żal. W końcu naprawdę włożył w utrzymanie tego małżeństwa wszystko, co miał i na co było go stać. Wierzył, że przetrwa. Widocznie nie miał w sobie dość tego czegoś. „Do diabła z nią, muszę się dzisiaj upić.” – myślał – „Chcę się dziś schlać jak świnia i nie wstawać aż do niedzieli.”

Z tą myślą dotarł z powrotem do hotelu. Łzy zdążyły już wyschnąć, a on obejmował się daremnie ramionami, by poczuć choć odrobinę ciepła. Wszedł szybko do holu. Zamierzał się udać na górę, by dalej móc pisać o Weronice, ale usłyszał obok siebie:

–No no no, kogo ja widzę, Chris.

Odwrócił się i zobaczył swoją przeszłość w osobie Daniela. Daniel był jego dawnym przyjacielem; bardzo, bardzo bliskim przyjacielem. Chris go dawno temu opuścił, by zaryzykować i wyruszyć na podbój ziemi nieznanej w osobie Barbary. Dziś ta ziemia dała mu znać, że żaden z niego Kolumb, więc został sam.

Ale nie na długo. Oto Daniel zbliżał się do niego, powoli sunąc przez hol, pewny siebie, z rękami w kieszeniach marynarki, z lekkim uśmiechem na twarzy, jak przeszłość, która chce powiedzieć: „No i co? Jednak należysz do mnie.” Chris odpowiedział na to wezwanie. Stanął przodem do Daniela i czekał, aż podejdzie.

–Witaj. – powiedział Daniel z uśmiechem. – Ile to lat?

Chris postanowił go sprawdzić:

–Nie... nie przeszkadza ci moja koszula? I to, że nie mam na sobie kurtki?

Daniel spojrzał na niego zaniepokojony:

–Jeśli tobie to nie przeszkadza, to mi też nie. Ale widzę, że trzęsiesz się z zimna, chodź, postawię ci coś na rozgrzanie. Chodź.

Wziął Chrisa pod rękę, a on dał się poprowadzić do baru. Obaj usiedli na wysokich stołkach tuż przy kontuarze i zamówili podwójną whisky bez lodu. Chris nadal trzymał swoją kurtkę, na którą Daniel patrzył z niepokojem. Próbował zagaić rozmowę:

–Co w szerokim świecie słychać?

Chris jednak milczał. Miał gardło pełne łez, ale nie chciał się rozbeczeć tutaj, na widoku publicznym. Zamiast tego, natychmiast duszkiem wypił dopiero co podstawioną whisky. Poczuł ogień w gardle, ciepło rozpływające się po całym ciele i dopiero wtedy mógł odetchnąć i powiedzieć:

–Właśnie rozstaliśmy się z Barbarą. Definitywnie.

–Aha, to teraz rozumiem, skąd ten nastrój. Bardzo ci współczuję. Czy mogę dla ciebie coś zrobić?

Chris wzbraniał się przed powiedzeniem następnego zdania. Nie wiedział, jak Daniel to zinterpretuje, ale w tej chwili musiał to powiedzieć:

–Nie zostawiaj mnie samego. Nie chcę być teraz sam.

–Jasne, możesz na mnie liczyć.

–Powiedz mi coś o sobie, o innych, o czymkolwiek.

Daniel westchnął i zaczął opowiadać wszystko, co przyszło mu do głowy. Żeby odwrócić myśli od bolesnego tematu, Chris zadawał mu pytania, a on odpowiadał i dorzucał nowe wieści. W końcu on i Chris nie widzieli się dobre kilka lat. W miarę opowiadania i picia kolejnych szklanek whisky, za które płacił Daniel, Chris powracał do siebie.

Chciał powrócić do tego, co zostawił dawno temu i na nowo stać się ciekawym świata i otwartym na wszystko człowiekiem. Miał już swoje doświadczenie i dobrze wiedział, co Daniel z nim robi i do czego dąży. Ale ten cały kocioł, jaki się teraz w nim gotował: rozstanie, żal, gniew, przekora, niespodziewane spotkanie, radość ze spotkania kogoś, komu bez wahania powierzyłby swoje życie, sprawił, że już się tego nie bał, a nawet do tego świadomie na to pozwalał. Nie uszło mu ani jedno słowo z tego, o czym mówił Daniel; z uwagą i troską słuchał, jak opowiadał o „innych”.

Tak nazywało siebie towarzystwo mieszane, do którego on sam kiedyś należał: alkoholicy, dziwkarze, narkomani, geje, lesbijki, transwestyci, biseksualiści, życiowi nieudacznicy, ale także wszelkiego rodzaju bezkompromisowi i niekonwencjonalni artyści, nonkonformiści, wrażliwcy wyzuci z przemysłowo myślącego społeczeństwa, poeci, pisarze, malarze, rzeźbiarze, muzycy, śpiewacy, piosenkarze, aktorzy, cyrkowcy; słowem wszyscy ci, których cywilizowane społeczeństwo nie zaakceptowało. Wszystkie te wyklęte jednostki znalazły sobie pusty dom na obrzeżach miasta i zamieszkały w nim razem, jak śmieci w koszu, by usunąć się na bok i nie przeszkadzać w życiu „porządnym” obywatelom.

Chris nie był śmieciem. Był dobrze wykształconym i promowanym synem słynnego w całym mieście finansisty. Ojciec robił wszystko, by Chris wybił się i pokazał, jako jego następca – zdolny makler giełdowy. Ale jego mierził obraz niekończących się cyfr i zapach pieniędzy.

W wieku szesnastu lat powiedział ojcu, że odchodzi z pracy i z domu i że chce spróbować żyć własnym życiem i na własny rachunek. Ojciec nie wyklął go, nie potępił, ani nie zabronił mu niczego i pozwolił mu robić, co chce. Zamiast niego, zaczął od nowa szkolić jego o trzy lata młodszego brata. Chris był mu za to wdzięczny.

Natychmiast wyprowadził się z domu i zamieszkał w jednej z ruder. Tam przypadkiem trafił na szukającego odpadków w koszu Chrisa, Daniel. Zgadali się i zaprzyjaźnili. Obaj byli wtedy jeszcze bardzo młodzi, pełni życia, zapału i nadziei, że uda im się zdobyć szczyt kariery.

Założyli wspólny teatr uliczny i parodiowali znane piosenki i arie jako para kochanków. Na zmianę występowali jako panicz i jako młoda panienka. Na początku jeszcze się to ludziom podobało i zarabiali dobre pieniądze, ale z czasem przedstawienia opatrzyły się i ludzie rzucali im coraz mniej pieniędzy. Zamiast więc zmienić repertuar i oszczędzać i zbierać na cięższe czasy, wciąż polegali na starych klasykach z oper i operetek i wydawali ciężko zarobione pieniądze na wspólne dziwki, alkohol i papierosy.

Po jednym z przedstawień, kiedy Danielowi zaciął się suwak sukienki, Chris pomagał mu ją ściągnąć. Pociągnął za mocno i sukienka rozdarła się. Chrisowi ręka omsknęła się tam, gdzie nie powinna była i Daniel został w samych slipkach. Chris natychmiast odsunął się i zaczerwienił ze wstydu. Żeby rozładować sytuację, Daniel pocałował go w same usta. Zrobił to dla żartu, myśląc, że to go otrzeźwi, ale Chris oddał pocałunek. I Daniel zrobił to samo.

Wtedy zaczęły się kłopoty. Daniel i Chris wpadli w romans po same uszy. Na przedstawieniach jeszcze trzymali fason, ale atmosfera i plotki wokół nich robiły się coraz gęstsze. Ludzie przychodzili na przedstawienia jeszcze rzadziej niż przedtem, aż w końcu zakazano im publicznych występów.

Mieszkali w zatęchłej, ale darmowej ruinie. Byli jednak tak szczęśliwi razem i przepełnieni wzajemną miłością, że nie czuli trudów, głodu ani chłodu. Ale plotki o zdemoralizowanym synu słynnego bankiera rozchodziły się szybko. W końcu ojciec odnalazł go przez prywatnego detektywa, który przekazał mu, że wydziedzicza go i nie chce o nim więcej słyszeć, dopóki nie wróci mu rozum.

Chris był załamany tym, co usłyszał, ale nie był załamany tym kim się stał i swoim obecnym życiem. Nie wiedział jednak, co się teraz z nim stanie, ani co ma robić w życiu i po co w ogóle się urodził. Szukał wciąż odpowiedzi na to pytanie. Wiedział tylko, że pokochał Daniela prawdziwą miłością i że chce z nim spędzić resztę życia. Kiedy mu o tym powiedział, Daniel wyznał mu, że czuje się dokładnie tak samo i że chce z nim spędzić wieczność. Bał się o tym mu powiedzieć z obawy, że Chris go wyśmieje. Wyjaśnili sobie, że żaden z nich nie czuje się homoseksualistą i że obaj nie mają pojęcia, co trzyma ich razem, ale podobało im się to i chcieli, by tak już zostało. Zdecydowali, że zostaną już na zawsze razem.

Czas mijał, a miłość między nimi nie zmieniła się i przetrwała próbę czasu, nędzy, chorób, cierpienia i prostytucji, jakiej obaj się podjęli dla utrzymania się przy życiu. W tym samym czasie przeprowadzili też do słynnego domu „innych”. Była to taka sama rudera, jak pozostałe, ale tu przynajmniej mieli „tolerancyjnych” sąsiadów i nie czuli się już samotni.

Prostytucję zaczęli od wizyt samych sąsiadów w ich pokoju. Najpierw wizyty były darmowe, a potem zaczęli pobierać od sąsiadów opłatę za usługi. Nie było to ich jedyne zajęcie. Próbowali pracy za kulisami w teatrze, sprzątania w domach, pracowali jako kelnerzy, lokaje, roznosili gazety i zdążyli już nie jedno przeżyć i zobaczyć, ale żadna praca nie przynosiła takich dochodów jak oddawanie ciała za pieniądze, w czym ćwiczyli się przez całe dwa lata dzień i noc; a oddawali się zarówno kobietom, jak i mężczyznom w różnym wieku.

Zarabiali nieźle, jako prostytutki i z czasem polubili to. Taki proceder był bardzo wygodny i dochodowy, ale nie mógł trwać wiecznie i obaj zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego Daniel zaproponował pewnego dnia, żeby powrócić do teatru, żeby się odbić od dna, na którym obaj wylądowali. W jednym z teatrów dano im szansę. Zaczęli od zamiatania i sprzątania po codziennych próbach. Wszyscy wiedzieli, kim są i dano im to odczuć. Miano ich w pogardzie i pomiatano nimi, ale mimo to, trzymali się razem.

To wtedy Chris spotkał Barbarę. Pewnego dnia przyszła na rozmowę kwalifikacyjną i dostała stanowisko głównej scenarzystki. Początkowo nie zwracali na siebie uwagi, ale przypadek chciał, że pewnego dnia Barbara zauważyła, jak Chris chodzi po pustej scenie teatru i na głos planuje i udaje przedstawienie razem z Danielem. Była to ich ulubiona zabawa w teatrze, kiedy nikt nie widział, ale nigdy nie wychodzili ponadto.

Poszła w tajemnicy za nimi z teatru i zauważyła, że wchodzą obaj do rudery, w której urządzili sobie melinę. Od tej pory zwracała uwagę jedynie na Chrisa. Wtedy też zaczęła z nim rozmawiać o awansie na asystenta scenografa. Warunek był jeden – musiał odejść od Daniela.

Chris nie chciał o tym słyszeć, ale Daniel, do którego dotarły te plotki przekonał go, żeby spróbował szczęścia. Chris oświadczył, że bez niego nigdzie się nie ruszy. Danielowi udało się go przekonać, że skoro taka jest cena awansu społecznego, to warto ją zapłacić. Przyjaciele i kochankowie rozstali się we łzach i z bólem serc, ale obaj byli przekonani, że tak będzie lepiej.

Przez następne sześć lat Chris obserwował pracę w teatrze i uczył się jej jako asystent różnych specjalistów. Daniel zaraz po rozstaniu odszedł z teatru i gdzieś zaginął. Chris z czasem zdobył posadę scenografa i wtedy też odkrył swój talent pisarski. Ożenił się również z Barbarą. Ten fakt wpłynął na ojca pojednawczo i pogodzili się obaj. Na jego ślubie byli wszyscy jego przyjaciele i znajomi; oprócz jednej, najważniejszej, najukochańszej w życiu osoby.

Małżeństwo, praca w teatrze, dobra pozycja w społeczeństwie, pojednanie z ojcem i należna mu część fortuny, jaką ojciec trzymał dla niego przez te wszystkie lata były sukcesem Chrisa. Ale był to sukces okupiony poświęceniem kogoś, na kim zależało mu najbardziej.

Żyło im się bardzo dobrze. Teatr prosperował świetnie, ludzie przychodzili na przedstawienia codziennie, a Barbara i Chris mieli mnóstwo pracy. Ona pracowała nad scenariuszami, a on nad scenografią. Przedstawienia przepełnione były treścią polityczną. Chrisowi to nie odpowiadało, ale Barbara nalegała: „Takie czasy, teraz to jest modne, a my musimy się dostosować.” – mówiła. Chris mało co z tego rozumiał i było to dla niego zbyt trudne, ale robił swoje.

To dobrze wpływało na ich stan finansów, ale źle na pożycie małżeńskie. Spotykali się głównie późnym wieczorem i oboje padali do łóżka z wycieńczenia, by zerwać się o świcie, znów gotowymi do pracy. Nigdy nie mieli czasu ani siły na seks, nie mówiąc o dziecku. A jeśli już spędzali jakiś dzień razem, woleli go poświęcić na regenerację sił i sen, niż na wyuzdane zabawy. Najczęściej kończyło się zabawą własnym ciałem i uśnięciem w jej trakcie.

Wtedy Chris tęsknił za swoim przyjacielem najbardziej i nikomu nic nie mówiąc, cierpiał w samotności. Barbara także zamykała się przed nim coraz bardziej. Chris miał coraz większe poczucie winy z tego powodu i wtedy po raz pierwszy zaproponował wyjazd do „Hotelu Leśnego”, który miał być jednorazowym przystankiem dla regeneracji ich sił, a okazał się balsamem dla ich dusz i serc.

Po raz pierwszy do Hotelu Leśnego wyjechali, żeby odzyskać siebie i przywrócić życiu dawną spójność, utraconą w trakcie liczenia pieniędzy napływających z licznych, tłumnie odwiedzanych widowisk. Wtedy też Chris, chcąc, nie chcąc, stał się kimś w rodzaju bankiera i uświadomił sobie, że jednak ma do tego dryg.

Jednakże hotel, który miał ich połączyć, wpłynął na ich dalsze rozdzielenie. Przyjeżdżali do tego hotelu co weekend, bo wyciszał ich, dawał im natchnienie i skłaniał do dalszego pisania scenariuszy. Barbara odkryła leśny labirynt ścieżek i całymi dniami samotnie chodziła po lesie z notatnikiem i pisała kolejne scenariusze i wiersze. Chris rozwinął w tym czasie swój warsztat literacki i zaczął pisać pierwszą książkę. I tak, zamiast wieczorami pieprzyć się jak króliki, siedzieli w ciszy i pisali – każde zatopione w swoich myślach.

To wtedy również Chris zaczął romansować ze swoją pokojówką. Kiedyś nieostrożnie weszła do pokoju bez pukania, kiedy Chris był sam. Onanizował się. Przeprosiła go, ale nie była zawstydzona, ani speszona. Chris, tak jak kiedyś Daniel dla żartu, powiedział, że może mu obciągnąć. Ku jego największemu zdumieniu, weszła, zamknęła pokój na zasuwkę, uklęknęła przed nim i ssała go, aż wyssała do końca, czym rozłożyła go na łopatki.

Kiedy skończyła, spytał, gdzie śpi. Miała pojedynczy pokój na strychu hotelu. Powiedział, żeby czekała na niego w nocy. Wymknął się głęboką nocą z pokoju i odnalazł pokój o którym mówiła. Wszedł do środka, przywiązał ją do łóżka, zakneblował usta, rozciął na niej koszulę i przez całą noc obdarzał ją wszystkimi pieszczotami, jakich się nauczył podczas pracy jako uliczna prostytutka.

Potem ten sam proceder powtarzał się co weekend: Piątek: przyjazd, wspólna kolacja, praca nad tekstem, Sobota: Barbara poza jego zasięgiem, cały dzień w lesie, praca nad tekstem, wspólna kolacja, mizdrzenie się do siebie, późna pora spania, wymykanie się do pokojówki; Niedziela: spanie aż do południa, mocna kawa, wspólny spacer po lesie, obiad i wyjazd. Z czasem do tego planu dołączyli jeszcze stali znajomi goście z hotelu, z którymi Chris pił od czasu do czasu. Znalazł z nimi wspólny język i zapisywał pomysły do swojej książki.

Tak było aż do czasu, kiedy „moda na przedstawienia polityczne” minęła i teatr nagle opustoszał jak kapelusz magika. Wtedy skończyły się pieniądze, a oszczędności szybko topniały. Barbara znalazła nową pracę i stwierdziła, że czuje się wyczerpana i nie mogła już stworzyć nic nowego. Nowe scenariusze nie wychodziły jej już tak dobrze, jak poprzednie.

Chris nie miał już nic do roboty i coraz bardziej zagłębiał się w swojej książce. Próbował być cierpliwy i kochający, ale coraz częściej kłócił się z Barbarą i coraz częściej wyjeżdżał do hotelu. Stał się on niemal jego drugim domem. Z Barbarą łączyło go już coraz mniej i coraz rzadziej ze sobą przebywali. Całymi dniami przesiadywała w teatrze, a do domu przychodziła grubo po północy, kiedy Chris już spał.

Pewnej nocy w ogóle nie przyszła i rankiem Chris postanowił na stałe wyjechać do hotelu i zabrać się za pisanie na serio. Udało mu się napisać pierwszą książkę, ale niestety, nie znalazł wydawcy. Teraz zaczynał pisać kolejną, a pieniądze z fortuny topił w hotelowym pokoju. Tak właśnie dotarł do dnia, w którym Barbara oznajmiła mu, że go zostawia.

Teraz siedział w hotelowym barze z dawnym przyjacielem i przypominał sobie to wszystko, co zostawił parę lat temu w ruderze razem z przyjacielem. Teraz już byli zupełnie innymi ludźmi. Dorośli i przestali się bawić. A jednak miłość między nimi się nie zmieniła. Widział to w oczach Daniela. Ciągle, mimo upływu wielu lat, czuł tę nieustającą nic, ciągnącą się między nimi i plączącą ich wspólne losy jak kłębek na niewidzialnym kołowrotku.

„Plącz się nitko, plącz” – błagał w głowie Chris, podczas, kiedy Daniel wlewał w niego kolejne porcje whisky. Chris pił chętnie i pytał dalej o wszystkich i o wszystko. Zanurzył się z powrotem w dawnych czasach, a nawet zaczął się śmiać.

–No, to tyle o mnie. – zakończył Daniel – A co u ciebie? Mów.

–Piszę książkę.

–Hm, a o czym?

–O Weronice.

–Kim ona jest?

–Jeszcze nie wiem. Muszę ją poznać, zanurzyć się w jej świat.

–A co ona robi?

–Jest... no właśnie nie wiem kim ona jest, uczennicą, studentką, czy... wiesz co, mam kilka próbek w pokoju u siebie, wpadniesz, żeby poczytać?

–Teraz? – Chris kiwnął głową – Dobra; i tak nie mam nic innego do roboty.

Daniel rzucił na ladę banknot i obaj wyszli z baru.

Pojechali windą na górę, podeszli do pokoju, Chris otworzył drzwi i wpuścił Daniela do środka. Kiedy sam wszedł i zamknął drzwi, Daniel pociągnął go za koszulę i przycisnął go mocno do ściany, chwytając jego ręce w nadgarstkach. Przycisnął swój tors do jego torsu, a twarz zbliżył na odległość oddechu i chwilę patrzył na niego. Chris nie reagował, poddawał się wszystkiemu, a w oczach miał tylko jedno błaganie.

–Myślisz, że nie wiem, po co mnie tu ściągnąłeś? Wiem, czego ode mnie chcesz, ty dziwko. – spytał Daniel, chuchając mu w twarz alkoholem.

Potem już tylko całowali się łapczywie i ściągali z siebie wszystko. Ubrania rozrzucili po całym pokoju i przeszli z salonu do sypialni, lądując na dywanie. Chris kochał się z Danielem i cały czas płakał. Płakał ze szczęścia i z pokory. Nareszcie był z tym na kim zależało mu najbardziej przez te wszystkie lata i wiedział, że nie zasługuje na ten zaszczyt. Ale nareszcie był w pełni szczęśliwy.

–Wreszcie; w końcu cię mam. – mówił między jednym pocałunkiem, a drugim. – Nawet nie wiesz jaki jestem szczęśliwy.

–Zamknij się – mruknął Daniel – Ja też.

2. Lekcja

Daniel zrobił wszystko, o co Chris go prosił, a Chris nie pozostał mu dłużny. Kiedy skończyli, było późne popołudnie. Leżeli teraz nadzy obok siebie, mocno spleceni nogami, oparci na łokciach i palili.

–Co ty tu w ogóle robisz, co? – spytał Chris, nie odrywając oczu od Daniela

–A ty? – Daniel również nie zdejmował oczu z Chrisa

–Ja tu mieszkam.

–Od kiedy?

–Już od jakiegoś roku. Ten pokój wynajmuję na stałe. A co ty tu robisz?

–Jestem inspektorem hotelowym. Spędzam czas sprawdzając, jakie standardy spełniają pokoje w hotelach.

–Jak dostałeś tę robotę?

–Dokładnie tak, jak ty swoją. Przez dziewczynę. Pamiętasz tę blondyneczkę z fikuśnym kapelusikiem z piętra niżej?

–Tak, Irene. – Chris potwierdził

–Kiedy ty odszedłeś ode mnie, odkryła w archiwum miasta, wyobraź sobie, że jest nieślubną córką burmistrza naszego miasta.

–Co?!

–Tak. – Daniel uśmiechnął się – Odkryła, że miał romans z jej matką, która była wówczas jego sekretarką w biurze, jak on był jeszcze dyrektorem biura ds. edukacji. Jego żona wtedy leżała w szpitalu. Była ciężko chora. Miała jakiś nowotwór. Ale po jakimś czasie nowotwór cofnął się, żona powoli wróciła do zdrowia, a on pozbył się wtedy kochanki.

–Jak?

–Wyrzucił ją z pracy. Urodziła córkę, ale po porodzie podcięła sobie żyły. I tak nasza Irene została od tej pory na świecie sama. Najlepsze było to, że kiedy już to zrobił, jego żona była już w pierwszym miesiącu ciąży. Nie mógł dopuścić do tego, żeby o czymkolwiek się dowiedziała.

–No tak, jego żoną jest bogatą dziedziczką wielkiej fortuny. No i co dalej?

–Irene ukradła ten świstek, zaniosła go do niego i od tej pory go szantażuje nim.

–I zbija niezłą kasę.

–I jest moją żoną. – Chris zaniemówił. – Tak, stary, a czego się spodziewałeś? Załatwiła mi tę robotę na moją prośbę.

–Skoro ona jest twoją żoną, to... co tu robisz? Nie musisz przecież pracować.

–Musiałem się wyrwać. Nudziłem się w domu strasznie, a tak, to przynajmniej mam tu co robić.

–Lubisz przynajmniej to, co robisz?

–Wiesz, po tym, co razem przeszliśmy tam w ruderze u innych, każdy hotel jest dla mnie rajem. Guzik mnie obchodzi, jaką sprężystość mają materace; ja spałem z tobą na betonowej posadzce i było mi dobrze...

–Nam było dobrze. – poprawił go Chris.

–Tak. – umilkł na chwilę – Wiesz co, mimo wszystko to były złote czasy.

–Chciałbyś tam wrócić?

–Na betonową posadzkę? A w życiu, za wygodny się zrobiłem.

–Nie nie, mówię o dawnym życiu.

–Żebyśmy znowu byli razem? – Daniel myślał przez chwilę – Chris, wiesz, że to niemożliwe. Nie zostawię Irene. Bardzo cię pragnę i to się nie zmieniło... a może nawet wzrosło, ale między mną a nią jest świetny układ. Nie chcę tego niszczyć.

–Kochasz ją?

–A skąd.

–A ona ciebie?

–Też nie.

–To co robicie razem?

–Ona daje mi utrzymanie, a ja jej świetne dymanko, kiedy tylko chce. I to jest nasz układ. Poza tym robię, co chcę i nic jej nie obchodzi.

–Hm i kto tu jest dziwką?

–Nigdy nie twierdziłem, że przestałem nią być. Z czegoś trzeba żyć. Poza tym, uwielbiam to. – dodał szeptem i znów mocno pocałował Chrisa.

Wtedy drzwi do zaciemnionego już pokoju uchyliły się powoli i w szparę w nich wsunęła się ciemnowłosa głowa pokojówki. Ujrzała ich razem, zatrzymała wzrok na dłużej i odchrząknęła. Oderwali się od siebie niemrawo. Niestety, było już za ciemno, by Chris mógł dostrzec wyraz jej twarzy, a dodatkowo okalały ją długie włosy.

–Hej, mówiłem ci, żebyś pukała zanim wejdziesz. – odezwał się niespeszony

–Przepraszam, nie mogłam pana znaleźć, a kolacja stoi nietknięta...

–Przestań już z tym panem, dobra? Znamy się dostatecznie dobrze.

–Kim jesteś? – zainteresował się Daniel

–Pokojówką. Pan... to znaczy... Chris nic dziś nie zjadł i niepokoję się o niego. Już sobie idę.

–Poczekaj. – zatrzymał ją Chris – Dziś świętuję. Chcę żebyś się dołączyła do zabawy.

–A co to za okazja?

–Rozstaję się z żoną.

Pokojówka kiwnęła głową.

–Poczekajcie na mnie dopóki nie skończę pracy.

Kiwnęli obaj głowami, a pokojówka wyszła i zamknęła drzwi.

–Co to za babka? – spytał Daniel

–Zobaczysz później. Zimno się zrobiło, ubierzmy się.

–Nic nie jadłeś przez cały dzień?

–A ty jadłeś, jak cię zostawiłem?

–Jak świnia. – Chris spojrzał na niego podejrzliwie – Oczywiście, że nie mogłem przełknąć ani kęsa. Dobrze wiem, co przechodzisz, ale zagłodzisz się na śmierć, jak nie będziesz jadł, a ja ci na to nie pozwolę. – Ubrali się i wyszli do salonu. Na tacy stał talerz pełen kanapek z wędliną, serem, jarzynami i keczupem oraz dzbanek gorącej bawarki – Słodka ta pokojówka. Czy ona nie próbuje cię usidlić?

–Nawet, jeśli tak, to wie, że nie ma na to szans. Jedzmy.

Usiedli i zabrali się za jedzenie.

–A co teraz robi Irene? Byczy się w domu?

–W żadnym wypadku, robi to, co zawsze chciała robić, pisze poezje, maluje obrazy i sprzedaje antyki.

–A ty sprawdzasz pokoje.

–Mhm, i kręcę interesy.

–Interesy? Na czym?

–Sprzedaję różne gadżety do hoteli; mydło, kapcie, ręczniki i takie inne. I zbijam na tym kasę.

–I to jest życie, jakiego zawsze chciałeś?

Daniel spojrzał na niego:

–A czy ty masz takie życie?

–Przynajmniej o nie walczę.

–Widzę – przeciągnął po nim wzrokiem – płonący pożądaniem samotnik i milczek, którego zostawiła żona, zamknięty nie tylko w swoim pokoiku, ale i we własnym świecie...

–Przestań, nie musisz być złośliwy.

–Nie jestem złośliwy. A przynajmniej nie chcę być. Znam cię od podszewki. Ty taki nie jesteś. Lubisz brylować. Lubisz błyszczeć; lubisz być w centrum uwagi i kontrolować to, co się dzieje na scenie swojego życia. Uwielbiasz to. A teraz kryjesz się po kątach jak szczur? Co ta kobieta z ciebie zrobiła? – trajkotał Daniel, kiedy Chris pochłaniał kolejne kanapki i nalewał bawarki do przygotowanych kubków.

–Zrobiła ze mnie człowieka teatru. To jej zawdzięczam to, co dziś wiem. – mówił między jednym kęsem a drugim

–Hm, i korzystasz dziś z tego?

–Korzystam. To znaczy, korzystałbym – dodał Chris po chwili – gdyby nadarzyła się okazja do pracy. Dobrej pracy.

–Ach – westchnął Daniel – Dobra praca; święty Graal nie do zdobycia w dzisiejszych czasach. Barbara jakoś ją zdobyła, a ty nie możesz? – Chris przestał jeść i znów popatrzył gniewnie na Daniela – No dobra, już nie będę. Ale wiem, że jest tu wolna posada na kelnera. Póki co, szepnij słówko tej pokojówce. Może ci ją załatwi.

–Mam znowu robić za kelnera? – Daniel kiwnął głową – Po tych wszystkich latach zdobywania doświadczenia jako pracownik teatru? Wykluczone.

–Widzisz jakieś lepsze wyjście? Zawsze możesz wrócić do teatru jako sprzątający. – Chris był niepocieszony – Wiem, że ci nie jest lekko. Ale masz specyficzny zawód. Nie jesteś księgowym, który może pracować w co drugim biurze.

–Nie... – zastanawiał się – ale mogę projektować wystawy sklepowe.

–Nie bądź śmieszny, będziesz układał puszki na półkach?

–Jeśli nie puszki, to będę układał widelce na świeżo wyprasowanych obrusach.

–No, ale przynajmniej będziesz miał szacunek.

Chris roześmiał się

–Masz mnie za frajera?

–No dobra, przesadziłem i to grubo. Ale w tej chwili i tak to jest jedyna opłacalna i legalna rzecz, jakiej możesz się podjąć; poza tym, nie będziesz miał daleko do domu, bo będziesz pracować w miejscu, które uwielbiasz no i... będziesz mógł sobie dorabiać... na boku...

Chris rzucił w Daniela kanapką, która rozsypała się na podłodze.

–Nie będę już dziwką.

–Ależ jesteś nią cały czas.

–No i co z tego? Ty też.

–Ja lepiej zarabiam.

–Jesteś niemożliwy. – Chris objął Daniela wzrokiem – No dobra, przekonałeś mnie. A skąd w ogóle wiesz o tej posadzie?

–Dyrektor hotelu coś bąknął, jak z nim rozmawiałem. Spytaj się dokładniej tej pokojówki, może ona coś wie.

Chris zrobił się podejrzliwy:

–Co się tak czepiłeś tej dziewczyny? Wpadła ci w oko?

–Oj nie łap mnie za słówka. Jak nie tej, to innej. Takie rzeczy rozchodzą się po hotelach w pięć minut. A co do pokojówki, to raczej tobie wpadła w oko, bo mimo iż byłeś golusieńki, to nie zamknęła przed tobą oczu. A jak jej zaproponowałeś brudzia, to już byłem pewien, że coś między wami jest.

–Dobra, skończmy już to.

Powiedział te słowa w porę, bo oto do pokoju weszła pokojówka, która dotychczas obsługiwała Chrisa.

–Cześć. – przywitał ją bezceremonialnie Chris. – Nie chcę już słyszeć 'Panie Krzysiu'. – podszedł do niej i podał jej rękę po męsku – Chris.

–Jeśli tak stawiasz sprawę; – uścisnęła jego dłoń mocno, ale bez przesady – Martha – usiadła na odsuniętym przez Chrisa krześle.

–Bierz – zaproponował talerz z kanapkami – pewnie jesteś głodna po całym dniu biegania. – Martha wybrała kanapkę i zaczęła jeść.

–Nalej mi też herbaty. – Chris wziął jeszcze jeden kubek z kredensu, nalał do niego herbaty i postawił przed Marthą. – Wreszcie mogę usłyszeć od ciebie coś innego niż 'cicho bądź' albo 'przewróć się'.

–Co, nie lubisz tego?

–Lubię, ale chciałabym usłyszeć coś innego od czasu do czasu.

–Od kiedy wy się znacie? – spytał Daniel

–Mam wrażenie, że od zawsze, ale tak naprawdę zauważyłam go na początku przyjazdu tutaj.

–Kiedy to było?

–Jakiś rok temu. Pamiętam, że było mi go bardzo żal.

–Żal? – zdziwił się Chris – A czemu?

–Bo od początku sprawiałeś wrażenie pantoflarza. – Daniel zachichotał – Ona rządziła wszystkim, wszystko załatwiała, a ty tylko czekałeś, aż pójdziecie do pokoju. I tak było za każdym razem.

–Prawda. – ze wstydem przyznał Chris.

–Ale za to w łóżku nie masz sobie równych. – uśmiechnęła się.

Daniel uniósł brwi i podrapał się za uchem, a Martha puściła do niego oko, ale Chris niczego nie zauważył.

–Od dziś z tym koniec. Barbara nie będzie mi więcej dyktować warunków, skończyło się.

–Bardzo dobre myślenie, jesteś znowu wolny. – przyznał Daniel

–I zamierzam teraz to wykorzystać. Macie jakiegoś sikacza na dole w magazynie? – zwrócił się do Marthy

–Zaraz tam sikacza – mówiła, podnosząc się – Wiem, skąd wziąć porządną whisky. Poczekajcie na mnie, zaraz wracam.

–Nie ma sobie równych. – sparodiował ją Daniel, kiedy wyszła

–Co, zazdrościsz?

–Nie mam czego. Wcale nie jesteś taki dobry.

–Przekonamy się? Ona zaraz tu będzie i wtedy...

–Mówimy o żywej kobiecie Chris, a nie o przedmiocie. Nie mogę ci na to pozwolić.

–Ona lubi te rzeczy, zapewniam cię.

–Nie bądź świnią. Kim ona dla ciebie jest? Dmuchaną lalą? Tylko o seks ci chodzi?

Chrisa to uderzyło.

–Przepraszam, chyba straciłem głowę. Gadam głupoty.

–Ja myślę.

–Nie wiem, co mi jest. Chyba za dużo się dziś stało. Masz rację, odpuszczę sobie dzisiaj już. – wstał, podszedł do okna i zapatrzył się w nie.

–Wiem, co ci jest. Szalejesz, bo dotarło do ciebie, że od dziś możesz robić, co ci się podoba. I odbija ci.

–Nie, dziś nic z tego nie będzie.

–Nie mówię, żebyś się poddawał. Mówię, żebyś potraktował tę kobietę jak człowieka, a nie jak obiekt seksualny.

–Barbara na pewno nim nie jest.

–Hm, myślę, że zdziwiłbyś się.

–A skąd...

–Barbara cię zdominowała. Tak wynikało ze słów Marthy. Może na początku czekała, aż przejmiesz inicjatywę, aż się jej sprzeciwisz; może nie poświęcałeś jej dość uwagi. Ale nic nie wiem na pewno; po prostu zgaduję.

–Powiedziała mi, że jestem nie dość dorosły.

–Bo pewnie nigdy jej tego nie udowodniłeś. Dorosłość to podejmowanie decyzji i ich realizowanie. Ile razy w waszym małżeństwie to ty podjąłeś jakąś decyzję? Czy ona przy tobie choć raz poczuła się bezpieczna? Czy też zawsze to ona była w zbroi? – Chris milczał – Musisz zmienić podejście do kobiet.

–Że niby twoje podejście jest takie świetne?

–Nie, ale ja przynajmniej próbuję z nimi negocjować. Dam ci to, czego chcesz, ale ty mi musisz dać to, czego ja chcę. Inaczej nic nie dostaniesz. Ty zapomniałeś zwrócić uwagę Barbary na siebie i poświęcić ją Marcie.

–A czego ty żądałeś ode mnie?

–To była wyjątkowa sytuacja.

W tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się i weszła Martha, uśmiechając się i pokazując sporej wielkości butelkę whisky w ręku.

–Patrzcie i podziwiajcie. – powiedziała i usiadła – Wykradłam ją samemu właścicielowi hotelu. – Daniel mruknął z podziwem – Wiem, gdzie ma klucze do gabinetu.

Chris wziął kubki od herbaty do umywalki, umył je i podał Marcie. Ona napełniła je do jednej trzeciej, wszyscy wzięli po kubku, Chris wzniósł toast „za nowe życie”, wypili kilka łyków i odstawili szklanki.

–Jutro mam dyżur od rana. – powiedziała Martha – Nie powinnam teraz pić, ale co tam, raz się żyje.

–Pogadam z dyrektorem. Może da się zrobić wolne. – powiedział Daniel

–Od kiedy to masz takie wejścia? – spytał Chris

–Już dość długo zabiegam o dobrą opinię tego hotelu. To dzięki mnie mają takie dobre rekomendacje i taką wspaniałą klientelę. Od czasu do czasu mogliby dla mnie też coś zrobić. A taka kobieta jak ty z pewnością zasługuje na luksus.

Martha uśmiechnęła się.

–Co chcesz przez to powiedzieć?

–Ciężko tu pracujesz. Z tego, co wiem, nad Chrisem również. Należy ci się nagroda. – złapał ją za kolano. Chris myślał, że się odsunie, ale nie zrobiła tego. Nadal się uśmiechała. – Opowiedz nam o tym , jak ciężko pracujesz, żeby wszyscy byli zadowoleni. – ręka podjechała aż pod sam brzeg sukienki, ale nie posuwała się dalej. Martha dalej nie odganiała go. Chrisowi to się bardzo spodobało. Nie chciał, żeby przerywali. I stwierdził, że Daniel chyba faktycznie ma jakiś czarodziejski wpływ na kobiety .

–Głównie sprzątam w pokojach. – mruczała Martha z przymkniętymi oczami i kciukiem pomiędzy wargami i powoli sączyła whiskey – Wbrew pozorom, to bardzo zajmujące. Widzi się wtedy ludzkie życie jak na dłoni. Ludzie zostawiają na wierzchu mnóstwo wizytówek.

–Jakich wizytówek? – ręka jeździła powoli w dół i w górę uda, nadal nie przekraczając brzegu sukienki.

–No na przykład prześcieradła śliskie od spermy. Wtedy wiadomo, że facet jest sam i że trzeba by go pocieszyć. Bałagan w pokoju wcale nie musi świadczyć o tym, że wszystko komuś wisi, nie; to oznacza, że się po prostu zadomowił, jak Chris i że czuje się tu jak w domu. Zawsze się cieszę, kiedy widzę bałagan w pokoju, mimo iż oznacza to mnóstwo sprzątania. Nalejesz mi jeszcze whisky?

Daniel pochylił się nad stołem, nalał kolejną porcję whisky do kubka Marthy, podał jej go i kontynuował:

–A ci, którzy zostawiają porządek i układają wszystko na półkach?

–Po tych ludziach jest mniej sprzątania, ale wiadomo, że traktują ten hotel tylko jako przystanek na chwilę i zaraz się stąd wyniosą. Mimo wszystko, lubię bałaganiarzy. Po nich wszystko widać. – tym razem Martha wypiła wszystko naraz i odstawiła kubek. Daniel bez pytania nalał jej kolejną porcję.

–Opowiedz o jednym z takich. – Daniel wrócił do delikatnego głaskania kolana – Który jest twoim ulubionym?

–No, na przykład Karl Bruscher.

–Kto to jest?

–Nie wiem, to jakiś starszy gość. Ale wiem, że jest bogaty. Przyjeżdża regularnie co miesiąc, żeby odsapnąć przez tydzień od pracy. Jego pokój to istna skarbnica szyfrów. Zawsze zamawia ten sam pokój z widokiem na całe połacie lasu w dole. To odpręża. Przy takim widoku odpoczywają oczy. To oznacza, że on ma zmęczone oczy i musi często patrzeć w dal, żeby odpocząć. Może jest wysokim urzędnikiem i przegląda mnóstwo papierów w pracy. Ubrania ma porozrzucane po całym pokoju i łazience. Inni goście zazwyczaj składają wszystko na jedną kupkę, a jemu nie przeszkadza brodzenie pośród ciuchów. Często nawet widuję odciski butów na jego białych albo jasnych rzeczach. – Martha w tej chwili chciała sięgnąć po kubek i wyprostowała się, ale skrzywiła twarz z bólu, syknęła i z powrotem odpadła na fotel. Daniel pochylił się nad nią, podał jej rękę i pomógł się wyprostować, po czym podał jej kubek.

–Twój kręgosłup jest zmęczony. Daj mu trochę wytchnienia, odwróć się. – mówił, kiedy piła chciwie

–Że co? –przerwała i zaniepokoiła się

–Oj, daj spokój, wymasuję cię trochę, no już.

Przedstawienie trwało, a Chris popijał swoją whisky dalej i nie odzywał się ani słowem. Do rana było dużo czasu. Martha z pomocą Daniela przesiadła się na krzesło tyłem i splotła ramiona na oparciu i nadal piła z kubka. Daniel rozpiął suwak czarnej sukienki i ukazały się nagie plecy bez stanika. Daniel rozpoczął masaż. Sprawnie poruszał palcami i dłońmi. Chris zastanawiał się, gdzie nabył tę umiejętność.

–Mów dalej. – powiedział Daniel

–Co to ja... aha, takie rozrzucanie ubrań, brak szacunku do rzeczy może oznaczać, że ma mnóstwo kasy, żeby sobie kupić nowe ubrania. Dlatego myślę, że jest bogaty. Poza tym, pokoje z widokiem na las też kosztują. Ale może to też oznaczać, że ma depresję.

–Czemu zaraz depresję? – wtrącił Chris

–A ty zwracasz uwagę na porządek w pokoju, kiedy jesteś w dołku?

–No nie. To prawda. Ale może ma coś ważniejszego na głowie niż ubrania.

–Może i tak, w każdym razie na bank ma jakieś problemy, a problemy zawsze oznaczają depresję. W dodatku na biurku i na innych meblach zawsze ma stosy różnych papierów i dokumentów. Wszystkie są zawsze zamknięte. Niektóre teczki leżą związane, inne są rozwiązane. Te rozwiązane leżą w osobnych stosach. Zupełnie, jakby facet czegoś szukał, jakichś faktów, czy dowodów na coś. Może nawet dlatego ma zmęczone oczy.

–To wszystko dobrze brzmi, ale on powinien to robić w banku, albo w jakimś biurze. – zauważył Daniel – Po kiego licha marnuje czas na przeglądanie dokumentów, skoro może skorzystać z pogody i pójść na spacer, albo do baru na dole?

–Nie wiem – Martha gwałtownie wzruszyła ramionami i nagle ręce Daniela omsknęły się aż pod pachy. Przeszedł ją dreszcz i mimo woli wzdrygnęła się – Może to jeden z tych, którzy zabierają robotę na urlop.

–Co dalej?

–Bruscher zawsze zamawia jedzenie do pokoju i nigdy z niego nie wychodzi. Po kątach i pod ubraniami piętrzą się sterty niedojedzonego chleba, prześcieradła są pełne okruchów, dżemu, sosu.

–Pewnie je w łóżku.

–Tak i nie myśli nawet o tym, co nosi i że w leży w łóżku na kanapkach. Nie raz widziałam, jak zakłada marynarkę z plamami po dżemie, albo musztardzie. Raz nawet zwróciłam mu na to uwagę, ale wymamrotał tylko, że to nie mój interes, co on nosi i więcej się nie odezwałam.

–A o czym to świadczy, twoim zdaniem? – dopytywał się Daniel, sięgając rękami już wyraźnie poza dozwolone granice pleców, ale Martha wciąż nie protestowała. Chris również nie protestował. Chciał, żeby to się rozwijało.

–Hm, utkałam sobie swoją teorię, ale nie wiem, czy mam rację, czy nie.

–Mów. – Daniel sprawnie zdjął z niej górę sukienki, przygiął do siebie, złapał ją za piersi i zaczął całować szyję. Wszystko to trwało jednocześnie i zajęło mu jakąś sekundę.

–Myślę, że on ma nóż na gardle. – Martha mówiła, jęcząc i wplotła palce we włosy Daniela – I tak może być już od miesięcy. Ktoś od niego żąda czegoś i grozi mu tak poważnie, że facet znalazł tu sobie odosobnione miejsce, żeby przeglądać jakieś papiery w ciszy i szukać czegoś; może jakiegoś haka na kogoś, nie wiem. Ta groźba jest tak poważna, a on ma tak niewiele czasu, że nawet nie wychodzi z pokoju, nie zwraca uwagi na to, jak chodzi ubrany i co je.

–Możesz mieć rację – druga ręka Daniela powędrowała pod króciutką sukienkę. Martha rozchyliła nogi i wpuściła ją do środka. Po chwili dał się słyszeć dźwięk rozpruwanych rajstop. Chris tkwił omdlały w swoim krześle. „Plącz się nitko, plącz” – powtarzał w głowie. – Myślisz, że trzeba mu pomóc? – Daniel mówił, podnosząc ją i opierając o stół. – Może trzeba zawołać policję?

Pochylił ją do przodu i wygiął maksymalnie jej biodra do tyłu, po czym kucnął pod nią i zanurzył głowę pod sukienkę. Po chwili dały się słyszeć bezwstydne odgłosy mlaskania, cmokania, lizania, głębokie oddechy Marthy i Daniela przechodzące w mruczenie; a gdy półnaga jęknęła głośno z rozkoszy, Daniel wystawił głowę i zwrócił się do leżącego już na krześle Chrisa:

–Hej, co tak siedzisz? Podejdź z przodu i pomóż pani.

Chris natychmiast wszedł na stół i klęknął przed Marthą. Sama rozpięła mu spodnie, opuściła je do kolan, złapała go za pośladki i włożyła jego penisa do ust. Chris przyciągnął jej głowę do siebie i znów odleciał. Potem cały trójgłowy potwór pił dalej, bawił się i zmieniał konfiguracje aż do bladego świtu.

3. Powrót

W niedzielę Chris obudził się koło południa, czując potężny głód. Wszystko, co zjadł w sobotę, to zaledwie te kilka kanapek. Obok spali przytuleni do niego Daniel i Martha. Dwoje najbliższych mu w tej chwili ludzi. Jedno i drugie pochrapywało z lekka. Sprawiali wrażenie pogrążonych w tak głębokim śnie, jakby nie spali przez wieki. Chris nie spieszył się. Leżał między nimi, wpatrzony w sufit i wspominał resztki, które utkwiły mu w głowie ze wczorajszego szaleństwa.

Niewiele pamiętał, ale to, co miał w głowie składało się w jeden obraz. W jego pamięci latały wszędzie ręce i nogi, plątały się języki i organy płciowe, lały się wszędzie płyny ustrojowe wszelkiego rodzaju o ostrym zapachu, wymieszane z gorzałką, słyszał szepty, jęki i przekleństwa; ale to, co najważniejsze, zdarzyło się dopiero pod koniec.

Kiedy do pokoju zaczynało wpadać szare światło świtu, a ich cała trójka tuliła się do siebie, jak zmarznięte dzieci, Daniel wypowiedział wreszcie to, na co Chris czekał od rozstania się z nim i początku jego związku z Barbarą. Jeszcze raz pocałował go mocno i powiedział: „Kocham cię ty dziwko. Teraz jesteś mój. Tylko i wyłącznie mój.”

Chris nie wiedział, czy było to szczere wyznanie, czy wypowiedziane pod wpływem chwili. Wiedział tylko, że jest nieziemsko szczęśliwy, że te słowa padły właśnie z jego ust i znów zaczął płakać. Martha i Daniel pocałunkami ocierali mu oczy i policzki.

Daniel był jedyną osobą, z którą Chris nie bał się rozmawiać otwarcie, więc zgodnie z prawdą powiedział: „Nie wiem, czy bujasz teraz, czy nie, ale chcę, żebyś wiedział, że ja od zawsze cię kochałem.” Na te słowa Daniel nie odpowiedział, tylko położył się obok niego, przytulił go i wpatrywał się mu w oczy, jakby chciał coś powiedzieć, ale coś mu na to nie pozwalało. Martha przytuliła się do niego z drugiej strony i wkrótce wszyscy zasnęli.

Wspominając to, Chris przeleżał jakieś piętnaście minut, a potem podniósł się wolno, by nie przeszkadzać śpiącym. Mieli w końcu przed sobą cały długi dzień. Kiedy wstał z łóżka, Daniel i Martha wypełnili powstałą po Chrisie lukę i przytulili się do siebie. Chris w tym czasie ubrał się, wyszedł z pokoju i zszedł na dół do restauracji.

Tak jak się spodziewał, wszystko w hotelu również było jeszcze martwe, a korytarze świeciły pustkami. Gdzieniegdzie kręciła się tylko jedynie obsługa z wózkami, roznosząca śniadania. Z lekkim przygnębieniem uświadomił sobie, że wkrótce sam może do niej należeć. Nie była to praca jego marzeń, ale lepsza taka niż żadna; wystarczyło tylko zapytać szefa hotelu o pracę. A jak znał swoje szczęście, to na pewno mu się uda. Z tą myślą wszedł do windy i zjechał na dół. W restauracji panowały pustki. Usiadł przy jednym ze krzeseł i po chwili podeszła do niego kelnerka. Zamówił jajecznicę z boczkiem i dużą kawę z mlekiem.

Kiedy kelnerka odeszła, podparł brodę rękami, zapatrzył się w okno i zamyślił się. Nawet nie zauważył kobiety, która weszła niepewnie na próg hotelowej restauracji. Rozglądała się przez kilka sekund, po czym wyszła, nie oglądając się więcej. Nie spotkało go nic więcej dopóki kelnerka przyniosła zamówione śniadanie. Wtedy też drzwi otworzyły się po raz kolejny i wszedł przez nie Daniel razem z Marthą.

–No ładnie – zawołał od progu uśmiechnięty Daniel, podchodząc do stolika. Chris ocknął się z zamyślenia spojrzał na nich z uśmiechem – Sam sobie zamówił śniadanie, a nas zostawił. – powiedział i odsunął krzesło dla Marty.

–Nie chciałem was budzić, tak ładnie razem wyglądaliście. – Martha i Daniel spojrzeli na siebie przez moment.

–Co chcesz przez to powiedzieć?

–Nic, po prostu ładnie wam razem.

–Coś mi się zdaje, że nasz pan Krzysio chce nas wyswatać. – zażartowała Martha.

–Powiedziałem ci, żebyś mi nie mówiła tak. Nienawidzę tego.

–A ty nie wmawiaj nam czegoś, czego nie ma, ok?

–Jasne. Ja tylko... – w tym momencie usłyszeli stukot obcasów kelnerki o podłogę – no nie ważne. – kelnerka postawiła tacę z jajecznicą z boczkiem i dzbankiem kawy na stoliku.

–Dla nas to samo. – powiedział Daniel. Kelnerka przyjęła zamówienie i odeszła – Co teraz?

Chris odchrząknął.

–Mówiłeś serio?

–Serio? O czym?

–No... o pracy.

–Aha, o tym. – Daniel spojrzał na Marthę – Tu jest przedstawicielka obsługi, to się jej zapytaj.

–To nie tak miało być. – Chris speszył się

–Spokojnie – odparła Martha – Szukasz pracy? Jako kto?

–Jako kelner. Macie miejsce?

–Na kelnera zawsze jest miejsce. Wieczorami jest tyle roboty, że każda para rąk się przyda. Pogadaj z dyrektorem.

–A będę mógł zostać nadal gościem?

–Nie wiem, zapytaj dyrektora.

–Później się tym zajmiesz – powiedział Daniel – powiedz lepiej, na co masz ochotę dzisiaj.

–A co, stawiasz?

–A masz kasę? – Chris milczał – Tak myślałem. Więc stawiam. I tobie też – zwrócił się do Marty

–Dziękuję, co za hojność.

–Czy Irene wie, jak szastasz jej pieniędzmi? – spytał ostrożnie Chris.

–Nie jej pieniędzmi, tylko jej tatusia, tłumaczyłem ci to już. No to dzisiaj się jeszcze zabawimy, a od jutra do roboty.

Chris był zaskoczony obrotem spraw. Kiedy Barbara oznajmiła mu, że to koniec, spodziewał się, że jego życie również się skończy. Chciał tylko zasiąść przy stole w pokoju i zanurzyć się w świecie Weroniki, która wciąż siedziała w pokoju, wpatrzona w okno, za którym był trzaskający mróz i nie wiedziała, co zrobić dalej. Co gorsza, Chris też nie wiedział, co z nią począć, ale nie chciał jej teraz porzucać.

Od kiedy w jego życiu pojawił się znowu Daniel, poczuł się we właściwych rękach. I wbrew temu, co mówił Daniel, nie czuł się wcale wolny – zawsze musiał być w czyichś rękach. Chociaż od początku starał się wymknąć z każdych rąk, wciąż wpadał w następne. „Czy to się kiedyś skończy? Może o to powinna walczyć Weronika?” – przyszło mu na myśl, kiedy poczuł szturchnięcie w bok.

–Hej, znowu się zamyśliłeś. Gdzie odpływasz?

–Myślę nad tym, co mnie ostatnio spotkało. Jak wszystko się poprzewracało.

–Takie życie. – powiedziała Martha – Nie ma co się zastanawiać, trzeba wszystko przyjąć i żyć dalej.

–Najśmieszniejsze jest to, że uświadomiłem sobie, że wciąż wpadam w czyjeś ręce. Najpierw próbował mnie urobić mój ojciec. Zostawiłem go więc. Potem natrafiłem na ciebie – zwrócił się do Daniela – i spędziłem z tobą najbardziej kolorowe, jak dotychczas, lata życia. Potem ożeniłem się z Barbarą, a teraz znowu ty do mnie wracasz.

–Hej, to tylko przyjacielskie spotkanie po latach, nie rób sobie nadziei, że będę ci matkował.

–Nie chcę tego; jestem jak najdalej od tej myśli. Chcę wreszcie coś zrobić sam, bez niczyjej pomocy. A teraz zamierzam wreszcie odnaleźć w swoim życiu samego siebie. A to wszystko dzięki tobie Daniel, dziękuję ci.

–To nie moja zasługa, ja nic nie zrobiłem.

–Mimo wszystko, dziękuję. Gdyby nie ty, nie wpadłbym na to, że mogę tu mieszkać i być kelnerem.

–No cóż, widzę, że czasem jednak trzeba cię prowadzić za rączkę. – westchnął Daniel

–Jeśli chcesz, możemy zaraz do niego pójść i pogadać. – powiedziała Martha

–Naprawdę? – ucieszył się Chris

–No jasne, kiedy chciałbyś zacząć?

–Jak najszybciej, potrzebna mi gotówka.

–W takim razie chodźmy teraz. Szef często wyjeżdża i prawie nigdy nie ma czasu.

Wstali od stolika, poinformowali kelnerkę, że za chwilę wrócą i poszli wszyscy do biura szefa. Daniel zapukał i usłyszeli „proszę”, po czym wszedł z Chrisem. Szanując czas dyrektora, wyłożył sprawę krótko, ale treściwie. Dyrektor był zdumiony, bo pierwszy raz w życiu zdarzyło mu się, by jego własny klient chciał pracować u niego, jako kelner, ale zgodził się i zaznaczył, że robi to tylko ze względu na Daniela, którego zna i któremu ufa, jak własnemu bratu.

Chris miał zacząć pracę od jutrzejszego rana, ale jeszcze dziś Daniel zabrał jego i Marthę do miasta na dalsze świętowanie wyzwolenia się spod żelaznych rządów Barbary. Chodzili od baru do baru, rozmawiali, śmiali się, zjedli dobry, obfity obiad w jednej z najlepszych restauracji, którą zafundował im Daniel, a pod koniec urządzili sobie jeszcze wspólną, sekretną sesję seksualną na tylnych siedzeniach kina.

Tak wspaniale jak przez tamte dwa dni, Chris nie czuł się od lat. Czuł, że wreszcie ożył i on i jego chęć do życia, której spadek spowodowało pozbawione energii i zbyt zrównoważone życie z Barbarą. Ale jeszcze tego samego wieczora, kiedy Daniel pożegnał się z nim, a Chris miał wreszcie zasiąść do dalszej pracy nad przygodami Weroniki, do drzwi jego pokoju rozległo się pukanie.

–Proszę – powiedział Chris, odrywając się od zapisków

Drzwi otworzyły się i wszedł dyrektor hotelu. Chris odruchowo wstał na jego widok.

–Dobry wieczór – Przywitał się.

–Dobry wieczór, zjawiłem się tu, ponieważ chciałbym się zapytać pana o jedną ważną kwestię.

–Proszę, słucham. Proszę usiąść.

–Nie, dziękuję. Jest już późno, a ja tylko na chwilę. Chciałem powiedzieć, że jeśli chce pan u nas pracować, będzie pan musiał się przenieść z tego pokoju.

–Jak to, nie rozumiem.

–Jako kelner nie będzie pan zarabiał aż tyle, żeby pozwolić sobie na mieszkanie w takim pokoju.

Chris był zaskoczony. Wiedział, gdzie się przeniesie, ale postanowił zachować się przyzwoicie:

–No dobrze, na co mogę liczyć w takim razie?

–Mamy na górnym piętrze specjalne pokoje dla służby. Ze standardem jest czasem ciężko, ale są darmowe.

–Rozumiem, że mam się tam przenieść.

–I to najlepiej jeszcze dziś, skoro zaczyna pan od jutra.

Chris kiwnął głową.

–No dobrze, ureguluję rachunek i już mnie tu nie ma. Cóż, trudno. I tak nie mam tu dużo rzeczy. Zajmie mi to jakieś pięć minut.

–Rachunku nie musi pan regulować. Pański przyjaciel już uregulował już go za pana.

–Daniel? – Chrisowi było teraz głupio – Dlaczego to zrobił, przecież mam jeszcze pieniądze.

Dyrektor wzruszył ramionami.

–Proszę mnie nie pytać; być może, to przyjacielski gest. Faktem jest, że brakuje nam kelnerów podczas rautów, przyjęć, bankietów i innych tego typu spotkań, więc postanowiłem pana przyjąć i zobaczyć, co pan potrafi. Będzie się panem opiekował na razie Gregory. On tu wszystko zna. Jutro proszę się stawić w kuchni o szóstej trzydzieści rano.

–Oczywiście. – Chris westchnął – Wezmę tylko swoje rzeczy.

Dyrektor wstał, a Chris razem z nim.

–Kiedy będzie pan gotowy, proszę się zgłosić do recepcji na dole. Dadzą panu odpowiednie klucze, a potem któraś z pokojówek zaprowadzi pana do pana nowego pokoju. Na razie to tyle. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania do mnie? – Chris pokręcił głową – W takim razie witam na pokładzie, jak to się mówi. – Dyrektor podał rękę Chrisowi, a on ją uścisnął. Był to solidny uścisk, ale bez przesadnej siły. Chris lubił takie uściski. Wiedział już, że dyrektor to porządny gość.

–A więc, do zobaczenia jutro.

–Tak, do zobaczenia jutro. – powiedział dyrektor i wyszedł.

Chris nawet nie usiadł, ale natychmiast wyjął walizkę spod łóżka i zaczął do niej składać wszystkie rzeczy, jakie miał: ubrania, przybory kosmetyczne, buty, książki i maszynę do pisania. To był jego cały bagaż; cały dotychczasowy dorobek życiowy. Fortuna ojca przeleciała mu między palcami – wydał ją na sprawy bieżące.

I zdał sobie sprawę, że wbrew temu, co twierdziła Barbara, on także dokładał się do wspólnego życia, jak tylko mógł. To z jego pieniędzy zakupili ich pierwsze mieszkanie; to on wyremontował tę ruderę, którą wybrała ona; to on kupił samochód, który jej odpowiadał. „Więc niech mi nie truje, że tylko ona musiała harować sama jak dziki osioł na nasze wspólne utrzymanie. To, że nie mogłem dostać pracy, nie oznaczało, że kompletnie przestałem się zajmować domem i naszym małżeństwem. Wręcz przeciwnie, to mi zależało na tym, by je utrzymać. A ona jakoś dziwnie nigdy się nie starała, żeby między nami znów zaiskrzyło, jak dawniej.” Teraz jednak było już za późno na takie rozważania – Daniel uświadomił mu to podczas ostatnich dwóch dni.

Zamknął walizkę, obejrzał jeszcze raz pokój i kiedy stwierdził, że nic więcej nie chce zabrać, wyszedł, zamknął pokój na klucz i ruszył w kierunku windy, po raz ostatni jako gość. Czuł, że od jutra jego los zmieni się. Nie wiedział jeszcze, czy na gorsze, czy na lepsze, ale zmieni się na pewno.

Na razie jednak dotarł do windy i zjechał nią na dół do głównego holu. Kiedy znalazł się na dole, podszedł do lady. Recepcjonistka rozmawiała z kimś przez telefon. Potakiwała co jakiś czas i robiła notatki. Chris oparł się o ladę i wtedy go dostrzegła. Nie przerywając rozmowy, gestem nakazała mu czekać. Oderwała się od notatek, odwróciła do tablicy z kluczami, po czym wzięła z niej jeden z kluczy i podała Chrisowi. Potem gestem kazała mu iść.

„Hm, dzięki, miło się gawędziło.” – mruknął do siebie Chris i zerknął na klucz. Na breloczku zielonym flamastrem ktoś nagryzmolił ledwo rozpoznawalny numer 513. „I do tego trzynastka. No, ładnie się zaczyna.” Wrócił do windy i wcisnął guzik z piątką. Piąte piętro było najwyżej i mimo włączonych grzejników, o tej porze roku panował tu ziąb. Już po wyjściu z windy dostał gęsiej skórki.

Bywał tu już wcześniej z wizytami u Marthy, więc nie była to dla niego żadna nowość. Był to strych przerobiony na pomieszczenia dla służby. Pomieszczenia po jednej stronie i drugiej stronie były oddzielone wąskim, długim korytarzem z niekończącą się liczbą białych, drewnianych drzwi, zza których o tej porze dochodziły do rozmowy, śmiechy oraz okrzyki.

Odszukał drzwi z numerem 513, wszedł do środka i włączył lampę na suficie. Jego nowe lokum było wąskie i małe, miało tylko jedno małe okno bez firanek, jedno łóżko, krzesło i stół. Nawet z tak niewielką ilością mebli wydawało się ciasne i zagracone.

Usiadł na łóżku i rozglądnął się. Za stołem był przymocowany do ściany kaloryfer. Sięgnął ręką do pokrętła i włączył go na maksymalny poziom. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że zanim się rozgrzeje, będzie tu jeszcze długo zimno. „A więc znowu wylądowałem w warunkach, od których zaczynałem.” – przyszło mu do głowy.

Czuł się, jakby jego życie nie posunęło się na przód ani o krok – „Po raz kolejny zaczynam od początku.” Wsunął walizkę pod łóżko, zdjął buty i przykrył się aż po głowę cienką kołdrę, którą nakrył dodatkowo kocem i zasnął niemal od razu.

4. Partia

Obudził go ktoś, kto potrząsał jego ramieniem. Otworzył oczy i zobaczył, że to była Martha. Siedziała na krześle w swoim uniformie i upiętych spinką włosach, jakby ich nigdy nie zdejmowała i uśmiechała się do niego, a na kolanach trzymała tobołek.

–Wstawaj, jest szósta. Za pół godziny zaczynamy.

Chris przeciągnął się i wyszedł spod kołdry. Powietrze w pokoju było już cieplejsze niż wczoraj, ale wciąż było zimno. Zza ścian dochodziły go szelesty, pomruki niezadowolenia z wczesnej pory i ziewanie. Sam zakrył usta rękami i ziewnął szeroko.

–Przepraszam, odzwyczaiłem się od wczesnego wstawania.

–Nie marudź, tylko ubieraj się. Patrz, przyniosłam ci rzeczy. Idealne na twój rozmiar. – uśmiechnęła się.

–Dzięki, nie pomyślałem o tym. – zerknął na strój i przez sekundę widział siebie, jako klnącego pod nosem, zagonionego, spoconego młokosa, uwijającego się z tacą i ścierką pośród rozleniwionych i rozgadanych klientów w wypełnionej dymem, zapachem alkoholu i hałaśliwą, szybką muzyką sali. Przeszedł go dreszcz strachu na samo wspomnienie o tym.

Jednak fakt, że ma do tego wrócić potraktował już raczej jako wyzwanie. Był ciekaw, czy uda mu się pokonać tamten wstręt i ponownie wrócić do tej samej ciężkiej roboty. Zajęło mu to jednak nie dłużej niż sekundę i po chwili już bez cienia wstydu ściągał z siebie wszystko przy Marcie i przebierał się w rzeczy, które mu podawała. Pozwolił jej oglądać siebie ze wszystkich stron; sprawiało mu to nawet przyjemność.

–No i jak? – spytał się, kiedy już stał w pełni przebrany

–Doskonale – oceniła go – Teraz zamknij już pokój i chodź na dół. Może zostanie jeszcze trochę czasu na przekąszenie czegoś przed pracą.

Chris wyszedł z pokoju razem z Marthą i zamknął drzwi na klucz. Kilka przechodzących korytarzem osób spojrzało na niego z ciekawością, rozpoznając w nim stałego klienta z hotelu. Zgadł, o czym myślą, ale nie odezwał się. Dwie kobiety i mężczyzna poszli dalej, a Martha i Chris ruszyli za nimi do windy.

Zatrzymali się przy niej, a mężczyzna wcisnął guzik. Przez chwilę panowało niezręczne milczenie. Mężczyzna z ciekawością przypatrywał się Chrisowi.

–To ty jesteś ten nowy? – zagadnął mężczyzna.

–Na to wygląda. – odparł Chris.

–Hm, czyli to ciebie mam uczyć. Gregory. – wyciągnął rękę, a Chris uścisnął ją. Tym razem jednak nie mógł uścisnąć ręki porządnie, bo uścisk był niemrawy. – Pracowałeś gdzieś już kiedyś?

–Tak, wiele lat temu miałem etat w „Flamboyant Palace.”

Gregory gwizdnął z podziwem, a kelnerki westchnęły

–Człowieku, to ja nie mam czego cię uczyć. To ty możesz mnie czegoś nauczyć. Ciężko było?

Chris prychnął pogardliwie.

–Oczywiście, że było ciężko. Pot nam leciał po plecach, ale trzeba było się uśmiechać, być lekkim jak piórko i jeszcze inteligentnie rozmawiać z klientem.

–Wyobrażam sobie. Byle kto nie dostaje tam roboty. Dlaczego odszedłeś?

–Bycie kelnerem to nie jest moja pasja życiowa. Chciałem robić coś innego.

–A teraz? – zapytała jedna z nich

–Teraz potrzebuję pieniędzy.

–No to witaj w klubie.

W tym momencie drzwi windy się otworzyły i wszyscy wysiedli. Znajdowali się teraz szerokim, ciemnym holu. Gregory włączył światło i ruszył pierwszy do drzwi po drugiej stronie korytarza, a reszta za nim. Weszli do magazynu, w którym czekało na nich już sporo innych kelnerów, pokojówek i kelnerek. Wśród nich były także recepcjonistki. Wszyscy spojrzeli przez chwilę na wchodzących, po czym znów dało się słyszeć ściszone rozmowy. Zdawało się, że czekają na samego dyrektora. Po chwili do pomieszczenia istotnie wszedł dyrektor we własnej osobie i wszyscy umilkli. Stanął na środku i zaczął:

–Witam państwa, mam nadzieję, że dobrze się państwu spało, bo dziś czeka was ciężki dzień. Jak wiemy, dziś i jutro odbędzie się zjazd partii „Wspólne Dobro”. Wszystko musi się odbyć według stałego planu, czyli: roznoszenie śniadań bezpośrednio do pokoi, kieliszek szampana dla każdego na powitanie, potem przygotowania do uroczystego lunchu podczas mowy inauguracyjnej; proszę pamiętać o ustawieniu krzeseł i usadzeniu gości, tak jak prosił przewodniczący. Każdy ma swoje specjalne miejsce. Podczas dalszej części posiedzenia partii, sprzątanie i przygotowania do uroczystego obiadu i tu postaram się podać Państwu niezwłocznie nowy plan usadzenia gości. Dla każdego trzeba będzie przygotować odpowiednie miejsce. Po obiedzie znów odbędzie się dalsza część konferencji, ale tym razem, na życzenie przewodniczącego, kawę i desery podamy bezpośrednio do sali konferencyjnej, a więc w czasie obiadu trzeba wszystko przygotować i na krótko przed powrotem członków partii na salę rozłożyć wszystko na stolikach, tak, żeby wszystko było gotowe zanim wejdą na salę. Pod koniec dnia kolacja i tu znów nowy rozkład usadowienia gości...

–Bardzo przepraszam, że przerywam – odezwał się Chris – Czy te wszystkie zmiany usadowienia są konieczne?

Wszyscy spojrzeli na niego jakby odważył się co najmniej splunąć dyrektorowi w twarz.

–Tak, robimy to na wyraźne życzenie partii. – odezwał się niezrażony dyrektor – Bardzo przepraszam, że nie przedstawiłem jeszcze pana innym. Proszę państwa, mamy nowego członka naszej wspólnej załogi. To jest... – dyrektor spojrzał na Chrisa

–Chris. Tyle wystarczy. Witam wszystkich. – powiedział spokojnym tonem, choć daleko mu było do wewnętrznego spokoju. Parę osób odkiwnęło głową, reszta westchnęła i pokręciła głowami, jakby chcieli powiedzieć „co tu się wyrabia.”

–Dziś jest pierwszy dzień dla pana Chrisa, więc proszę o cierpliwość wobec niego. Proszę mu pokazać co i jak działa w naszej restauracji, jakie mamy zwyczaje i dlaczego członkowie partii tak często zmieniają miejsca.

–Nie martw się Chris, wszystkiego się dowiesz w swoim czasie. – powiedział Gregory.

–Na razie to tyle. – powiedział dyrektor – Nie zabieram państwu więcej czasu, sam mam dziś mnóstwo pracy. Do widzenia. – powiedział dyrektor, a kiedy reszta wspólnym chórem odpowiedziała mu, poprawił surdut i zniknął.

–Chodź Chris, pokażę ci gdzie trzymamy trunki. – powiedział Gregory i ruszył przodem, a Chris za nim.

Reszta również ruszyła do własnych zajęć. Obaj zeszli do mrocznej i zimnej piwnicy. Gregory zaprowadził Chrisa do wilgotnego, zimnego i obszernego pomieszczenia i po kolei pokazywał rzędy zakurzonych i błyszczących butelek piwa, wina, whiskey, likierów, szampanów, wódek i innych mniejszych lub większych flaszek. Chris starał się zapamiętać kolejność rodzajów, ale było tego tak dużo, że natychmiast wszystko mu się pomieszało. Jednak Gregory pokazał mu umieszczone na każdej półce białe nalepki z wypisanym rodzajem, nazwą alkoholu i rocznikiem.

Na próbę kazał mu znaleźć odpowiedni szampan, ze znalezieniem którego Chris nie miał problemu. Wzięli dwie skrzynki, każdy po jednej i przynieśli na górę do kuchni. Chris był bardzo wdzięczny, że wyszli tak szybko, bo piwnica była tak wilgotna i zimna, że znowu zaczynał drżeć z zimna i dostał gęsiej skórki. Czuł, że nadchodzi przeziębienie, bo zaczynało go drapać gardło, a wczorajsza zimna noc spędzona pod lichym kocem nie rozgrzała go dostatecznie.

Gregory kazał mu poczekać z szampanem, bo zaraz mieli roznosić śniadanie do pokoi. Kucharki już układały białe talerzyki na srebrnych tacach, a na nich świeży chleb, małe kostki masła, plastry wędzonej szynki i sera, dżem w maleńkich miseczkach, srebrne noże i widelce zawinięte w lniane, białe, wykrochmalone serwetki i to wszystko przykrywały dużymi srebrnymi pokrywami. Tak przygotowane zestawy kładły na kilkupoziomowych wózkach, które raz po raz wyjeżdżały, prowadzone przez kelnerki i kelnerów.

Chrisowi, który nie jadł jeszcze nic od rana, poleciała ślinka. Wciąż jeszcze żył obfitym obiadem z poprzedniego dnia, jakim uraczył go Daniel, jednak głód powoli dawał mu się we znaki. Na sam zapach sera i szynki z żalem pomyślał o tych wszystkich straconych śniadaniach, jakie zazwyczaj wyrzucał do kosza, albo odmawiał ich przyjęcia.

Na sentymenty jednak nie było dużo czasu, bo oto Chris otrzymał własny wózek i polecenie rozniesienia śniadań na czwartym piętrze z prawej strony korytarza po pokojach 408 – 420.

–Dziś jadę z tobą. – powiedział Gregory. – Pewnie dasz sobie radę, ale musisz poznać naszych partyjniaków, bo to im będziesz roznosił śniadania.

Gregory zaprowadził Chrisa do szerokiej windy roboczej, której używali wyłącznie pracownicy firmy. Pachniała brudem i alkoholem, ale nie postanowił tego nie komentować. Jechali w milczeniu i zatrzymali się na czwartym piętrze. Chris wyprowadził ciężki wózek z windy i poprowadził go prawą stroną korytarza. Gregory szedł obok niego.

–Zapukaj teraz do 408 i powiadom, że przyjeżdżasz ze śniadaniem. – instruował – Jak cię wpuszczą, to weź pierwszą tacę z górnego lewego rogu i podaj im. Nie zawsze chcą cię wpuścić, więc jeśli się nikt nie odezwie, to zignoruj ich i idź dalej. Pamiętaj, że śniadania są poukładane według pokoi, właśnie od lewego górnego rogu.

–Czemu roznosimy tak wcześnie? Przecież nawet nie ma siódmej?

–Bo to partyjniacy. Oni zawsze wcześnie wstają. Muszą się przygotować do debaty wcześniej, cokolwiek będą na niej robić.

–A co z tym ustawieniem krzeseł?

–Wszystko w swoim czasie, Chris. Teraz nie zapomnij – zawsze od lewego górnego rogu wózka, dobra?

Chris zapukał do drzwi i zawołał, że przywiózł śniadanie. Po chwili drzwi otworzyły się i wyjrzał zza nich zaspany, nieogolony mężczyzna w szlafroku. Niedbałym gestem wyciągnął ręce przed siebie i czekał na tacę. Chris odwrócił się i położył ręce na srebrnych rączkach tacy. Dla upewnienia jeszcze spojrzał na Gregory'ego, ale on tylko kiwnął głową dla potwierdzenia, a Chris podniósł tacę ze śniadaniem i podał ją mężczyźnie w drzwiach, który bez podziękowania zniknął za drzwiami i zatrzasnął je nogą. Gregory kazał jechać dalej.

–Nie wszyscy muszą być uprzejmi, ale to już pewnie wiesz. – Chris dał znać, że rozumie.

Chris zapukał do następnych drzwi i zawołał „Śniadanie!” Tym razem nikt nie odpowiedział. Gregory kazał mu iść dalej.

–Którą tacę teraz weźmiesz? – Chris wskazał trzecią z kolei, a Gregory kiwnął głową.

W ten sposób Chris obszedł całe piętro w dziesięć minut, poznając tylko niektóre twarze „partyjniaków”. Nie były to twarze ludzi biednych, raczej byli to ludzie, którzy w swoim życiu nigdy nie zaznali biedy – dobre, lub złe, ale okrągłe, rumiane, zdrowe.

Niektórzy mu dziękowali i uśmiechali się; inni, tak jak niegdyś Chris, rzucali czymś w drzwi, w nadziei, że sobie pójdzie; jeszcze inni wystawiali ręce i czekali, aż Chris poda im tacę, po czym znikali za drzwiami bez słowa. Były wśród nich zarówno kobiety jaki i mężczyźni, ale nikt jednak nie zaprosił go do pokoju, by wszedł i położył tacę na stoliku. Po pięciu minutach jechał razem z Gregorym na dół do kuchni z częściowo tylko pustym wózkiem.

–No i tak co rano. Nie wszyscy będą cię witać z uśmiechem na twarzy, ale ale taki już urok naszego zawodu. Teraz pójdziesz ze mną na salę i pokażę że ci rozkład obecny rozkład usadowienia gości.

–To normalne, że tak często zmieniają miejsca?

–Wiesz co, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje. To są jakieś ich wewnętrzne ustawki. Mamy wizytówki i nowe rozkłady usadowienia gości, które otrzymujemy z samej góry. Wizytówki i krzesła mamy układać rozkładać zgodnie z najnowszym planem. To wszystko, co wiemy.

Chris niczego nie rozumiał, ale już o nic nie pytał. Zjechał z Gregorym do kuchni i poszedł za nim na salę, gdzie już uwijały się kelnerki przy sztućcach i obrusach. Gregory wziął ze stolika aktówkę, otworzył ją i pokazał Chrisowi szkic sali z odpowiednim rozkładem krzeseł i wizytówek. Przy każdym krześle widniało osobne imię i nazwisko.

Kiedy Chris zobaczył rozkład stolików i krzeseł, od razu wciągnął się w fach scenografa i spostrzegł, że krzesła źle ustawiono.

–Krzesła.

–Co krzesła?

–No, krzesła. Stoją odwrotnie niż na planie. – spojrzał uważniej – A poza tym, te nazwiska się nie pasują do swoich miejsc. – wskazał na kartkę i na wizytówki. Podszedł do nich jeden z kelnerów i również spojrzał.

–Faktycznie, ci powinni siedzieć tyłem do okien. A w ogóle wszystko jest odwrotnie. Masz dobre oko. Jak się nazywasz?

–Chris.

–Miło cię poznać. Hej, przekręcamy całość. – zawołał do grupy kelnerek i kelnerów – Chris właśnie zauważył, że wszystko jest na opak. Dzięki. – zwrócił się do niego. Wszyscy jęknęli z ubolewaniem i ruszyli do przestawiania stołów – Jestem Stan. – podał mu rękę, a Chris ją uścisnął. Stan mrugnął do niego, ale Chris nie zareagował.

–No chodź, – powiedział Gregory nieco zgaszony – przez ciebie mamy dodatkową robotę.

Wszyscy wzięli się do przestawiania krzeseł, a Chris co jakiś czas podchodził do Stana i sprawdzał, czy wszystko się zgadza. Kończyli ustawiać wizytówki, kiedy w sali obok wrzał już gwar rozmów członków partii. Wtedy Gregory dał znak Chrisowi, że „pora się brać za szampana.”

Chris, za przykładem Gregory'ego i Stana, wziął tacę pełną kieliszków ze złocistym płynem i rozpoczął krążenie wśród gości. Kieliszki szybko znikały z tacy w wypielęgnowanych dłoniach pań i panów. Niektóre panie miały białe bądź czarne jedwabne rękawiczki, a panowie złote sygnety na wypielęgnowanych dłoniach. Chris już na pewno wiedział, że na biednych nie trafił.

Coraz więcej osób zbierało się w holu i robiło się tłoczno. Kobiety wyglądały jak prawdziwe damy w atłasach i jedwabiach, z kołnierzami z norek na szyjach. Ich szyje, uszy i palce zdobiły kamienie szlachetne, a twarze pokrywał mocny makijaż. Mężczyźni mieli na sobie garnitury i śnieżnobiałe koszule. Chris wiedział, że takie garnitury szyje się na zamówienie i nie znajdzie się ich, nawet w najlepszych wypożyczalniach.

Wszyscy sprawiali wrażenie bogatych, uśmiechniętych i szczęśliwych. Chrisowi nie pasował tylko jeden aspekt – wszyscy ukrywali zdenerwowanie. Wszechobecne westchnienia, nagłe, gwałtowne ruchy, zbyt żywiołowy śmiech i tiki ramion i powiek powiedziały mu o wiele więcej niż bogate stroje i piękna biżuteria. Wokół wyczuwało się atmosferę nie jak przed kolejnym, rutynowym posiedzeniem, ale jak przed egzaminem.

Oczyma wyobraźni już liczył, ile potrafiłby wyciągnąć z ich kieszeni, gdyby zaczął sprawdzać, co oni tam mają, i na ile by się wzbogacił. Tak postępował kiedyś, ale nie teraz. I nie dlatego, że nie było to zgodne z prawem, czy dlatego, że się bał – po prostu wyszedł z wprawy i naraziłby się nie tylko na utratę pracy, ale utratę zaufania w swoim środowisku.

Wreszcie drzwi sali konferencyjnej się otworzyły i stanął w nich wysoki człowiek w garniturze równie wysokiej jakości co pozostali. Całe towarzystwo umilkło. „Zapraszam” – rzucił eleganckim szeptem. Oddając i odkładając kieliszki gdzie popadło, wszyscy ruszyli w stronę otwartych drzwi.

Gdy hol opustoszał i drzwi zamknęły się, zaczęło się nowe zamieszanie, tym razem wśród obsługi. Zbierano pozostawione wszędzie kieliszki i odnoszono tace. Chris uczestniczył w tym, kiedy Gregory kazał mu iść za sobą do restauracji, w celu obsługi pozostałych hotelowych gości.

–Widzę, że wiesz, co robić na bankietach. Pora, żebym zobaczył, jak sobie radzisz w restauracji. Tam też jest co robić.

W restauracji Chris radził sobie nie gorzej niż podczas bankietu, mimo iż gości było sporo. Gregory zajął się swoimi sprawami, a on nie wiedział, gdzie co się znajduje. W tym wypadku łapał kogokolwiek, kto akurat przechodził korytarzem i pytał, gdzie może znaleźć to lub owo, starał się zapamiętać miejsce i szedł dalej.

Potem Gregory wziął go z powrotem do obsługi członków partii podczas obiadu. Chris zostawił więc wszystko, co miał i posłusznie poszedł za Gregorym. W międzyczasie złapał go za ramię przechodzący obok Stan i szepnął: „Przyjdź do mnie dziś. Mieszkam w 515. Pogadamy.”

Widząc to Gregory wrzasnął tylko do Stana: „Idź mi stąd, cholero jedna! Już cię tu nie ma!” Stan, niezrażony takim zachowaniem, uśmiechnął się tylko do Gregory'ego i posłał mu całusa. Gregory chwycił za najbliższy wazon i zamachnął się, żeby nim w niego rzucić, ale Stan zniknął już za zakrętem. Chrisa trochę przestraszyło takie zachowanie, ale zacisnął zęby i nie pytał o nic. To nie były jego sprawy – teraz najważniejsze było pokazanie się w nowym miejscu pracy.

Poszedł więc posłusznie dalej za Gregory'm i wykonywał jego polecenia: układał sztućce na stołach, dobierał kieliszki do wody i alkoholi, przy każdym nakryciu ustawiał odpowiednio złożoną serwetkę i starał się to robić w miarę szybko. Wiedział, że takie rzeczy zazwyczaj robiły kelnerki, ale zdawał sobie również sprawę z tego, że był to swego rodzaju sprawdzian przeprowadzony przez Gregory'ego. Chciał się przekonać, ile Chris potrafi i on to mu pokazał.

Potem obsługiwał gości przy obiedzie. O ile wydawali się rozmowni rano, to tym razem milczeli przez większość obiadu. Najpierw wydawało mu się to grzecznością, ale z czasem zauważył ponure i smutne twarze. Ludzie nieraz ukradkowo zerkali w stronę krzeseł ustawionych tyłem do okien.

Chris spojrzał w tamtą stronę. Ludzie siedzący na tych krzesłach mieli głowy nisko opuszczone i jedli obiad w kompletnym milczeniu. Kelnerzy, przyzwyczajeni do szumu na sali, czuli się niezręcznie wśród panującej ciszy, ale Chris miał szansę dokładniej przyjrzeć się gościom. Na jednym z krzeseł ustawionych tyłem do okien siedział pewien starszy człowiek. Chris miał wrażenie, że go zna, ale nie mógł tego stwierdzić, bo ów dżentelmen miał głowę pochyloną nisko w dół, jak reszta gości.

Kiedy skończył się obiad i wszyscy wyszli z sali w milczeniu, zaczęło się zbieranie talerzy i półmisków. Gregory znowu powiedział, żeby wszystko zostawił i szedł do restauracji, obsługiwać gości. Ukojony przez spokój panujący podczas obiadu, z niechęcią wplótł się w gwar rozmów restauracyjnych gości. Wszędzie ktoś przywoływał go, musiał po kimś wynieść naczynia i sprzątnąć stolik; to znów ktoś coś domawiał, to prosił o rachunek, chciał zapłacić, albo pytał się, gdzie jest toaleta.

Kiedy nadeszła pora podawania kolacji, Chris był zmęczony, ale nie u kresu sił. Jednak nie chciało mu się już iść do Stana dzisiaj. Postanowił odłożyć to na jutro. Znów naszedł nowy plan ustawienia krzeseł i rozłożenia wizytówek. „Po jakie licho oni tak zmieniają te krzesła?” spytał siebie w myślach, ale nie mógł sobie na to odpowiedzieć. Poza tym, był zbyt zmęczony, by się nad tym zastanawiać. Spojrzał na plan podsunięty przez Stana. Tym razem wszystkie krzesła miały być ustawione przodem do okien.

Członkowie partii, zmęczeni całodziennymi dyskusjami, nie jedli dużo ani długo i za co cała obsługa była im wdzięczna. Szybko wstali i wyszli; część do baru, część do swoich pokoi. Obsługa szybko pozbierała wszystko, poprzestawiała krzesła i także udała się na górę.

4. Grawitacja

Po drodze do windy Chris minął się z owym starszym człowiekiem, którego rozpoznał w sali. Tamten także rozpoznał Chrisa i zatrzymał się naprzeciw niego. Stali tak w milczeniu przez chwilę i Chris stwierdził, że ów mężczyzna nie jest aż tak stary, jak przypuszczał. Był ostrzyżony na jeża, był szpakowaty i miał głębokie zmarszczki na twarzy od alkoholu i dlatego z bliska wyglądał na jakieś pięćdziesiąt lat i nie więcej i chyba tyle też miał.

Chris przypomniał sobie teraz tego mężczyznę dokładnie. Kiedy tamten był młodszy i silniejszy, Chris obsługiwał go często jako prostytutka, zarabiając na ulicy. Nie dowiedział się nigdy, jak się nazywa ów człowiek, ale często mu obciągał i z nim spał, bo tamten dobrze mu płacił i był dla niego miły. A poza tym, seks z nim również sprawiał mu wiele przyjemności.

–Pocieszysz mnie jeszcze raz, drogi chłopcze? – szepnął niemal z żalem mężczyzna

–Z chęcią – odszepnął Chris – ale haruję cały dzień jak osioł i nie mam już na to siły.

–Oszust. Na to zawsze miałeś siłę. Po prostu wyrosłeś z tego. Nie zawsze chce mi stanąć i zrobiłem się dla ciebie za stary.

–Bzdura. Wygląda pan doskonale; ja po prostu...

–Idź już. Wybaczysz mi wszystko, co ci zrobiłem?

–Nie mam czego wybaczać, sam się na to godziłem.

–Ale wybaczysz mi to?

–Tak, wybaczam panu wszystko, jeśli panu tak na tym zależy.

Mężczyzna kiwnął głową i poszedł dalej w swoją stronę.

–A ten zegarek – usłyszał Chris i odwrócił głowę – który świsnąłeś mi tamtej ostatniej nocy z kieszeni; gdzie go masz, złodzieju? Należał do mojego pradziadka. To była moja jedyna rodzinna pamiątka.

–Bardzo mi przykro, gdybym tylko wiedział...

–Co z nim zrobiłeś?

–Sprzedałem go na targu za 100 dolarów.

–Imbecyl, był wart 10 tysięcy dolarów! Ktoś nieźle zarobił na takim jełopie jak ty. – Mężczyzna obejrzał Chrisa z góry na dół – Mimo wszystko wciąż cię uwielbiam, złociutki. – na to słowo Chris skrzywił się mimowolnie – Tak, pamiętam, że nienawidzisz tego określenia. To za zegarek. Pluję na jego wartość, ale zależało mi na nim, bo to moja rodzinna pamiątka. A teraz nie mam już nic.

–Zawsze ma pan mnie.

–Nie pierdol mi tu głupot, dobra?

–Dlaczego jest pan taki zgorzkniały? Kiedyś był pan inny.

–Kiedyś było kiedyś. A ja byłem młodszy i miałem więcej siły. I wtedy to ci się podobało. A teraz zrobił się ze mnie stary dziad i dlatego chcesz, żebym już sobie poszedł. Ale tego mi nie powiesz. – Chris chciał przyznać, że mężczyzna ma rację, ale nie odważył się tego wypowiedzieć na głos. – Piękno przemija, mój drogi chłopcze – mężczyzna jeszcze raz obejrzał Chrisa z góry na dół – Korzystaj z niego i oglądaj je, póki trwa. – odwrócił się i odszedł w swoją stronę, a Chris w swoją.

Po tym, co usłyszał, czuł się źle. Czuł się jak ostatnia szmata, ale ten gość miał rację – Chris poczuł ulgę, kiedy tamten zniknął mu z oczu. Poszedł prosto do swojego pokoju i nie zamknąwszy nawet drzwi, rzucił się na łóżko. Rozpamiętywał nie tylko to, co usłyszał, ale to, co było niegdyś między nimi: pamiętał, jak tamten go obejmował, całował, czule, głaskał po głowie, jak dziecko, czasem nawet mu śpiewał, albo czytał poezję. Chris to uwielbiał.

Uwielbiał też jego penisa. Uważał, że jest duży i piękny. Lubił go ssać, lizać i pocierać ręką tak długo, jak miał na to ochotę, nawet jeśli nie chciał mu stanąć, a tamten mu pozwalał. Ale kiedy wszystko grało i zbliżał się do końca, mężczyzna przyciskał głowę Chrisa do swojego podbrzusza tak mocno, że wciskał swojego członka całego do ust i gardła Chrisa. Wkrótce mężczyzna jęczał z rozkoszy i eksplodował w jego ustach. Bardzo często robił Chrisowi to samo i to były chwile niezapomnianej rozkoszy, którą Chris do dziś wspominał z przyjemnym dreszczem na karku.

Teraz mówił do niego zupełnie inny człowiek – zły, załamany, pogodzony z losem. Chris nigdy nie wiedział, jak się ten człowiek nazywał, ale pokochał go. Tamten również nie znał Chrisa, ale zażyłość między nimi doprowadziła do tego, że Chris nawet przestał być zły na siebie za tamten zegarek, bo człowiek, któremu go ukradł był dla niego wart o wiele więcej niż 10 tysięcy zielonych.

Był jednym z tych, którzy pozwalali mu robić, co chciał i nie wpływali na jego życie. Nawet teraz ów człowiek nauczył go, że musi bardziej cenić to, co ma. A na razie Chris miał walizkę z maszyną do pisania, trochę topniejących oszczędności, Weronikę, z którą musiał coś zrobić, Daniela i Marthę. I nie mógł teraz tego nie docenić. Musiał tylko poznać prawdziwą wartość tego, co ma.

Tak rozmyślając, usłyszał, że ktoś wszedł do pokoju i zamknął drzwi. Odwrócił się z brzucha na plecy i oparł na łokciu. To był Stan. Uśmiechał się do niego, a w ręku miał duży kosz.

–Nie przyszedł Mahomet do góry... a zresztą, zobacz, co tu mam. – Stan podszedł do niego, usiadł obok na łóżku i odkrył ścierkę, którą był przykryty kosz. Chris usiadł i spojrzał: w koszu były sztućce, plastry sera i szynki z kolacji, kromki chleba i kostka świeżego masła. Oprócz tego butelka wina, słoik miodu, kilka ogórków i pomarańcze. Przypomniał sobie w tej chwili, że od rana nic nie jadł i głośno przełknął ślinę.

–Fajnie, a skąd to masz?

–Mam parę wejść w kuchni.

–Którą kucharkę posuwasz?

–E tam, czemu zaraz posuwasz? Po prostu dają mi to, czego ludzie nie zjedli na kolację. To wszystko.

–Przepraszam, to miał być żart.

–Nie szkodzi; myślę, że żadna nie obraziłaby się, gdybym którąś faktycznie posunął. No jedz, bo widzę, że już pożerasz jedzenie wzrokiem.

–A ty?

–Ja się do ciebie zaraz przyłączę. Też jestem głodny jak cholera.

Smarowali chleb, kiedy do pokoju ktoś zapukał. Chris nie odezwał się w nadziei, że tamten ktoś sam się przełamie i wejdzie, ale tak się nie stało i ktoś zapukał drugi raz.

–No wchodzić. – zawołał Chris.

Za drzwiami stała Martha w szlafroku i z mokrymi włosami zgarniętymi do tyłu.

–Cześć, chciałam cię odwiedzić, ale widzę, że ma już gościa. – chciała zamknąć drzwi

–Martha wejdź, nie przeszkadzaj sobie. – odpowiedział Stan – Masz ochotę na małą kolację? No, powiedz, że tak. Zobacz, mam tu tego tyle, że spokojnie starczy dla nas trojga.

Martha weszła, zamknęła drzwi i spojrzała. Usiadła na łóżku obok Chrisa i wzięła od niego nóż.

–Nieźle cię karmią na dole. – powiedziała do Stana, smarując kromkę chleba.

–Wyobraź sobie, że on myślał, że rżnę się z nimi za to jedzenie.

–A nie jest tak? – Stan spłonął rumieńcem. Był zły na Marthę – Dobra, żartowałam.

Chris i Martha zaczęli się śmiać na widok skonsternowanej miny Stana.

–Co się wam tak ostatnio na żarty zebrało, co? – spytał zagniewany, a oni nadal się śmiali się do rozpuku.

–Przepraszam, – chichotał dławiąc się Chris – to silniejsze ode mnie. – znów zataczał się ze śmiechu obok Marthy.

Stan westchnął i kontynuował jedzenie.

–Rozumiem. Musicie odreagować dzisiejszy dzień. – Kiedy atak śmiechu im przeszedł, Stan już kończył jeść kolejną kanapkę. – Tak, tak, śmiejcie się, a ja będę korzystał.

Śmiech sprawił, że ożywili się, zrelaksowali i poczuli prawdziwy, ssący jak odkurzacz głód. Rzucili się energicznie do robienia kanapek. Chris nawet już nie smarował chleba masłem, tylko kładł plastry na suchym chlebie i pożerał łapczywie, zagryzając ogórkiem.

Spostrzegł, jak Stan patrzył na ten gest i domyślił się, po co Stan tu przyszedł. Niemniej jednak, był mu wdzięczny, bo właśnie ogarnęło go błogie uczucie napełnienia i oparł się o ścianę, do której przysunięte było łóżko. Teraz dopiero myślał jasno i zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie wie, co tu robi Stan i dlaczego przyniósł mu to wszystko. Postanowił więc o to spytać:

–Czego ty chcesz ode mnie, co?

Stan otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

–No wiesz, co? Pytać teraz o takie rzeczy? Przychodzę do ciebie niemal jak czerwony kapturek do chorej, głodnej babci, a ty mnie tak traktujesz?

–Nie jestem ani chory, ani nie jestem babcią. No, może i byłem głodny, ale ale zapomniałbym o tym, gdybyś mi nie przypomniał, przychodząc tu z tym koszem.

–Więc jesteś na mnie zły, że chciałem cię nakarmić? Dobra, mogę się wynieść, jak chcesz! – Stan miał już wstać, ale Chris rozmyślnie zapał jego rękę.

–Zostań, czy ja cię stąd wyganiam? – Stan bardziej osunął się niż usiadł z powrotem obok niego – Jedyne co zrobiłem, co spytałem się, czego chcesz za ten kosz?

–A czy muszę czegoś chcieć? – zapytał, czerwieniejąc

–Takich rzeczy nie daje się za darmo. Czego chcesz?

–Nie owijaj w bawełnę, Stan – odezwała się nagle Martha – powiedz mu, po co przyszedłeś.

–No dobra, zauważyłem dziś, jak wprawnie dostrzegłeś różnice w ustawieniu krzeseł i jak potem pilnowałeś, żeby nie pomieszały się wizytówki na stołach. Masz oko do szczegółów. No i dzięki tobie nie dostanie się nam po głowach od partii ani po pensjach od dyrektora. Chciałem ci zaproponować stanowisko mojego asystenta. Będziesz pilnował ustawienia krzeseł i wizytówek podczas zebrań partii. Dotychczas robiłem to sam, ale ostatnio mamy tyle roboty w hotelu, że sam już nie daję rady kontrolować wszystkiego. To co bierzesz to? – Chris wciąż się zastanawiał. – Do podstawowej pensji dostaniesz spory dodatek.

–Po co oni tak przestawiają te krzesła, co? To jest dziwne.

–Nie wiem. Nikt nie wie. Jak chcesz, to się ich zapytaj, ale wątpię, żeby ci odpowiedzieli.

–A ciebie to nie zastanawia?

–Ja tu tylko sprzątam. – Stan kiwnął ramionami – Nie interesują mnie ich zagrywki. Jestem od przestawiania krzeseł na życzenie i tyle.

–Nie zauważyłeś, jak smutni i zestresowani są ci ludzie?

–Wydaje ci się, oni są po prostu znudzeni tym całym ględzeniem. Ty też byś był po jakimś czasie. To co, bierzesz tę robotę, czy nie.

–Tylko pilnować, czy krzesła są ustawione jak należy i kłaść wizytówki na stołach w odpowiedniej kolejności? – Stan kiwnął głową – Dobra, biorę to.

–Świetnie. Jutro rano powiadomię dyrektora, że przyjąłeś dodatkową posadę. I już od jutra zaczniesz.

–Już od jutra?

–Tak, bo mają drugi dzień zjazdu, a więc od jutra czeka nas powtórka dzisiejszej jazdy. – Chris westchnął i otarł zmęczone oczy – Nie martw się, dasz radę. – Stan poklepał Chrisa po ramieniu, ociągając się ze zdjęciem ręki po ostatnim uderzeniu. Chris czuł jego wzrok na sobie – Dałeś radę we „Flamboyant Palace”, to tu nie miałbyś dać rady? – powiedział miękko

Chris wiedział, o co chodziło Stanowi, ale postanowił przetrzymać jego niepewność i doprowadzić do otwartej konfrontacji. „Niech on zacznie.” – powiedział sobie w duchu.

–Chce mi się już spać. Czy mógłbym...

–Już wysiadasz? Tak wcześnie?

–Tak. Chcę iść spać.

–Myślałem, że uczcimy twoją zgodę, ale...

–Chcę już spać Stan, nie jestem jeszcze przyzwyczajony do wczesnego wstawania i chcę jak najdłużej spać. Jestem ci wdzięczny za niespodziewany posiłek, ale... proszę cię, żebyś już sobie poszedł.

Stan spojrzał na siedzącą w ciszy Marthę, a potem na Chrisa.

–Jasne. – Stan wstał, wziął kosz i wyszedł.

Chris i Martha zostali sami.

–Dlaczego byłeś dla niego taki niemiły? Przecież przyniósł ci kolację.

–Martho, to nie była kolacja, to była zapłata.

–Jaka zapłata? Za co?

–Za zgodę na na to, że zostanę jego osobistą kurwą, rozumiesz? – Martha zmarszczyła brzydko twarz – Przepraszam cię za to słowo, ale taka jest prawda.

–Ale on ci zaproponował pracę, a nie łóżko!

–Nie? Myślisz, że doświadczony kelner nie dałby rady z ustawieniem paru krzeseł? Czy ty widziałaś, jak on na mnie patrzył?

–Jesteś przewrażliwiony, Chris.

–Zakładam się o stówę, że wkrótce będzie chciał, żebym mu obciągnął.

–Przyjmuję. – chwycili się za ręce i Martha przebiła zakład

–Nie chcę tak żyć. To jest złe. – westchnął

–Ale takie rzeczy przynoszą przyjemność.

–Tak, ale i wstyd i wyrzuty sumienia również.

–Jakoś nie miałeś wyrzutów sumienia, jak mnie posuwałeś tu w środku nocy.

Chris uśmiechnął się.

–Wtedy tego potrzebowałem. Ty zresztą też. Czułem to.

–A teraz już nie potrzebujesz?

–Tak, ciągle mnie to kręci, ale chcę z tym skończyć. Przynajmniej jakaś część mnie buntuje się przeciw temu. A ty? Jak sobie z tym radzisz?

–Owszem też mam swoje potrzeby, ale... staram się żyć we wstrzemięźliwości. – westchnęła głęboko – Ale to czasem naprawdę bardzo trudne.

–Wiem. Idziesz spać?

–Idę. Trzeba się na jutro wyspać, bo czeka nas mnóstwo roboty.

Martha wstała, żeby się pożegnać z nim i odruchowo pocałowała go w policzek, po czym szybko otworzyła drzwi i zniknęła.

Chris otworzył lufcik w oknie, żeby przewietrzyć pokój i przytknął głowę do zimnej framugi. Musiał się uspokoić po tym, co go dziś spotkało; musiał ochłonąć. Zostawiając otwarte okienko, odsunął od niego chłodne już czoło. Rozebrał się i chciał założyć piżamę, ale po chwili zrezygnował i wszedł pod kołdrę w samej bieliźnie. Zgasił światło, położył ręce pod głowę i czekał na sen.

W międzyczasie myślał o Weronice, która wciąż siedziała w salonie w jasny zimowy dzień. Pomyślał, że zrobi z niej siebie. Niech będzie młodą kochanką i utrzymanką starego bogacza; niech będzie na utrzymaniu tych wszystkich, którzy ją wykorzystują, ale nikt jej nie kocha. Ona jeszcze to traktuje jak zabawę, ale w momencie rozpoczęcia książki czuje, że jest wykorzystywana i przestaje jej się to podobać. Chce być wolna i żyć własnym życiem. „Tyle tylko, że nie wie, co takie życie oznacza.”

On też nie wiedział. Nie znał innego życia – życia niezależnego. Nie wiedział, co miałby w nim robić. W tej chwili wskoczyło mu do głowy pierwsze, wypowiedziane do siebie przez Weronikę zdanie:

„Chcę być zimna i czysta jak ten śnieg.”

I on również chciał taki być. Ale takie życie przynosiło wyobcowanie i samotność. A Chris nie chciał być samotny. A czyste i zimne życie właśnie to zakładało. Tak rozmyślając zasnął.

W środku nocy zbudziło go stukanie do drzwi. Wstał, nie dbając o to, co ma na sobie. Otworzył drzwi. Za nimi stała Martha.

–Hej, nie mogę zasnąć.

–I pomyślałaś, że przyjdziesz do mnie. – kiwnął głową i odsunął się od drzwi – Wchodź.

Martha weszła. Poczekała, aż zamknie drzwi i rozchyliła poły szlafroka. Nie miała nic na sobie. Wyraźnie chciała, żeby dokończył resztę. Przeszedł go dreszcz, ale postanowił jeszcze poczekać. Marzył, żeby zdjąć z niej wszystko, ale miał nadzieję, że to tylko chwilowa gorączka i że to zaraz minie.

Zastanawiał się, dlaczego akurat teraz tak reaguje. Przecież miał ją dla siebie tyle razy i nadal jej chciał. A jednak tym razem nie mógł tego zrobić i nie do końca wiedział, dlaczego. Przypomniały mu się w tej chwili słowa: „Piękno przemija, mój drogi chłopcze. Korzystaj z niego i oglądaj je, póki trwa.”

Tego właśnie chciał; chciał tylko podziwiać jej piękne ciało. Ale czy ona tego chciała również? Czy mogłaby to dla niego zrobić? Rozebrać się i być dla niego piękną? Martha, jakby czytając jego myśli, zdjęła z siebie szlafrok i stała spokojnie.

–Pozwól mi tylko na siebie patrzeć. Nie potrzebuję dziś nic więcej.

Naga usiadła na łóżku i oparła się plecami o ścianę. Jedna nogę podciągnęła pod brodę, oparła ją na kolanie i objęła nogę ramionami. Spojrzała na gruby, napęczniały penis Chrisa pod majtkami.

–Zdejmij je, chcę go widzieć. – bez wahania zdjął z siebie majtki i penis natychmiast wyskoczył w górę – Właśnie tak; jest piękny; chcę, żebyś został nagi.

Przez chwilę panowała między nimi niezręczna cisza.

–Chcę zapalić. – powiedział i zaczął się krzątać za pudełkiem papierosów i zapałkami.

–Daj mi też jednego.

Chris znalazł natychmiast pudełko papierosów. Wziął jeden i poczęstował Marthę. Zapalili. Siedzieli naprzeciw siebie i bezwstydnie w milczeniu oglądali się nawzajem, nasycając zmysły i podsycając żądzę do punktu wrzenia i bólu. Ale żadne z nich nie chciało tego przerywać. Po prostu patrzyli na siebie, wzdychali, pojękiwali, oblizywali i zagryzali wargi i czuli się cudownie z tym uczuciem przyciągania. Jednak nie pozwalali na sobie na kolejny upadek. „Dlaczego nigdy nie postąpiłem tak z Barbarą?” – przyszło mu do głowy.

–Chcesz mnie? – spytała, przerywając jego myśli

–Tak, a ty mnie?

–Też. Dlaczego tego nie zrobimy?

–Bo tak byłoby najprościej. A ja chcę przedłużyć ten moment delektowania się tobą, jak ciastkiem na wystawie.

–Jestem dla ciebie ciastkiem?

W tej chwili zdał sobie sprawę z tego, że niewłaściwie ujął to, co chciał powiedzieć. Martha była jedną z tych kobiet, które oprócz zewnętrznego piękna, miały też intuicję, rozsądek i piękną duszę. I nawet jeśli przeminie to zewnętrzne piękno, ten skarb, który posiadała wewnątrz, pozostanie na zawsze. I to postanowił jej wyznać.

–To złe porównanie. Ty jesteś diamentem wśród sztucznej biżuterii. Ten, kogo wybierzesz na męża będzie miał dużo szczęścia.

Marcie zabłysły łzy w oczach. Mrugnęła i szybko je otarła.

–Dziękuję, to piękne.

–Mnie nie stać na diamenty. Muszę się zadowalać byle gównem.

–Nie jesteś aż taki zły.

–Jestem. Dziś po pracy trafiłem na gościa, którego obsługiwałem w tanich hotelach na godzinę lata temu, kiedy jeszcze byłem nieopierzonym szczeniakiem. Powiedział, że jestem oszustem, imbecylem i złodziejem. I miał rację. A do tego jestem dziwką i lubię to, co robię. Ale inaczej nie potrafię. Próbowałem żyć normalnie z Barbarą, ale... sama widziałaś, co się ze mną działo i jak to się skończyło.

–Nie potrafiłeś jej okiełznać. To wszystko.

–Wiem, to ona okiełznała mnie.

–Dobrze się stało, że cię zostawiła. – wstała, zgniotła niedopałek na talerzyku na stole i z powrotem ponownie usadowiła się naprzeciw Chrisa – Nie mogłam już na nią patrzeć.

–Dlaczego?

–Bo nie doceniała tego, co chciałeś dla niej zrobić.

–A co takiego według ciebie chciałem dla nie zrobić?

–Chciałeś z nią prowadzić normalne życie. Być normalnym, zdrowym facetem. Ale jej było mało. Chciała, żebyś ją posiadł siłą, żebyś ją zmusił do kochania się z tobą, zawładnął jej duszą i ciałem. Czuła się do bólu normalna i chciała wychynąć z tej normalności chociaż na kilka chwil, poczuć, jak to jest, być szaloną.

Martha miała rację – była świetną obserwatorką. Chris przypomniał sobie stale powtarzaną kwestię: „Bije ode mnie szarość, normalność, zwyczajność.”

–Może i chciała być szalona, ale poznałem ją dobrze. – tym razem on zgasił papierosa na ramie łóżka – Ona nie mogła być szalona, choćby nie wiem, jak bardzo próbowała. Nie miała zmysłu szaleństwa.

–I dlatego chciała, żebyś ją do niego przywiódł. Zapewne prowokowała twoją złość, wściekłość jak tylko mogła, co?

–Tak, często zaciskałem przy niej zęby.

–Trzeba było ich nie zaciskać, tylko ruszyć na nią. Popchnąć ją na ścianę , rozciąć na niej wszystko, najlepiej nożem i pokazać, gdzie jej miejsce.

–Tak to ja byłem traktowany równe dwa lata przez moich klientów i nie wspominam tego dobrze.

–Ale wspominasz. A ona nie ma nic takiego w swoich wspomnieniach.

–Sugerujesz, że poślubiła mnie tylko po to, żebym był jej prywatną zabawką, która ją będzie zabawiać i się na mnie zawiodła?

Martha wzruszyła ramionami.

–Nie wiem Chris, zgaduję tylko. Opieram wszystko na intuicji i domysłach.

Chris długo kiwał głową, dopóki nie powiedział:

–Nie chcę być niczyją zabawką. Chcę być dla kogoś człowiekiem. Chcę być normalnym facetem.

–Jesteś. Jesteś zbyt fajnym facetem, żeby się tak zmarnować.

Spojrzał na swój członek, który teraz leżał skurczony, niczym śpiący wąż. Uniósł wzrok i zobaczył, że Martha również na niego patrzy. Uśmiechnął się.

–Chodźmy spać. Jutro mamy sporo roboty.

Martha wśliznęła się pod kołdrę obok Chrisa i przytuliła się do jego ramienia. On pocałował ją w policzek i wkrótce zasnęli oboje.

5. Angelika

Rano zbudziły ich obojga czułe pocałunki. To Daniel pochylał się nad nimi.

–Pobudka, ptaszęta. Jest szósta. Za pół godziny zaczynacie.

Z uśmiechem przypatrywał się im, kiedy się przeciągali i otwierali oczy.

–Co ty tu robisz? – spytała Martha.

–Przyjechałem na rutynową kontrolę i postanowiłem do was zajrzeć. Ciebie nie było w pokoju, więc zajrzałem do Chrisa i oto jesteście oboje.

–Świetnie, spotkamy się po pracy? – zapytał Chris

–Niestety, jestem tu najwyżej do południa. Skontroluję ten hotel i muszę jechać dalej. Mam dziś trochę roboty. Ale zejdźcie na dół, zafunduję wam małe śniadanie, bo pewnie nie będziecie mieli czasu dziś na jedzenie.

–Tak, kolejny dzień zjazdu partii. – mruknęła Martha

Daniel popatrzył na nich jeszcze raz.

–Dobrze wam było razem?

–Co? – zapytała półprzytomna – Nie, my nie... – westchnęła – wczoraj przeprowadziliśmy poważną rozmowę.

–Poważną rozmowę. – Daniel powiedział to sztucznie napuszony, co wywołało śmiech u całej trójki – Ale tak naprawdę, to co to była za rozmowa?

–Martha uświadomiła mi, że chcę już skończyć z dziwkarstwem. Chcę zacząć normalne życie i być komuś naprawdę potrzebny.

Daniel patrzył przez chwilę poważnie na Chrisa.

–Czy to znaczy, że między nami wszystko skończone?

–Czy to znaczy, że jestem dla ciebie tylko kurwą?

–Dobrze wiesz, że tak nie jest.

Na te słowa Chris przyciągnął do siebie Daniela za krawat. Całował go mocno i długo.

–Jeśli mam być kurwą, to tylko i wyłącznie twoją.

–Kocham cię. Ubierajcie się, mamy mało czasu.

Oboje wyskoczyli nadzy z łóżka. Chris zaczął ubierać swój strój, a Martha założyła szlafrok i wyszła do swojego pokoju. Chris został z Danielem sam na sam. Daniel patrzył pożądliwie na niego, ale powstrzymywał się. Wiedział, że teraz nie ma czasu na szaleństwa, choć bardzo tego chciał.

–Spałeś z nią, przyznaj się.

–Przysięgam ci, że nie. Chcieliśmy tego bardzo, ale obeszliśmy się smakiem.

–Dlaczego?

Chris wzruszył ramionami.

–Nie wiem. Tak było... ciekawiej.

–Nie spać ze sobą?

–Tak. Właśnie tak. Daniel, ja naprawdę chcę z tym skończyć.

–Wierzę ci, ale znam cię dobrze. Uwielbiasz to tak samo jak ja. Uwielbiasz czuć żar lędźwi i wywoływać je u innych, nie okłamiesz mnie.

–Tak, lubię to robić, ale chcę być... normalny.

–Dlaczego?

–Nie wiem, takie jest moje wewnętrzne pragnienie w tej chwili.

–A co będzie potem? Kiedy to pragnienie minie?

–Nie wiem, na razie tak się właśnie czuję. – Chris zakładał koszulę.

–Życzę ci, żeby twoje marzenie się spełniło.

–Dzięki, mam nadzieję, że tak będzie.

–Chodźmy już do kuchni, bo będzie za późno na śniadanie.

Chris dokończył się ubierać, wyszli na korytarz i zamknął drzwi. Wtedy mijał ich Stan. Żeby pokazać mu, kto naprawdę jest panem jego serca, Chris pocałował Daniela w policzek i zerknął na Stana. On popatrzył na Chrisa przeciągłym wzrokiem i poszedł dalej. Szli powoli do windy za nim.

–Czy on się do ciebie przystawiał? – zgadł Daniel.

–Przystawiał? Zaproponował mi pracę przy przestawianiu krzeseł i wizytówek dla partii.

–I przyjąłeś?

–Tak, czemu nie? To łatwe, poza tym, to zawsze dodatkowy pieniądz. I jeszcze przyniósł mi wczoraj swoją kolację. – Daniel cicho gwizdnął – Nie bój, się, pogoniłem go.

Doszli obaj do windy. Stan stał chwilę obok nich, ale skierował się w stronę schodów. Nie zatrzymywali go. Po chwili usłyszeli stukot obcasów. To była Martha.

–Dogoniłam was. – sapnęła

–To dobrze. – powiedział Daniel – Dostanie ci się śniadanie.

–„Dostanie ci się śniadanie” – powtórzył Chris – Ty mógłbyś pracować w reklamach z takim talentem, wiesz? – mówił, wchodząc do windy, na co Daniel zareagował uniesieniem kącików ust i żartobliwym kuksańcem w bok. Zjechali do kuchni.

–Możemy liczyć na coś do jedzenia?

–Przykro mi, ale wszystko mamy zarezerwowane dla gości i członków partii.

–Ale wczoraj jeden z kelnerów dostał od was spory prowiant.

–To nie możliwe, jedzenie wydajemy tylko i wyłącznie gościom albo członkom partii. Taki jest nakaz dyrektora pod groźbą zwolnienia z pracy.

To oznaczało, że Stan jest członkiem partii, bo nie mógł być gościem. Chris był w szoku.

–Zostaw to na razie. – powiedział Daniel – Teraz jest ważne, żebyś zjadł. Zobacz, Martha już już wcina

Chris spojrzał na nią i natychmiast do niej podszedł. Spojrzała na niego zawstydzona. Wiedziała, że będzie miała kłopoty.

–Wiedziałaś o tym? I nic mi nie powiedziałaś? – patrzyła na niego zakłopotana – Nawet nie dałaś mi żadnego znaku?

–A co miałam ci przy nim powiedzieć? Hej, uważaj, bo Stan należy do partii i jak się zgodzisz na pracę dla niego, to automatycznie staniesz się też jej członkiem?

–A chociażby tyle! To już bym na siebie uważał! A to śniadanie? Też masz z partii?

–Ja zapłaciłem za wasze śniadanie. Jestem tu gościem i mam do tego prawo.– powiedział Daniel

–Wiedziałeś o tym?

Daniel wzruszył ramionami

–Nic nie wiedziałem, ja tu tylko przyjeżdżam na inspekcję. – potrząsnął jego ramieniem – Chris, zostaw to teraz i zjedz coś, bo padniesz z głodu.

–Kiedyś też pracowałem cały dzień o suchym pysku i teraz też mogę.

–To było kiedyś, a dziś nie jesteś już aż takim młodzieniaszkiem. Jedz. – podsunął mu pod nas bułkę z szynką. Chris niemal wyrwał ją z rąk Daniela i zaczął gryźć z gniewem – Przestań panikować, to tylko przestawianie krzeseł. Nie decydujesz przecież o życiu i śmierci.

–Ale wciąż jestem zły na ciebie. – powiedział do Marthy, wskazując na nią – Byłaś tam, przy naszej rozmowie. I mogłaś coś powiedzieć.

–Przecież masz dodatkową pracę! – zawołała Martha – Będziesz miał większe pieniądze! Czego jeszcze chcesz?

–Chcę być wolny, rozumiesz?! I chcę sam decydować o swoim życiu! Bez osób trzecich, wtykających nos w moje swoje sprawy!

–Czasami tak się nie da! Musisz przyjąć to, co cię spotyka i nie masz wyboru! – przestała jeść, rozpłakała się i wybiegła z kuchni.

Zrobiło mu się jej żal. Wiedział, że ma rację. Wiedział aż za dobrze. Ale złość nadal nie minęła.

–No to narobiłeś sobie biedy, bracie. – skomentował Daniel – Masz ją przeprosić i to jeszcze dziś.

–Zrobię to. Głupio mi.

–Wiesz, być może tak naprawdę, każdy w tym hotelu pracuje dla partii i nawet o tym nie wie.

–Co masz na myśli? To by było straszne.– popatrzył z uwagą na Daniela

–No wiesz, jeżeli głupie ustawianie krzeseł w jadalni partyjnej jest podstawą do nadania ci członkostwa, to co ma powiedzieć reszta nas, która pracuje tu już dla nich szmat czasu? A jeśli tak to działa, to może i ja sam się do nich zaliczam i nawet o tym nie wiem.

–No to by było świństwo.

–To jak z chrztem. Większość z nas go otrzymuje nic o tym nie wiedząc i nie wyrażając na niego zgody. Poza tym, większość zasad z nim związanych, też jest nam narzucona z góry.

–Racja.

–Ale co do tego członkostwa, to jeszcze się musisz dopytać. Może Stan w ogóle nigdzie nie jest i wykupił sobie sam kolację?

–I połowę oddał mi i Marcie?

–Może miał taki kaprys.

–Muszę się z nim spotkać i dogadać.

Daniel usiadł obok Chrisa i zbliżył usta do jego ucha.

–A co do kwestii zauroczenia Stana... – Chris przestał żuć – możesz go obsługiwać o ile będziesz to robił dla zysku lub informacji.

Chris kiwnął głową i znowu zaczął jeść

–Dzięki. Jeśli się zdarzy taka sytuacja, to tak właśnie zrobię.

–Teraz ruszaj do roboty. Dyrektor idzie.

Chris pospiesznie dokończył kanapkę i wszedł razem z pozostałymi do pokoju, gdzie wczoraj odbyło się zebranie. Dyrektor wszedł dopiero na końcu i od razu zrobiło się cicho. To świadczyło o tym, że ludzie mieli szacunek do niego, bo on miał szacunek dla nich.

–Witam Państwa, dziś plan mniej więcej ten sam jak wczoraj; chyba nie muszę państwu tłumaczyć nic więcej. Mam jednak parę rzeczy do powiedzenia o wczorajszym dniu. Po pierwsze, partia bardzo sobie chwali państwa usługi, a zwłaszcza spostrzegawczość pana Chrisa. – parę osób westchnęło ze znużeniem – Tak, muszę go pochwalić, bo dzięki niemu wczorajszy obiad odbył się tak, jak powinien. Poza tym, otrzymałem pozytywne noty zarówno od kierownika restauracji, jak i od kierownika bankietów. Pan Chris daje sobie radę samodzielnie i myślę, że może być spokojnie włączony do naszej grupy. To w zasadzie wszystko. Ale, proszę państwa, jeszcze jedna mała sprawa. Mała, ale ważna. Proszę pilnować ustawienia krzeseł następnym razem. Dla państwa może się to wydać nieważne i dziwne, ale dla partii to bardzo ważny szczegół. To tyle, zapraszam państwa do pracy.

Dyrektor pożegnał się i wyszedł. Dopiero wtedy wszyscy wstali i wyszli, nawet nie spostrzegłszy Chrisa. To, co powiedział dyrektor, mile go połechtało, ale trochę przygnębiła reakcja załogi. Oczywiście, zrozumiał, że poczuli zawiść i zazdrość. Dlatego też, jego zdaniem dyrektor mógł sobie oszczędzić uwag o jego wczorajszych spostrzeżeniach. A może po prostu go nie lubią. Najważniejsze było teraz to, że ma pewną posadę.

Gregory skierował Chrisa razem ze Stanem i innymi do roznoszenia śniadań do pokojów, a potem do ustawiania krzeseł w sali obrad. Tym razem Chris został wysłany samodzielnie na trzecie piętro na prawą stronę. Podczas roznoszenia śniadań spotkał piękną kobietę. Była niższa od Chrisa, miała ciemnobrązowe, długie, spływające na plecy fale, jasną cerę i karminową szminkę na ustach. Była wyraźnie zagubiona. Chodziła od drzwi do drzwi i pukała, ale nikt jej nie otwierał. Chris podszedł do niej i zapytał:

–Czy mogę w czymś pani pomóc?

Kobieta spojrzała na niego nieprzytomnym, pytającym wzrokiem.

–Nie wiem, proszę pana; być może tak, być może nie, nie wiem. Ja już nic nie wiem.

–Proszę powiedzieć o co chodzi, może będę mógł coś zrobić.

Kobieta spuściła smutny wzrok, po czym powiedziała:

–Jakiś czas temu zaginął mój mąż. Nie miałam z nim żadnego kontaktu od paru miesięcy. Szukałam, chodziłam, ale nigdzie nie mogę go znaleźć, nigdzie go nie ma. Jedyny ślad, jaki mi po nim pozostał, to rzeczy wysłane na moje nazwisko z tego hotelu. I to jeszcze nie moje.

–Gdzie go pani szukała?

–U znajomych, u krewnych, na pogotowiu, w schroniskach, w górach, nad morzem, nawet w miejskiej kostnicy. Nigdzie go nie ma, rozumie pan? – wołała rozpaczliwie – I skąd te rzeczy się wzięły? I dlaczego akurat zostały wysłane do mnie?

–Była pani na policji?

–Żartuje pan? Oczywiście, że byłam.

–I co oni na to?

–Szukali go, ale nie znaleźli. Zresztą szukanie nadal trwa.

–Nie możliwe, przecież się nie zapadł pod ziemię.

–Pod ziemię może nie, ale wygląda na to, że zniknął i to dosłownie.

–Jak to?

–Po prostu nie ma człowieka o takim nazwisku i imieniu, jak mój mąż. Wyparował, rozumie pan? – rozpaczała

–Chwileczkę, proszę się uspokoić. – Chris chciał coś zrobić, ale nie miał pojęcia, co; poza tym, czekało go roznoszenie śniadań i mnóstwo innej pracy, więc postanowił zaryzykować – Wie pani co, to może się pani wydać szalone, ale w tej chwili naprawdę nie mam innego pomysłu ani innego wyjścia. Może przyjdzie pani do mnie do pokoju dziś po dziewiątej, wtedy spokojnie porozmawiamy. Teraz jestem w pracy.

Kobieta stała zdumiona i nieruchoma. Chris wyobrażał sobie, że go zwymyśla od najgorszych.

–Naprawdę chce mi pan pomóc? – szepnęła

–Chcę się przynajmniej dowiedzieć, co ma pani do powiedzenia. Ale teraz już muszę iść.

–Gdzie pan mieszka?

–Tu w hotelu. Pokój 513. Proszę przyjść po dziewiątej. Do widzenia.

Chris czym prędzej popchnął wózek do przodu, by stracić z oczu kobietę i nadążyć z rozdawaniem śniadań. Czuł, że chce pomóc tej kobiecie. Nie wiedział, czy będzie mógł to zrobić. A może ona jest oszustką podstawioną przez partię. To będzie szansa, żeby się tego dowiedzieć. Zaprosi do siebie również Marthę dla pewności i jako świadka. Może ona coś powie o jej mężu.

Chris rozniósł szybko śniadanie. Parę razy został obdarzony uśmiechem, parę razy grymasem nienawiści, kompletnym milczeniem i ignorancją, albo po prostu uderzeniem jakiegoś przedmiotu o drzwi lub głośnym „Wynocha stąd!” Szybko zszedł do kuchni, gdzie czekała na niego nowa układanka. Chwycił więc projekt i wszedł do sali. Tam już kręciło się paru kelnerów, zerkając na niego z zazdrością. Nie zwracał na to uwagi – był w swoim żywiole.

Od razu zaczął od ustawiania stolików dookoła sali. Poprzednio wszystkie stoliki były ustawione jak ławki w klasie, jeden za drugim, a krzesła prawie wszystkie przodem do okna, oprócz krzeseł przewodniczących i ostatniego rzędu. Tym razem miały stać wszystkie w formie prostokąta, równolegle do ścian. Tak też zostały ułożone. Z krzesłami było gorzej – każde stało w innym miejscu, nie po kolei i nie zawsze z jednej strony. Chris zerknął, z której strony zaznaczone było okno i już wiedział, z której strony zacząć. A zaczął tak, jak mu poradził Gregory: od górnego lewego rogu i szedł dalej.

Kelnerzy ustawiali jednocześnie krzesła i wizytówki. Było to bardzo dziwne, bo krzesła były ustawione nieregularnie; raz z jednej, a raz z drugiej strony stołu. Wizytówki zaś miały być ustawione również w miejscach, w których nie zawsze było krzesło do siedzenia. Ale Chris już o nic nie pytał i wykonywał swoje zadanie oraz sprawdzał po parę razy, czy wszystko zgadza się z planem.

Zajęło mu to dziesięć minut, ale członkowie partii już oczekiwali na wejście do sali. Wtedy wszedł mężczyzna, którego Chris nie znał, a którego zobaczył po raz pierwszy wczoraj, kiedy zapraszał wszystkich na salę. Stanął przy drzwiach i rozejrzał się uważnie po sali. Kiwnął głową parę razy i podszedł do Chrisa. Wyciągnął do niego dłoń. Zaskoczony Chris podał mu rękę, a tamten ją uścisnął.

–Bardzo dobrze. To było trudne zadanie, ale widzę, że świetnie sobie pan poradził. – mówił, rozglądając się uważnie po sali

–Dziękuję

–Nie każdy zdołałby się połapać w tym rozkładzie. Od dziś jest pan oficjalnie asystentem naszego kierownika bankietów.

Nie był pewien, czy to nie popsuje mu szyków, ale musiał zapytać.

–Czy to oznacza członkostwo w partii?

–Owszem, oznacza, ale chyba nie ma pan nic przeciwko temu.

–Z całym szacunkiem, ale nie chciałbym być tam, gdzie nie chcę być, albo tam, gdzie nie wiem, co mnie może spotkać.

Mężczyzna pokiwał głową i zamyślił się na moment.

–Proszę nas nie traktować jak zagrożenia. Przecież nie będzie pan decydował o żadnych ważnych sprawach. Pana zadaniem będzie tylko właściwe układanie krzeseł i stolików, to wszystko. Tego się pan boi? – Chris pokręcił głową – No to o co chodzi? Potrzebowaliśmy takiego kogoś jak pan. Robi to pan dobrze, dokładnie i szybko. I o to nam chodziło. A jeśli chodzi o kwestię finansową, to... czy suma 2000 dolarów miesięcznie pana zadowala?

Na tę wiadomość Chrisowi roziskrzyły się oczy. Ale i w sercu poczuł ostrzegawcze ukłucie. Dobrze wiedział, że łatwy zarobek zawsze idzie w parze z wykorzystaniem i zbrukaniem, ale...

–Tak, zgadzam się – wypowiedział to prędzej niż był w stanie pomyśleć. Jego pazerność na pieniądze zwyciężyła. „I co? – mówił sam do siebie – Miałeś więcej nie być dziwką. Dobrze, że przynajmniej robisz to dla zysku, a nie z miłości.”

–Cieszę się, że się dogadaliśmy. Od tej pory Stan będzie z Panem konsultował każdą decyzję. Prawda Stan?

–Oczywiście, proszę pana. – odpowiedział skromnym głosem Stan.

–No to nie zabieram więcej czasu. Ma pan pewnie wiele rzeczy do zrobienia. – powiedział przewodniczący i podszedł do drzwi. Otworzył je i powiedział: „Zapraszam państwa.” Do środka wtoczyło się to samo towarzystwo co wczoraj.

Chris i Stan poszli obsługiwać restaurację. W korytarzu Stan szepnął do Chrisa:

–Zgodziłeś się na tę robotę, ale ciągle jesteś na mnie zły, widzę to.

–Zamknij się; nie rozmawiam z tobą. – warknął Chris i przyspieszył kroku.

W restauracji panował ruch jak zwykle. Chris nadążał ze wszystkim, ale myślami wciąż powracał do pięknej nieznajomej. Wyglądała na zdesperowaną i zawziętą osobę, która za punkt honoru postawiła sobie znaleźć swojego męża. Chris podziwiał ją za taką postawę. Musi go bardzo kochać, skoro tak bardzo go szuka. On sam nie wiedział, czy zrobiły coś podobnego dla Barbary. A właśnie, Barbara. Wiedział, że jest tu, ale od paru dni jej nie widział. Może wyjechała. Tym lepiej dla nich obojga.

6. Historia Angeliki – tajemnicze zniknięcie

Chris zjawił się na piątym piętrze tuż po zakończeniu pracy. Wysiadając z windy przecierał zmęczone oczy i wtedy zderzył się z kimś. To była kobieta z korytarza.

–Przepraszam najmocniej. Nic się pani nie stało?

–Nie, proszę się o mnie nie martwić.

–Długo pani tu czeka?

–Jakąś chwilę. Ale nie długo.

Chris otwierał drzwi, kiedy zauważył Marthę.

–Hej, mam do ciebie prośbę. Czy mogłabyś przyjść do mojego pokoju, jak już zrobisz koło siebie?

–Nie ma sprawy, a o co chodzi?

–Powiem ci, jak przyjdziesz.

–Ok – Martha zniknęła w drzwiach pokoju, a Chris zaprosił kobietę do środka.

–Przepraszam, że tu tak skromnie i ciasno, ale to mój drugi dzień pracy i na razie nie mam innego lokum. Nawet nie mam pani czym poczęstować.

Kobieta usiadła na łóżku.

–Dziękuję za poczęstunek. Nie mam ochoty na nic.

Chris siadł obok niej.

–To może chociaż papierosa?

–Tak, mogę zapalić.

Chris podał jej paczkę. Wyciągnęła jednego papierosa i odpaliła od zapalniczki podstawionej przez Chrisa.

–Zatem słucham, co ma pani do powiedzenia.

Kobieta już miała zacząć, kiedy drzwi się otworzyły i weszła Martha. Miała na sobie prostą wełnianą sukienkę, ale wyglądała w niej bardzo elegancko, a w ręku trzymała garnek.

–Dobry wieczór. – przywitała się z Angeliką – Prosiłeś, żebym przyszła, więc jestem.

Kobieta spojrzała na niego.

–A więc nazywa się pan Chris.

–Tak, nie zdążyłem się przedstawić. – podał jej rękę, a kobieta uścisnęła ją.

–Angelika.

Chris nie wierzył własnym uszom. Myślał, że się przesłyszał, a jednak usłyszał wyraźnie: „Angelika.” „Trudno; – myślał – Moja Angelika już została Weroniką.”

–To jest Martha. Moja... przyjaciółka – zawahał się. Martha podeszła do Angeliki i podała jej rękę.

–Miło mi poznać. Zimno się zrobiło, więc pomyślałam, że zrobię herbaty. – powiedziała Martha

–Przepraszam cię Martho, ale nawet nie mam tutaj szklanek.

–To nic, zaraz przyniosę. – Martha wyszła z pokoju.

–Nie ufa mi pan. Dlatego ją pan tu zaprosił, prawda? – Chris poczerwieniał. Ciężko było mu się do tego przyznać, ale tak faktycznie było. Nic nie powiedział. Wstał tylko, wziął garnek i napełnił go wodą z kranu. – Rozumiem pana. W tym hotelu nie można komukolwiek ufać. Nie musi się mnie pan bać. Wiem, że oni tu mają swoją siedzibę, ale nie jestem z partii.

Martha wróciła z kubkami, a Chris już włączył grzałkę.

–Przyda się nam wszystkim coś ciepłego. – postawiła kubki na stole. W ręku miała też foliowy worek. Otworzyła go tak, że w środku można było zobaczyć ciastka. Poczęstowała nimi Angelikę. Wzięła jedno i podziękowała. „Kochana Martha – pomyślał Chris – myśli o wszystkim.” – Pewnie jest pani zła na Chrisa, że mnie tu zaprosił. – mówiła, sypiąc herbatę do kubków

–Wcale nie. Wręcz przeciwnie. Im więcej osób usłyszy moją historię, tym lepiej. Może wszyscy coś wykombinujemy i rozwiążemy ten węzeł gordyjski. Mówmy sobie po imieniu. Wiem, że dopiero co się poznaliśmy, ale myślę, że tak będzie lepiej.

Ciastka leżały na stole, woda na herbatę powoli się gotowała. Chris i Martha usiedli, jedno na łóżku, drugie na krześle i umilkli. Kiedy Angelika opowiadała, wszyscy poczęstowali się papierosami, zagotowała się woda, a Martha zalała nią herbatę, posłodziła i rozdała wszystkim po kubku.

–Dobrze, a więc widzę, że mogę zaczynać. Moja historia nie jest długa, nie zdążyliśmy się sobą z mężem nacieszyć życiem, kiedy zniknął. Poznałam go w pewnej kawiarni. Byłam tam akurat kelnerką, a on studentem, który często przychodził na kieliszek sherry lub kawę, zależności od pory dnia. W którymś momencie zaczęliśmy rozmawiać, żartować i tak się jakoś zgadaliśmy.

Potem świata poza sobą nie widzieliśmy, tak byliśmy zakochani. Oczywiście opowiadam skrótami. W międzyczasie bardzo dużo się wydarzyło, ale w tej chwili to nieistotne. W każdym razie po pewnym czasie wzięliśmy ślub w cichej małej kapliczce na uboczu, ale za to w przeuroczej atmosferze i w obecności wspaniałego księdza.

Życie po ślubie nie było bajką. Zamieszkałam u niego w wynajmowanej kawalerce, ale utrzymywałam ją sama, bo on nie był w stanie pracować i uczyć się jednocześnie. Był na studiach dziennikarskich, ale pomagali nam jego rodzice. Próbował dostać pracę w redakcji jakiejś gazety, ale zawsze proponowali mu tylko bezpłatne staże, z których rezygnował. Był załamany, ale pocieszałam go. Mówiłam, żeby nadal szukał i nie poddawał się. O dziecku mogliśmy tylko pomarzyć, bo nie bylibyśmy w stanie go utrzymać. W końcu załamał się i żeby wyrzucić to z siebie, zaczął pisać wiersze. Stał na rogu rynku i rozdawał je ludziom za darmo. Mówił, że zła poezja ma tę dobrą stronę, że nic nie kosztuje.

Wtedy, pewnego wieczoru przyszedł do domu uradowany jak mało kiedy. Mówił, że podszedł do niego jakiś gość i powiedział, że dostał się w jego ręce jeden z jego wierszy. I chciałby go zatrudnić w nowo powstałej gazecie w kąciku poezji. Mój mąż zgodził się od razu i na następny dzień już poszedł do redakcji. Kiedy przyszedł z powrotem do domu, opowiadał, że jego zadaniem jest tworzyć króciutkie wierszyki na tematy, które mu zadadzą.

Bardzo się przykładał najpierw do tych wierszy, odżył, zanosił je codziennie do redakcji i codziennie dostawał nowe tematy. Zarabiał bardzo dobrze; bo dawali mu dwa tysiące miesięcznie. Był dumny ze swojej pracy. I ja byłam też z niego dumna. Było nam wtedy tak dobrze jak nigdy. Mieliśmy wszystko, czego chcieliśmy za parę wierszy w gazecie.

Bajka trwała, dopóki innego wieczoru przyszedł do domu poważny i smutny. Pytałam, co się stało, ale nie chciał mi powiedzieć, a ja nie pytałam. Kazał mi wszystko zostawić, usiąść obok niego na kanapie i siedzieć w ciszy. Przytulał mnie i całował, ale milczał i nic nie chciał powiedzieć. Był zamyślony. Trwaliśmy tak cały wieczór, aż końcu zasnęłam w jego ramionach.

Kiedy zbudziłam się rano, jego już nie było. Pomyślałam, że znowu poszedł do pracy, więc nie wszczynałam żadnego alarmu, ale kiedy zrobił się wieczór, a potem znowu noc, a on wciąż się nie pojawił, zaczęłam się bać. Rano zadzwoniłam do redakcji, na numer, który mi zostawił na wszelki wypadek i zapytałam, kiedy mój mąż wyszedł z pracy. Kiedy się dowiedzieli, jak się nazywa, stwierdzili, że nikt taki u nich nigdy nie pracował.

Rano pozbierałam wszystkie dokumenty, jakie mogłam: jego umowę o pracę, zdjęcie, rachunki podpisane przez redakcyjną księgową i jego wiersze. Poszłam natychmiast z tym wszystkim do redakcji gazety i pokazałam to wszystko dyrektorowi. On obejrzał to i powiedział, że nie zna tego mężczyzny i że nigdy go nie widział.

Stałam tam jak wryta z tymi dokumentami i nie wiedziałam, co począć, bo dyrektor wciąż się upierał, że nikogo takiego nie gościł u siebie. Postanowiłam zapytać się o niego pozostałych ludzi w redakcji. Odpowiedzieli mi to samo, co dyrektor – że nigdy nie widzieli tego człowieka i że nigdy tam nie przychodził. Poszłam załamana i zmartwiona do domu. Dzwoniłam po wszystkich jego znajomych i kolegach; dawnych i obecnych. Nikt go nie pamiętał, nikt go nie znał, nikt nie chciał się do niego przyznać.

Wiecie, co czuje ktoś, komu mówią, że osoba z którą się żyje dobre kilka lat nie istnieje? Po prostu jej nie ma na świecie i już? – Angelika milczała, zaciągając się papierosem – Myślałam, że zwariowałam i przez parę lat żyłam czystą iluzją. Natychmiast zgłosiłam się do psychiatry, bo myślałam, że jestem chora psychicznie. Psychiatra jednak powiedział, że nie widzi u mnie żadnego problemu, ale na wszelki wypadek na jakiś czas zostawił mnie w izolatce w szpitalu psychiatrycznych pod stałą obserwacją.

Na szczęście tam znalazła mnie rodzina mojego męża. Jego rodzice wzięli mnie do siebie i zaopiekowali się mną i chwała im za to. Po tysiąc razy ze łzami pytałam, czy oni naprawdę są jego rodzicami i czy mnie nie oszukują. I zawsze cierpliwie mi odpowiadali, że są. Pokazywali mi raz po raz albumy ze zdjęciami, jak był małym chłopcem i jak dorastał. I wszystkich jego kuzynów i znajomych i przyjaciół i krewnych.

Kiedy już w miarę doszłam do siebie, powiedzieli mi, że też go szuka cała jego rodzina. Nie chcieli uwierzyć, że tak po prostu zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Na własną rękę drukowali ulotki z jego podobizną i rozdawali ludziom na ulicy. Zgłosili jego sprawę na policję i do wszystkich programów poszukujących osób zaginionych. Wszystko na nic. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wiedział.

Postanowiłam, że zajrzę do naszego dawnego mieszkania, które opuściłam wraz z jego zniknięciem. Kiedy tam przyszłam, okazało się, że mieszkają w nim już jacyś obcy ludzie. Powiedziałam, że kiedyś tu mieszkałam i że chciałam zobaczyć co słychać w starych kątach, bo co miałam powiedzieć? Że to niesprawiedliwe, że oni tu mieszkają, bo jeszcze niedawno to było nasze mieszkanie? I że niesprawiedliwe jest to, że nikt nagle nie chciał sobie przypomnieć, że i ja tam mieszkałam?

W każdym razie kobieta, która tam mieszkała, powiedziała, że kiedy się tu wprowadziła, to był pustostan niezamieszkały przez nikogo od lat, a przynajmniej tak jej powiedzieli w agencji mieszkaniowej. A ta kawalerka przecież należała do niego od początku studiów! Ktoś próbował go wymazać z powierzchni ziemi!

Powiedziała mi też, że jakiś czas temu przyszła pod ten adres paczka. Zajrzała co w niej było, ale nie rozpoznała rzeczy, które się tam znajdowały. Poprosiłam ją, żeby mi ją pokazała. Przyniosła ją. Był w niej taki szarobeżowy płaszcz z dobrej, ciepłej wełny i szare, grafitowe buty na obcasach. – na te słowa Chrisowi przebiegł dreszcz po plecach, ale natychmiast powiedział sobie, że panikuje i słuchał dalej – To nie było jej ani moje. I było na nią za duże. Powiedziała, że jeśli chcę, to mogę sobie to wziąć, bo ona tego nie potrzebuje. I wzięłam całą paczkę.

W domu pokazałam to rodzicom mojego męża. Wszyscy spojrzeliśmy na adres z którego to zostało wysłane. To był adres waszego hotelu. Natychmiast wszyscy przyjechaliśmy tutaj, bo to był nasz jedyny trop. Pokazałam recepcjonistce jego zdjęcie, paczkę i jej zawartość, a ona wezwała dyrektora. On zaś powiedział, że nigdy tego człowieka nie widział, a paczka została wysłana na ten adres, bo ten, kto zamieszkiwał akurat w tym pokoju, z którego te rzeczy zostały wysłane, podał do korespondencji tylko ten adres. To musiał być mój mąż, bo kto inny mógłby podać nasz stary adres?

Potem sama chodziłam po pokojach i po korytarzach i pytałam, czy nikt nie widział takiego człowieka, ale wszyscy odpowiadali, że nie. Pamiętam, że kilka dni temu widziałam pana w restauracji. Siedział pan samotnie przy stoliku. Chciałam podejść i się zapytać o swojego męża, ale był pan taki zamyślony, że nie chciałam już panu przeszkadzać. A teraz trafiłam na pana w holu dziś rano, jak roznosił pan śniadanie i spytał, czy może mi pomóc. I zgodził się pan mnie wysłuchać. Jest pan pierwszą osobą po rodzicach mojego męża, która chciała mi pomóc. I teraz potrzebuję pańskiej pomocy. Pomoże mi pan?

Ktoś potrzebował jego pomocy. To był dla Chrisa prawdziwy znak, że zjawiła się odpowiedź na jego modlitwy – był komuś potrzebny.

7. Przesilenie

–Skończmy z tym panem. Jestem Chris – powiedział łagodnie.

–No dobrze, Chris – uśmiechnęła się lekko – trochę mi niezręcznie.

–Przyzwyczaisz się. Przed wszystkim, dlaczego cały czas mówisz o nim „mój mąż”, a nie po imieniu?

–Bo nie wiem, kto to tak naprawdę był. Nie znam jego prawdziwej tożsamości. I dlatego wolę go tak nazywać.

–Masz przy sobie jego fotografię? – zapytała Martha

Angelika odstawiła pusty kubek po herbacie na stole i sięgnęła do torebki. Wyjęła stamtąd pogiętą i zniszczoną ulotkę i podała Marcie.

–To jest jego ostatnie zdjęcie.

Martha spojrzała i od razu zawołała:

–Ale przecież ja tego człowieka znam.

Angelika wzdrygnęła się na dźwięk tych słów.

–Widziałaś go? Kiedy? Powiedz. – wołała gorączkowo

–Przez kilka miesięcy przyjeżdżał do naszego hotelu jako członek partii i jako taki miał prawo do zamieszkiwania w tym hotelu. Ale niestety, nie wiedziałam, jak się nazywał.

–Członkiem partii? Tej partii?

–Tak, partii „Wspólne Dobro”. Od lat ma siedzibę dla swoich członków w naszym hotelu.

–To, to wiem, ale nic nie wiem, żeby on był członkiem partii. – Angelika była kompletnie zaskoczona – Dlaczego nic nigdy o tym nie powiedział?

Nagle Chrisowi wpadł do głowy pewien pomysł.

–Wiecie co? Martha, pewnie jest tu gdzieś pomieszczenie z monitoringiem. Może oni mają jakieś nagrania, jak ten gość na przykład idzie przez korytarz.

–Jasne.

–Możemy pójść tam teraz? – spytała gorączkowo Angelika – Jesteście moją jedyną nadzieją w tej chwili.

–Myślę, że powinien ktoś być na nocnym dyżurze. – odparła Martha. Chodźmy.

Odstawili puste kubki, wyszli z pokoju i udali się za Marthą do pokoju z kamerami. Przy stoliku siedział stróż z czapką nałożoną na oczy i skrzyżowanymi ramionami i pochrapywał drzemiąc. Martha trąciła go w ramię i natychmiast wyrwał się ze snu i usiadł.

–Martha? Co ty tu robisz o tej porze, przecież powinnaś dawno spać. Jutro...

–Jeremy, mamy problem i ty jesteś naszą jedyną nadzieją na jego rozwiązanie.

–Jaki problem? – natychmiast poprawił się na siedzeniu i skupił się.

–Musimy znaleźć dowód na to, że ten gość – podała mu starą ulotkę – był w tym hotelu i jak się nazywa.

Jeremy spojrzał na fotografię uważnie.

–Mam wrażenie, że go już gdzieś widziałem. Czy to nie jest jeden z nowych członków partii? – wszyscy milczeli, nie wiedząc, co powiedzieć – Macie tu wszystkie taśmy z ostatnich kilku lat. – Podjechał na obrotowym krześle do dużej szafki i otworzył ją – Tom składa je po kolei latami, w nadziei, że się kiedyś komuś przydadzą i oto nadarza się okazja. Siadajcie i oglądajcie.

Martha, Chris, Angelika i Jeremy przez następną godzinę, poświęcając swój nocny odpoczynek, oglądali jedną nudną taśmę za drugą, ratując się kawą, którą raz po raz parzył dla wszystkich Jeremy. W końcu Jeremy zauważył na kolejnej taśmie przechodzącego korytarzem mężczyznę z ulotki.

–Hej, to czasem nie on? – zauważył sennie Jeremy.

Zaspana i półprzytomna Angelika podniosła gwałtownie głowę i niemal krzyknęła:

–Tak, to on! To mój mąż! To jest David!

–Jaka data widnieje na nagraniu? – przytomnie zapytał Chris

–Zobaczmy... – odparł Jeremy i przytknął palec do ekranu, gdzie widniała data – To jakiś miesiąc temu.

Angelika rozpłakała się na głos.

–Wiecie, co to jest? – mówiła szlochając – To jest w tej chwili jedyny dowód na to, że mój mąż naprawdę istnieje.

Wszystkim zrobiło się jej żal.

–A przynajmniej, że istniał miesiąc temu. – smutno zauważyła Martha.

–Co? O czym ona mówi? – spytał nie rozumiejący niczego Jeremy, ale Chris go zlekceważył

–Możesz ten kadr wydrukować? Pokażę go w recepcji. Ciekawy jestem, co oni na to powiedzą.

Jeremy wydrukował klatkę z podobizną Davida, męża Angeliki i cała trójka udała się natychmiast do recepcji. Nocna recepcjonistka liczyła pieniądze.

–Hej, mamy do ciebie sprawę. – powiedział Chris, ale ona nawet nie oderwała głowy od zeszytu rachunków i kalkulatora – Hej, niemowo! – zdenerwował się i trzasnął pięścią o blat.

–Czego? Nie widzisz, że jestem zajęta? – powiedziała zirytowana

–Mam do ciebie sprawę!

Ona nadal liczyła, pochylona nad zeszytem. Wtedy wyciągnął rękę przez kontuar, pociągnął ją mocno za grzywkę i zmusił do wyprostowania głowy.

–Aua! Zwariowałeś?! Puść! – ale nadal ją mocno trzymał – Czego chcesz?!

Pokazał jej zdjęcie z kadru taśmy.

–Widzisz tego człowieka?

–Widzę, no i co? – pytała zdenerwowana

–Jakiś czas temu powiedziałaś tej pani – kiwnął głową w kierunku Angeliki – że taki ktoś nigdy nie przebywał w tym hotelu. Więc jak to się stało, że jest tu na tym zdjęciu i idzie korytarzem tego hotelu, co?

–To nie byłam ja, ja nic takiego nie powiedziałam. Puść!

–Chris, zlituj się, puść ją. – błagała go Martha

Nie puszczał jej nadal.

–To prawda. – powiedziała niewrażliwa już na nic Angelika – To nie była ona. Tamta była tęższa i miała ciemne włosy.

–To Tamara. Ta łajza niczego nie potrafi dobrze zrobić. Puszczaj! – jęczała recepcjonistka

–Gdzie ją mogę znaleźć?

–Już tu nie pracuje. Zwolniła się w zeszłym tygodniu.

–Cholera, jak pech, to pech. – puścił recepcjonistkę, a ona natychmiast zaczęła pocierać obolałe czoło.

–Ale możecie się jeszcze spytać w tej drugiej recepcji.

–Jakiej drugiej recepcji?

–No tak, dlaczego od razu na to nie wpadłam? – zawołała ożywiona Martha – Przecież członkowie partii mają swoją własną recepcję z drugiej strony hotelu. I akurat teraz jest czynna, bo trwa zjazd partii.

–Chodźmy tam. – zadecydowała Martha i pierwsza ruszyła korytarzem na tył hotelu, a reszta za nią. Doszli do małego okienka w ścianie. Martha zapukała w nie i chwilę czekała na odpowiedź, ale odpowiedź nie nadeszła. Wtedy huknęła pięścią w szybkę tak głośno, że z drugiej strony odezwał się głos:

–No co jest?! Spać nie dają!

–Jesteś na dyżurze, Louis, zbieraj się i wyłaź!

Po chwili w drzwiczkach obok maleńkiego gabineciku zazgrzytał klucz w zamku i pokazał się w nich zdenerwowany staruszek. Jednak wypogodniał, kiedy zobaczył Marthę.

–Co tu robisz? Powinnaś spać.

–Znasz tego człowieka? – pokazała mu zdjęcie podane przez Chrisa.

–Chwileczkę – Staruszek wrócił do dyżurki i po chwili wrócił, zakładając okulary na nos. – Pokaż to, złociutka. – skupił wzrok na fotografii – Tak, znam tego człowieka. Wiele razy się tu meldował. Ale ostatnio w ogóle go nie było.

–Ostatnio, to znaczy kiedy? – dopytywał się Chris

–A będzie z jakiś miesiąc temu. Tak, w ogóle się tu nie pokazał przez miesiąc. Można to sprawdzić w księgach, czekajcie. – znów zniknął w dyżurce i po chwili pokazał się ponownie z wielką księgą. Położył ją na ladzie recepcji, otworzył i zaczął kartkować – Pamiętajcie, jego świątobliwości dyrekcji ani słowa, bo będę miał przez was kłopoty. Nie wolno mi robić tego, co teraz robię.

–Jasne Lou, masz nasze słowo. – powiedziała Martha.

Louis przeglądał księgę aż wreszcie natrafił na datę z wydrukowanego kadru. Był tam tylko jeden podpis.

–O tu, widzicie? – spytał, wskazując miejsce. Wszyscy spojrzeli na datę i podpis.

–To nie możliwe, to nie on, mój mąż nazywa się David Shattle, a nie Martin Mint. – powiedziała Angelika.

–Sama powiedziałaś, że nie wiesz, kim on jest. – przypomniał jej Chris.

–Ależ pamiętam go. – powiedział recepcjonista – Przyjeżdżał do nas od jakichś kilku miesięcy. – Chris skojarzył sobie, że właśnie w czasie tych ostatnich kilku miesięcy wszystko się totalnie rozpadło między nim i Barbarą – Daleko nie zaszedł w szeregach partii. Ja sam nie jestem jej członkiem, ale słyszy się to i owo, wiecie.

–I ani razu nie wspomniał, że ma żonę? – spytała Angelika

–Nie, proszę pani. On się nawet spotykał z taką jedną stąd. Ona była... hm, tylko parę razy ją widziałem; ni to szatynka, ni to blondynka, takie miała długie jakby loki, ale nie loki, ale też nie proste włosy. Jakieś takie nieokreślone. – Chris zadrżał na ten opis i wpatrzył się w podłogę.

–Czy nosiła duży, szarobeżowy płaszcz? – zapytał

–O właśnie tak! – potwierdził recepcjonista – I do tego takie szare szpilki albo buty na obcasach.

Chris milczał chwilę, zanim zdołał z siebie wydusić:

–To była Barbara. Moja żona.

–Twoja żona spotykała się z moim mężem? – spytała zaskoczona Angelika

Chris spojrzał na nią.

–Przysięgam ci, że nie wiedziałem o tym.

–Tego nie było widać na pierwszy rzut oka. – opowiadał dalej recepcjonista – Oni się dobrze ukrywali. Ale zawsze wychodzili razem do lasu. Jedno parę minut za drugim. Potem, jak wychodziłem na papierosa, to widziałem, jak idą wspólnie leśną ścieżką. Uśmiechnięci, weseli...

–Louie, zachowuj się. – upomniała go Martha – Tu stoją ludzie, których wspólnie zdradzali.

Angelika i Chris stali w milczeniu ze wzrokiem wbitym w podłogę.

–Przepraszam Państwa. – bąknął staruszek – Ale ze mnie bęcwał. Mam jeszcze jedną wiadomość. I chyba też nie będzie pan zadowolony.

–Niech już pan mówi. – szepnął Chris

–Pana żona też była członkinią partii.

–Co? – zaskoczony Chris uniósł głowę

–Już od dawna. Ponoć była jeszcze młodą panienką, jak zaczęła tu przyjeżdżać. To właśnie w partii dostała swoją pierwszą pracę. Ale mnie tu wtedy nie było. To znam z opowiadań innych, dawnych pracowników hotelu. Jak pan powiedział „Barbara”, to od razu skojarzyłem z opowiadaniami. Mówili, że pracuje tu taka Barbara. Już nie jednego oszukała. Wielu ludzi przez nią cierpiało, nie tylko pan.

Wołali na nią „siekiera”, bo specjalizowała się w rozbijaniu małżeństw. Uwodziła facetów, a potem informowała żony, gdzie są ich mężulkowie. One przyjeżdżały tutaj na kontrolę, wściekłe, wparowywały do hotelu, a tu ich brzydsza połowica z tą małolatą w łóżku.

Dyrektor, pokojówki i kto tylko mógł, przekonywały ich, że nie ma takiego obywatela w pokoju i prowadzili je do fałszywych pokoi. Ona im to potem pokazywała na ukrytej kamerce. No i wkrótce potem załamani faceci byli werbowani w szeregi partii pod szantażem ujawnienia zdrady. A potem byli także zmuszani do zostawienia swoich żon. Może i pani się trafiło coś podobnego. Ale potem przenieśli ją już gdzie indziej. Tylko to mówię państwu po cichu, pamiętajcie, że nie słyszeliście tego ode mnie.

Chris był w ciężkim szoku po tym, czego się dowiedział o swojej żonie.

–A mój mąż? – spytała cicho Angelika – czy o nim coś wiadomo?

–Pani mąż był tu od niedawna. Nic o nim nie wiem. On był jeszcze nieopierzony. Ale jak powiedziałem, on i żona tego pana...

–Wystarczy. – powiedział Chris zduszonym głosem, odwrócił się i wyszedł z holu, a obie kobiety podążyły za nim do windy.

W ciszy jechali na górę do siebie. Martha patrzyła na nich, zbitych jak psy, upokorzonych i było jej ich żal, ale teraz już nic nie można było zrobić. Chris wysiadł z windy, a za nim powlokły się Angelika i Martha. Angelika nagle otrząsnęła się.

–Co ja tu robię? Przecież powinnam jechać do domu.

–O tej porze? Nigdzie nie pojedziesz. Prześpisz się ze mną. – Angelika spojrzała na niego przerażona – Ojej, nie to miałem na myśli, przepraszam. Prześpisz się w moim łóżku, a ja będę spał na podłodze.

–Nie, nie mogę cię tak wykorzystywać.

–Już nie raz spałem na podłodze – powiedział otwierając drzwi – i uwierz mi, że jestem do tego przyzwyczajony. Chodź, nie będziesz się włóczyć po nocy. Prześpisz się w hotelu i to za darmo. – zgarnął ją z korytarza do pokoju. Martha weszła za nimi.

Teraz Angelika usiadła na łóżku i rozpłakała się na dobre. Dusiła się szlochem i zawodziła na głos, Martha siedziała przy niej. Przytuliła ją mocno i głaskała po głowie. Chris siedział obok. Bolało go serce. Zmarszczył twarz, cicho łkał i ronił łzy, które spadały na jego, wciąż nie zdjętą koszulę roboczą.

–Tyle poświęcenia, taki szmat czasu go szukałam, jego rodzice za nim szaleją, modlą się nieustannie, robią wszystko, żeby się znalazł, a on nam wszystkim wyciął taki numer. Teraz wiem, skąd ten płaszcz i te buty wysłane na jego stary adres. – zawodziła – Chcę go zniszczyć. Chcę, żeby cierpiał. – wychrypiała, a Martha ją uciszała jak dziecko i wciąż głaskała po plecach i po głowie.

–Chciałem mieć tylko normalne małżeństwo. Normalne życie. – szlochał – Skąd mogłem wiedzieć, że ożeniłem się ze szmatą? – teraz dopiero przypomniało mu się stare powiedzenie jego ojca: „Małżonkę wybiera się uszami, a nie oczami.” Dlaczego nie usłyszał tego przed ślubem? – Boże, jaki ja byłem ślepy. Ślepo zakochany. Nic o niej nie wiedziałem i myślałem, że biorę ją taką, jaka była. A to ona wzięła mnie. Że też mój ojciec niczego nie zauważył. Przecież pobłogosławił nasze małżeństwo.

–Może twój ojciec nic nie wiedział.

–Jak to nie wiedział? Nie mógł nie wiedzieć. Jest szanowanym bankierem, znanym w całym mieście. Zna wszystko i wszystkich – myślał na głos.

–Wiem, że cierpisz Chris, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba pomyśleć, co teraz mamy z tym wszystkim zrobić. – powiedziała spokojnie i cicho Martha

Angelika uniosła głowę z ramion Marthy.

–I gdzie ich odnaleźć. – powiedziała – Trzeba ich odnaleźć i spytać się, dlaczego nam to zrobili.

–I co ci to da? – skomentowała Martha – Czy to przyniesie ci ulgę, czy większą jeszcze rozpacz?

–Nie wiem. Wiem tylko, że chcę ich zobaczyć, jak razem cierpią, chcę ich ukarać.

–Nie, zrobimy coś lepszego. – dyszał Chris – ukarzemy Partię. – obie kobiety popatrzyły na niego – Gdyby nie ona, może byliby normalnymi ludźmi i nic by się nie stało.

–Gadasz od rzeczy Chris, jak możesz ukarać całą wielką partię? – skarciła go Martha

–Chcę się dowiedzieć, dlaczego David odwrócił się od nas wszystkich. Od rodziny, ode mnie, od naszego wspólnego życia; dlaczego nas tak skrzywdził. – zawodziła i szlochała i znowu schowała głowę w ramionach Marthy.

–Też chcę się dowiedzieć dokładnie, co się stało i dlaczego Barbara ożeniła się akurat ze mną. Dlaczego mi to zrobiła.

Znów zapadła ponura cisza, przerywana głośnym płaczem i zawodzeniem. Chris pociągał nosem i płakał, a Martha ponownie uciszała lamentującą głośno Angelikę i głaskała ją po twarzy. Żeby ją jeszcze bardziej uspokoić i uciszyć, zaczęła składać kojące pocałunki i głaśnięcia na jej czole, a Angelika starała się przestać głośno szlochać.

Martha podniosła jej twarz za podbródek i ucałowała oba policzki. Wtedy zmęczenie, pomieszanie, tęsknota, pragnienie, żal i ból zrobiły swoje i nastąpiło przesilenie: Angelika językiem odszukała usta Marthy, włożyła go do jej ust i pocałowała ją. Płacz ustał całkowicie. Martha odpowiedziała na pocałunek i zapadła cisza, w której obie kobiety całowały się. Martha objęła Angelikę ramionami, a Angelika wplotła palce w jej włosy.

Chris także przestał łkać, ale nie było mu wcale wesoło. Przeżywał tragedię i upokorzenie. Obserwował Marthę i Angelikę ze śladami łez na policzkach.

–Kochajcie mnie oboje; tak jak on nigdy mnie nie kochał. – poprosiła nagle szeptem Angelika.

I już wiedział, że nie będzie mu dane normalnie przeżyć życie, albo, że będzie to piekielnie ciężka walka. Tę nudną i opracowaną co do ostatniego szczegółu normalność utracił na własne życzenie, odchodząc na samym początku z domu ojca. Bóg mu świadkiem, że próbował odzyskać to, co utracił i starał się jak mógł, ale... skoro jest tak jak teraz, to trudno – nie będzie niczego zmieniał – będzie płacił za swój błąd do końca życia – ma być dziwką, więc nią będzie w każdym calu.

Zbliżył się do Angeliki, bez ceregieli uniósł jej sweter i odsunął z piersi miseczki stanika, po czym zanurzył w nich chciwie język. Uczucie obcej, delikatnej, cierpkiej, rozgrzanej skóry na języku, zapach jej potu w nozdrzach, błogosławione jęki, które słyszał tyle razy w wykonaniu różnych ludzi i mimowolne ruchy miednicy natychmiast spowodowały, że żar pożądania znowu w nim wzrósł, a uczucie przekornej radości z kolejnej możliwości doprowadzenia kogoś do prawdziwego orgazmu i pokazanie, czy on naprawdę jest, przeważyło. Przestał wtedy rozpaczać, bo zrozumiał, jakim hipokrytą był, kiedy chciał z tym skończyć.

Daniel miał rację: „znam cię dobrze. Uwielbiasz to tak samo jak ja. Uwielbiasz czuć żar lędźwi i wywoływać go u innych.” Chris był dziwką, wiedział, jak i co robić i chciał grać tę rolę; tę, póki co, główną rolę na scenie swojego życia. I uwielbiał to. A Angelika wyraźnie pozwalała mu na wszystko – była tak bardzo spragniona pieszczot i miłości.

Postanowił odkryć jej sekretne marzenia i spełnić je. Różnica pomiędzy nią a innymi polegała na tym, że z nią robił to za darmo. A co z pragnieniem pieszczot i miłości u innych? Kiedy jeszcze pomyślał o tym, że w ten sam sposób może odkryć i spełnić ukryte marzenia każdej osoby w tym hotelu i to z każdym za grubą sumę, dopiero w tym momencie uświadomił sobie, jaką może mieć władzę nad tymi ludźmi.

Martha zdjęła z niej sweter i stanik, a Chris spodnie i majtki. Martha całowała i ssała jej sutki, a Chris sunął językiem i wargami coraz niżej po jej ciele. Kiedy dotarł językiem do sedna, Angelika dławiła się znowu, ale tym razem z rozkoszy. Chciała krzyczeć i była tego bliska, więc Martha włożyła jej palce w usta, które chętnie oblizywała i ssała.

Kochali się z nią, nie mogąc tego już zrobić ze sobą – zawsze potrzebowali trzeciej osoby. Poświęcili na wspólną miłość większość nocy, ale nie żałowali. Nie raz już zarywali noce i szli do pracy na następny dzień na mocnej kawie i środkach pobudzających.

Następny dzień nie należał do łatwych. Rano Chris i Martha byli nieprzytomni. Angelika zrobiła im obu bardzo mocną kawę, a Martha przyniosła swoje tabletki na pobudzenie. Angelika stwierdziła, że nigdzie się nie rusza z hotelu. Będzie na nich czekać, aż przyjdą. Chris nie miał nic przeciwko temu. Zawsze uważał, że im więcej ludzi wokoło, tym raźniej, nawet jeśli trzeba to często okupywać kłótnią.

Dzień na szczęście był spokojny, bo obrady partii się skończyły, a w restauracji panował jedynie niewielki ruch. Marthy nie można było nigdzie spotkać. Chris pomyślał, że pewnie zaszyła się w jakimś składziku i odsypiała szaloną noc. On niestety, nie mógł sobie na to pozwolić. Mimo iż wziął od Marthy tabletkę na pobudzenie, zasypiał przy stolikach na stojąco.

Kiedy drugi raz z kolei nie trafił winem z butelki do kieliszka i rozlał je na obrus, Stan podszedł do niego i kazał mu chuchnąć. Nie wyczuł jednak żadnego alkoholu. Spojrzał na Chrisa i jego błądzący, zmęczony wzrok i kazał mu iść do siebie. Powiedział, że nie dostanie reprymendy, ale za dzisiejszy dzień nie dostanie też żadnej zapłaty.

Okazał Stanowi wyraźne zlekceważenie, oddając mu butelkę wina i ostentacyjnie wychodząc z sali. Inni kelnerzy przypatrywali mu się ze zdumieniem. „Jeszcze wczoraj niemal lizał przewodniczącego po tyłku, a teraz proszę – rzuca butelką i wychodzi.” – słyszał dokoła siebie.

Chris miał to gdzieś. Od kiedy dowiedział się, że mąż Angeliki, Stan i ta szmata, którą poślubił są w partii i dowiedział się, co robiła, zanim wzięli ślub; co zrobili im oni wszyscy, to, co się dla niego liczyło wzięło w łeb. Teraz wszystko, czego chciał, to zemsta – zimna i okrutna. Jednak nie miał pojęcia co takiego może Barbarze zrobić, ani gdzie ona teraz przebywała. Wiedział, gdzie pracowała,więc mógł się tam wybrać w wolnej chwili.

Teraz miał wolny dzień przed sobą. Musiał się jednak chociaż trochę wyspać. Po nocy z Angeliką padał z wycieńczenia. Pojechał pustą, śmierdzącą windą pracowniczą na górę, pustym i cichym o tej porze dnia korytarzem i przeszedł do swojego pokoju.

W łóżku spała Angelika. Była naga. Chris nawet już nie zamykał drzwi na klucz, przestał udawać, że się czegokolwiek wstydzi – wręcz przeciwnie – już dawno przyzwyczaił się do nagości przy obcych. Rozebrał się i wsunął się pod kołdrę obok Angeliki. Ona zrobiła mu miejsce przez sen i oplotła go ramionami. Zasnął w kilka sekund.

8. Konfrontacje

Wczesnym popołudniem obudził go zapach kawy i świeżego ciasta. Podniósł powieki i głowę. Zobaczył Angelikę – siedziała, już ubrana, na jego krześle i gryzła kawałek drożdżowego ciasta. W drugim ręku miała kubek kawy.

–Dzień dobry, śpiochu. – powiedziała czule do Chrisa – Byłam na dole w bufecie i kupiłam świeże ciasto. Chcesz trochę?

–Jasne, dawaj.

Chris usiadł w łóżku, a Angelika ukroiła mu kawałek, podeszła do niego i podała do ręki. Chris złapał ją za nadgarstek i pociągnął za łóżko. Straciła równowagę, pisnęła i upadła prosto w ramiona Chrisa. Pocałował ją mocno. Przez chwilę leżeli, całując się. Wtedy otworzyły się drzwi i do środka wszedł Daniel. Angelika natychmiast uwolniła się od Chrisa i wstała, czerwieniąc się przed Danielem jak róża.

–Witam panią – rzekł, całując dłoń Angeliki – No no no, widzę, że zakładasz harem. Najpierw Martha, teraz owa nieznajoma mi jeszcze dama, niedługo cała impreza przeniesie się do ciebie. – Chris uśmiechnął się – Tylko jak się tu oni wszyscy pomieszczą? Wejdą na dach?

Chris wreszcie roześmiał się cicho. Otworzył ramiona i mruknął cicho: „Chodź tu.” Daniel usiadł na łóżku obok niego, objął go i zaczęli się całować, nie zwracając najmniejszej uwagi na stojącą obok Angelikę. Stała i patrzyła. Była zaskoczona, ale i zafascynowana. Ale zaskoczenie wiązało się właśnie z ową fascynacją. Sama nie poznawała siebie.

Wczorajszej nocy coś w niej pękło i od tej pory nie była już tym, kim była do tej pory. Była kimś innym, kimś zupełnie nowym, kogo nie poznawała. Tej nowej Angelice już nie przeszkadzał Chris całujący nowo przybyłego mężczyznę, co kiedyś było dla niej nie do pomyślenia. Rozumując w tej sposób, doszła do wniosku, że Chris, poprzez swoje załamanie, musiał przejść podobną przemianę. Dlatego zapytała:

–Kim ty jesteś, Chris? – spytała przygaszonym głosem

Daniel i Chris oderwali się od siebie, ale nadal się obejmowali i spojrzeli na nią z uśmiechem.

–Kim ja jestem? Hm, dobre pytanie. Muszę się tego sam dowiedzieć. – nie mogła uwierzyć własnym uszom; Chris właśnie opowiedział jej własne myśli.

Daniel wstał, podał rękę Angelice i przedstawił się.

–Jesteś tu inspektorem? A więc dlatego wszystko tu tak dobrze wygląda.

–Cóż, staram się nie zaniedbywać pracy. Ale kim ty jesteś? I co tu robisz?

–Teraz? Teraz już sama nie wiem, kim jestem. Pogubiłam się w tym, co mnie spotkało, podobnie, jak Chris. A co ja tu robię, to dłuższa historia. Jak masz trochę czasu, to zrobię nam wszystkim kawy i wspólnie Chrisem opowiemy, co się tu wczoraj wydarzyło i jak tu wylądowałam.

Angelika zaczęła się krzątać koło zaparzania kawy, Daniel zdjął płaszcz i zaczął rozgrzewać zmarznięte ręce nad gorącym kaloryferem, a Chris wyszedł z łóżka, sięgnął po walizkę, otworzył ją i wybierał rzeczy.

–Powiedz mi, co tu w ogóle robisz, co? – zapytał Daniela Chris – I skąd wiedziałeś, że znajdziesz mnie tutaj?

–Miałem akurat wolne popołudnie i pomyślałem, że wpadnę zobaczyć, jak ci idzie praca. No i szukałem cię wszędzie i cię nie znalazłem. Domyśliłem się, że musisz być w swoim pokoju i oto jesteś, z piękną Angeliką w ramionach.

Angelika uśmiechnęła się szeroko.

–To, że Chris jest tutaj, a nie w pracy, to moja wina. Gdyby nie on... ale po kolei.

Angelika rozsiadła się na krześle i zaczęła opowiadać, a Daniel zdjął buty i krawat, rozpiął koszulę pod szyją i usadowił się wygodnie na łóżku obok Chrisa. Opowiedziała swoją historię, to jak trafiła na Chrisa i czego się wczoraj dowiedzieli od nocnego strażnika i recepcjonisty, jak zareagowali oboje na te wieści i czego dokonali w nocy wspólnie z Marthą. Zakończył Chris, który powiedział, dlaczego został zwolniony dziś z pracy. W międzyczasie podała im kubki kawy i po kawałku ciasta. Kiedy skończył się poczęstunek, zapalili papierosy.

–Wow – zareagował Daniel, kiedy skończyła – No to wydarzyło się i to całkiem sporo. Przykro mi, że zostaliście tak oszukani przez los. Widzę też, że przeszliście oboje przemianę. Pytanie, co teraz zamierzacie z tym wszystkim zrobić?

–A dlaczego nie pytasz o Marthę? – zapytał zdziwiony Chris.

–A dlaczego mam o nią pytać? Co ja, jej stróż jestem, czy co?

To była dziwna reakcja. „Ale dlaczego znowu dziwna? – pytał się siebie Chris – dziwne było moje pytanie. Dlaczego niby Daniel ma się przejmować Marthą bardziej niż ja sam?”

–Dobra, nie ważne, pewnie przespała się gdzieś w składzie starych mebli.

–Pewnie tak, ale chciałbym się dowiedzieć, co zamierzacie teraz zrobić.

–Dobre pytanie. – skomentowała Angelika – Wypadałoby porzucić stare życie i zacząć od początku.

–Znowu od początku. – jęknął Chris

–Ty już zacząłeś nowe życie. – odpowiedział Daniel – A co ty zrobisz?

–Nie wiem. Na razie mieszkam z rodzicami Davida... o ile jeszcze się tak nazywa. Dawno nie pracowałam, bo to zawsze on przynosił pieniądze do domu, a ja wypadłam z wprawy.

Daniel spojrzał na Chrisa.

–I na co ty jeszcze czekasz? Kobieta czeka na pomoc, a ty nawet jej nie zaproponujesz pracy?

–Nawet nie wiem, czy Angelika chce tu pracować. Spotkaliśmy się dopiero wczoraj.

–To nic nie zmienia, zachowujecie się, jakbyście się znali co najmniej od miesięcy.

–Przesadzasz.

–Ja przesadzam? – Daniel wskazał na siebie – A kto mnie cały czas swata z Marthą, co? Ja też ją poznałem przez ciebie.

–Bo jakoś tak dziwnie pasujecie do siebie. – Daniel popatrzył na niego groźnie, ale chwilę później już się obaj śmiali z siebie – Dobra, już nie będę.

–No to co? Chcesz tu pracować, czy nie? – Daniel zwrócił się do Angeliki, a ona kiwnęła głową – No to masz załatwione miejsce.

–W jaki sposób? – spytał Chris

–Przez ciebie.

–Co?

–Tak, pójdziesz do dyrektora ze swoją nową koleżanką, tak jak ja z tobą i przedstawisz sprawę.

–A jak odmówi?

–Chyba możesz spróbować, co?

–No mogę.

–Dzięki – powiedziała Angelika – Byłoby fajnie, gdyby mnie tu przyjęli. To byłby już jakiś punkt zaczepienia.

–Aha, po drodze na górę spotkałem Stana. On chyba się naprawdę w tobie zakochał. – powiedział Daniel

–Co ty powiesz? – udał zdziwienie Chris

–Ale chyba nie rzucisz mnie dla niego, co?

–Żartujesz? Przy takich układach? – Chris dostał żartobliwego kuksańca w bok od Daniela, po czym obaj się roześmiali.

–Tak naprawdę to on podszedł do mnie. Powiedział mi, co ci się dzisiaj stało i gdzie jesteś. I tak cię znalazłem. Powiedział, że niepokoi się o ciebie i kazał mi ci przekazać, że jak już się wyśpisz, to masz dziś wieczorem pracę przy obsłudze przyjęcia z okazji urodzin przewodniczącego partii.

–To oni jeszcze nie wyjechali?

–Kto, partia? Nie, w tym roku specjalnie tak urządzili konferencję, żeby spotkała się od razu z urodzinami. I tak, mają zajęty cały weekend; dwa dni pod rząd konferencja, a pod koniec dzień wolny dla siebie i wieczorem urodziny przewodniczącego, a potem jeszcze fajerwerki dla wszystkich. Można jeszcze tego ciasta?

Angelika ukroiła kolejny kawałek i podała Danielowi, a Chris westchnął

–Miałem na dziś nieco inne plany, no ale jak się tak poukładało, to trudno.

–Trudno? Człowieku, to łaska od losu dla ciebie. Kolejna zresztą.

–Co? To, że jestem w partii? Nigdy nie chciałem w niej być.

–Ale sam zgodziłeś się na pracę. I to za niezłe pieniądze.

–A ile zarabiasz? – spytała Angelika

–Zaproponowali mi dwa tysiące.

–To tyle samo ile Davidowi za jego wiersze. Zresztą dość kulawe. Mnie się w każdym bądź razie nie podobają. Płacili mu dwa tysiące za wierszoklectwo; a raczej wierszokalectwo.

–Masz coś z jego wierszy przy sobie? – zapytał Daniel

–Mam, do tej pory nosiłam to je jego wypociny jak talizman. Teraz mogę to spokojnie wyrzucić. – wyjęła z torby plik spiętych wycinków z gazet zapakowanych w folię. Wyjęła wycinki z folii i rzuciła je obok Daniela, po czym zapaliła kolejnego papierosa. Daniel wypakował jeden z nich i zaczął czytać na głos:

Paryżanie podjęli rozmowy z Afgańczykami,

Bo się nie mogli dogadać z Kasztanami.

Rozmowy i negocjacje wciąż trwają,

Ale sprawy chyba źle się mają.

Wygląda na to, że się nie obędzie bez podwyżki –

Tak w Paryżu piszczą myszki.

–Faktycznie, dla mnie to zupełnie nie ma sensu. – przyznał Daniel. Wyciągnął kolejny wiersz i znów zaczął czytać:

Nasza znajoma Sardynka zwiała z dużą kasą.

Popłynęła nieznaną nikomu trasą,

Ale złowili ją na granicy

W sieci nasi dzielni wielorybnicy.

Zjedli ją, a pieniądze dla siebie zostawili.

Tak to się kończy los złodziei moi mili.

–I on za to dostawał dwa tysiące? – roześmiał się Chris – Kurczę, ja też mógłbym takie kawałki wymyślać.

–A za co ty dostajesz dwa tysiące? Za głupie układanie krzesełek na sali. – odparł Daniel. Chris przestał się śmiać – I wszystkie wiersze tak wyglądają?

–Mniej więcej. Takie głupkowate, krótkie zwrotki. – odparła Angelika.

–Wiesz co, to jest faktycznie podejrzane. Ja za taką robotę nie dałbym więcej niż... 50 dolców. – powiedział Chris.

–Ja nie dałbym więcej niż 10, ale jeśli oni mają taką kasę na takie wiersze, to ich sprawa.

–Oni raczej mają kasę. Widziałeś, jak oni wyglądają?

–To ty miałeś zaszczyt ich oglądać.

–Daniel, oni wyglądają jak ludzie – Chris szukał słowa – lepszej kategorii.

–Co znaczy, „lepszej kategorii”?

Chris nie wiedział, jak wyrazić przy Angelice to, co chciał powiedzieć.

–Widziałeś już w życiu nie jedno.

–No i?

–Atłasowe suknie, jedwabne rękawiczki, diamentowa i szczerozłota biżuteria, garnitury szyte na miarę z dobrych, błyszczących materiałów, ale cholera, nie znam ich nazw. Wiesz, oni noszą takie suknie i garnitury, których nie zobaczysz w żadnym sklepie. A ja wiem, że takie rzeczy słono kosztują. Chyba rozumiesz, co to znaczy, nie?

–Mhm, jednym słowem, arystokracja. – kiwnął ze zrozumieniem głową. – I myślisz, że oni dają kasę partii?

–Oczywiście, że nie; to skąpiradła. Znasz jakiegoś arystokratę, który dał ci za to więcej niż dziesięć dolców?

–O czym wy chłopaki mówicie? – spytała, wypuszczając dym.

Chris i Daniel umilkli i spojrzeli na siebie. Chris zapomniał się i powiedział o kilka słów za dużo. Chris polubił Angelikę i nie chciał jej stracić poprzez opowiadanie o sobie, o swojej przeszłości i o tym, w jaki sposób zdobywał doświadczenie.

–O partii, a o czym innym. – Daniel próbował uratować sytuację.

–Nie nie, kto ci dawał te dziesięć dolarów i za co? – milczenie ją zaniepokoiło – No, mówcie, chyba nic mnie tu już nie zdziwi.

Chris wziął głęboki oddech, pomyślał: „Niech się dzieje, co ma się stać, najwyżej nie będzie chciała mnie znać” i zaczął opowiadać całą historię od początku. Daniel siedział obok niego z poważną miną i wzrokiem wbitym w okno. Chris opowiadał, a Angelika siedziała jak wbita w krzesło. Kiedy dotarł do opowiadania o ślubie z Barbarą, Daniel zniżył głowę, mrugnął parę razy, ale z oczu i tak poleciały mu łzy. Chris przerwał, kiedy to zobaczył. Otarł jego łzy i pocałował go w policzek.

–Hej, to już przeszłość. Jej już nie ma i nigdy nie będzie.

Daniel nie odezwał się. Oparł głowę o ścianę i wpatrywał się w sufit.

–Prawdziwa siekiera. – skomentowała Angelika.

Chris kontynuował opowiadanie aż do momentu ich wspólnego spotkania po rozstaniu z Barbarą.

–Tak to wszystko wyglądało. Takim człowiekiem byłem wtedy i takim jestem nadal. Ten kelner, którego spotkałaś na korytarzu, to też ja. Syn znanego bankiera, brat, aktor gównianych przedstawień, kelner, przyjaciel, kochanek, sprzątacz, uliczna dziwka, mąż, scenograf, pisarz, a teraz chwilowo znowu kelner. Nie wiem tylko, kto stoi za tymi wszystkimi maskami.

–A co z tobą? – Angelika zwróciła się do Daniela – Kim ty jesteś?

–Mniej więcej kimś takim jak on. Nie inaczej.

–Chris opowiedział mi swoją historię. A ty? – Daniel milczał i nadal wpatrywał się w sufit – Masz jakąś historię do opowiedzenia?

–Słyszałaś wszystko, co powiedział.

–Nie, chodzi mi o to, kim jesteś. Skąd pochodzisz, kto cię wychowywał, czy miałeś jakichś przyjaciół przed tym wszystkim, rodzinę. I dlaczego od nich uciekłeś?

–Właśnie, nigdy mi tego nie opowiadałeś.

–Bo nigdy nie pytałeś.

–Ale pytam teraz. – Daniel milczał; to zaniepokoiło Chrisa – Daniel, powiedz coś. Dlaczego...

W tej chwili drzwi do pokoju otworzyły się i z wielkim hukiem uderzyły o ścianę. Martha wpadła do środka. Była wściekła. Rzuciła się na Chrisa i zaczęła okładać go pięściami.

–Dlaczego? Dlaczego mi to zrobiłeś draniu?!

–Ale co? – pytał i bronił się przed jej atakiem

Martha przestała go bić i sapiąc zatoczyła się do tyłu. Dyszała przez chwilę, a dyszenie przerodziło się w walkę o oddech i zanim zdążyła przewrócić się na podłogę, złapał ją Daniel.

–Martha? Co ci jest? – głaskał ją po głowie, całował, w końcu podniósł i przeniósł na łóżko Chrisa – No już, dzwoń po pogotowie.

9. Historia Daniela – triumf człowieczeństwa

Daniel chciał dzwonić po pogotowie, ale hotel był na dalekim odludziu, więc zanim przyjechałaby karetka, minęłoby zbyt dużo czasu. Chris wpadł na inny pomysł. Natychmiast popędził do recepcji, przedstawił sprawę i zapytał, czy w hotelu jest jakiś doktor. Recepcjonistka powiedziała mu, że jeden z członków partii jest doktorem. Podała mu imię, nazwisko i pokój w którym mieszkał. Chris pobiegł do niego, powiedział o wszystkim i wrócił do pokoju razem z doktorem. Do tego czasu Martha zdążyła już odzyskać przytomność, ale nadal się źle czuła.

Doktor zbadał Marthę, zadał jej mnóstwo pytań i otrzymał mnóstwo odpowiedzi. Przez ten cały czas Daniel był przy niej. Zrobił jej nawet kompres z podkoszulki Chrisa. To było dziwne zachowanie, zdaniem Chrisa, zwłaszcza, że przed chwilą Martha prawie w ogóle go nie obchodziła. Ale teraz nie było czasu na zadawanie pytań.

Doktor obadał jej klatkę piersiową, plecy, a kiedy zaczął naciskać podbrzusze, Martha jęknęła cicho i skrzywiła się. Doktor ubrał ją z powrotem i stwierdził, że Martha nie może się przemęczać ani brać silnych lekarstw pobudzających, bo właśnie to i dodatkowo silne emocje spowodowały osłabienie. Potem stwierdził, że Martha jest w ciąży od niedawna. To wywołało szok u Daniela i Chrisa. Lekarz zalecił wizytę w szpitalu, ostrożność, nieprzemęczanie się, dbanie o zdrowie i mniej pracy, o ile w ogóle Martha mogłaby zrezygnować z niej.

Kiedy lekarz opuścił pokój, zaległa cisza. Po chwili Marcie poleciały z oczy łzy, a Daniel głaskał ją i całował po głowie, po twarzy i sam również się rozczulił.

–Stało się. Mają to, czego chcieli. – powiedział Daniel

–I ty mi mówisz, że nie jesteś jej stróżem? – spytał zbity z tropu Chris – Daniel, o co tu chodzi? Przecież widzę, że ją kochasz.

–Powiedz mu całą prawdę. – powiedziała cicho Martha – Nie chcę już niczego dłużej ukrywać. Nie chcę już więcej kłamstw.

–Dobrze. Zresztą i tak kiedyś musiałbym to zrobić. Usiądź Chris, bo mam ci dużo do powiedzenia. I to nie będzie przyjemna opowieść. – Daniel westchnął głęboko i zaczął – Nazywam się Patrick Donovan Laurel Daniel de Sant.

Chris i Angelika zdębieli.

–Ten Sant? – zapytał zdławionym głosem

–Tak, czysty Sant, z rodu tych Santów.

Chris nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Oto miał przed sobą przedstawiciela najstarszego w całym mieście rodu arystokratów. O Santach huczało mnóstwo plotek w całym mieście, ale nie wiadomo było, która z nich była prawdziwa, bo cała rodzina trzymała się z dala od miasta i jego spraw. Poruszali się wyłącznie we własnym towarzystwie, otoczeni grubymi murami ogromnego ogrodu i parku na około willi, pasem zieleni, hordą strażników i charakteryzowali się totalnym brakiem zainteresowania światem zewnętrznym.

Mieli nawet swoje miejsce w wielu uznanych encyklopediach i portalach, na których spotykali się wyłącznie ludzie wyższej sfery. W dawnych wiekach całe pokolenia Santów służyły wielu dynastiom królów francuskich jako ich zausznicy, osobiści powiernicy sekretów, obrońcy, muszkieterowie, szermierze, żołnierze, rycerze, strażnicy i inni. Wielu mężczyzn z tego rodu zapisało się złotymi literami w historii Francji.

Nawet dzisiejsi Santowie należeli do wybitnych osobistości w służbach wojskowych, mundurowych, policyjnych, w tym do generałów, pułkowników, agentów federalnych, komisarzy śledczych, detektywów, osobistych ochroniarzy głów państw oraz znanych osobistości i tym podobnych.

Chris o tym wszystkim słyszał. I miał nawet do czynienia z kilkoma postaciami z tego rodu, ale nigdy żadnego z nich nie obsługiwał. Żaden mężczyzna z rodu Santów nie pozwoliłby sobie na taką rozpustę i bezeceństwo ciała i duszy. Wiedział o tym. Fakt, że Daniel należał również do tego rodu, sprawił, że Chris nie mógł pomieścić tego w głowie.

Nie mógł pogodzić faktu, że Santowie okazali się jednymi z najszlachetniejszych ludzi, którzy brzydzili się jego propozycjami pójścia z nim do łóżka i tego, że ich własnych potomek, który przecież powinien mieć ich geny, spał z nim tyle razy i robił, zarówno z kobietami jaki z mężczyznami, takie rzeczy, o których Chris do dziś wstydził się nawet pomyśleć.

Panowała długa cisza, zanim Daniel kontynuował:

–Tak, jestem z rodu Santów i zaraz opowiem ci, w jaki sposób trafiłem ze swojego zamkniętego na kłódkę zamku na ulicę. Przede wszystkim muszę ci wyjaśnić w jakich warunkach się wychowywałem.

Jak pewnie wiesz, od długich pokoleń nasza rodzina specjalizuje się, że tak w skrócie powiem, w wojskowości. Pewnie słyszałeś, że w naszych żyłach płynie krew osobistych, zaufanych rycerzy królów, wybitnych wodzów, walczących u boku samego Napoleona i tym podobne bzdety. Tak, nie przesłyszałeś się; dla mnie to bzdety. Może i wiesz, jak wygląda życie na zewnątrz naszej twierdzy, jak nazywał naszą willę mój dziadek ze strony ojca. Ale nie wiesz, jak wyglądało nasze życie wewnątrz, kiedy byliśmy małymi dziećmi.

Opiszę ci w dużym skrócie, jak wyglądał nasz zwyczajny dzień. Już jako pięcioletnie maluchy, ja, moi bracia, siostry, kuzyni i kuzynki wstawaliśmy rano o piątej. Na początku stawialiśmy jeszcze opór, ale po kilku batach wymierzonych cienka witką każdy dzieciak nabiera szacunku i strachu. Nauczono nas szybko myć się pod lodowato zimną wodą i ubierać. Mieliśmy na to dziesięć do piętnastu minut; inaczej czekały nas kolejne, bolesne baty.

Piętnaście po piątej nasz osobisty trener odbywał z nami półgodzinną gimnastykę – skręty, obroty, wymachy rękami, nogami, przysiady, skłony, brzuszki, bieganie w miejscu, ćwiczenia na prosty kręgosłup, skoki wzwyż, w dal, czołganie się po podłodze bez użycia rąk i nóg, utrzymywanie przedmiotów ze wspólnym użyciem wyłącznie czół, najczęściej piłek lekarskich i tak dalej i tak dalej. Mogę wymieniać, ale po co.

Po gimnastyce, kiedy wszyscy byliśmy mokrzy i głodni jak szczury, lecieliśmy się opłukać, bo na śniadanie czekała na nas pyszna porcja owsianki z wodą bez cukru, bez dżemu, miodu ani niczego takiego. Do tego Chleb z łyżeczką masła i plastrem szynki i kawa zbożowa bez mleka i cukru.

Nie smakowało to żadnemu z nas. Ale kilku z nas, w tym ja, na znak protestu, raz nie zjadło śniadania. Pozwolono nam na to. Powiem ci, że śniadanie było zazwyczaj o szóstej. Nie dostaliśmy nic do jedzenia aż do trzeciej po południu. A kiedy dostaliśmy obiad, czyli gotowane warzywa bez soli i parę niesolonych ziemniaków, o mięsie nawet nie wspominając, zjedliśmy wszystko co mieliśmy na talerzach w mniej niż pięć minut i wylizaliśmy talerze do czysta. Potem już jedliśmy śniadania regularnie.

Po śniadaniu szliśmy do szkoły. To znaczy, do naszej osobistej szkoły, bo przecież dzieci arystokratów nie mogą mieszać się z motłochem z ulicy. W szkole, jak to w szkole; raz było lepiej, raz gorzej, ale baty i tak otrzymywaliśmy za najmniejszy popełniony błąd, więc świsty i krzyki i płacz dochodzące z sal lekcyjnych były częstym dźwiękiem w domu. Pamiętam raz nawet, jak matka chwaliła się znajomej, że za każdym razem, jak słyszy świst bata lub krzyk jakiegoś dziecka w sali lekcyjnej, wie, że przy takim wychowaniu dzieci na pewno się czegoś nauczą. Jakże się myliła.

Kiedy kończyła się szkoła, szliśmy na obiad. Już wiesz, jak mniej więcej wyglądał. O deserze marzyliśmy przez cały tydzień. Nasz deser wyglądał mniej więcej zawsze podobnie, a była to pojedyncza kulka lodów raz na tydzień w niedzielę. W niedzielę mieliśmy też pół godziny czasu dla siebie i mogliśmy iść się pobawić do ogrodu i do parku, ale o tym później.

Po obiedzie maszerowaliśmy do sali, gdzie nasi nauczyciele pomagali nam w odrabianiu lekcji. Za każdy popełniony błąd obrywaliśmy po uszach lub po głowie. Trwało to mniej więcej godzinę. A potem zaczynały się tak zwane programy indywidualne, czyli zajęcia dopasowane do nas przez naszych rodziców. Kiedy miałem piętnaście lat, dostała mi się szermierka, pływanie i literatura brytyjska. O ile nienawidziłem szermierki, tolerowałem pływanie. Ale najbardziej ciągnęło mnie do czytania literatury. O tym też trochę później.

Nasze zajęcia kończyły się koło dziewiętnastej lub dwudziestej. W zależności od tego, kolację podawano w różnych godzinach. Mniej więcej zawsze ten sam schemat: kawałek chleba z masłem i kubek ciepłego, niesłodzonego mleka. Wyznawano zasadę, że z pustym żołądkiem lepiej się śpi, podczas gdy nam burczało w brzuchach i z głodu nie mogliśmy długo zasnąć.

I tak co dnia przez dziesięć lat. Taka była i taka jest tradycja rodzinna. Całe pokolenia wychowywane były w podobnej atmosferze: pełna, wojskowa dyscyplina, pół godziny czasu tygodniowo dla siebie, minimum słodyczy, minimum kontaktów z rówieśnikami z zewnątrz, minimum poczucia pewności siebie lub decydowania o sobie, zero ciepła, czułości, miłości i tak dalej.

W ten sposób wyrastają z nas żołnierze duszą i ciałem; posłuszni, z żelazną samodyscypliną, której wymagamy potem również od innych. Od naszych żon i dzieci wymagamy poddania się nam i naszej woli. Chcemy, żeby były takie jak my, bo nie znamy innego życia. Ja buntowałem się przeciw takiemu zachowaniu wewnętrznie, ale bat i kara niejedzenia przez pół dnia tak mnie przerażały, że nie miałem czelności ani odwagi stawić czoła starszym.

Już myślałem, że się poddam i pozwolę się im prowadzić tam, gdzie mnie chcą zaprowadzić i stanę się zimną kopią swojego ojca, kiedy plan zajęć indywidualnych zmienił się stosownie do mojego wieku. Jak już ci mówiłem, jednym z moich popołudniowych zajęć od teraz miały być lekcje literatury brytyjskiej.

Przydzielono mi młodego nauczyciela. Był skryty, nieśmiały, cichy, skromny, nigdy nie mówił głośno, zawsze pochylał się lekko do przodu. Kiedy coś go rozśmieszyło, pochylał głowę jeszcze bardziej do przodu, jakby chciał ten uśmiech ukryć; śmiał się cicho, a uśmiech miał piękny. – W Chrisie znowu zabrzmiała nutka znajomości tych tych cech i znowu się przestraszył –

Był tak inny od tych mężczyzn, których znałem, których widziałem w naszej rodzinie na co dzień; prosto myślących, twardych, krzepkich, obleśnie wręcz okazujących swoją siłę wobec innych. Był miękki, serdeczny, czuły, ciepły, wyrozumiały; nigdy na mnie nie krzyczał, ani mnie nie bił. Kiedy czegoś nie rozumiałem, rozmawiał ze mną na ten temat tak długo, dopóki tego nie zrozumiałem.

Zakochałem się w nim od naszej pierwszej wspólnej lekcji, chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Jedynie przy nim mogłem być sobą; nie zakompleksionym, wystraszonym obsrajtuchem, jak mnie nazywał ojciec, ale wesołym, wrażliwym, ciekawym świata młodym mężczyzną; takim, jakim mnie znałeś przez te dwa lata, które spędziliśmy razem.

Najczęściej siedzieliśmy w moim pokoju albo schowani gdzieś w bibliotece. Mieliśmy się uczyć o wojnach, bitwach, strategiach, taktykach, planach rozłożenia wojsk, o rycerzach i słynnych bohaterach wojennych, którzy mieli być w przyszłości i moimi bohaterami i przykładami, ale kiedy zobaczył, że zupełnie nie interesuje mnie ten temat, szybko zmienił repertuar. Czytał mi fragmenty rozmaitych książek albo wiersze, a ja zadawałem pytania o to, czego nie rozumiałem, a ważniejsze wnioski i sentencje notowałem w dzienniku.

Najpierw podchodziłem do niego z poczuciem lęku i dystansu, a potem, kiedy się przekonałem, że nie mam się czego bać, ten dystans malał. Malał z każdą lekcją i nadszedł taki moment, że już nie mogłem się skupić na tym, co mi czytał. To znaczy, słyszałem, że mówił, ale już nie wiedziałem, co mówi. Po prostu siedziałem obok niego i gapiłem się jak sroka w gnat.

On przerwał czytanie, spojrzał na mnie, poczerwieniały, a ja po prostu zbliżyłem się do niego i pocałowałem go w same usta; nie mogłem się powstrzymać. Natychmiast się od niego odsunąłem z obawy, że mnie skarci. Znieruchomiał i zamknął oczy. Odłożył książkę i wyprostował się twarzą do mnie. „Zaraz się zacznie” – pomyślałem. Odsunąłem się od niego, bo wydawało mi się, że mnie uderzy. Ale usłyszałem tylko: „Mógłbyś to powtórzyć?”

Nasz romans ukrywaliśmy z najwyższą uwagą i trwogą. Ale nie mogliśmy się sobą nasycić. Spotykaliśmy się właśnie w te krótkie, półgodzinne niedzielne przerwy, na które czekałem jak na zbawienie. Oczywiście nigdy nie pozwolił sobie ani mi na cokolwiek zdrożnego, spodnie mieliśmy zawsze na sobie, ale kiedy tylko schowaliśmy się przed dorosłymi albo kiedy zamknęliśmy się w pokoju, zaczynało się między nami wrzenie.

Rzucałem go na trawę, na kanapę lub biurko, siadałem okrakiem na jego kolanach, rozpinałem koszulę, głaskałem włosy, tors, plecy, wsadzałem język między zęby, całowałem i lizałem po twarzy, po szyi; całowałem jego barki, tors, brzuch, a on leżał otępiały, dyszący i pozwalał mi na to wszystko. Potem on leżał na mnie i robił ze mną to samo; na przemian delikatnie i intensywnie. – Chrisowi przebiegł dreszcz po plecach na te słowa; już widział, kim jest starszy człowiek z hotelu –

Wyjaśniłem mu jednak natychmiast, że wcale nie ciągnie mnie specjalnie do mężczyzn i że nie jestem homoseksualistą. Byłem tak bardzo spragniony dotyku, miłości i uczuć, czułości i ciepła, a on to wszystko rozumiał. Mówił, że wie o czym mówię i zawsze powtarzał, żebym się nie martwił, bo ma tego pełną świadomość i dlatego mi to wszystko przynosi.

Po za tym widział, co się z nami dzieje, jak jesteśmy traktowani i mówił mi o tym. Cierpiał, widząc, jak dorośli w tej rodzinie niszczą w nas wrażliwość, ciepło, czułość, troskę, ale był tylko prostym znawcą literatury i nie mógł nic na to poradzić.

Wymógł na mnie, żebym przysiągł, że zrobię wszystko, żeby nigdy nie być taki jak oni, że pozostanę człowiekiem i że zrobię wszystko, by inni wokół mnie też czuli się jak ludzie. Złożyłem mu tę przysięgę z ochotą i poparłem ją całym swoim sercem i duszą. Od tej pory podjąłem stałą wewnętrzną walkę ze starszyzną, a on i spotkania z nim dodawały mi sił.

Oczywiście nie zaniedbał zajęć, a ja zresztą też tego nie chciałem; byłem zbyt ciekawy świata naokoło mnie. Siedziałem bezwstydnie półnagi w jego ramionach, albo leżałem z głową na jego udach, bez obaw, wesoły, uśmiechnięty i czytaliśmy. Tym razem jednak nie tylko literaturę brytyjską, ale przynosił mi do czytania różne gazety, czasopisma i encyklopedie.

To on mi pokazał, co piszą w gazetach i periodykach na temat mojej rodziny. Byłem zaskoczony, jak bardzo się wygładza nasz wizerunek. Byliśmy w nich idealną, zgodną rodziną, w której wszyscy chłopcy i dziewczęta ochoczo garnęli się do wojska. Nikt oprócz niego nie zdawał sobie sprawy, jaką cenę płacimy za to, żeby stać się ludźmi walki i wojny.

Oprócz tego, zamiast bohaterów wojennych, pokazywał mi przykłady bohaterów walczących o godność człowieka, o pokój, miłość, zrozumienie, miłosierdzie, akceptację człowieka w całości.

To on pokazał mi, jak dobrym i miłosiernym człowiekiem był tak naprawdę Chrystus. Nasz katecheta powtarzał nam jedynie, że był to wojownik, który przyszedł na świat po to, by umrzeć i poświęcić swoje życie dla nas, dla ludzkości i w tym mamy go naśladować. Był żołnierzem swojego ojca, tak nam wciąż powtarzano.

Mój kochany nauczyciel pokazał mi przykłady przypowieści, jakie podawał Chrystus ludziom i za każdym razem zwracał uwagę na to, jak dobrze Chrystus znał zwyczajne ludzkie życie. Jak bardzo je kochał i jak dobrze rozumiał ludzi.

Owszem, nie tolerował grzechu, ale uzdrawiał każdego, kto chciał się nawrócić; znał przepisy kościelne; godziny pracy; wiedział, jakie wino podaje się najpierw, a jaki później; jakie narody żyją w zgodzie, a jakie nie tolerują obcych; potrafił robić meble, śmiać się, bawić i tańczyć; wędrował, odwiedzał przyjaciół, nauczał ludzi, jak szanować siebie nawzajem na przykładach tego, to widział dookoła. To mi otworzyło całkiem nowe spojrzenie na świat i na życie. Też chciałem żyć jak zwykli ludzie. Tyle, że nie wiedziałem, jak to zrobić i czy kiedykolwiek będzie mi to dane.

Podawał też inne przykłady, mówił o Buddzie i Dalajlamie i ich szukaniu wewnętrznej drogi, o porozumieniu z samym sobą i innymi, o szukaniu własnej wewnętrznej prawdy; mówił o Gandhim, o którym do tamtej pory nigdy nie słyszałem i jego biernej wojnie, o matce Teresie z Kalkuty, która walczyła ze złem za pomocą modlitwy i miłosierdzia, a nie karabinów; mówił o Rimbaud i o tym, jak starał się zrozumieć świat za pomocą zmysłów, mówił nawet o Henrym Millerze i jego książkach, w których przedstawiał świat taki, jakim miałem go później poznać, choć jeszcze o tym nie wiedziałem.

To były piękne chwile. Najpiękniejsze pół roku, jakie do tamtej pory doświadczyłem. Nigdy nie zapomnę, jak siedzieliśmy w cieniu zagajnika, niczym grecki uczeń i nauczyciel i rozprawialiśmy o tym i tamtym, a ja go kochałem bardziej niż ojca i matkę, którzy prawie nigdy nie nauczyli mnie niczego swoimi batami oprócz samoponiżenia, strachu przed zdobywaniem wiedzy i nienawiści. To on swoją tolerancją i miłością nauczył mnie więcej niż oni kiedykolwiek zdołali.

Nagle jednak nadeszło zaćmienie słońca. Pewnej wrześniowej niedzieli spotkaliśmy się jak zwykle podczas półgodzinnej przerwy. Świeciło piękne, ciepłe słońce i przysnęliśmy obaj. Wtedy odszukali mnie i nakryli nas i świat piękna się dla mnie skończył.

On został wydalony z wilczym biletem w postaci opinii psychologa, która mówiła o nim jako o pedofilu i bez zapłaty, a ja dostałem takie cięgi, że krew się lała z ran na plecach i na tyłku. Stąd właśnie te ciemne linie na plecach i pośladkach, o które kiedyś pytałeś. Darłem się jak zarzynana świnia, a mój ojciec siedział obok i palił papierosa za papierosem. Znienawidziłem go wtedy na śmierć.

Myślisz, że mi odpuścił? Że posłał mnie do szpitala, żebym wyzdrowiał? Na następny dzień, tak jak reszta nas, wlokłem się noga za nogą na gimnastykę. A trener powiedział mi, że to dobra rozgrzewka przed wojną, kiedy będę odnosił rany i będę musiał dalej walczyć i znosić z pola bitwy rannych kolegów, co było dla niego najbardziej miłosierną postawą, jaką mógł sobie wyobrazić.

Gadał, że może to i boli teraz, ale widzi, jak sobie radzę z dyktaturą ojca i że wierzy we mnie i że mam szansę zostać jednym z najlepszych żołnierzy. Mówił, żebym się nie poddawał i nie spotykał więcej z tą oślizgłą ciotą, jak określał mojego nauczyciela. Tylko, że nie zdawał sobie sprawy, że właśnie tylko dzięki niemu radziłem sobie tak dobrze, jak mówił.

W każdym razie zamknąłem się w sobie i biernie przechodziłem kolejne cięgi ojca, okrucieństwo moich braci, złośliwe docinki i żarty o swoim pedalstwie, a także drastycznie ciężkie ćwiczenia wojskowe, które trener wymyślił specjalnie dla mnie, bo ubzdurał sobie, że będę jego najlepszym uczniem.

Nie poddawałem się; trzymałem się przez całe dnie, ale kiedy przychodził wieczór i każdy z nas udawał się do pokoju na spoczynek, zamykałem się i wtedy dopiero puszczały mi nerwy. Siedziałem albo leżałem na podłodze i wyłem jak pies. Oczywiście nie na głos, tylko szeptem, dławiąc się.

Przypominały mi się wtedy zielone miesiące spędzone z moim nauczycielem; rzeczy, których mnie uczył, no i oczywiście pocałunki, szepty, spojrzenia, czuły dotyk i miłość, jaką mnie obdarzał. To były moje jedyne promienie światła, w tamtych nocnych dniach. Ich blask, jak światło gwiazd, wciąż świecił, mimo iż źródło światła już dawno zniknęło. Trzymałem się ich przez następne pół roku, jak liny bezpieczeństwa.

I podczas gdy moi bracia i kuzyni zaczynali już obrastać pancerzem zniewolenia ojca, ja wciąż pozostawałem w środku ciepły i ludzki. Widziałem, że kobiety w moim domu to dostrzegają, ale nie wolno im było się sprzeciwić ojcu. Starałem się mówić sobie, za każdym razem, jak mnie bili i mi dokuczali, że tacy już są, że muszę ich akceptować takich, jakimi są, razem z całym ich bestialstwem, do którego starali się przymusić i mnie.

Ale to nie była prawda. Moi bracia to nie były bestie. To właśnie to okrucieństwo, jakie im okazywano niemal przez całe życie, zmieniało ich powoli i wypaczało ich serca, ich umysły i dusze. Odtąd cały świat był ich wrogiem, tak, jak tego chciał ojciec. Ja nie bałem się świata; chciałem, żeby stanął dla mnie otworem. I wkrótce stało się to, czego chciałem.

Błogosławieństwo przyszło dla mnie akurat w dniu przekleństwa mojego ojca. Miałem wtedy szesnaście lat. Tego dnia do mojego ojca przyjechało dwóch agentów z partii. Dwóch tajniaków w bardzo dobrych garniturach, jak sam zauważyłeś, przyjechało na wizytę prosto do jego gabinetu na prywatną rozmowę, jak to określili. Nie rozmawiali długo, ale kiedy wyszli, mój ojciec wyszedł z nimi z gabinetu, z bardzo surową i smutną miną i podszedł do mnie. Powiedział mi sucho, że muszę iść z tymi panami do samochodu i że najprawdopodobniej już tu nie wrócę.

Stałem jak wryty. Bałem się, bo nie wiedziałem dokąd mnie zabierają, ale najważniejsze było to, że właśnie spełniło się moje marzenie: mogłem stamtąd uciec; legalnie, nie pilnowany przez żadnych strażników. Ojciec stał przede mną i ględził o obowiązku pracy dla ojczyzny, o tym, że każde, nawet najbardziej brudne zadanie spełnione w imię obrony podstawowych wartości się liczy i takie inne.

Nie pamiętam co mówił, bo raz; myślami byłem już na ulicach, którymi nigdy w życiu nie szedłem, a dwa; widziałem z jaką zazdrością patrzą na mnie moi bracia i z jakim podziwem i radością kobiety. Zwyciężyłem reżim ojca, a przynajmniej wszyscy chcieli, żeby tak się stało. Stał naprzeciw mnie, smutny, pokonany, jakby chciał powiedzieć, że los rodziny zależy teraz ode mnie.

Ci dwaj wzięli mnie do samochodu. Kiedy się oddaliliśmy, wyjaśnili mi wszystko w drodze do miasta. Wtedy dopiero dowiedziałem się, co tam w ogóle robię. Najpierw wyjaśnili mi, że nauczyciel, który mnie uczył, był podstawionym przez partię agentem. Przygotowywał mnie tak długo jak się dało, czyli pół roku, bo wtedy go złapali.

Po raz pierwszy poczułem się zdradzony i dotknięty do żywego. I upokorzony jak nigdy dotąd. Potem jednak zrozumiałem, że mimo wszystko, nie czuję do niego nienawiści, ale wciąż go kocham. Moja miłość do niego wcale nie ostygła, a wręcz przeciwnie, kochałem go jeszcze mocniej i byłem mu wdzięczny za to, czego mnie nauczył, bo właśnie dzięki temu mogłem się oprzeć okrucieństwu ojca i pozostać człowiekiem. Postanowiłem go odszukać i powiedzieć mu o tym, ale niestety, nigdy na niego nie natrafiłem ponownie.

Mój sprawdzian zaczął się dopiero w momencie, kiedy nauczyciel zniknął. A kto kierował całą akcją? Oczywiście trener. Tak jak mój nauczyciel, był człowiekiem z partii. Znali się bardzo dobrze. Jego zadanie polegało na tym, by sprawdzić, czy w ogóle się nadaję do tego, co mnie czeka. Miał sprawdzić, czy się nie załamię, bez względu na okoliczności, czy to, przez co musiałem przejść.

Kontrolowali mnie, jak zareaguję na to, co będzie mówił i co będzie ze mną robił ojciec. Mieli sprawdzić, czy poddam się i zacznę postępować tak, jak on, czy będę się trzymał tego, co mi przekazał nauczyciel i spróbuję się przeciwstawić ojcu i jego nieczystym regułom. Nie załamałem się. I dlatego wybrali mnie. Zostałem wybrany spośród setek innych młodych mężczyzn do zadania, które teraz na mnie czekało.

Dowiedziałem się, jak wyglądasz, jak się nazywasz i kim jesteś, a raczej kim byłeś. Ich zdaniem, miałeś niedługo popełnić samobójstwo, spowodowane wyrzutami sumienia. Moim zadaniem było za wszelką cenę pilnować cię, żebyś nie stoczył się i trzymać cię przy życiu przy pomocy tego, czego się nauczyłem i czego doświadczyłem. Potem wypuścili mnie z samochodu, a tuż za zakrętem stałeś ty i grzebałeś w kuble.

Najpierw pamiętałem o zadaniu, ale z czasem tak się zanurzyłem w tym świecie ulicy, że zapomniałem, że w ogóle mam cokolwiek zrobić. Najpierw dlatego, że od samego początku mi zaufałeś i uznałeś, że mamy się trzymać razem bez względu na to, co się stanie.

Potem dlatego, że to ty mnie wciągnąłeś w swój świat, a nie ja ciebie. Byłem bez grosza przy duszy, w tym, co miałem na sobie podczas wyjścia z domu, nie miałem co zjeść, ani gdzie się umyć, nie wiedziałem, gdzie będę spał ani, co będę robił. Ty mi to wszystko pokazałeś. Dzięki tobie dowiedziałem się, jak, co i gdzie zdobyć i jak dawać sobie radę, nie mając niczego.

Poza tym, dlatego, że wreszcie byłem wolny. I tą wolnością się zachłysnąłem. Miałem wokół siebie wreszcie cały ten, pełen bezeceństw i brudu świat, o którym dotychczas słyszałem jedynie z gazet i książek. Teraz miałem okazję poznać go na własnej skórze.

I w końcu dlatego, że byłem wtedy z kimś, w kim w końcu zakochałem się na wieki wieków, ale przekonałem się o tym dopiero wtedy, kiedy nie było cię koło mnie. Chris, ja nie kłamię, naprawdę jesteś miłością mojego życia i nic tego nie zmieni. Już cię nie wypuszczę po raz drugi. Jesteś mój, czy tego chcesz, czy nie. Mógłbyś się zapytać, co w takim razie z Martą. Dojdziemy i do tego. Póki co, dzięki tobie poznawałem świat od podszewki i nie żałuję niczego, co robiłem.

Czas mijał, ale my trzymaliśmy się razem. Tak chciało życie, los, Bóg, nie wiem, co. Ale przetrwaliśmy. Aż w końcu pojawił się człowiek z partii i dał mi znać, że już czas. Wtedy sobie przypomniałem, po co mnie tu w ogóle ściągnięto. Musiałem zakończyć tę sprawę.

To wtedy powiedziałem, że znalazłem ogłoszenie, że poszukują do teatru sprzątaczy po przedstawieniu, a tak naprawdę, dał mi tę gazetę agent. Kiedy zaczęliśmy pracę w teatrze, wiedziałem, że to koniec. Dlatego powoli zacząłem się wycofywać, mimo iż serce mi krwawiło. Wkrótce zjawiła się Barbara i... resztę już wszyscy słyszeli.

Wtedy do pokoju wpadł Stan.

–Chris, gdzie ty... o, przepraszam, ale Chris ma dzisiaj...

–Daj mu dzisiaj spokój Stan. Jutro pójdzie do pracy.

–Jak pan sobie życzy. – Stan wyszedł, a Daniel kontynuował

–Kiedy zadanie się zakończyło, powiedzieli mi, że zdałem egzamin i że na razie zostawią mnie w spokoju. Ale wkrótce mogą się odezwać ponownie. Poinformowali mnie, że mogę spokojnie wracać do domu, a rodzina na mnie już czeka. Pojechałem z nimi do domu.

Po tych dwóch latach wszystko się zmieniło. Pierwsze, co mi o tym powiedziało, to brama wejściowa do naszego parku. Była pomalowana na złoto, a przy parkowej drodze zobaczyłem całe rzędy pięknych kwiatów i mnóstwo dzieci biegających swobodnie tam i ówdzie. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Myślałem, że znalazłem się w raju, bo ojciec nigdy nie pozwoliłby na coś takiego.

W progu powitała mnie cała rodzina. Moi bracia rzucali mi się na szyję, płakali, pytali czy nic mi nie jest. Nie poznawałem ich. To ja zacząłem pytać, co się z nimi wszystkimi stało. Powiedzieli, że później ze mną porozmawiają. Jak już się umyłem, przebrałem i zjadłem pierwszy od lat porządny w tym domu posiłek, mój najstarszy brat i moja matka zamknęli się ze mną w gabinecie ojca i opowiedzieli mi, co się działo, kiedy mnie nie było.

Ojciec nie miał czasu mi powiedzieć, dlaczego tych dwóch agentów mnie wtedy wzięło i dlaczego w ogóle zgodził się na to. Partia zażądała od ojca połowy wpływów z udziału w handlu bronią z innymi państwami. To był nielegalny handel, a ojciec to ukrywał całymi latami, o czym nikt z nas nie miał pojęcia. Z tego zresztą utrzymywał dom.

Podczas pierwszego spotkania agenci poinformowali ojca, że o tym wiedzą. Jeśli nie chce, żeby sprawa ujrzała światło dzienne, musi iść z nimi na współpracę i oddać mnie w ich ręce, dopóki nie zadecydują, że mam wrócić. Kiedy odszedłem, ojciec oszalał. Najpierw nie było nic widać, bo zachowywał się jak zwykle, czyli ordynarnie i władczo, ale agresję trzymał na wodzy.

Matka uznała, że przekroczył granicę, kiedy uderzył w twarz swoją kilkuletnią wnuczkę Megan tak mocno, że poleciała na podłogę i wylądowała w szpitalu ze pęknięciem podstawy czaszki. A uderzył ją za to, że spytała, gdzie jest wujek Daniel. Wtedy matka nie wytrzymała. Zachowywała spokój jak zwykle, ale potajemnie kontaktowała się z naszym psychiatrą. Opowiedziała mu o wszystkim, a on załatwił zamknięcie ojca w zakładzie, zanim zacznie kaleczyć pozostałe dzieci.

Cała rodzina brała udział w planie doprowadzenia do zamknięcia ojca na stałe. Wszyscy mieli dość jego krwawych rządów i tak ja ja, zaczęli mu to w końcu okazywać. Zebrano zeznania naocznych świadków jego bestialstwa i okrucieństwa wobec mnie i innych, zeznania małej Megan i reszty rodziny i po sprawie w sądzie ojciec został przewieziony do zamkniętego zakładu psychiatrycznego w kaftanie. Już na zawsze.

Wtedy dopiero moi bracia ujawnili swoje prawdziwe twarze. Mówili, że dużo czasu im to zajęło, ale zrozumieli w końcu, co tak naprawdę zaszło między mną a nauczycielem i żałowali swoich wcześniejszych postaw wobec mnie. Pytałem ich, czy wiedzieli, co się stało z nauczycielem, ale nikt o nim potem nic nie słyszał.

Matka powiedziała mi, że miałem duży udział w przemianie całej rodziny i podjęciu walki z ojcem. Bracia patrzyli, jak dzielnie daję sobie radę z jego despotyzmem i tyranią i byli ciekawi wyniku. Od tego bowiem zależało, czy warto pójść w moje ślady i sprzeciwić się ojcu, czy jednak nie narażać się, bo nie dam rady i poddam się. Ale kiedy wydostałem się z domu i zobaczyli, do czego ojciec jest zdolny, nie zastanawiali się dłużej i stanęli murem za mną, za małą Megan i za matką.

Teraz pytanie brzmiało, co zrobić z twierdzą i jak ją utrzymać. Odpowiedź nadeszła szybko. Natychmiast po zamknięciu ojca zjawili się ci sami agenci, którzy kilka lat wcześniej wzięli mnie z domu. Usiedli do stołu z matką i moimi braćmi i powiedzieli im wtedy o wszystkim, co ojciec robił i przedstawili na to dowody.

Ojciec zawsze potrafił wszystkich tak do siebie zrazić i rozproszyć uwagę, że nikt nawet nie miał czasu pomyśleć o czymś podobnym, jak nielegalny handel bronią. Z resztą nie tylko bronią, ale i narkotykami i żywym towarem i skradzionymi dziełami sztuki... jednym zdaniem, z dumnej rodziny obrońców ojczyzny, staliśmy się rodziną mafioza. Matka od razu oznajmiła obu agentom, że chce się odciąć i uwolnić od tego wszystkiego. Nie chciała mieć nic wspólnego z brudnymi interesami ojca. Z resztą z nim samym też nie. Sprawa rozwodowa była już w toku.

Ale co dalej? Co począć z tak wielką rezydencją jak twierdza i jak ją utrzymać? Majątek mieliśmy spory, a oszczędności było dużo, ale nie można przecież wiecznie brać z kupki, która wciąż maleje. – Chris kiwnął głową – Bracia zaproponowali wspólne złożenie pensji. Matka zaproponowała zwiedzanie rezydencji. Ale to wszystko było za mało.

Agenci zaproponowali wtedy współpracę rodziny z partią. Obiecali dołożyć do ich pomysłów pół miliona dolarów rocznie za współpracę moich braci z partią. Mieli nadal handlować bronią w obcych państwach, ale tym razem w pełni legalnie i na warunkach umowy z rządem. I nie było mowy o żadnych narkotykach ani nielegalnej prostytucji. Wszyscy zgodzili się. I kiedy przyjechałem do domu, rządy przejęła już w pełni matka i bracia.

Twierdza kompletnie się zmieniła. W szaro-beżowych dotąd, pustych, koszarowych niemal murach, zapanował cytrynowy odcień żółci, złoto i pomarańcz. Białe marmurowe posadzki zostawiono, ale szaro-białe metalowe modernistyczne meble wymieniono na pięknie rzeźbione hebanowe stoły, szafy i kredensy w stylu afrykańskim, a krzesła i reszta była w stylu Ludwika XVI. To są dwa ulubione style matki.

Czuję się tam teraz jak w niebie. Mam spokój i rodzinę, która odzyskała samą siebie; dzieci moich braci, sióstr, kuzynów i kuzynek biegają po ogrodzie i parku ile tylko chcą; zapraszamy do siebie co weekend dzieci z domów dziecka i sierocińców i żadnemu z naszych, czy cudzych dzieci nie żałujemy czułości, ciepła, troskliwości, ani słodyczy; włączamy się w akcje dobroczynne i popierające protesty przeciwko przemocy. A moi bracia mówią, że to wszystko dzięki mnie. Zdawałoby się, że więcej chcieć nie można. Ale sam wiesz, jak życie potrafi zaskoczyć.

Kiedy już usłyszałem wszystko, co mieli mi do powiedzenia, padło pytanie o moje dotychczasowe życie. Opowiedziałem im wszystko, co mogłem, oszczędzając drastycznych szczegółów. Słuchali z podziwem dla mojej odwagi i zaradności. Nie mogłem im jeszcze powiedzieć, że zaradność tę zawdzięczam głównie tobie i szkole życia, przez którą z tobą przeszedłem.

Dopiero potem, kiedy pozostawiono mnie w spokoju i zrobiło się cicho i ciemno, matka weszła do mojego pokoju i kazała powiedzieć, jak było naprawdę. Udałem, że mnie to zdziwiło, bo przecież powiedziałem prawdę. Ale matka nie ustąpiła; chciała usłyszeć wszystko. Łącznie z tym, czego nie powiedziałem.

Poznała, że nie mówię wszystkiego. Wiedziała bowiem, że kiedy kłamię, lub nie dopowiadam czegoś, rozglądam się po całym pokoju, a kiedy mówię całą prawdę, patrzę prosto w oczy, tak jak teraz tobie. Matka o tym wiedziała, a ja zapomniałem, kiedy mówiłem przy stole do wszystkich.

Opowiedziałem jej wtedy wszystko o tobie. Powiedziałem, kim byłeś, kim jesteś, jak się spotkaliśmy, o wszystkim, co robiliśmy, żeby przeżyć, o teatrze, w który się bawiliśmy, o tym, jak się w tobie zakochałem z wzajemnością i o tym, jak straciłem cię na zawsze.

Wtedy powiedziała mi, że tym lepiej się stało, bo z kolei ona miała mi coś ważnego do powiedzenia. Kiedy to usłyszałem, stanęły mi łzy w oczach. Wydawało mi się to wtedy zemstą ojca zza więziennych krat. Wedle ostatniego życzenia ojca i zgody starszyzny, zostałem wyznaczony na spadkobiercę całej fortuny i twierdzy.

Pewnie wydaje ci się, że powinienem skakać z radości, ale tak nie było. Spadkobierca fortuny bowiem nie tylko dziedziczy pieniądze, ale i jest odpowiedzialny za utrzymanie całej rezydencji. Ojciec, wedle niemożności kierowania majątkiem zrzekł się praw do niego i zrzucił odpowiedzialność za niego na moje barki.

Byłem już pełnoletni, ale nie znałem prawa, więc do pomocy, a właściwie do prowadzenia majątku za mnie, miałem prawników i księgowych mojego ojca. Pozostawała natomiast jeszcze kwestia utrzymania majątku, a tę, wedle życzenia ojca i starszyzny, miał rozwiązać mój aranżowany, szybki ślub z Marthą, o której wtedy usłyszałem po raz pierwszy.

Matka powiedziała, że bardzo jej przykro, że tak się stało, ale to decyzja starszyzny i że ona, jako kobieta, nie ma wpływu na ich postanowienia, a ja od tej pory jestem głową ich rodziny i pełnoprawnym właścicielem twierdzy. I tu pałeczkę przejmujesz ty. Mnie zaschło w gardle. – powiedział Daniel, zdjął Marthę z kolan, wstał i zaczął od nowa robić herbatę dla wszystkich. Tym czasem Martha podciągnęła się, usiadła na wygodnie na łóżku Chrisa i kontynuowała.

10. Historia Marthy – triumf miłości

–Jestem Martha Cuyvet, jedna z sióstr Marie Cuyvet, księżnej Aragonii. A więc w zasadzie jestem księżniczką. Moja historia nie była aż tak drastyczna jak historia Daniela. O nas, o księżniczki, dba się, bo musi tak to wyglądać, że się o nas dba.

Mamy więc wyżywienie, opierunek, podstawowe wykształcenie, wykształcenie wyższe, jeśli chcemy i tym podobne sprawy, ale jeśli chcemy dokonać czegoś samodzielnie, musimy mieć na wszystko zgodę naszych braci, ojców lub mężów.

Nasze życie dworskie polega na tak zwanym „lalkowaniu”, czyli pokazywaniu się w pełnej krasie podczas uroczystości dworskich. Dopełniamy dekorację swoimi sukniami, makijażem i fryzurami. Poza tym, możemy robić, co chcemy, pod warunkiem, że nasi opiekunowie się na to zgodzą, ale rzadko otrzymujemy zgodę na cokolwiek

Generalnie nie jest tak tragicznie. Dostajemy stanowiska w dużych korporacjach, firmach, koncernach, pracujemy na wysokich szczeblach, mamy do dyspozycji helikoptery, limuzyny, osobistych ochroniarzy, w tym nawet kilku z rodziny Daniela, o czym dowiedziałam się niedawno, sekretarki i cały sprzęt, jaki jest nam, potrzebny do pracy nad naszym zadaniem lub rolą w firmie.

Brzmi fantastycznie; kto nie chciałby takiej pracy? Każdy o niej marzy. Mój osobisty problem polegał na tym, że, tak jak ty to wczoraj powiedziałeś, od początku chciałam mieć zwyczajne, normalne życie; mieszkać z normalnymi ludźmi, pracować z nimi, żyć i być traktowana tak samo jak wiele innych kobiet, ze wszystkimi wadami i zaletami.

Moje liczne kuzynki śmiały się ze mnie, jak im o tym powiedziałam. Mówiły mi, że nasza pozycja w społeczeństwie nie może być zniżana do poziomu zwykłego obywatela, bo to nie licuje z twarzą rodziny królewskiej. Owszem, tak jak ja chciały pracować na własny rachunek, ale w firmach ojców wujów i braci, gdzie mają swoich ludzi na podorędziu, towarzystwo, które rozumie się bez słów i bezpieczeństwo.

Ja z tym wszystkim czułam się jak zwierzę w zoo na wolnym wybiegu. Zwierzęta w zoo też mają co jeść i gdzie spać i mają co robić, ale to wszystko jest dla nich sztucznie aranżowane. No i są wystawiane na pokaz, nie mają własnego życia. Ja właśnie tak odczuwałam życie na dworze i w tych wszystkich korporacjach. Wszystko na pokaz, żadnego kontaktu z żywym człowiekiem.

Ja nie chciałam tak żyć. Chciałam wiedzieć, co przeżywają zwykli ludzie; ludzie inni niż my, być jednym z nich spróbować żyć o własnych siłach. Byłam ciekawa świata na około mnie, tak jak Daniel. Parę razy nawet uciekałam z domu, żeby pobyć trochę sam na sam z ludźmi w mieście, w kawiarni, na targu.

Zaglądałam ludziom przez okna do domów, żeby dowiedzieć się, jak żyją, co porabiają; słuchałam w parku, o czym mówią matki z dziećmi, spotykające się na placu zabaw. U nas to było nieznane. Nasze mamy miały swoje życie i swoje prace, galerie i wizyty na innych dworach.

Właśnie podczas jednej z takich ucieczek poznałam Philipa. Uciekłam wtedy na dyskotekę. Miałam szesnaście lat i ogromną ochotę, żeby zaszaleć. A że nikt nie mógł się dowiedzieć o moich planach, doszłam tam zupełnie sama. Miałam obmyślony cały plan, łącznie z ucieczką z domu, przedarciem się przez ogród i budki strażnicze i dotarciem na znane mi już miejsce. W ekstrawaganckiej sukience wymknęłam się znanym mi wyjściem w środku nocy, złapałam taksówkę i dotarłam na miejsce.

To nie był ekskluzywny klub dla bogatych panienek; takie mnie nie interesowały. Tam byli wszyscy ci, których znałam, więc mogli mnie rozpoznać i wydać rodzicom, a to oznaczałoby koniec wybryków. Musiałam wybrać więc taki klub, gdzie byłoby w miarę bezpiecznie i nikt nie wiedziałby, kim jestem.

Z podróbką dokumentów nie było problemu. Dzięki temu, że jestem wścibska, umiem sobie poradzić i wiem, gdzie mogę dostać podrabiane dokumenty. Wtedy dowód dostałam dzięki kilku opryszkom, których poznałam w czasie moich wycieczek po pobliskich barach i pubach. Obiecali mi pomóc, kiedy będę potrzebowała fałszywego dowodu.

Oni chyba jednak mieli kontakty z moim światem i wiedzieli kim jestem, bo byli dla mnie mili i spełniali moje wszystkie życzenia, a pod koniec powieźli mnie nawet do naszej rezydencji, chociaż w ogóle im nie mówiłam, gdzie mieszkam. Miałam wtedy więcej szczęścia niż rozumu, że trafiłam akurat na nich, a nie na jakichś prawdziwych bandziorów.

Podwieźli mnie na tyle wcześnie, żebym się przespała jeszcze kilka godzin i nie wzbudzała niczyich podejrzeń. Nie bardzo byłam zadowolona, bo chodziło mi o zupełnie obcych ludzi, ale wytłumaczyłam sobie wtedy, że niepotrzebnie naraziłabym się na niebezpieczeństwo i dałam sobie spokój z wyskokami, aż do tamtego wieczoru, kiedy poznałam Philipa.

Na kilka dni przed planowanym wyjściem załatwiłam więc sobie fałszywy dowód u swoich znajomych, a potem ruszyłam bez obaw na pierwszą, długo oczekiwaną dyskotekę. Kiedy dotarłam na miejsce, byłam szczęśliwa. Tam było wszystko, o co mi chodziło: narkotyki, alkohol, mieszane towarzystwo, młodzi, przystojni faceci i ja, nieznająca świata i jego fałszywych stron ani złych podszeptów szesnastolatka z fałszywym dowodem, przekonana, że zdobyła szczyt marzeń.

Szybko wkręciłam się w jakąś grupkę dziewczyn, które akurat tu świętowały wieczór panieński. Prawie wszystkie były ode mnie starsze i prawdopodobnie widziały, że jestem za młoda na swój dowód. Byłam sympatyczna i miła, a one miały dobre serca, więc wydawało mi się, że postanowiły się mną zaopiekować. Od tej pory trzymałam się i bawiłam z nimi.

Pech jednak chciał, że po kilkunastu kieliszkach martini zakręciło mi się w głowie w tym zamieszaniu i nie wiem nawet jak, znalazłam się na parkiecie. Nie wiedziałam, gdzie się podziały dziewczyny; wiedziałam, że tańczył ze mną ktoś, kogo nawet nie widziałam. Do dziś nie pamiętam, jak wyglądał.

Tańczyliśmy, coraz bardziej przesuwając się w stronę drzwi. W pewnym momencie ten ktoś złapał mnie mocno za ramiona i pociągnął na zewnątrz. Przestałam słyszeć muzykę, zniknęli ludzie i dobry nastrój. Byłam teraz autentycznie przerażona, kompletnie spita i co najgorsze, bezbronna.

Słyszałam, jak jakieś błagalne jęki wydobywają się ze mnie, a on mówił coś do ochroniarza, który nas wypuścił. Dyszałam ciężko ze strachu, ale to go najwyraźniej tylko nakręcało, bo zaczął ze mnie zdejmować sukienkę. Próbowałam krzyczeć, ale wydobywał się ze mnie tylko spity jęk; chciałam go odepchnąć, ale nic z tego. Moje ciało wpadło w panikę. Zesztywniałam i zaczęłam drżeć jak galareta. „Muszę coś zrobić, bo mnie zaraz zgwałci.” – myślałam. Byłam jednak całkowicie bezbronna.

Wtedy poczułam, że lecę na ziemię. Upadłam na trawę i leżałam tak, niezdolna się poruszyć. Słuchałam, jak ktoś szarpie się i bije z kimś innym. Nic jednak nie widziałam, poza paroma cegłami muru i kawałkiem nocnego nieba. Potem jeden z nich zwyciężył, bo walka ustała, a potem do mnie zbliżał się jeden z nich i wtedy z przerażenia zemdlałam.

Obudziłam się w cichym, jasnym pomieszczeniu. Kiedy mój wzrok się poprawił, wydawało mi się, że leżę w pokoju hotelowym, przykryta kołdrą, a koło mnie na fotelu siedzi jakiś młody człowiek i śpi. Było mi słabo i niedobrze, ale jakoś zdołałam się pociągnąć na brzeg łóżka. Przechyliłam głowę w dół i zwymiotowałam; ale nie na jasną podłogę, tylko do miski troskliwie podstawionej pod łóżko.

Moje jęki i dławienie się obudziły mojego śpiącego wybawcę, ale jeszcze nie wiedziałam, kim on jest. Wstał, usiadł obok mnie, złapał mnie za czoło, skierował usta nad miskę i wyleciała z nich kolejna porcja rzygowin. Potem już leciała tylko żółć, aż żołądek wreszcie się uspokoił. Obtarł mi twarz przygotowanym wcześniej ręcznikiem i z powrotem delikatnie ułożył mnie na łóżku.

Zwinęłam się w kłębek i dalej odchorowywałam swoje karygodne szaleństwo. Nadal nie wiedziałam, kto się mną opiekuje, ale już wiedziałam, że nie mógł to być nikt, kto chciałby mnie skrzywdzić. Spałam tak aż do popołudnia następnego dnia, dopóki się nie obudziłam. Zobaczyłam go wtedy po raz pierwszy i z miejsca się w nim zakochałam.

Przede mną spał w fotelu wysoki, barczysty brunet, z długimi, lekko falującymi włosami do ramion, pięknymi oczami, w czarnej koszulce z logo „Metallica” i w poszarpanych dżinsach. Byłam zachwycona. Podniosłam się na łokciu i patrzyłam się na niego, a on spał i spał. Chyba długo nade mną siedział, bo nawet kiedy wstałam i szturchnęłam go, nie obudził się, tylko zwinął na fotelu i dalej spał. Nie przeszkadzam mu i rozejrzałam się po pomieszczeniu.

Na początku, myślałam, że jestem w pokoju hotelowym, ale to była jego prywatna sypialnia: białe ściany, na których znajdowały się plakaty i długie półki z wszystkimi płytami najlepszych zespołów bluesowych, rockowych i metalowych, a wszystkie znałam i zaliczały się one wtedy w mój własny poczet bogów muzyki: od Roberta Johnsona począwszy, a na Cradle of Filth skończywszy. A na samym środku pokoju, niczym ogromna pojedyncza kolumna, tkwiła oświetlona z góry szklana witryna z gitarą z podpisem samego Jimmiego Page'a. To było dla mnie bardzo dużo. Musiałam poznać tego chłopaka.

Reszta pokoju była raczej skromna. Już zdążyłam wcześniej zauważyć jasną, sosnową podłogę, białe, proste meble, kilka książek, głównie biografii zespołów i muzyków, porządek na półkach, szerokie łóżko, na którym spałam, z białą mięciutką pościelą, fotel, na którym on spał i wpuszczone w sufit, halogenowe lampy.

Zobaczyłam także szklane drzwi na balkon i wyszłam na ogromny, piękny taras z dużymi, szarymi płytami, białym, ratanowym stolikiem i dwoma, ratanowymi fotelami z szerokimi oparciami. Rozciągał się z niego piękny widok na miasto. W dole jeździły samochody, słychać było ich szum i klaksony, widziałam ludzi.

Z tego wszystkiego wywnioskowałam, że wylądowałam u kogoś mi podobnego. Kogoś, kto założył sobie tu, w tym wieżowcu wysokie gniazdo, niczym orzeł na skale, by zachować odrębność, ale jednocześnie mieć blisko siebie ludzi. Był to ktoś, kto wiedział, że skromność i porządek na zewnątrz, nie oznacza pustki i nudy w głowie. A ponadto, umiejscowienie w drogim apartamentowcu na uboczu; jakość wszystkiego, co było w pokoju i gitara, za którą na pewno trzeba było zapłacić krocie, powiedziały mi, że to na pewno ktoś z mojej sfery.

Wtedy usłyszałam, jak mówi do mnie za plecami: „Kim ty jesteś?”. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak stoi w drzwiach oparty o framugę, z rękami w kieszeniach. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to podejść do niego i pocałować go, a potem, że to chyba byłoby nie stosowne, bo w ogóle go nie znałam.

Zapytałam, co się właściwie stało wczoraj. Powiedział, że leżałam tu cały czas, nieprzytomna, że na pewno nie wyglądam na osiemnaście lat, a dowód, który wyciągnął z mojej torebki jest fałszywy, bo sprawdzał numer identyfikacyjny, ale należy on do zupełnie innej osoby. Ponownie więc spytał, kim jestem. Odpowiedziałam, że powiem mu, kiedy mi opowie, co się ze mną stało.

Zauważył mnie od samego wejścia. Wyglądałam inaczej niż reszta dziewczyn, nie dlatego, że miałam lepszą sukienkę niż one, ale dlatego, że wyglądałam na niezepsutą i niewinną. Byłam według niego wyraźnie zauroczona tą obskurna budą, do której on trafił przez przypadek i od tej pory postanowił mnie obserwować, bo taka dzierlatka jak ja w takim miejscu na bank prosiła się o kłopoty.

Obserwował, jak piłam coraz więcej i jak próbowałam bawić się z dziewczynami, które w ogóle nie zwracały na mnie uwagi. To było dziwne stwierdzenie, bo wtedy mi się wydawało, że bawiłam się razem z nimi. Potem mówił, że podszedł do mnie jakiś łysy męt i poprosił na parkiet. Ja, poszłam, bardziej wyciągnięta przez niego, niż sama. Od kiedy zobaczył, że on w ogóle nie tańczy, tylko ciągnie mnie w stronę wyjścia, wstał i szedł za nami. Widział moje kiepskie próby uwolnienia się od niego i wtedy go zaatakował. Kiedy on opuścił mnie na trawnik, pobił go do nieprzytomności. Potem zabrał mnie do swojego apartamentu i tu siedzi przy mnie od wczorajszej nocy.

Kiedy to wszystko usłyszałam, ogarnął mnie wstyd. Po raz trzeci zapytał, kim jestem. Powiedziałam mu kim jestem, gdzie mieszkam i co tam robiłam. Wtedy dowiedziałam się, że on nazywa się Philip i jest jednym z bratanków księcia Bordeaux. Powiedział mi, że jeśli szukam dobrej zabawy, nie muszę chodzić do takich spelun jak ta, do której trafiłam i może mi pokazać parę dobrych klubów, które zna, w zależności od muzyki, jaką lubię.

Postanowiłam wtedy, że albo wystartuję do niego teraz, albo nigdy. Powiedziałam, że chcę je zobaczyć ale tylko razem z nim. Prawda była taka, że nie miałam nikogo innego, kto chciałby się ze mną włóczyć po nocnych klubach. Zgodził się. Zapytałam wtedy, czy mogę pocałować go za to, że mnie uratował. Nie chciał; stwierdził, że to za wiele i że każdy porządny facet tak zrobiłby na jego miejscu.

To mnie zabolało. Myślałam, że mnie nie chce. Powiedziałam mu, że w takim razie chcę jechać do domu, bo rodzina mnie pewnie szuka. Odwiózł mnie do domu, przedstawił się, powiedział rodzicom bez ukrywania faktów, co się stało, gdzie mnie znalazł i jak mnie uratował. Byłam na niego za to wściekła i nie chciałam go więcej widzieć.

Ale złość trwała krótko, bo zrozumiałam, że miał rację i że gdyby nie on, mogłoby się to bardzo źle skończyć. Rodzice zresztą dali mi areszt domowy na miesiąc i zaprowadzili do lekarza, który stwierdził, że oprócz ustępujących objawów kaca, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wtedy całymi dniami zamykałam się w swoim pokoju, właziłam pod kołdrę i nie wychodziłam stamtąd.

Od nowa wciąż przeżywałam całą sytuację i doszłam do wniosku, że istotnie głupio postąpiłam i nie mogłam sobie tego wybaczyć. I dlatego też później zaczęłam ćwiczyć samoobronę, którą opanowałam do perfekcji, a w torebce mam zawsze paralizator i gaz łzawiący. Ale zanim to nastąpiło, siedziałam miesiąc w pokoju i bałam się wyjść do ludzi. Jednocześnie w moich wspomnieniach wciąż widziałam jego i jego pokój w wysokim apartamentowcu. A oczyma wyobraźni już widziałam nas razem pod tą kołdrą, nagich, splecionych... zakochałam się na amen. Brzuch mnie bolał, kiedy o nim myślałam, cała moja skóra płonęła.

Ale nie otwierałam drzwi, kiedy mi mówiono, że dzwoni codziennie i że chce ze mną porozmawiać. Chciałam go ukarać za to, że mi wtedy odmówił. Jednocześnie liczyłam dni i godziny do końca miesiąca na który mi wyznaczono areszt. Nie otwierałam drzwi pokoju, kiedy stał za nimi i prosił, bym go wpuściła. Nie odezwałam się do niego ani słowem przez miesiąc. W końcu powiedział, że będzie czekał aż wyjdę stamtąd, nawet jeśli miałoby to trwać do końca życia. Nie odezwałam się. Modliłam się tylko, żeby wytrwał w swoim postanowieniu.

Miesiąc minął i mogłam wyjść z pokoju i z domu. Oczywiście natychmiast spotkałam go w salonie. Z całych sił próbowałam grać zimną, niedostępną i całkowicie obojętną na jego obecność, chociaż dusiłam się w środku, by zachować pozory.

Udowodnił, że potrafi mieć dwie twarze. Tym razem miał włosy spięte z tyłu, na sobie czarny żakiet i białą koszulę, co całkowicie zmieniało jego wygląd i postawę. Wyglądał poważnie i dostojnie, całkiem inaczej niż wtedy w pokoju, w koszulce z metalliką.

Spytał, czy zrobię mu ten zaszczyt i udam się z nim do parku na spacer. Po tym, jak mnie uratował, należało mu się chociaż tyle. Z długim namysłem i lekceważeniem stwierdziłam, że ostatecznie, czemu nie; że też chciałabym w końcu wyjść z domu i się przewietrzyć. A czy w jego towarzystwie, czy nie, to mi nie zrobi różnicy.

Zabrał mnie do pobliskiej, zalesionej części parku. Jeszcze przy bramie trzymałam się i udawałam całkowity brak zainteresowania jego osobą. Ale wtedy tuż za mną zza zakrętu wyjechał szybko pewien rowerzysta, który jechał za blisko mnie. Zbierałam siły na udawanie do tego stopnia, że go nie zauważyłam. Jednak Philip zauważył to i przytulił mnie, żeby tamten we mnie nie wjechał.

Wtedy nerwy puściły mi zupełnie. Zmiękłam w jego ramionach, odchyliłam głowę do tyłu, spojrzałam na niego, nieprzytomna i rozchyliłam usta do pocałunku. Spojrzał na mnie chłodno, ale nie wypuścił. Wiedziałam już, że jest mój. Oparł mnie na murze i całował mocno, gorąco i długo i głaskał po głowie. W końcu rzucił mnie na trawę, całował szyję i dekolt, dotykał piersi pod bluzką, ale na zdjęcie bluzki ani spodni nie pozwolił sobie.

Potem już nie widzieliśmy świata za sobą. Mimo iż on był ode mnie o dwa lata starszy, nie robiło mu to różnicy. Zabierał mnie na koncerty wszystkich rockowych i metalowych grup, jakie znaliśmy, prowadził do fantastycznych klubów bluesowych i rockowych, o których w ogóle nie słyszałam. Poznałam jego przyjaciół, którzy stali się moimi przyjaciółmi. Jednocześnie delikatnie, ale stanowczo pilnował, żeby za dużo nie wypiła, nie narozrabiała i żebym stawiała się w domu o przyzwoitej porze.

I nigdy ze mną nie spał, chociaż tego bardzo pragnął. I ja pragnęłam. Opowiadaliśmy sobie nasze najdziksze fantazje. Płonęło w nas rosnące uczucie, które stopniowo kształtowało się pod wpływem ilości chwil, które ze sobą spędziliśmy i myśli, które sobie wyznaliśmy, a jednak wciąż pozostawało gorące. Było z nami tak jak Daniel mówił o swoim nauczycielu; przy nikim innym nie czuliśmy się bardziej sobą niż przy sobie samych.

Było tak fantastycznie, że byłam ślepa na jeden ważny szczegół, który umknął mojej uwagi przez tę całą wielką miłość, a trzeba było go zauważyć już na samym początku. Chociaż, kto wie, czy to by cokolwiek zmieniło między nami. Tym drobnym szczegółem było pytanie: skoro moi rodzice od zawsze byli bardzo surowi wobec moich znajomych i chłopaków i bardzo dokładnie im się przypatrywali i zawsze czułam się pod ich kontrolą; to dlaczego nie czułam żadnej kontroli w tym wypadku? Dlaczego zaufali mu od początku i pozwalali na wszystko i o nic nigdy nie pytali? Nigdy nikomu nie ufali, choćby nie wiem jak się starał. Dlaczego w tym wypadku postąpili odwrotnie? Odpowiedź miała nadejść wkrótce.

Dwa lata cudownie złotych, piwnych wspomnień; dwa lata elektryczno-strunowej muzyki naszych serc; dwa lata poznawania siebie na wylot i nauki akceptacji tych słabości, których nie można zmienić i stałe próby zmiany tych, nad którymi można było popracować. To wszystko, te dwa cudowne lata, zostały przekreślone przez dwa zdania: „Jesteś narzeczoną Patricka Donovana Laurela Daniela de Sant. Natychmiast masz rzucić tego niedołęgę Philipa.”

Poczułam się wtedy jak rażona gromem. Nie chciałam uwierzyć, że akurat nam się to przytrafiło, ale tak w istocie było. Kiedy powiedziałam o tym wszystkim Philipowi, był twardy. Przekonywał mnie, że zdawał sobie z tego sprawę; że ten sam los spotkał wielu jego braci i sióstr, kuzynów i kuzynki; bo każdy arystokrata chce mieć w rodzinie jakąś księżniczkę albo księcia.

Ale w końcu rozpłakał się w moich ramionach i przyznał, że jest rozczarowany tym, jak ocenili go moi rodzice i że nie chce się ze mną rozstawać. Mówił, że już nigdy nie zdoła pokochać nikogo tak, jak mnie. Ja też mówiłam mu, że w sercu pozostanę tylko jego narzeczoną, a ten pajac, jak wtedy nazwałam Daniela, nie liczy się dla mnie.

Rozstaliśmy się ostatni raz, idąc w dwie przeciwne strony z miejsca naszego pierwszego pocałunku w parku. Szliśmy od siebie coraz dalej. Na twarzach mieliśmy słone wodospady, a w sercach noże. Szliśmy, żeby już nigdy się nie zobaczyć, nie być razem. A przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.

Pierwszy raz zobaczyłam Daniela podczas kolacji zaaranżowanej przez naszych rodziców. Uścisnął mi rękę, ale nic więcej nie zrobił. Nie uśmiechał się, nie nagabywał mnie, ale i nie okazywał wrogości. Dlatego spodobał mi się od samego początku, chociaż mu tego mi pokazałam.

Tak jak na początku w przypadku Philipa, pozostałam zimna i nie przystępna. On taki nie był. Zachowywał dystans, ale obserwował mnie bacznie. Nie wlepiał wzroku w talerze, jak reszta towarzystwa, nie usiłował znaleźć wygodnego tematu do rozmowy; po prostu mnie obserwował, był ciekawy, kim jestem, tak jak Philip i to też mi się w nim spodobało. Pocieszałam się wtedy tak, jak potrafiłam. Pomyślałam, że może nie będzie taki zły, jak mi się wydaje, ale tak naprawdę byłam zrozpaczona.

Wkrótce miało się odbyć moje wesele, ale kompletnie nie byłam nim zainteresowana. Ani nim, ani moim nowym narzeczonym, ani szkołą, niczym. Znów zamknęłam się w swoim pokoju i nigdzie nie wychodziłam. Tym razem jednak on nie przyszedł do mnie. I dobrze, nie chciałam go widzieć aż do dnia ślubu.

W dniu ślubu byłam do niego mniej przygotowana niż do jakiegokolwiek innego przedsięwzięcia. Olałam swój ślub totalnie. To siostry mnie ubierały, one mnie malowały, robiły mi fryzurę, bo ja byłam do tego całkowicie niezdolna – całe moje ciało i dusza protestowały przeciwko temu, co miało się stać.

Podeszłam do ołtarza z ojcem, jakbym szła z nim pod rękę do parku. Podczas mszy żułam gumę. Nagle zrobiłam z niej balon, który głośno pękł. Matka natychmiast mi ją zabrała, ale to wydarzenie rozbawiło Daniela. Najpierw lekko się uśmiechnął, a potem cicho się roześmiał. To z kolei rozbawiło mnie też i też się roześmiałam. I to nas trochę zbliżyło.

Przysięgę czytałam z kartki. To, co mówiłam, nie było moją prawdziwą intencją, dlatego postanowiłam się jej nie uczyć. Uważałam, że na pamięć uczymy się tego, na czym nam naprawdę zależy. Ze zdumieniem patrzyłam, jak Daniel wziął ode mnie kartkę i zrobił to samo co ja.

Podczas wesela odeszliśmy kawałek od gości do ogrodu, żeby spokojnie porozmawiać. Słyszałam o rodzie Santów i tyranach, którzy mieli kobiety za meble ozdobne z pojemnikiem na przyszłych potomków. Myślałam, że natrafiłam na właśnie takiego mężczyznę. Jak bardzo się pomyliłam, okazało się później.

Już podczas naszej pierwszej rozmowy zorientowałam się, że Daniel nie jest taki, jak inni Santowie. Usiedliśmy w pustej altanie ogrodowej. Zaproponował mi papierosa i to był dla mnie pierwszy szok. Żaden mężczyzna nigdy nie pomyślałby, że palę, nawet Philip, bo ukrywałam to przed nim. Zapaliliśmy więc i zaczęliśmy rozmawiać.

Powiedział mi, że osobiście zwalnia mnie z przysięgi wierności. To był dla mnie drugi szok. Mogłam spać z tym, z kim naprawdę chciałam spać. Powiedział mi, że zdaje sobie sprawę z tego, że go nie kocham. I powiedział też, że wie, że to okrutnie zabrzmi, ale on mnie też nie kochał. Powiedział, że wie, że na pewno jest ktoś, kogo kocham, więc mogę się z tym kimś spokojnie spotykać i żyć, a on nie będzie nam stał na przeszkodzie.

Wtedy zamrugałam oczami z niedowierzania i z kolei ja spytałam, kim on jest. W odpowiedzi spytał, czy mam dość czasu na długą opowieść. Miałam. Miałam całe moje wesele. Siedziałam więc tam i słuchałam, jak opowiadał tę samą historię, którą już wam przed chwilą przedstawił. Byłam po raz trzeci w szoku. Koniecznie chciałam cię poznać, Chris. Wiedzieć, kim jesteś i co sprawiło, że postanowił ci być wierny mimo wszystko.

Spytał mnie o moją historię i teraz ja opowiedziałam mu historię naszego spotkania z Philipem i tego, jak się rozwijała nasza miłość. Powiedział, że chciałby poznać Philipa, jeśli mu na to pozwolę i porozmawiać o nas wszystkich. Byłam teraz nie zszokowana ale zaintrygowana tym dziwnym osobnikiem. Nie miałam tak naprawdę powodu go nie lubić, więc go polubiłam. I potem już bawiliśmy się wspólnie na naszym weselu wspólnie ze wszystkimi, którzy obserwowali naszą błyskawiczną przemianę bardzo zdziwieni.

Kiedy poinformowałam Philipa o tym, że mój obecny mąż chce się z nim spotkać, miał mieszane uczucia. Cieszył się, że znowu mnie spotka, a jednocześnie był nieufny co do jego intencji. Ale przyszedł. Na spotkaniu Daniel powiedział nam obojgu, że zdaje sobie sprawę, czyje to powinno było być wesele i nie zamierza nam przeszkadzać w naszym wspólnym życiu. Powiedział Philipowi, że on też ma kogoś, kogo kocha nad życie i że teraz nie może być z tym kimś. I dlatego też nie chce nas rozdzielać.

Czekała nas podróż poślubna. Daniel chciał, żeby Philip był tam z nami. Zaproponował mu dwa rozwiązania. Mogliśmy wziąć go ze sobą jako naszego wspólnego przyjaciela, albo mógł on do nas dołączyć, lecąc za nami prywatnym samolotem. Powiedzieć, że Philip był zaskoczony, to mało. On był wniebowzięcie szczęśliwy. Philip wybrał osobny lot. Nie chciał wzbudzać niczyich podejrzeń.

Polecieliśmy więc we dwójkę na wyspy greckie. Philip był z nami niemal zaraz po naszym wylądowaniu. Załatwiliśmy formalności związane podróżą i przyjazdem i wylądowaliśmy w dwóch pokojach, z czego tak naprawdę używaliśmy później tylko jednego.

Przylecieliśmy dość wcześnie, więc poszliśmy coś zjeść i przy okazji pozwiedzać okolicę. Spodobało się nam tam. Wszędzie biel, cisza, spokój, błękit i żar nieba. Siedzieliśmy w miejscowym barze, zajadając się owocami morza, sałatką, popijając espresso i zaczynaliśmy nawiązywać kontakt między sobą.

Zanim dzień się skończył, Daniel stał się naszym wspólnym przyjacielem i powiernikiem naszych sekretów. Zwierzyliśmy mu się ze wszystkiego. Nawet z tego, że żadne z nas jeszcze tego nigdy nie robiło i tak naprawdę nie wiemy, co i jak. Zaproponował nam pomoc. I tak Daniel został naszym seksualnym instruktorem.

Tej pierwszej nocy byliśmy oboje potwornie stremowani, ale ja byłam bardziej niż gotowa. Miałam swojego ukochanego obok siebie, miałam męża, który dobrze wiedział, że nie powinien nim być i który jeszcze chciał pomóc nam w tym, by nasz pierwszy raz był pięknym, niezapomnianym przeżyciem, a nie wstydliwym wspomnieniem upychanym po kątach umysłu. Byłam szczęśliwa.

Do dziś pamiętam słowa, które nam mówił, polecenia, uwagi, triki jakich używał, kiedy my uczyliśmy się kochać i przynosić sobie przyjemność na jego oczach. Przekonałam się wtedy, że mówił prawdę. Ma olbrzymie doświadczenie w tych sprawach i wtedy dzielił się nim z nami. Zasnęliśmy wszyscy troje na jednym łóżku.

Kochałam się z Philipem potem jeszcze mnóstwo razy. Daniel i Philip również często się kochali, ale wtedy Daniel był przekonany, że stracił cię na zawsze. Poza tym, Philip bardzo mu ciebie przypomniał. Ale ja i Daniel nie mogliśmy się przemóc. Czuliśmy się obco w swoich ramionach. Daniel zresztą nigdy na to nie nalegał, zostawił mi wolność od siebie.

To były słodkie wakacje, które się szybko skończyły. Kiedy powróciliśmy do domu, byłam już w ciąży, ale z Philipem. Daniel zaakceptował nasze dziecko jak swoje własne. Przy pierwszym spotkaniu widziałam, że moi rodzice są szczęśliwi, że ja jestem szczęśliwa, chociaż nie wiedzieli naprawdę, z jakiego powodu. Jednak kiedy spojrzałam na mamę Daniela i jak nas obserwuje, wiedziałam, że wszystkiego się domyśliła. Tylko jej jednej powiedzieliśmy całą prawdę i jestem pewna, że nigdy nikomu jej nie wyjawiła.

Kiedy jeszcze byłam w ciąży, Daniel wpadł na pewien pomysł. Jego mama, znając już prawdę, dała nam w podarunku piękny mały domek nad jeziorem, poza miastem i powiedziała, że możemy z nim zrobić, co chcemy. Daniel postanowił sprzedać go na własność Philipowi, tak, żebyśmy mieli dokąd uciec, kiedy będziemy chcieli być razem, a za pieniądze uzyskane ze sprzedaży i jeszcze dołożone z oszczędności, postanowił kupić pięknie położony hotel koło lasu. Mam nadzieję, że już wiesz, że to ten hotel, w którym teraz jesteśmy.

Partia miała tu swoją siedzibę zanim jeszcze Daniel znalazł ten hotel. Nie wiedzieliśmy o tym. Jednak przewodniczący, w rozmowie z Danielem zaznaczył, że ze względu na jego zasługi, nie będzie stwarzał problemów, oraz o ile nie będzie wpływał na jakiekolwiek decyzje partii co do pobytu i jej działalności w hotelu. Daniel zgodził się, ponieważ nie miał wyjścia. A poza tym dlatego, że oni również przyczynili się do uwolnienia go spod rządów ojca.

Poparłam pomysł kupna hotelu. To była okazja, żeby spełniło się moje marzenie o pracy i przebywaniu wśród normalnych ludzi. W hotelu jest przecież tylu obcych, których warto poznać. I jest to środowisko, którego nie muszę się obawiać, jak tego, które poznałam podczas mojej trefnej eskapady do baru, gdzie poznałam Philipa.

Powiedziałam mu więc, że jeśli on będzie jego właścicielem, to ja chciałabym w nim pracować; najlepiej jako pokojówka. Philip już wtedy zamieszkał w domku nad jeziorem razem z moją córką i nianią. Oboje opiekują się naszą Weroniką, kiedy ja jestem zajęta tutaj. Moja prośba zainspirowała go również do czegoś innego. Postanowił zostać inspektorem hotelowym. Tak jak ja, chciał mieć normalne życie i trzymać się zwykłych ludzi i to się spełniło.

I do dziś wyglądało to w ten sposób. Ja jestem tu pokojówką i jestem szczęśliwa. Daniel jest właścicielem hotelu, ale wie o tym tylko obsługa hotelu i dyrektor. Ale także pracuje jako prawdziwy inspektor hotelowy i dba o nasz wizerunek na podstawie najlepszych hoteli. A dyrektor hotelu, to nikt innym jak jego najlepszy i najwierniejszy kamerdyner. Omawiają wspólnie każdą decyzję. Nasz dyrektor jest miły dla naszej załogi, ponieważ sam jest służącym. A nasza córeczka mieszka w domku nad jeziorem ze swoim tatą i swoją nianią.

Muszę jeszcze na koniec powiedzieć i wyjaśnić kilka rzeczy. Daniel opowiadał mi o tobie często. I z opowiadań wiedziałam mniej więcej, jak wyglądasz i jak wygląda Barbara. Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy ciebie z nią, natychmiast powiedziałam o tym Danielowi.

Bardzo się ucieszył, że jesteś cały i zdrowy. Ale kiedy cię zobaczył was z ukrycia, postanowił się nie ujawniać. Nie chciał zakłócać waszego wspólnego życia swoją obecnością. Za to ja obserwowałam cię cały czas. I widziałam, że zadomowiłeś się i bardzo ci się tu podoba, podczas gdy Barbary prawie nigdy w tym hotelu nie było. Owszem, przyjeżdżała tu często z tobą, prawie co tydzień, ale zawsze wychodziła stąd do lasu na długie wycieczki.

Potem widziałam, że prawie ze sobą nie rozmawiacie, że nawet nie patrzycie już na siebie i zachowujecie się coraz częściej jak para obcych sobie ludzi. To wszystko mówiłam Danielowi. Martwił się o ciebie. Do końca wierzył, że jakoś znajdziecie rozwiązanie, że poukładacie sobie życie. Wtedy zapytałam, czy ja mogłabym coś dla ciebie zrobić. Daniel powiedział, żebym spróbowała. Miałam pozwolenie na wszystko.

No i tak oto pewnego dnia wylądowałam u ciebie w pokoju, na kolanach... a potem ty zacząłeś chodzić do mojego pokoju na górę. Daniel również o tym wszystkim wiedział. Bardzo chciał ci się pokazać, ale nie mogliśmy się ujawnić ot tak sobie, zwłaszcza, że wtedy jeszcze byłeś mężem Barbary i chciałeś wszystko naprawić.

Nie chcieliśmy psuć układu między wami jeszcze bardziej, więc musieliśmy dalej grać swoje role. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, jak źle jest. Kiedy Daniel spotkał cię wtedy zapłakanego na korytarzu, to był czysty przypadek; nie planowaliśmy tego. Wasze drogi po prostu się skrzyżowały, a więc myślę, że tak musiało być. Należysz teraz nie tylko do Daniela, ale i do mnie. Jesteś nasz, Chris.

No i ostatnia rzecz. Ten wieczór, kiedy świętowałeś ostateczne rozstanie z żoną... to... to był nasz pierwszy wspólny raz. Wtedy pękła ostatnia granica między nami i wtedy dopiero pozwoliliśmy sobie na współżycie. Poza tym, kiedy Daniel zaczął... zdałam sobie sprawę z tego, że nie chciałam już dłużej czekać i nie mogłam. Od naszego ślubu minęło przecież sześć lat i zdążyliśmy się do siebie przyzwyczaić. Nawet bardzo przyzwyczaić. A teraz dowiedziałam się, że od kilku dni jestem w ciąży.

Było już późno, kiedy Martha skończyła mówić. Herbata została już dawno wypita. Chris i Angelika siedzieli nieruchomo obok siebie na stole, a Martha leżała na łóżku w poprzek znowu w ramionach Daniela.

–Wow, ale historia. – przerwała ciszę Angelika.

–I co ty na to? – spytał Daniel

–To z Irene też zmyśliłeś?

–Nie, wszystko to prawda; no oczywiście oprócz tego małżeństwa.

–A więc jesteście przyjaciółmi.

–Tak. Utrzymujemy kontakt. Irene jest naprawdę nieślubną córką burmistrza, a jej mama popełniła samobójstwo po porodzie. Teraz sprzedaje antyki i wydaje wiersze, które ja finansuję.

–A to co powiedziałeś o „innych” to też prawda?

–Tak, to wszystko prawda. Ale to było dawno temu. Dziś nie wiem, co się z nimi dzieje.

–Za dużo tego wszystkiego. – szepnął zmęczonym głosem Chris i potrząsnął głową – Zmęczony jestem.

–Ja też; wiecie co, chodźcie do mojego apartamentu – zaproponował Daniel – zamówimy coś dobrego z bufetu i napijemy się. Mam dziś ochotę na dużą ucztę.

–Ucztę? Z okazji czego?

–No jak to? Prawdy. Dowiedziałeś się... oboje dowiedzieliście się prawdy; całej prawdy.

„Co za historia, faktycznie.” – Wpatrywał się w Daniela i Marthę i miał wrażenie, że jest w bajce: księżniczka i jej rycerz; i książę Philip, któremu rycerz ją wspaniałomyślnie zwrócił. Rycerz, który nie agresją, ale rozsądkiem, mądrością i wytrwałością pokonał zepsutego do szpiku kości króla, wykonał powierzone mu zadanie i odziedziczył po nim królestwo, które oddał we władanie królowej, a sam został zwykłym rzemieślnikiem. A teraz ten rzemieślnik oddawał za bezcen wszystko, co miał. Chris znowu przypomniał sobie rozmowę ze starszym człowiekiem z korytarza i to, co powiedział o zegarku. Daniel także musiał się nauczyć bardziej cenić to, co miał.

Tony wspomnień o licznych Santach krążących stale wokół nich nagle nabrały nowego znaczenia i sprawiły, że Chris nie był o tym do końca przekonany, by jego ojciec był doszczętnie zły. W końcu to dzięki niemu Daniel, chcąc nie chcąc, został rycerzem, o czym teraz najwyraźniej z przyjemnością zapomniał. I Chris musiał jakoś Danielowi o tym przypomnieć.

–Chodź Chris, musimy coś zjeść. – powiedziała Angelika

Ale jakie miejsce on sam zajmował w tej bajce? I czy jeszcze może się do niej zaliczać? A jakie miejsce zajmowała Angelika? Po tym wszystkim, czego się dowiedział, na razie najważniejsze było jedno – może i czuł żal na początku do Daniela, że mu o tym wszystkim nie powiedział, ale przecież w końcu to zrobił. A jaką różnicę robiło powiedzenie prawdy wcześniej, lub później? Prawda, to prawda i zawsze wygląda tak samo, niezależnie od wieku, rozmiaru i zawartości. Czuł wstyd i wdzięczność.

Czuł wstyd po tym, co sobie pomyślał o władzy nad ludźmi, kiedy kochał się z Angeliką. Daniel zachował się, jego zdaniem bohatersko i pomógł w rozwinięciu uczucia prawdziwym kochankom i to darmowo i nie wykorzystując żadnej władzy ponad miarę, jak planował to zrobić Chris.

Wdzięczność czuł za to, że Daniel przez te wszystkie lata pamiętał o nim i nie tylko nie chciał mu przeszkadzać swoją osobą w jego kulawym, ale bądź, co bądź, małżeństwie i za to, że nie bał się wyrwać go z rozpaczy, jaka go ogarnęła po rozstaniu z Barbarą. Już nie mógł temu zaprzeczyć – należał do nich i czuł to. I chciał tego. To była teraz jego jedyna; jego prawdziwa rodzina. Czuł się z nimi pełny i nie chciał już tego zmieniać.

–Macie rację, chodźmy.

11. Zasady

Dopiero teraz, kiedy Chris szedł przez korytarze razem z Angeliką, zauważył, jak pokojówki dygają, a kelnerzy kłaniają się Marcie i Danielowi, a oni odpowiadają każdemu lekkim skinieniem głowy. Dopiero teraz spostrzegł, że przechodzą korytarzem, niby królewska para we własnym zamku, bawiąca się w zwyczajnych ludzi. W ten sposób dotarli do centrum holu, w którym była recepcja. Martha zatrzymała się tu. Pochyliła się nad recepcjonistką i ignorując czekających gości, przywołała ją i zapytała:

–Powiedz mi przy nim, czy to prawda.

Recepcjonistka wstała natychmiast i tak jak reszta towarzystwa, spojrzała na nią zdziwiona.

–Co takiego proszę pani?

–To, o czym mi dziś wcześniej mówiłaś.

Recepcjonistka spłonęła rumieńcem i z frasobliwą miną powiedziała cicho:

–Nie, to nie prawda. Tak mi kazano powiedzieć.

–Kto ci kazał tak powiedzieć?

Recepcjonistka była wyraźnie zakłopotana. Na przemian zaciskała i otwierała usta, a oczach miała błaganie o litość.

–Jakiś typ w czarnej kurtce i ciemnych okularach. Groził mi, że... – recepcjonistka zbliżyła się do Marthy i szepnęła jej coś do ucha.

–I kazał ci tak powiedzieć pod taką groźbą? – spytała Martha, zachowując dyskrecję. Recepcjonistka przytaknęła poczerwieniała, z pochyloną nisko głową. –A więc on tego nie powiedział. – wskazała na Chrisa, a ona znów zaprzeczyła, z nisko pochyloną głową.

–Czego nie powiedziałem? – dopytywał się

Martha odetchnęła z wyraźną ulgą.

–Słuchaj – zwróciła się do recepcjonistki – To są zwykłe plotki; nie potwierdzaj, ani nie zaprzeczaj, mów, że to nie twoja sprawa i że nic o tym nie wiesz. Jasne?

–Oczywiście, że to nie moja sprawa. Nie zamierzałam tego nikomu powtarzać. To miało trafić tylko do pani uszu.

–Już w porządku, uspokój się; nie jestem na ciebie zła; pracuj dalej.

Recepcjonistka usiadła na swoim miejscu. Martha ruszyła przed siebie, a reszta za nią.

–Kochanie, co się dzieje?

–Zaraz wam wszystko powiem, wejdźmy tylko do apartamentu.

Znaleźli się w obszernym pokoju na tyłach hotelu. Pokój miał dwie pary dużych, ozdobnych, białych drzwi. Tapeta na ścianach była w złoto – białą rombową kratę, a duże story w oknach były z ciemnozielonego, ciężkiego aksamitu. Ciemno-dębowe meble na wysoki połysk i kilka dracen dopełniały wystrój. Kiedy wszyscy weszli do środka, Martha zamknęła drzwi na zasuwkę, oparła się o nie i powiedziała:

–W tym hotelu jest podsłuch. Kiedy skończyłam dziś dyżur i przechodziłam koło recepcji, recepcjonistka zawołała mnie i powiedziała na ucho, że wie od Chrisa o naszym pierwszym wspólnym spotkaniu; moim, Daniela i jego i o tym, co wtedy robiliśmy razem.

–Co takiego? – zawołał zaskoczony Chris

–Nikogo wtedy z nami nie było, tylko my troje.

–Nigdy nikomu o tym nie mówiłem, przysięgam. Przecież pogrążyłbym sam siebie. Poza tym, to nasza prywatna sprawa. – bronił się

–Sęk w tym, że byłam niewyspana, bardzo zmęczona i miałam wszystkiego dość. Dlatego nie zastanawiałam się dłużej i pojechałam wściekła na ciebie na górę. Zdenerwowałam się i nagle mnie nie było; zemdlałam.

–I uwierzyłaś w takie brednie?

–Poza tym... – po tym, jak wyznała całą prawdę Chrisowi o swoim małżeństwie z Danielem, była zażenowana – Miałeś jej także powtórzyć, że jesteś niezrównany w łóżku.

–No to pięknie. – westchnął Daniel

–Ale to było wtedy, kiedy udawaliśmy, nie mówiłam tego na serio.

–Szkoda. – rzucił z ironią sfrustrowany Chris. Rozsiadł się w szerokim fotelu, oparł głowę na zagłówku i zamknął oczy.

–To, że Chris jest niezrównany w łóżku, to ja też wiem... – powiedział Daniel

–Potwierdzam. – z uśmiechem przerwała mu Angelika. Wszyscy popatrzyli na nią, a potem na Chrisa, który na chwilę otworzył oczy i zarumienił się po uszy.

–Coś mi się zdaje, że zrobisz karierę w tym hotelu – Daniel skrzyżował ramiona – ale nie tylko jako kelner.

–Właśnie tego chcę uniknąć.

–Nie bądź hipokrytą Chris, dobrze? Nie w mojej obecności. Założę się, że tak jak w dawnych czasach, już pewnie planujesz, co mógłbyś od kogo wydębić i za jakie usługi. – Chris był ugotowany, Daniel znał go aż za dobrze; westchnął tylko, poprawił się na fotelu i skierował wzrok w inną stronę, a Daniel zachichotał, włożył ręce do kieszeni i oparł się o stół

–Ode mnie nie wziął nic za usługę. – powiedziała uśmiechnięta Angelika

–Zrobiłem tylko to, o co mnie prosiłaś. Chciałaś tego. – powiedział cicho.

–Ty też tego chciałeś, czułam to.

Nagle poczuł taki sam rodzaj zażenowania, jak ten, kiedy Martha wyznawała to, co jej mówiła recepcjonistka.

–Dajcie mi spokój. – powiedział ze wzrokiem wbitym w dywan.

–Nie wstydź się tego i nie walcz z tym, przecież wiem, jaki jesteś i to nie od dziś. – odparł Daniel – W jednej chwili walczysz o czystość i porządek, ale wystarczy, że tylko zobaczysz całującą się parę albo kogoś, kto ci się spodoba i twoja prawość ginie bez śladu. Ile razy tak było?

–Zadzwoń do rodziców Davida, żeby nie uznali, że ty też zaginęłaś bez śladu. – poradziła Angelice Martha

–O matko, zapomniałam o nich na śmierć, dzięki za przypomnienie. – rzuciła Angelika i zaczęła szukać komórki w torebce. Po chwili wyszła do drugiego pokoju, żeby zadzwonić.

–Pójdę się przebrać. – powiedziała Martha i wyszła za Angeliką, a Daniel podszedł do barku.

–Czego się napijesz? – spytał Chrisa, kiedy Martha zamknęła drzwi

–Niczego, jutro mam od rana robotę.

–Wybaczą ci...

–Nie. Już wiedzą, że jestem z tobą; to wystarczy. Jeśli zobaczą, że wolno mi pić, a oni muszą być trzeźwi...

–To może chociaż soku się napijesz?

–Chciałbym kawy.

–Mhm, a co do kawy?

–Hm, coś z mięsem.

–To zamówię piersi z kurczaka dla każdego z frytkami i sałatką. Mam nadzieję, że Marcie się spodoba. Musi teraz o siebie dbać.

Daniel zamówił dania przez telefon.

–Wiesz, czyje to dziecko będzie? – zapytał Daniela, kiedy skończył zamawiać.

Daniel patrzył na niego przez chwilę w milczeniu.

–Nie wiem; przyjmę je takim, jakie się urodzi.

Tym razem Chris się zastanowił

–I przychodzi ci to tak lekko?

–A co? Masz z tym jakiś problem?

–Jeżeli to będzie mój syn... lub córka, chciałbym ją zatrzymać. – Daniel odłożył butelkę whisky na stolik i odwrócił się do Chrisa.

–Dlaczego tak mówisz? Co ci się stało?

–Nic mi się nie stało. Po prostu mówię, że jeśli dziecko okaże się moje, chcę je wychowywać.

–I nam je zabierzesz?

–Być może, jeszcze nie wiem.

Daniel nie mógł uwierzyć w to, co mówi jego przyjaciel; potrząsnął głową i uśmiechnął się.

–Nie, nie mógłbyś nam tego...

–Dlaczego nie, oddałeś Marthę Philipowi, a jemu jego dziecko, to dlaczego nie możesz mi oddać mi mojego?

Daniel przestał się uśmiechać. Zaczął się bać.

–To nie jest twoje dziecko.

–Jeszcze tego nie wiesz.

–Chris, przerażasz mnie, co ty wygadujesz?

Chris wstał, podszedł do Daniela i popatrzył mu prosto w oczy.

–Pozwalasz się Marcie pieprzyć z byle kim, a potem masz pretensje, że każdy jej dzieci? Traktujesz ją jak worek na dzieci. Jesteś de Sant, czy tego chcesz, czy nie.

Daniel zdenerwował się, ale przełknął ślinę.

–Idź się przespać, faktycznie, jesteś zmęczony.

Wtedy drzwi pokoju z hukiem trzasnęły o ścianę

–Nie oddam ci tego dziecka, Chris. – usłyszeli głos Marthy i odwrócili się obydwaj do niej. Wyszła z garderoby, a Angelika za nią. Martha miała teraz na sobie długą, atłasową, ciemno-lawendową suknię bez rękawów i rozpuszczone, nieco potargane włosy. Według Chrisa, wyglądała jak diament w fioletowej szkatułce. Podeszła do niego z zaciśniętymi zębami, a ręce oparła na biodrach. – Po pierwsze, Philip nie jest byle kim; obrażasz mojego ukochanego. Po drugie, według prawa dziecko zawsze należy do matki. A jeśli spróbujesz o nie zawalczyć, zawsze przegrasz. Każdy prawnik i każdy sąd ci to powie. Musiałabym być pijaczką, bijącą i poniżającą swoje dzieci, żeby tak się stało, a raczej taka nie jestem. A po trzecie, spróbuj mi odebrać moje dziecko, a wydrapię ci oczy, ty chamie. I to dosłownie.

Chris się uśmiechnął.

–I to mi się podoba. Mogę cię uścisnąć?

Była całkiem zaskoczona jego reakcją, ale zanim powiedziała „Jasne”, Chris już ją obejmował, a drugą ręką potajemnie starł jej ledwo widoczny ślad szminki na szyi. Na ten gest, stojąca za nią Angelika szybko otarła swoje usta.

–Widzisz? – wypuścił Marthę i zwrócił się do Daniela – Tak powinieneś zareagować. – Ale Daniel był nadal poważnie przerażony. Zgłupiał i nie wiedział, do czego Chris zmierza. Uśmiechnięty Chris podszedł do niego i wziął go za ręce. –Jesteś szlachetnym i bardzo mądrym człowiekiem. Podziwiam cię za to, że postanowiłeś nie niszczyć prawdziwej miłości między dwojgiem ludzi i że niczego za to nie chciałeś. I pamiętaj, że nigdy w życiu też nie odebrałbym ci dziecka, nie ważne, czy byłoby moje, czy nie.

–To po co było to przedstawienie?

–Po części po to, żebyś zobaczył, jak się poczułem, kiedy dowiedziałem się, że przez ten cały czas grałeś przede mną. Ja teraz też grałem. Mniej więcej więc jesteśmy kwita. Chciałem też sprawdzić, jak bardzo zależy ci na tym dziecku. Na co byłbyś gotowy, żeby bronić swojego syna lub córkę, gdyby ci ktoś go albo ją próbował odebrać. To Martha zareagowała prawidłowo. Była gotowa na wszystko, żeby bronić dziecka, a ty tylko ze strachem pytałeś „dlaczego chcesz to zrobić?” – Daniel spuścił załzawione oczy. Chris przytulił się do niego i zaraz potem trzymał go w ramionach, patrzył prosto w oczy i głaskał po głowie. Martha i Angelika obserwowały tę scenę w ciszy – Zraniłem cię. Wiem, jestem świnią. Ale sam zobacz, co robisz: Martha, moja żona, śpi z moim własnym kochankiem i przyjacielem...

–To nie tak... – próbowała mu przerwać Martha

–Ale to nie szkodzi, niech się bawi.

–Chris!

–Chcesz się napić? – nie zwracał na nią uwagi – aha, idziesz jutro do pracy, ale to nie szkodzi, wybaczą ci. To może nie być moje dziecko? To co, przyjmę je jak swoje. – Chris zamilkł

–Co chcesz przez to wszystko powiedzieć?

–Jesteś szlachetny i dobry, ale zabrakło ci tego, co ojciec i starszyzna próbowali ci na swój sposób wpoić.

–A niby czego?

–Zasad, reguł, kręgosłupa moralnego, który twoja rodzina budowała przez wieki. A ty teraz obracasz to wszystko w proch i przy okazji psujesz wszystkich na około siebie. – Chris znów umilkł

–Już ci opowiadałem...

–Zmiękłeś chłopie; gdzie jest ten Daniel z ulicy, który walczył, żeby każdy pieniądz był zarobiony możliwie uczciwie; żeby w każdą niedzielę iść do kościoła i to nie na żebry, ale na mszę, żeby Bóg wiedział, że mimo wszystko zależy mu na kontakcie z nim, mimo iż nie może przyjmować komunii? Gdzie jest ten chłopak, który nie pozwalał mi nawet tknąć swoich klientów, bo chociaż w ten sposób mógł być im choć odrobinę wierniejszy.

–Pamiętasz to?

–Jak mógłbym zapomnieć? To mi się spodobało w tobie najbardziej. Być może nauczyłem cię jak przeżyć na ulicy, ale za to ty pokazałeś mi, że istnieją zasady, które trzeba zachowywać. Jesteś de Sant; jesteś rycerzem z krwi i kości. Teraz to widzę wyraźnie w naszych wspólnych wspomnieniach, kiedy broniłeś tych, którzy sami nie mogli się obronić, czy kiedy zawsze dotrzymywałeś danego słowa; potrafiłeś nawet sprawić, że ufali ci ludzie, którzy nie ufali nikomu. Tak więc nie wszystko w twojej rodzinie było złe. Może i twój ojciec był tyranem, ale zrobił z ciebie rycerza. Trzeba ci tylko to uświadomić.

Wtedy do pokoju ktoś zastukał. „Wejść!” – zawołał Daniel, a Chris wypuścił go natychmiast z rąk. Po chwili wszedł jeden z kelnerów z wózkiem pełnym jedzenia. Chris podszedł do wózka i pomagał przy ściąganiu tac i czajników z wózka na stół. Martha również pomagała. Kiedy kelner podziękował za pomoc i wyszedł, wszyscy wspólnie rozłożyli wszystkie talerze, sztućce i inne naczynia, rozdzielili jedzenie i zasiedli do stołu. Wokoło rozszedł się zapach pieczonego mięsa i świeżo usmażonych frytek.

–Ale jestem głodna, dopiero teraz to czuję. – powiedziała Angelika, żeby rozładować atmosferę, ale dookoła panowało ponure milczenie. Wszyscy jedli w ciszy i ze spuszczonymi głowami.

–Masz rację Chris. – rzucił w końcu Daniel. Odłożył sztućce na pusty talerz i oparł się na krześle – Nie widziałem tego, o czym mówiłeś. Dopiero teraz, kiedy o tym powiedziałeś, zaczynam sobie to wszystko przypominać. Dzięki

–Nie ma sprawy, od czego ma się przyjaciół? – rzucił Chris między jednym kęsem a drugim.

–Widzę, że jesteście sobie potrzebni. – odparła Angelika – Z tego, co zdążyłam zauważyć, cała wasza trójka widzi te same rzeczy w różny sposób.

–Naprawdę? A jak?

–Daniel jest przede wszystkim ludzki. Ale tak jak zauważył Chris, jest taki także dzięki surowemu wychowaniu. – Daniel popatrzył na nią pytająco – Nie twierdzę, że to było w porządku; to było mocno nie w porządku wobec ciebie. Ale dzięki temu potrafisz się wczuć w sytuację drugiego człowieka. Rozumiesz, co przeżywa w danej chwili i zachowujesz się wobec innych szlachetnie i wyrozumiale, bo wiesz, jak się czuje człowiek po drugiej stronie. Martha natomiast, potrafi wyciągać prawidłowe wnioski poprzez swoją spostrzegawczość i wykorzystywać je w przyszłości. No i w razie czego, zaciekle będzie bronić tego, co dla niej najważniejsze.

–Dziękuję za ładne podsumowanie. – opowiedziała Martha

– A ja? – z uśmiechem spytał Chris

–A ty potrafisz dostrzec i spełnić ludzkie potrzeby bardziej niż ktokolwiek inny, kogo znam. Jeśli połączycie te wszystkie cechy, wyjdzie wam wspaniały zespół. Jeśli cokolwiek będzie nie tak, Martha dostrzeże to pierwsza. Ty zrobisz wszystko, żeby rozwiązać problem, a Daniel i Martha zrobią wszystko, żeby ci pomóc.

–A więc jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. – powiedziała Martha

–Nigdy w to nie zwątpiłem. – dodał Daniel.

–Niezłe podsumowanie. – skomentował Chris – Jest w tym sporo prawdy. – po chwili zmienił temat – Kontaktowałeś się ze ojcem od czasu powrotu?

–Nie. Dość się na niego napatrzyłem.

–Musisz mu dać znać, że ci na nim zależy.

–Ale mi nie zależy.

–Daniel, był jaki był, ale to człowiek. Daj mu przynajmniej do zrozumienia, że mu przebaczasz.

–To kwestia względna.

–Jak to? Jak ty, taki wyrozumiały człowiek, możesz tak mówić?

–Po prostu nie chcę się z nim widzieć i już, zaakceptuj to. Poza tym, to mój ojciec, a nie twój. A czy ty swojemu wybaczyłeś, że popchnął cię w stronę Barbary, żeby cię wyciągnąć z moich ramion i z tego rynsztoku, w którym tkwiłeś?

–Co ty mówisz?

–Tak, twój ojciec zapłacił Barbarze, żeby wyszła za ciebie za mąż i znalazł ci jakiś uczciwy zawód, bo nie mógł patrzeć, jak marnujesz swoje życie ze mną. Ale o tym dowiedziałem się po naszym rozstaniu w rozmowie z przewodniczącym, kiedy kupowałem ten hotel.

–A skąd on o tym wiedział?

–Nie wiem. Sam mówiłeś, że twój ojciec ma mnóstwo najróżniejszych kontaktów. W każdym razie przewodniczący mówił mi, że już jesteś bezpieczny i że nie muszę się o ciebie martwić.

Chris parsknął śmiechem:

–Bezpieczny. Dobra, nie mówmy o tym, ta sprawa potrzebuje czasu.

–Dużo czasu. Mamy ważniejsze sprawy do omówienia. Na przykład, kto usłyszał co mówiła do ciebie Martha i w jaki sposób. Przecież byliśmy tam sami. I skąd o tym w ogóle wiedział.

–I jak znajdziemy Davida i Barbarę.

–Po co chcesz ich szukać?

–Chcę zapytać, dlaczego to nam zrobili i usłyszeć od nich całą prawdę. – powiedział, używając słów Angeliki.

–Dokładnie; ja też. – rzuciła Angelika z papierosem w ręku, nalewając kawę sobie i Marcie.

–To od czego zaczniemy? – spytała Martha

–Jutro zarządzę sprawdzanie wszystkich pokoi. Wymyślę jakąś historyjkę z wykryciem siatki szpiegowskiej w jednym z hoteli i zacznę sprawdzać, czy przypadkiem nie ma u nas czegoś podobnego. – powiedział Daniel

–A co z szukaniem? – zapytała Angelika

–David i Barbara są członkami partii. Może któryś z członków partii wie, gdzie są, albo gdzie mogliby być.

–Kto mógłby wiedzieć lepiej od przewodniczącego? On kontroluje wszystko. – powiedział Chris

–Tylko ci się tak wydaje; on jest tu jedynie w czasie konferencji i nie zna wszystkich. – Daniel zamilkł na chwilę, popijając kawę – Jest jednak osoba, która zna tu wszystko i wszystkich. I ta osoba mogłaby nam pomóc.

–Wal. – Daniel milczał, wpatrując się w Chrisa, który myślał intensywnie

–No pomyśl sam; kto tu może znać wszystkich członków partii, jacy tu przyjeżdżali, sam będąc jednym z nich.

–Ktoś z obsługi. Tylko obsługa zna wszystkich... w tym hotelu... – Chris odchylił się do tyłu na krześle i śmiał się przez chwilę – Nie... – spoważniał – Cholera... to znaczy... Stan?

–Jest członkiem partii, zausznikiem przewodniczącego i miał do czynienia ze wszystkimi gośćmi z partii w tym hotelu.

–Ale skąd może wiedzieć cokolwiek akurat o Davidzie? – spytała Angelika.

–To moje przypuszczenie. Spytaj go sama. Może coś wie?

–To śmieszne, wiesz, że nie nic nie powie. – odparł Chris – Nawet jeśli coś wie, nie jest kapusiem. A jeżeli w tym hotelu jest podsłuch, to na bank nic nie powie, bo będzie się bał konsekwencji.

–To zaproponuj mu coś, – westchnął Daniel – jakieś inne miejsce, w którym będziecie mogli w spokoju... pogadać. – Daniel popatrzył przenikliwie na Chrisa

–Co... – Chris był zaskoczony – Daniel, jak możesz... – Czemu sam tego nie zrobisz?

–On jest zakochany w tobie, nie we mnie. Wykorzystaj go. Zrób to dla zdobycia informacji. Zawsze przecież możesz go oszukać, robiłeś to mnóstwo razy.

Chris popatrzył z niechęcią na przyjaciela

–I to mówi ktoś, kto jeszcze niedawno nienawidził ojca za to, że nawet najbardziej brudne zadanie spełnione w imię obrony podstawowych wartości się liczy. A co ty mi teraz proponujesz?

–Jestem synem swojego ojca, jak mi to dziś zasugerowałeś. A więc zrobisz to, czy nie?

–Idę do siebie. – powiedział z urazą Chris – Jutro od rana mam pracę.

–Zasady są po to, żeby je łamać, Chris, sam mi to mówiłeś! – krzyknął Daniel, kiedy Chris był tuż przy drzwiach. Odwrócił się.

–Tak, ale to było zanim cię poznałem! Już ci mówiłem, że to ty mnie nauczyłeś, że są zasady, których się nie łamie! A teraz się ich wypierasz! – Chris wyszedł z salonu i trzasnął drzwiami. Był oburzony i rozczarowany.

Zgrzytał zębami ze złości. Zamierzał szybko pójść do windy, kiedy usłyszał jakiś szmer i stukot w pomieszczeniu obok apartamentu Daniela. Brzmiało to, jakby ktoś przesuwał coś i stukał czymś w podłogę. Zatrzymał się i wrócił. Szybko nacisnął klamkę z pomieszczenia, z którego doszedł go dźwięk, ale ktoś z drugiej strony przytrzymał drzwi. Chris pchnął je mocniej raz i jeszcze raz.

Za drzwiami stał ktoś słaby, bo drzwi za każdym razem otwierały się odrobinę bardziej i znów zamykały. Siłował się z tym kimś z drugiej strony, aż w końcu pchnął tak mocno, że otworzył drzwi całkiem, a ktoś z drugiej strony drzwi ktoś upadł ciężko na kamienną posadzkę z głośnym jękiem. To był damski głos.

Chris otworzył, wszedł do toalety, która sąsiadowała z apartamentem Daniela i ze zdumieniem zobaczył, że na podłodze leży recepcjonistka. Kiedy zobaczyła Chrisa, wystraszyła się, podciągnęła się pod samą ścianę i przylgnęła do niej, przerażona.

Wściekły Chris doskoczył do niej, położył ją siłą na posadzce na brzuchu i wygiął ramiona boleśnie do tyłu. Usiadł kolanami na jej pośladkach, żeby się nie rzucała, ale poddawała się biernie wszystkiemu. Przycisnął ją mocno do podłogi i pochylił się nad jej ramieniem tak, by widzieć jej twarz.

–Co tu robisz, jędzo? Czego tu znowu za nami łazisz? Co? Gadaj do jasnej cholery! – cedził przez zaciśnięte zęby.

Recepcjonistka jęczała z bólu, a Chris trzymał ją mocno.

–Oni mi kazali was śledzić! – jęczała – Ja tego nie umiem, nie wiem, co mam robić, ale miałam o was im wszystko mówić!

–Kto? – nadal cedził Chris

–Nie wiem, dzwonią do mnie, grożą mi, mam tego dość.

–Kto dzwoni? Kiedy dzwoni?

–Różnie bywa, zazwyczaj wieczorem, ale potrafią zadzwonić wcześnie rano lub w środku nocy. Nie wiem, czego od was chcą; mam im przekazywać wszystko, co zrobicie lub powiecie.

–Kto! – potrząsnął wygiętymi ramionami, a ona jęknęła

–Nie mam pojęcia, już mówiłam!

–Dlaczego akurat ty?

–Nie wiem, złaź ze mnie!

–Czym ci grożą? – recepcjonistka milczała – No, mów, czym ci grożą? Mają kogoś z twoich bliskich? – potrząsnęła głową. Chris przypomniał sobie w tym momencie Bruschera, rzekomego szpiega, o którym mówiła Martha. To mu podsunęło inny pomysł – Ktoś ma coś na ciebie? Jakieś tajemnice, o których nie chcesz nikomu mówić? To dlatego szeptałaś Marcie do ucha? – Recepcjonistka jednak milczała – Gadaj! Denerwujesz mnie, dziewczyno! Mam ochotę cię sprać na kwaśne jabłko! – znowu szarpnął ją mocno za włosy i odgiął głowę do tyłu. Tym razem także jęknęła, ale było inny jęk; to był jęk, który Chris znał bardzo dobrze z pracy – Aha, więc o to chodzi. – uśmiechnął się

–Błagam cię, nie wydaj mnie. – szeptała z podnieceniem – Tak się tego wstydzę. Jak się ludzie dowiedzą, nie będę miała tu życia, a chcę tu tylko spokojnie pracować.

Chris odchylił jej kołnierzyk i pocałował ją tak mocno, że aż ugryzł w szyję, a potem polizał, co spowodowało kolejny jęk, tym razem intensywniejszy. Wypuścił ją i pozwolił usiąść. Uśmiechnął się do niej lekko.

–Teraz już wiem, dlaczego jesteś taka niemiła. Po prostu chcesz, żeby ci ktoś zrobił krzywdę.

Spuściła głowę w dół, wpatrzyła się w podłogę i przytaknęła.

–Tak, ale tak, żeby mi się nic nie stało. Parę razy już się natknęłam na partaczy. Nie dość, że wylądowałam w szpitalu, to jeszcze wszystko zostało ujawnione i zostałam wyśmiana. I od tej pory ukrywam to przed wszystkimi. Ale tak, lubię to. Jak podszedłeś wczoraj do biurka i chwyciłeś mnie za włosy... – zamilkła; Chris się domyślił, co chciała powiedzieć – Oni mi grozili, że wszystko wyśpiewają. Wszystkim. Wiesz, co to oznacza? Będę musiała zostawić pracę, a wiesz jak długo walczyłam o to, żeby mnie gdziekolwiek zaakceptowali? Z moją... słabością? – wciąż mówiła ze wzrokiem wbitym w podłogę. Chris podniósł ją za brodę, ale dalej patrzyła spode łba

–I nie wiesz, kim oni są?

–Nie wiem. Dzwonią do mnie tylko. Mogą zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Znam tylko ich głosy, choć są za niskie, jak na ludzi; mogą być sfałszowane.

–Ok, chciałbym, żebyś poszła teraz ze mną do Daniela. – mówił już spokojnie; cała złość z niego uszła – Pewnie wiesz, kim on tu jest. I chcę, żebyś mu wszystko opowiedziała.

Zaczęła energicznie potrząsać głową

–Nie, nie, nie, on mnie wyleje pierwszy; a jak to zrobi, to już nigdzie nic nie znajdę! Będę pozamiatana na amen!

–Zaufaj mi. Gwarantuję ci, że on cię akurat nie wyleje. Masz moje słowo.

–A jeśli?

–Odstąpię ci swoją pozycję.

–Przysięgasz?

–Przysięgam.

–To dobra, to... to chodźmy.

Wstali z podłogi, wyszli z toalety i skierowali się w stronę apartamentu. Recepcjonistka drżała w objęciach Chrisa i wbijała wzrok w podłogę. Otworzył drzwi. Pokój był zadymiony, a Martha i Angelika śmiały się z czegoś, co powiedział Daniel. Przestały się śmiać, kiedy zobaczyły Chrisa razem z kulącą się ze wstydu dziewczyną z recepcji przy drzwiach.

–Daniel, pozwól na chwilę. Ta pani i ja chcemy z tobą o czymś porozmawiać.

Daniel wstał

–Nie ma sprawy, zapraszam do gabinetu. – wskazał drzwi i ruszył w jego stronę, a Chris i recepcjonistka za nim. Zamknęli się w przyciasnym, ciemno-bordowym pokoju o śnieżnobiałych brzegach ścian. Daniel zapalił światło i kryształowy kandelabr rozbłysł setkami świateł. Zmieściło się tu tylko duże dębowe biurko, czarny skórzany fotel za nim, regał pełen książek i segregatorów i kilka ozdobnych krzeseł w bordowo-beżowe pasy. Daniel podsunął im dwa krzesła, sobie jedno i wszyscy troje usiedli – Słucham.

–Pani... – Chris popatrzył pytającym wzrokiem na speszoną recepcjonistkę –Judith. – mówiła z głową wciąż spuszczoną w dół

–A więc Judith chciała ci o czymś powiedzieć. Zaczynaj.

–Od jakiegoś czasu otrzymuję telefony z pogróżkami. Dzwonią do mnie ludzie, którzy grożą mi... grożą mi...

–Dawaj Judith – zachęcał ją Chris

–Grożą mi wyjawieniem... pewnego sekretu... jeśli nie będę z nimi współpracować. Mam pana, Chrisa i pańską żonę szpiegować i donosić im o wszystkim.

–O tym, że szukaliśmy Davida i Barbarę też im doniosłaś?

Znów kiwnęła głową ze wzrokiem wbitym w podłogę.

–Musiałam.

–Czym ci grożą? – spytał Daniel

–Że wyjawią mój sekret. – szepnęła

–Jaki sekret?

Nie odpowiedziała, ale Chris chwycił jej kołnierzyk, odgiął go. Daniel pochylił się po przodu i spostrzegł siniejące miejsce po ugryzieniu, a Chris schował je z powrotem. Daniel, ku zdumieniu Judith, nie wzdrygnął się, ale kiwnął ze zrozumieniem głową.

–Proszę pana, nikt się nie może o tym dowiedzieć. Proszę mnie nie zwalniać; jak stracę teraz pracę...

–A kto tu mówi o zwolnieniu? – Daniel oparł się ponownie o krzesło i milczał przez chwilę – Chris, nie wiem, jak tego dokonałeś, ale to może być prawdziwy przełom.

–Nikt nie może...

–I się nie dowie. Masz moje słowo. Mam lepszy pomysł. Chris, który z nas był lepszy w samo-macho? – Judith tym razem podniosła głowę i otworzyła szeroko oczy. Zszokowana patrzyła na jednego i na drugiego

–Chyba ty. Przynajmniej miałeś z tym do czynienia więcej razy niż ja.

–No więc będzie tak; – Daniel przysunął krzesło bliżej do Judith, pochylił się i mówił szeptem – Będziesz sobie tu spokojnie pracować. Nie musisz się martwić o to, że ktokolwiek stąd cię wyda, o ile ty nie wydasz nas.

–Absolutnie nic im nie powiem, proszę pana. – szeptała, patrząc wprost na Daniela – Wiem, co to znaczy dyskrecja.

–To świetnie; my też. Mam dla ciebie propozycję. Jeśli dowiesz się w jakiś sposób, kto do ciebie dzwonił, albo skąd, to urządzę ci taki show, że następnego dnia będziesz mnie błagać, żebym to powtórzył. – mruczał

–Jest pan bezlitosny, mam grać na dwie strony? Jak ja mam to niby zrobić? Nie jestem żadnym szpiegiem!

Daniel oparł się ponownie i wzruszył ramionami

–Wykombinuj coś. Ja dałem ci obietnicę milczenia, zachowania pracy i motywację do spełnienia swojej misji.

Judith myślała intensywnie

–Postaram się zrobić, co w mojej mocy. Niczego nie obiecuję, ale może coś mi wpadnie do głowy. – po chwili milczenia dodała – Mam cały sprzęt w domu. Potrzebuję tylko kogoś, kto to potrafi naprawdę dobrze zrobić. – szeptała – Potrafi pan to?

–Kochanie, masz do czynienia z ekspertami. – uśmiechnął się. – A więc czekam na wyniki. Dowiedz się, kto do ciebie dzwoni lub gdzie jest i przekaż nam to, a dostaniesz karę.

–Obiecuje pan? – uśmiechnęła się

–Masz moje słowo. A teraz ruszaj.

Wciąż uśmiechnięta Judith wstała, dygnęła pięknie i wyszła z gabinetu. Chris siedział rozparty na krześle. Nadal rozmawiali cicho.

–Ufasz jej? – spytał

–Nie. Ale przecież niczego jeszcze nie zrobiłem oficjalnie. Zawsze mogę powiedzieć, jak większość polityków, że to tylko złośliwe pomówienia.

–A ja jej wierzę. Była taka wystraszona i upokorzona.

–Im bardziej upokorzona tym lepiej. Będzie tym bardziej wdzięczna potem. A swoją drogą, ciekawe, jak oni się dowiedzieli o jej sekrecie?

–Pewnie mają dostęp do dokumentów wszystkich ludzi, którzy pracują w tym hotelu.

–Dostęp, którego my nie mielibyśmy mieć?

–Jeśli tak jest, to pomyśl sobie, co mają na nas i jak mogą nam zagrozić.

–Nie mogą nam zagrozić, bo musieliby znaleźć na to dowody. A przecież połowa, albo i więcej polityków z tego miasta przewinęli się przez nasze łóżka, a więc musieliby więc pogrążyć ich także. A chyba na tym im nie zależy, bo polecą głowy. My nie wystawialiśmy żadnych rachunków, a gotówka szła bezpośrednio do ręki, więc nie mają na nas nic.

–A świadkowie z restauracji, barów i łaźni?

Daniel wzruszył ramionami

–Co z nimi? Nie wolno już się wykąpać, napić ani zjeść na mieście?

–Daniel, oni tam nas widzieli z naszymi klientami!

–Nie mają na to dowodów. A nawet gdyby ktoś powiedział, że byliśmy tam, to nasi klienci zaprzeczą, bo nie mają interesu w ujawnianiu tego typu informacji; jestem tego pewien. Teraz to ty zapomniałeś, czego mnie sam uczyłeś od samego początku. Przecież zawsze mi powtarzałeś, że musieliby mieć potwierdzenie na piśmie, a my przecież nie podpisywaliśmy niczego, nie? Zawsze nalegałeś na zero papierów, zero podpisów i żadnych zdjęć podczas naszych sesji; przynajmniej żadnych zdjęć twarzy. I tego się trzymaliśmy. A nasza kochana Judith pewnie była klientką jakiegoś taniego dominatorium i stąd rachunek. I dowód.

–Swoją drogą, ciekawe, ilu ludzi w tym hotelu ma jakiegoś hopla na jakimś punkcie.

–Wszyscy mają jakiegoś hopla na jakimś punkcie. Naszym zadaniem jest go znaleźć i wykorzystać.

–Jesteś naprawdę bezlitosny i zepsuty. Jak twój ojciec

–To przecież twoje własne słowa, Chris.

–Hm, być może ten facet miał rację, być może naprawdę z tego wyrosłem.

–O czym ty mówisz? – Chris opowiedział Danielowi historię spotkania na hotelowym korytarzu – To mi przypomniało, że chciałbym ci jeszcze o czymś powiedzieć. Mam od dawna pewne pragnienie, ale nie wiem, czy uda mi się je spełnić. Chciałbym odnaleźć mojego dawnego nauczyciela z literatury i podziękować mu za wszystko. Za to, kim mnie zrobił, za to, kim jestem i za to, czego dzięki niemu dokonałem.

–Rozmawiałeś z przewodniczącym?

–Tak, ale on nie udzieli mi żadnych informacji. Ma do tego prawo tylko osoba zainteresowana. A ja, jak dotąd żyję, nie widziałem go więcej.

–A Stan?

–A co z tym wspólnego ma Stan?

–Może widział go w tym hotelu wcześniej?

–Przed moim przybyciem tu? Nie sądzę, co on by tu robił?

–Przecież był agentem partii; może bywał tu na zjazdach?

–Po tym, jak dostał pieczątkę „pedofil”? Myślę, że jego przełożeni nie planowali jego romansowania z piętnastoletnim dzieciakiem.

–To może w takim razie go przymknęli. Przeszukiwałeś więzienia, przytułki? Może trafił do któregoś z nich.

–Szukałem go wszędzie, jak tylko dostałem Twierdzę w swoje ręce.

–Od tamtej pory minęło trochę czasu. Może poszukamy go razem i znajdziemy.

–A jak nie?

–Może nie chce się ujawniać? Może mu wstyd?

Daniel myślał chwilę z przymkniętymi oczyma.

–I tak się nie poddam. Kiedyś go w końcu znajdę. Jeszcze jedno Chris. Zastanawiałem się nad tym, co dziś mi uświadomiłeś i stwierdziłem, że faktycznie, bez zasad wszystko się rozpada.

–Więc postanowiłeś jakieś wprowadzić.

–Widzisz, jak dobrze mnie znasz? Po pierwsze: od jutra żadnego mizdrzenia się do siebie i żadnych taryf ulgowych. Zachowujemy się jak na szefa i pracownika przystało.

–Jasne, co dalej?

–Po drugie; Martha może spać z tobą tylko wtedy, jeśli ona sama tego zechce.

–Nie inaczej. Co do Angeliki, to już ustalę z nią sam. A co z innymi?

–Tak jak w przypadku Stana; możesz ich obsługiwać, o ile będziesz to robił dla zysku lub w celu wyciągnięcia jakichś informacji.

–Mam rozumieć że te same zasady dotyczą ciebie.

–Oczywiście. Oprócz tej z Marthą, oczywiście.

–Jesteś pewien, że będzie chciała spać tylko z tobą?

–Chris!

–Co?

–Nic. Po trzecie: nad wszystkimi zadaniami pracujemy razem. Oczywiście, każdy może też pracować na własną rękę, ale wszystkie wiadomości mają natychmiast trafiać do mnie; zagrożenia także. Podam tobie i Angelice numer swojej komórki. Póki co, to tyle. Jak będzie trzeba, to resztę ustalimy w trakcie.

–Jasne. – zapadła cisza między nimi – To co, może wrócimy już do...

Daniel pokręcił głową.

–Jeszcze nie ma jutra. – szepnął

–Co chcesz...

–Chcę ciebie. Teraz i tutaj.

Zapadła chwilowa cisza.

–Zrób to. – wyszeptał Chris

Daniel wstał, podszedł do Chrisa i uklęknął przed nim. Najpierw masował jego krocze patrząc mu w oczy, a potem rozpiął mu spodnie i wyciągnął napęczniałego penisa i potarł go ręką. Chris zagryzł kciuk.

–Ten ostatni raz. – Wziął go w usta.

Chris zamknął oczy, wplótł palce w jego włosy i bawił się nimi. Nastała cisza przerywana rytmicznymi westchnieniami, głębokim oddechem i cmokaniem. Wtedy drzwi z salonu otworzyły się i obie kobiety weszły do gabinetu.

–A co wy tu tak długo... – chciała spytać Martha, ale widząc ich obu w jednoznacznej sytuacji, stanęła w ciszy.

Razem z Angeliką usiadły na biurku i patrzyły chciwie z półprzymkniętymi oczyma. Angelika teraz już bezwstydnie usiadła na kolanach Marthy. Najpierw całowały się, a potem Angelika odsłoniła jej nagie piersi i ściskała delikatnie jej sutki. Stopniowo rozbierały się, całowały i pieściły wszędzie. Ani jeden z nich nie zwracał na nie uwagi – wszyscy zanurzyli się w odmęcie zmysłów.

Nie wiedzieli ile czasu tak minęło, kiedy w końcu spocony i poczerwieniały Chris przeszedł z głośnych oddechów do pisków. Martha i Angelika przestały się całować i zwróciły na niego całą uwagę. Piszczał z zamkniętymi oczami jak mała dziewczynka. Przez chwilę słychać było tylko jego piski i przełykanie Daniela. Daniel oderwał się od Chrisa.

–Tak, moja dziewczynka znowu piszczy. Słyszycie? – zwrócił się do obu kobiet, które siedziały na biurku na sobie, okrakiem, nagie, przytulone do siebie. Patrzyły i słuchały – To właśnie świadczy o tym, że naprawdę miał orgazm.

–O cholera, przy mnie nigdy tak nie piszczał. – zauważyła niezadowolona Martha.

–Ha, bo trzeba widzieć, jak to zrobić. – powiedział z uśmiechem, schował jego penisa z powrotem do spodni i zapiął je. Chris pochylił się nad nim i pocałował go.

–Kocham cię. – powiedział

–Ja ciebie też. Pamiętaj o tym. – usiadł i spokojnie patrzył na Marthę i Angelikę, jak się ubierały. – Ustaliłem nowe zasady dla naszego małego kwartetu. Chris przekaże je wam później. Angelika, jeśli chcesz tu pracować, od jutra masz załatwioną posadę kelnerki z kilkudniową wprawą. – Angelika kiwnęła głową. – Będziesz miała przydzielony darmowy pokój na górze.

–Zostanę u Chrisa, jeśli mi pozwoli. Nie chcę znowu spać sama.

–Zrobicie jak zechcecie, – zgodził się Daniel – Ale pokój i tak będziesz miała przydzielony, bo każdy z obsługi, kto nie ma się gdzie zatrzymać, ma od nas pokój za darmo.

–Najgorszy standard. – szepnął wciąż rozanielony Chris

–Ale darmowy, nie narzekaj.

–Czy ja coś mówię? – uśmiechnął się

–A więc masz pokój dla siebie i możesz korzystać z gościnności Chrisa, jeśli nie chcesz spać sama. – zwrócił się do Angeliki

–Ja też nie chcę spać sama. – powiedziała Martha.

–Czy to znaczy, że wreszcie mogę liczyć na zaszczyt goszczenia cię u siebie? – Martha z uśmiechem kiwnęła głową – Widzisz Chris? Twoja kolejna misja została wykonana.

–Czyli?

–Dzięki tobie nareszcie możemy być z Marthą razem. – podszedł do niej i pocałował ją w policzek – A teraz idźcie na górę. Jutro od rana mamy wszyscy mnóstwo pracy.

12. Wyjazd na zimowisko

Następne miesiące nie przyniosły nowych wydarzeń, ale kołowrotek hotelowej rutyny kręcił się nieustannie. Nadeszły zimowe mrozy, a na polanach, w lesie i na polach, zamiast brązowo – złotego dywanu liści, traw i gołej ziemi, rozciągały się białe, bezkresne połacie śniegu. Wszystko wyglądało niczym meble przykryte plandekami, które odpoczywają od zgiełku całego roku.

Tak samo wszyscy chcieli ochłonąć po ostatnich dniach, pełnych wrzenia i zwrotów akcji. Martha, Angelika Judith i Chris pracowali jak zwykle. Chris próbował w wolnych chwilach pracować nad swoją książką, wplatając w nią wątki osobiste, za poradą Angeliki, ale nie szło mu to. W końcu porzucił pisanie na lepsze czasy.

Judith, kiedy tylko mogła, spotykała się z Marthą i Angeliką przy kawie bądź herbacie w pokoju Chrisa. Nasycały oczy zimowym pejzażem, jaki rozciągał się z piątego piętra na las i pola i rozmawiały o czymkolwiek. Wszyscy zwolnili tempo. Za to wiecznie zajęty Daniel nie zwalniał, a wręcz przyśpieszył, co wkrótce przyniosło energię do pracy pozostałej czwórce.

Jego częste wycieczki po obcych hotelach przyniosły swój efekt. Okazało się, że nie tylko jego hotel, ale i wszystkie pozostałe hotele mają podsłuchy, o czym nie wiedzieli nawet ich dyrektorowie. Dzięki niemu zaczęto sprawdzać systemy informacyjne i powstał jeden wielki chaos i panika – wszyscy chcieli się jak najszybciej pozbyć ukrytych w ścianach pluskiew w największej tajemnicy, żeby nie wystraszyć gości.

Daniel skłamał, że w jego własnym hotelu nie znaleziono żadnego podsłuchu, ale już od kilku dni wraz z Jeremim i Tomem sprawdzali wszystkie pokoje członków partii i ich rozmowy, w poszukiwaniu głosu Barbary i Davida. Jeremy i Tom wiedzieli, że uczestniczą w nieczystej grze i że mogą za to oberwać od partii, ale zadanie było o wiele ciekawsze od nudnego oglądania holu i korytarzy.

Po rozmowie z Danielem i Chrisem, Judith nie otrzymała już żadnego telefonu. To między innymi spowodowało, że zapomniała o strachu. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że wszystkie rozmowy telefoniczne przechodzące przez recepcję są nagrywane.

Po wysłuchaniu ton rozmów rozpoznała te dwie, o które jej chodziło. Teraz Jeremy i Tom, jedyni dwaj technicy hotelowi, mieli pełne ręce roboty. Przegrali rozmowy na inną taśmę, a Tom zaniósł do ją znajomego technika policyjnego, który wyeliminował zakłócenia fal głosowych i znaleziono dwa różne głosy. Judith poprosiła również o rozpoznanie ich, ale żaden głos z policyjnej bazy informacyjnej nie pasował do obu głosów zarejestrowanych na taśmie.

Wtedy wykorzystała nagrania z podsłuchu. Jeremy i Tom nauczyli ją samodzielnie obsługiwać sprzęt i wkrótce sama słuchała nagrań i szukała podobnych tonów. W końcu, po wielu nocach spędzonych w dyżurce, znalazła dwie króciutkie próbki głosów, identycznych z nagraniem z policji i dała je do analizy Tomowi. Tom podał jej dzień, godzinę nagrań i numer pokoi, z których pochodziły głosy z podsłuchu, a Judith szybko odnalazła w archiwum daty i numery pokoi zajmowanych w owym czasie.

Okazało się, że jeden z nich był wynajmowany przez nikogo innego, jak Martina Minta, a głosy należały do niego samego i Barbary, żony Chrisa, mimo iż już od dawna nie było ich w hotelu. Wszystkie te informacje przekazała Danielowi, a on pochwalił ją za rozwiązanie zadania i od tej pory regularnie spełniał swoją obietnicę, tak jak przyrzekł. Złagodniała, uspokoiła się i zrobiła się słodka jak miód. Od tej pory była jego wierną poddaną.

Także Chris miał swój udział w wyjaśnianiu sprawy. Długo przyglądał się nieudanym wierszom Davida. W trakcie rozmów z Angeliką dowiedział się, że tematy, jakie zawierał David w wierszach, dotyczyły głównie wydarzeń politycznych i międzynarodowych – tak samo, jak tematy scenariuszy Barbary. Spojrzał na układ zwrotek i po jakimś czasie skojarzył, że prawdziwa informacja zawsze była ukryta w pierwszej strofie, a druga jest dodana po prostu dla niepoznaki lub ozdoby.

Stan nieustannie towarzyszył Chrisowi i składał mu propozycje, mając nadzieję na „chociaż jedną wspólną noc.” Jednak Chris zawsze dawał mu do zrozumienia, że nie zdradzi z nim Daniela. Nie miał zresztą ku temu żadnych powodów, bo Stan już wcześniej powiedział mu, że nic nie wie ani na temat Davida, ani Barbary, a pieniędzy Chrisowi też nie brakowało. Również dlatego podarował Marcie wygraną z ich początkowego zakładu i zaproponował, by kupiła za nią Angelice ładny komplet bielizny.

Nadal układał krzesła i wizytówki dla partii na sali i wciąż zauważał tę samą udrękę i skrywany niepokój członków partii, który dla niego samego był wręcz frustrującym przeżyciem. Parę razy również wyjął z kieszeni trochę dolarów nieuważnym uczestnikom konferencji, ale spotkało się to z krytyką kobiet i dlatego zawsze zwracał ukradzione pieniądze.

Angelika powiedziała rodzicom Davida, nie tylko o tym, że przeprowadza się, ale stale też informowała ich o postępach w prywatnym śledztwie prowadzonym przez nią i jej nowych przyjaciół. Rodzice byli w szoku, kiedy dowiedzieli się, że ich syn jest w partii, że prawdopodobnie przekazywał ukryte wiadomości dla kogoś poprzez swoje wiersze i że na pewno dlatego uciekł, nie zostawiając żadnej wiadomości.

Przeniosła się na stałe do hotelu na stałe. Mieszkała w swoim pokoju, ale wiedziała, że do Chrisa zawsze może wpaść o każdej porze dnia i nocy. Była z nim nie tylko, kiedy było dobrze i chciało się żyć, ale też wtedy, gdy wiedziała, że tęsknota za Danielem, ciśnienie, przesyt codzienną rutyną i niemożność utopienia tego wszystkiego w alkoholu, z powodu dyżuru następnego dnia powodowały, że Chris zamykał się na cały świat. Widziała, że w obecności Daniela Chris trzymał fason i zachowywał się profesjonalnie, ale wiedziała też, jak bardzo kurczył się w środku za każdym razem, kiedy on był w jego pobliżu.

Żeby to przejść, Chris, zamiast w alkoholu, zanurzał się w tym czasie w swoim świecie pod kołdrą razem z Angeliką. Nawet jeśli mieli czas wolny, hotel był tak daleko od miasta, że nie było gdzie wyjść, a las zawsze kojarzył się Chrisowi z Barbarą. Siedzieli więc w pokoju pod cienką kołdrą i dyskutowali na temat możliwego rozwoju dalszych przygód książkowej Weroniki.

Leżeli schowani pod nią, czasem przez cały dzień. Rozmawiali, śmiali się, spali i wychodzili tylko, kiedy byli głodni lub kiedy mieli pracę. Często też całowali się, ale wyjaśnili sobie, że nie będą od siebie niczego oczekiwać ani sypiać ze sobą i chcą po prostu „być obok siebie”, żeby nie zwariować w tym ciasnym środowisku. Wyjątek robili jedynie dla Marthy i Judith, kiedy do nich zajrzały. Natomiast wiecznie pogrążony w wirze pracy Daniel, nie przychodził nigdy.

Martha, zanim wyprowadziła się z zaokrąglonym już lekko brzuchem z pokoju na piątym piętrze, uważnie przeanalizowała zachowania członków partii i plany układu krzeseł, jakie pokazał wszystkim Chris i zaczęła podejrzewać, że jedno ma jakiś związek z drugim, jednak nie wiedziała, jaki. Z czasem również Chris zauważył, że giną głównie ci, którzy przy stole mieli miejsca stojące, ale uznał to za przesadę ze strony własnej wyobraźni.

Martha zauważyła identyczny schemat zachowań na wszystkich spotkaniach: kiedy nowi członkowie przybywali na początku do hotelu, byli jeszcze zrelaksowani, weseli i ciekawi wszystkiego. Po pierwszej konferencji niektórzy byli otępiali albo wręcz przeciwnie, pobudzeni, ale zawsze była to jakaś odmiana.

Następna konferencja przynosiła zawsze poruszenie, jak zauważył wcześniej Chris, a dopiero po niej następowały niepokojąco dziwne zachowania, takie jak u Bruschera, którego Martha bacznie obserwowała. Judith stale przekazywała im też, że wszelki ślad wciąż ginął po kolejnych członkach partii. Chris pytał ją, co się dzieje, a ona odpowiadała, że po prostu zostawiają wszystkie swoje rzeczy, wymeldowują się i więcej nie wracają, a potem ich rzeczy znikają z pokoju.

O wszystkich wynikach przemyśleń powiadamiali oczywiście Daniela, a on nieustannie szukał podobnych zjawisk w innych hotelach w całym kraju. Na prośbę Daniela, Judith przekazywała mu imiona i nazwiska tych członków partii, którzy wymeldowywali się i wszelki ślad po nich ginął.

Także Bruscher od dłuższego czasu nie pokazał się w hotelu, pomimo iż tak jak inni, zostawił tu swoje rzeczy, które tak jak w przypadku pozostałych, zniknęły w tajemniczy sposób następnej nocy, tuż po wymeldowaniu. Zniknął tak samo jak Barbara i David. Dane ich dotyczące oraz ich rzeczy również zniknęły. Teraz już nie tylko Davida nie rozpoznawał nikt żywy, ale i Barbary i Bruschera również.

Chris nienawidził Barbary, ale kiedy dowiedział się, że nie rozpoznawali jej ani ludzie z nowej pracy ani ich dawni znajomi z teatru, ani nawet członkowie partii, stwierdził, że musi interweniować. Jej tożsamość zaginęła dokładnie tak samo jak tożsamość Davida – bez śladu i w ciągu jednego dnia. A przecież był z nią przez tyle lat!

Teraz wiedział już dokładnie, jak czuła się Angelika po zniknięciu swojego męża. Jednak nie tylko Chris poczuł to zdziwienie, ale i reszta starszej załogi również. Wszyscy ją znali i wiedzieli z życia lub opowiadań, wiedzieli kim była i reagowali śmiechem i niedowierzaniem, kiedy ludzie na około nie rozpoznawali jej i mówili, że nie znają takiej osoby i nigdy jej w hotelu nie było.

Pewnego styczniowego dnia Angelika, Judith i Chris otrzymali krótkie zaproszenia na tygodniowe zimowisko w Alpach francuskich z pokryciem wszystkich kosztów. Na zaproszeniu nie było podpisu, ale i tak wiedzieli od kogo pochodzi. Skonsultowali się z dyrektorem, który nie stawiał żadnych przeszkód, spakowali swoje rzeczy, wsiedli do przygotowanego dla nich jeepa i pojechali na lotnisko, gdzie już czekał na nich mały, prywatny samolot.

Judith i Angelika nie posiadały się z radości; rzadko kiedy, jeśli w ogóle trafia się okazja lotu prywatnym samolotem. W środku znaleźli specjalnie dla nich przygotowany barek i bogaty bufet, z których natychmiast skorzystali. Ponadto, przez cały lot oglądali wybrane filmy na wielkim ekranie. Po uczcie złożonej z rozmaitych zimnych zakąsek, obie kobiety rozłożyły się wygodnie przed ekranem z kieliszkami w rękach na miękkich fotelach, a Chris na podłodze i wspólnie oglądali filmy.

Kiedy dolecieli, żal im było wychodzić z ciepłego wnętrza na mroźny poranek, ale piękno zaśnieżonych gór i okolicy zaparło im dech w piersiach. Dech w piersiach zaparło Chrisowi nie tylko na widok pięknych, białych gór, ale i Daniela, który szedł już w stronę samolotu.

Chris szedł wpatrzony niemal tylko w niego. Kiedy się znalazł tuż przy nim, nie miał już siły dłużej powstrzymywać tego, co przez te kilka miesięcy się w nim kotłowało i zamknąwszy Daniela w swoich ramionach, pocałował go przy wszystkich, bez względu na to, kto na nich patrzył. Daniel oddał pocałunek i objął go.

–Tak długo na to czekałem. – powiedział Chris

–Wiem, jestem wymagający, jeśli chodzi o czekanie, prawda? – dopiero teraz Chris zauważył stojącą przy samochodzie Marthę z pokaźną już kulą na brzuchu. Uśmiechała się do niego i machała ręką – Idź, przywitaj się z nią, a ja pójdę do Angeliki i Judith. Za nimi też się stęskniłem.

Daniel poszedł przywitać się z pozostałymi kobietami, a Chris podszedł do Marthy i uścisnęli się.

–Hej, jak tam mały lord? – spytał żartem.

–Skąd wiesz, że to on?

–Bo z dziewczyną nie miałabyś tak łatwo, a widzę, że promieniejesz.

Martha roześmiała się.

–Masz rację, to chłopak. Już zrobiłam wszystkie badania; ma się jak najlepiej.

–Jak się nazywa?

–Jeszcze nie zdecydowaliśmy ile imion mu konkretnie nadać.

–I tak będzie używał tylko jednego, tak jak Daniel.

–Pewnie tak. Ale wiesz, tradycja rodzinna.

–Rozumiem. Rodzina już wie?

–Tak, zaakceptowali go. Podpisaliśmy z Danielem dokument zakazujący wszelkiego swatania na siłę, tak jak myśmy zostali urządzeni.

–Jestem pewien że wyjdzie to mu na dobre.

–Wprawdzie tym samym pozbawiamy go pewnej przyszłości, ale...

–Nikt z nas nie wie, jak będzie wyglądać przyszłość.

–No właśnie to samo powiedział im Daniel. I wiesz co? Powiem ci coś jeszcze. To dziecko Daniela.

–Naprawdę? – Chris uśmiechnął się szeroko.

–Tak, zrobiłam badania DNA i okazało się, że Daniel jest jego stuprocentowym ojcem.

–Gratulacje, tworzycie więc teraz prawdziwą rodzinę. – powiedział i przytulił Marthę.

–Tak, teraz wreszcie tak. – westchnęła – I to dzięki tobie. Wiesz; gdyby nie tamten wieczór... nie wiem, ile jeszcze to by trwało, zanim zdecydowałabym się na bycie razem z nim. Teraz się wszystko między nami zmieniło; jest tak dobrze, jak jeszcze nigdy.

–Zaczynacie się w sobie wreszcie zakochiwać po tych wszystkich latach. – zgadł Chris, a Martha tylko kiwnęła z uśmiechem głową. Łzy z jej twarzy zmył podmuch lodowatego wiatru.

–Chodźcie do samochodu zanim nas stąd całkiem wywieje. – powiedział Daniel tuż za jego plecami.

Szofer spakował wszystkie bagaże, a oni rozsiedli się wygodnie w limuzynie i ruszyli. Daniel wypytywał o życie w hotelu, a oni opowiadali o tym, co się ostatnio działo z partią i jej członkami. Mówili, że już nie tylko oni, ale i reszta obsługi zauważyła dziwne zniknięcia osób, które jeszcze do niedawna figurowały w społeczeństwie. Teraz już nie tylko Angelika, ale i inne rodziny, tak jak ona, zgłaszały się raz po raz na policję, rozpaczliwie pytając, czy ktokolwiek nie widział ich bliskich, którzy nagle wyparowywali z wszystkich rejestrów.

Daniel słuchał tego ze zdziwieniem, ale Chris znał go na tyle dobrze, że potrafił odróżnić jego prawdziwe zdziwienie od tego udawanego. Wiedział bowiem, że kiedy Daniel jest naprawdę zdziwiony, jego podbródek i policzki wpadają w niekontrolowane, niemal niewidoczne drżenie, które Chris jednak potrafił zobaczyć. Tym razem niczego takiego nie spostrzegł. Dlatego też przerwał rozmowy:

–Co tu jest grane Daniel?

–Co? O co ci chodzi?

–No przecież widzę, że grasz.

–Ja miałbym grać? Przed wami?

–Potrafię odróżnić kiedy mówisz prawdę, a kiedy nie. Nie udawaj Greka, tylko mów, o co chodzi. Co przed nami ukrywasz i dlaczego?

Daniel zerknął pod nogi, a potem popatrzył poważnie Marthę:

–Powiedz im – zadecydowała – I tak się z tym już długo nie będziemy kryć.

–Miałem wam powiedzieć o tym już na miejscu, ale dobra, a więc... – to, co miał do powiedzenia nie przechodziło mu przez gardło łatwo – Jest z nami Barbara i David. – Na te słowa Angelika i Chris natychmiast zareagowali bolesnym westchnieniem: „Co?” – I Bruscher też

–To niemożliwe! – zawołała Angelika – Jak oni się tu dostali? Przecież szukała ich policja w całym kraju!

–Wszystkie przejścia graniczne są szczelnie obłożone żołnierzami przez partię na wypadek dezercji, czytacie gazety? – pytał Chris

–Dlaczego w ogóle się skontaktowali akurat z wami, co? A nie z nami wszystkimi. Przecież David wiedział, że Angelika na niego czeka. – pytała Judith

–Na wszystkie pytania otrzymacie odpowiedź już na miejscu.

–Po to tu nas ściągnąłeś? Żeby się teraz napawali naszą klęską? Tym, że zaufaliśmy im jak idioci? – Angelika była zła

–Nie mam zamiaru słuchać ani jego ani jej. Nie chcę ich widzieć. – zaperzył się Chris.

Daniel przemilczał te uwagi. Wiedział, że nie będzie łatwo się w tej sprawie dogadać ani z Chrisem ani z Angeliką. Judith siedziała cicho, ale nawet ona była zaskoczona tym, co powiedział Daniel.

–Słuchajcie, przyjechaliśmy tu na zimową przerwę. Pomyśleliśmy, że wam też się przyda trochę wolnego na świeżym powietrzu. Po za tym, chciałam, żeby Angelika i Chris poznali tych, o których im opowiadałam. Taka jest prawda. – mówiła Martha – Nie zapraszaliśmy ich do siebie; to oni przyszli niedawno do nas. Nie byliśmy zachwyceni ich wizytą; zepsuli nam wszystkie plany, jakie z wami wiązaliśmy, ale mimo to, wysłuchaliśmy, co mają do powiedzenia. Właściwie Daniel mnie do tego namówił, bo ja też nie chciałam im dać szansy.

–Widzisz? Nie warto... – zaczął Chris, ale Martha mu przerwała

–Warto Chris, bo po tym, co od nich usłyszałam, aż się pode mną nogi ugięły. Ja również nie byłam przekonana do nich i rozumiem, co możecie czuć, ale w tym wypadku odstawcie uczucia na bok. Możecie ich spytać o co tylko zechcecie, ale najpierw ich posłuchajcie.

–Dlaczego akurat wy? – spytała ponownie Judith.

–Nie powiem nic więcej. Zrozumiecie jak wysłuchacie ich.

–Skoro tak mówisz; – powiedział Chris – Ufam ci. Niech tak będzie.

Wszyscy milczeli, podziwiając śnieżny krajobraz za oknami, ale tak naprawdę atmosfera popsuła się przez nową wiadomość. Dojechali domu, pod którym zatrzymał się samochód i wysiedli. Wszyscy starali się przezwyciężyć zły nastrój, w jaki wprowadziła w otoczenie wiadomość o Barbarze i Davidzie. Daniel wiedział, że nie mógł się niczego innego spodziewać – rany Chrisa i Angeliki były jeszcze świeże.

Złą passę przerwała jednak ciemnowłosa, roześmiana pięciolatka, która wbiegła do przedpokoju na powitanie Marthy.

–Mama! – słychać było już z górnego piętra.

Ale kiedy wbiegła i zobaczyła przedpokój pełen obcych ludzi, zatrzymała się i cofnęła się z powrotem do salonu. To rozbawiło wszystkich. Martha natychmiast zrzuciła buty i kurtkę i pobiegła za nią. Reszta także zdjęła kurtki, a Daniel poprowadził ich do obszernego salonu. Był prosto urządzony, z białymi ścianami, jasną, sosnową podłogą, meblami w kolorze Caffee Latte i dużym, kanciastym kominkiem.

Zanim zdążyli wejść, na spotkanie im wyszedł uśmiechnięty, wysoki, śniady, muskularny brunet z długimi, lekko falującymi włosami w czarnym golfie i ciemnych dżinsach. Kiedy Chris go zobaczył, przepadł dla niego.

–Witam wszystkich, jestem Philip. – podał rękę po kolei Angelice, Judith i Chrisowi – Ty pewnie jesteś Chris. Martha i Daniel nie mogą się ciebie nachwalić.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, to: „Nic dziwnego, że Martha i Daniel się w nim zakochali.”

–Przesadzają. – Chris poczerwieniał i spuścił wzrok na podłogę.

–A ja myślę, że nie. Chodźcie, poznacie naszego małego potworka. Weronika! – zawołał córkę. Dziewczynka podbiegła do Philipa, który wziął ją na ręce. – Weroniko, chciałbym, żebyś poznała naszych nowych przyjaciół. – Philip przedstawił po kolei wszystkich.

–Będziemy się rzucać śnieżkami? – spytała dziewczynka

–Obiecuję ci, że będziemy. Ale teraz nasi goście muszą odpocząć i porozmawiać. Idź do pokoju, tam czeka na ciebie mama, a ja zaraz przyjdę, dobrze? – Weronika zeskoczyła z ramion Philipa i pobiegła na górę – Chodźcie. – zwrócił się do gości i poprowadził ich do salonu.

Zanim jednak weszli, zatrzymali się w progu. David i Barbara już na nich czekali. Tak jak Philip, byli ubrani w proste czarne golfy i ciemne dżinsy. Chris był zły na Daniela, że go w to wpakował, ale postanowił zakończyć sprawę z Barbarą raz na zawsze. Philip zniknął na schodach prowadzących na górę, a Daniel zaprosił wszystkich, ale tuż obok niego usiadła tylko Judith. Angelika i Chris stali nadal.

–Witaj Angeliko. – powiedział David.

–Nie chcę cię widzieć. Wiesz, co przez ciebie przeżyłam?!

–Myślicie, że nam jest miło? Nie przyjechaliśmy tu na wspominki. – powiedziała Barbara – Mamy z wami sprawę do załatwienia.

–Zimna i praktyczna jak zwykle. – powiedział Chris, siadając na fotelu naprzeciwko niej – W przyszłym życiu będziesz lodówką, wiesz?

–Zamknij się i siadaj. – powiedziała, a Chris zacisnął zęby – Wiem, że chcecie wszyscy odpocząć, ale niestety, musimy się wziąć do roboty i to wszyscy.

–Najpierw nam wyjaśnisz, dlaczego tak nas potraktowaliście; mnie i Angelikę.

–Jeśli już musisz wiedzieć, – westchnęła Barbara – to po pierwsze, nie mieliśmy innego wyjścia. Po drugie, nie kocham cię i nigdy cie nie kochałam.

–To akurat wiem.

–Twój ojciec zapłacił mi za ślub z tobą. Dostałam dwa miliony dolarów. Ale znudziła mi się twoja miałkość i obojętność i cię zostawiłam.

–Tak po prostu.

–Tak po prostu. Nasze małżeństwo to jedna wielka fikcja.

–A więc kochałem cię na darmo. Moja miłość dla ciebie nic nie znaczyła. A teraz ty dla mnie nic nie znaczysz, więc idź do diabła! – wstał i zmierzał do wyjścia.

–Chris, ty mnie nigdy nie kochałeś i dobrze o tym wiesz. Zawsze kochałeś tylko i wyłącznie Daniela. – Chris milczał – Gdybyś mnie kochał, to przynajmniej raz w życiu zamknąłbyś mi drzwi przed nosem i powiedział, że nigdzie nie pójdę; do żadnego lasu; zostanę teraz tutaj z tobą i zmusisz mnie do kochania się z tobą. Nigdy tak nie postąpiłeś!

–Akceptowałem cię taką, jaka byłaś!

–Proszę cię, Chris, obrażasz mnie! To zabrzmiało, jakbym była trędowata, albo co najmniej niepełnosprawna!

–Nienawidzę cię!

–I nawzajem!

Zapanowało niezręczne milczenie.

–Dlaczego tak nagle zniknąłeś? – spytała teraz Angelika

–Proszę cię, to nie pora. – powiedział David

–Właśnie, później pogadacie. Teraz musicie wiedzieć...

–Nic nie musimy; Angelika, wychodzimy stąd. – wycedził przez zęby, wstał i skierował się do wyjścia a Angelika za nim

–Jeżeli życie faceta, który cię posuwał jako dziwkę, a którego niedawno spotkałeś na korytarzu w hotelu coś dla ciebie znaczy, to zostaniesz i wysłuchasz mnie do końca.

13. Twarz partii

Chris zatrzymał się i odwrócił

–Gadaj.

–Najpierw usiądź. – Chris nadal stał – Siadaj, bo niczego się nie dowiesz i zginie przez ciebie. – Chrisa to zaskoczyło. Usiadł i zamilkł. – Właśnie tak; grzeczna dziewczynka. – Barbara uśmiechnęła się na widok Chrisa zaciskającego szczęki ze złości. Wstała i mówiąc chodziła po pokoju – Chcę wam powiedzieć o partii i o tym, jak działa. Zacznę od porównania. Partia jest jak ręka. Kiedy będziecie mieć kłopoty, pierwsza się zjawi, żeby was z nich wyciągnąć, tak jak w przypadku Daniela i jego rodziny. Ale potem, w miarę upływu czasu przyjazna dłoń zamienia się w żelazny uścisk, który miażdży wszystkich, którzy się jej w jakikolwiek sposób sprzeciwią. Taki los spotkał już wielu ludzi.

Bracia Daniela to urodzeni żołnierze. Daniel zresztą też, bo chociaż wybrał inny los, to wciąż walczy. Chociażby o to, żeby każdemu, na kim mu zależy było dobrze. Podczas pierwszej wspólnej konferencji rodzinnej z partią, kiedy Bracia Daniela dowiedzieli się o prawdziwym źródle dochodów ojca, znaleźli ratunek w właśnie w propozycji złożonej im przez partię.

Propozycja dotyczyła ich współpracy z partią poprzez handel bronią. Mam dla ciebie taką ciekawostkę Chris, że ten handel to w większości pomysł twojego ojca. Jest to oczywiście legalny handel, oparty na uczciwych zasadach i umowie międzyrządowej. O tym się mówi wszem i wobec; w internecie można znaleźć konkretne dokumenty dotyczące takiej umowy, przeczytać i nawet zgłosić się na ochotnika, jeśli ktoś czuje się na siłach, by taką działalność prowadzić.

O czym się jednak nie mówi, to fakty, o których w tej chwili wie tylko zarząd partii i nasza trójka, czyli ja, David i Karl, a teraz dowiecie się i wy. Handel bronią jest owszem, legalny, a zakup broni przez obce kraje jest pod ścisłą kontrolą zarządu partii. Pilnuje się każdej pojedynczej transakcji, by przebiegała według schematu, czyli tradycyjnie: zgłoszenie zapotrzebowania, oferta sprzedaży, zakup wybranego towaru, przelew gotówki na konto i transport pół na pół, na koszt sprzedawcy i odbiorcy.

Brzmi bardzo dobrze, tylko że nikt nie zdaje sobie sprawy, że taki handel odbywa się głównie poprzez zastraszanie kupujących fikcyjnym zagrożeniem, konfliktami zbrojnymi i atakami na ludność cywilną. Z jednej strony partia wynajmuje odpowiednich ludzi do tego, by grozili konkretnej grupie bądź narodowości wywołaniem takiego konfliktu, a nie rzadko też do takiego konfliktu dochodzi, a z drugiej strony podaje pomocną dłoń w postaci profesjonalnego sprzętu do zwalczania terrorystów, grożących niepodległości państwa bądź grupy.

Nikt o tym nie wie i nie uwierzy w to. Twoi bracia, Daniel, też nie i nawet nie próbuj ich o tym informować. Zbiry wywołujący konflikty zbrojne, są na tyle dobrze opłacani i na tyle dobrze traktowani, że nie ujawniają się nigdzie indziej. Nie mają powodu, by odwracać się od partii plecami i iść inną drogą; podobnie jak reszta członków partii, którzy uczestniczą w poszukiwaniach potencjalnych klientów i kontraktach z obcymi państwami. Za dezercję zresztą grozi kara śmierci, która wisi również w tej chwili nad nami.

O prawdziwej działalności partii wie tylko i wyłącznie jej zarząd. No i my, chociaż nie mamy na to w tej chwili żadnych konkretnych dowodów. Partia pilnuje swoich interesów bardzo dobrze i wszystko, co do tej pory zdążyliśmy uzyskać, szlag trafił. Podczas naszej nieobecności w siedzibie, agenci partii przejęli wszystkie dowody, zdjęcia, kopie dokumentów i pozbyli się świadków. Jednym zdaniem, wszystko, nad czym tak ciężko pracowaliśmy przez rok, oni zniszczyli w ciągu jednego dnia.

Partia czerpie z handlu bronią olbrzymie zyski. Jest to jej główne źródło utrzymania zarówno jej samej jak i jej członków. To z tych właśnie pieniędzy dostajecie waszą działkę na utrzymanie „Twierdzy”.

Wyrób broni powierza się najlepszym zakładom w kraju, a ich marka kosztuje. Nie mniej jednak, nawet jeśli tę broń sprzedaje się za podwójną stawkę, to i tak, w porównaniu z cenami broni o podobnym standardzie z innych krajów, cena broni zaproponowanej przez partię jest stosunkowo niska. No i dochodzą do tego jeszcze różne triki marketingowe, jak promocje, wyprzedaż, czy zakup w pakiecie.

Kraje zagrożone konfliktami zbrojnymi nie mają czasu na zastanawianie się, która oferta jest lepsza i bardziej się opłaca. Na tym właśnie bazuje partia. Jeżeli ktoś chce cię zabić i nie masz się czym bronić, a ktoś inny podsuwa ci cokolwiek do samoobrony; pistolet, czy chociażby gruby kij, albo nóż, chwycisz to i będziesz się bronił. Nie będziesz się zastanawiał, skąd to pochodzi i ile będzie trzeba później zapłacić za jego używanie. Będziesz wdzięczny za uratowanie ci życia.

Oficjalnie właśnie tak się mówi: „Wasze dobro jest naszym dobrem” i odwrotnie; „Pomagamy naszym braciom w potrzebie tym, co mamy najlepsze.” Stąd w ogóle nazwa partii. Ale nikt nie pomyśli o tym, że taka broń może się dostać w ręce prawdziwych terrorystów, którzy będą chcieli przejąć rządy z użyciem sprzętu pierwszej klasy. Ale to już nie nasza sprawa. Poza tym, my tylko dajemy im narzędzia do samoobrony, prawda? Nie będziemy ich prowadzić za rączkę. Muszą umieć się bronić sami.

Prawdziwi terroryści, którzy w tej chwili mnożą się na wschodzie jak robaki, to też złoty interes dla partii, bo w zależności od interpretacji sytuacji, zagrożona może być jedna lub druga strona; a partia będzie sprzedawać broń i jednym i drugim, bo każdy chce się bronić przed najeźdźcami, prawda? A partia tę możliwość oferuje i chętnie się z niej korzysta.

Dalej; oficjalnie mówi się też, że taki handel bronią, który pomaga w utrzymaniu niepodległości danego państwa, łączy narody. Może i tak, ale za jaką cenę? Mówi się, że my im dajemy możliwość samoobrony i samostanowienia o własnym losie, a oni w zamian dają nam swoje dziedzictwo kulturowe, swoją religię i swoją historię.

Możemy poznać ich społeczeństwo, kulturę, kuchnię, filmy i tak dalej. Możemy żyć razem z nimi i będziemy powoli pracować nad tolerancją, wzajemnym porozumieniem i być może w przyszłości spełni się nasze odwieczne marzenie o totalnym braku wojen i zagrożenia, o współistnieniu w zgodzie ze wszystkimi.

Wmawia się nam, że pomagamy im w osiągnięciu niezależności, a przy okazji, łączymy swoje historie, swoje tradycje i lepiej poznajemy się wzajemnie. Daniel i Philip mogliby powiedzieć, że to istotnie lepiej, jeśli poznaje się potrzeby i dążenia drugiej strony, zamiast zamykać się na własnym podwórku i mieć swoje zabawki i swoich kolegów tylko dla siebie. I dobrze. I ja też zgodziłabym się z tym, gdyby nie parę istotnych szczegółów.

Po pierwsze, skąd możemy wiedzieć, że oni także dążą do porozumienia z nami i tolerancji naszych przyzwyczajeń? Przecież obecnie kultura wschodnia rozwija się w naszym kraju szybciej niż nasza własna. Po drugie, my otwieramy się na ich kulturę i szanujemy ich prawa, ale czy oni szanują nasze? Raz po raz słyszy się, że ktoś przeszedł na wiarę Mahometa; ale ilu znacie muzułmanów, którzy nawrócili się na chrześcijaństwo?

Ale do czego zmierzam; patria pozwala na to i dąży do tego, żeby rynki wschodnie powoli przejęły nasz rynek i wyparły z niego nasze rodzime przedsiębiorstwa. Głównie dlatego, że partia pochłania niemal połowę zysków wszystkich rynków wschodnich, w zamian za pozwolenie na ich rozwój w naszym kraju, a potentaci wschodni wciąż dobrze na tym wychodzą.

Popatrzcie teraz, jak to naprawdę wygląda: My powodujemy u nich lokalne spięcia i konflikty zbrojne, a zaraz potem oferujemy im sprzedaż broni, żeby zachowali niepodległość. Oni z kolei urozmaicają nasze życie, wprowadzając na nasz rynek tanie wschodnie produkty, kosztem naszych rodzimych przedsiębiorców.

Jedni i drudzy nabijają kabzę, ale zarazem wbijają sobie noże w plecy, bo płacą za to, jak zwykle zresztą, niczemu niewinni cywile. Z jednej strony my narażamy ich na utratę bliskich, a tym samym powiększamy terroryzm i chęć zemsty, a z drugiej strony nasi obywatele przeżywają plajtę za plajtą i coraz mniej czują się jak u siebie we własnym kraju, gdzie nasza rodzima kultura i tradycja jest poniżana i mieszana z błotem.

Musiałam to powiedzieć, żebyście zobaczyli, jak naprawdę funkcjonuje Partia w społeczeństwie. Partia nas oszukuje. Prowadzi oszustwo finansowe, bo czerpie zyski, nie jak wciąż powtarza, z produkcji, eksportu i podatków, ale z nie całkiem legalnego handlu bronią. Ale większości to odpowiada, bo podatki są niskie, a pensje wysokie i większość osób, nieprowadzących działalności, może spokojnie żyć.

Oszukuje się ludzi pod względem kulturowym, bo zjednoczenie ma się odbywać na zasadzie podporządkowania większej, ale rozlazłej już kultury, kulturze mniejszej, ale prężnej i aktywnej. Teraz jeszcze stawia się na „zachwyt” wschodnią kulturą, ale już powoli przechodzimy do drugiego etapu, w którym ten, kto nie lubi wschodniej kultury, nie zachwyca się nią, zaczyna być traktowany jak wyrzutek, albo wręcz wróg.

To zalicza się do łagodnej perswazji, której następstwem jest asymilacja kultury większej, że tak powiem, przez kulturę mniejszą. Jeśli się dobrze przypatrzycie, to już teraz zauważycie, że wszelkie objawy protestów przeciwko dalszemu rozwojowi kultury wschodniej są ignorowane, opluwane, ośmieszane, albo wręcz usuwane za pomocą siły i przemocy.

14. Z innej perspektywy

Partia wprowadza też oszustwo pracy. I tu przechodzę do nas wszystkich bezpośrednio, jak tu jesteśmy. Wszyscy bez wyjątku, zostaliśmy w to wciągnięci siłą bądź podstępem. Spędzę nad tym trochę więcej czasu, bo muszę to dokładnie wyjaśnić, żeby wszyscy wszystko zrozumieli.

Zacznę od siebie. Poprosiłam partię o pomoc, kiedy byłam jeszcze dwunastolatką. Miałam pod opieką dwoje niepełnosprawnych rodziców, przy których musiałam robić dzień i noc. Słyszałam, że partia pomaga każdemu, niezależnie od przyczyny. Byłam dzieckiem, więc postanowiłam spróbować. Chodziło mi tylko o to, by znaleźli mi kogoś, kto mógłby się nimi opiekować, kiedy mnie nie będzie w domu. I pomogli mi.

Znaleźli dla mnie natychmiast kobietę, która nie tylko zostawała z nimi, kiedy ja musiałam wyjść z domu do szkoły, ale i zamieszkała ze mną. Pomagała mi przy rodzicach i w domu. – Barbara zamyśliła się – Była dla mnie jak matka. Ona jedna umiała okazać mi serce pomimo mojego trudnego charakteru. Nikomu innemu się to nie udało.

Kiedy zapytałam, co mam zrobić w zamian za otrzymaną pomoc, powiedzieli, że odezwą się do mnie, kiedy zajdzie taka potrzeba. Lata mijały. Kiedy miałam szesnaście lat, odezwał się do mnie człowiek z partii. Powiedział, że teraz nadszedł czas na pracę dla partii. Za to, co dla mnie zrobili, byłam gotowa na wszystko. Zabrał mnie ze sobą do biura i wszystko mi wyjaśnił.

Powiedział, że prowadzą psychologiczny program eksperymentalny i ja mam w nim uczestniczyć jako główna aktorka. Miałam za zadanie uwodzić żonatych facetów i udowadniać im, że nie są w stanie dochować wierności żonom. Zgodziłam się na udział w tym, gdyż miało się to kończyć na pierwszym pocałunku, po czym do pokoju mieli wejść asystenci z kamerami i wyjaśniać, o co tu chodzi.

Ale kiedy po raz pierwszy udało mi się uwieść jednego z nich, weszliśmy do pokoju, a on zaczął się do mnie dobierać, nikt nie wszedł. Podbiegłam do drzwi, które jednak były zamknięte od zewnątrz. Za nim zdążyłam pomyśleć, żeby wyłamać drzwi, moją uwagę przykuły dwie kamery w suficie. On to wykorzystał, złapał mnie i brutalnie zgwałcił, a wszystko się nagrywało.

Pewnie zapytacie, dlaczego nie poszłam z tym na policję. A dlaczego na policję nie zgłaszają się inne ofiary gwałtów, bezpośrednio po ataku? Bo zaraz zaczną się pytania: Myślisz, że ktoś ci w to uwierzy? I gdzie jest sprawca przestępstwa? A w ogóle, to dlaczego się nie broniłaś? Sama jesteś sobie winna.

Wiem, bo to samo spotkało jedną z dziewczyn z mojej szkoły. Policja potraktowała ją jak sprawczynię przestępstwa, a nie ofiarę, twierdząc, że ona sama skusiła gwałciciela do popełnienia czynu. A co on powiedziałby przed sądem? Co ja innego robiłam, niż skusiłam go do siebie? Postanowiłam trzymać się z daleka od policji.

Nie miałam się do kogo zwrócić, bo wstydziłam się tego, co robiłam. A partia przecież o wszystkim wiedziała. Z tego powodu byłam załamana. Chciałam kilka razy uciec, ale zawsze mnie łapali i bili za ucieczkę. W końcu się im poddałam. Dlatego cierpiałam, ale pracowałam w ten sposób dalej. Miałam zresztą wysokie utrzymanie od partii i zapewnioną stałą opiekę nad rodzicami. To była prawda, bo niejednokrotnie to sprawdzałam. Poza tym, miałam szesnaście lat i czułam się jak głupia smarkula, która niczego nie potrafi i nic nie wie.

Nienawidziłam siebie za to, że że byłam bezsilna wobec partii i wobec tych wszystkich mężczyzn, którzy robili ze mną co chcieli. Modliłam się, żeby choć raz jedna żona wyłamała drzwi do pokoju i zobaczyła, co oni mi robią. Moim pocieszeniem było to, że potem szantażowano ich pokazaniem nagrań z tych taśm ich żonom i kazano wykonywać inne, jeszcze gorsze zadania. Potem oni porzucali swoje żony i znikali z życia publicznego, żeby nikogo nie narażać na niebezpieczeństwo. I ten sposób zostałam „Siekierą”.

Twój udział w partii, Daniel, to też sprawka ojca Chrisa. Wypuszczając go na ulicę, miał nadzieję, że po tygodniu wróci brudny, obdarty i sponiewierany, ale wróci. Nie mógł patrzeć, jak Chris wciąż się poniża i postanowił oddać jego sprawę w ręce partii.

To oni wymyślili, żeby poprzez eliminację wybrać kogoś, najlepiej w wieku Chrisa, kto utrzyma go, nie pozwoli mu popełnić samobójstwa i nie podda się, dopóki za pomocą swojej, specjalnie wyćwiczonej woli i szlachetnej postawy nie wydobędzie go z kłopotów i zmusi go, swoim przykładem, do dążenia ku lepszemu życiu i powrotu do domu. Postanowiono, że najlepiej będzie się do tego nadawał syn arystokraty, ze względu na wpojoną tradycję, dyscyplinę i dążenie do samodoskonalenia, a także do pokonywania życiowych trudności.

Wszyscy synowie arystokratów byli ćwiczeni tak samo jak ty, w czasie, kiedy przeżywałeś mękę z ojcem i trenerem. Wszyscy po pewnym czasie poddali się i skończyli, jeśli nie próbą samobójstwa, to na pewno załamaniem nerwowym. Ty byłeś jedynym, który przetrwał to całe upokorzenie.

Przewidzieli wszystkie możliwe scenariusze, ale nie to, że zostaniecie kochankami i że tobie również spodoba się takie tytłanie się w brudzie ulicy. I, że zamiast go wyciągnąć, sam pogrążysz się, ich zdaniem na dnie, w błocie.

–Nie widzieli tego, że Chris był szczęśliwy ze mną i nie chciał żyć inaczej? Ani tego, że to była nasza wspólna decyzja, żeby żyć razem? – zapytał Daniel

–Może widzieli, a może nie chcieli tego widzieć. – potwierdziła Barbara – Tak, może to było to. Ojciec Chrisa nie chciał tego widzieć. Dlatego też, po dwóch latach takiego procederu postanowił z tym skończyć. Znalazł mnie i skontaktował się ze mną. Wyjaśnił mi, że jest jednym z głównych liderów partii i że chce koniecznie wyciągnąć syna z tarapatów, w jakie popadł. Mówił, że wybrał mnie na żonę dla ciebie, bo jestem silna i umiem dobrze kierować swoim życiem, nie to co ty. Miał mi zapłacić za ślub z tobą zaraz po podpisaniu dokumentów w urzędzie stanu cywilnego. I zrobił to.

Poszłam na ten układ tylko z jednego powodu. To była dla mnie ucieczka od tego, co spotykało mnie do tej pory. To było jedyne wyjście z mojej sytuacji. Poza tym, na początku faktycznie cię polubiłam. – zamyśliła się, a potem usiadła naprzeciw Chrisa – Hm, nie mogę, tak dłużej. Muszę ci wszystko wyjaśnić, bo inaczej nigdy nie zrozumiesz, co się z nami stało. I nie obchodzi mnie, że oni wszyscy to usłyszą. Nie słuchają.

Na początku polubiłam cię za to, że nie naciskałeś nigdy na pójście ze mną do łóżka. Miałam opory w tym kierunku, ale teraz już wiesz dlaczego. Ale z czasem, kiedy spostrzegłam, że jest już normalnie i że nie muszę się już bać, moje ciało zaczęło tego pragnąć, ale umysł nadal widział w tobie zagrożenie. I tak jest nadal. Dlatego właśnie zawsze odsuwałam cię na bok, kiedy miało do czegokolwiek między nami dojść. Tłumaczyłam się zawsze, że mamy jutro mnóstwo pracy i że musimy iść spać.

Pracę zapewnił nam twój ojciec. To on płacił ludziom za nasz angaż w teatrze. To on regularnie przysyłał mi scenariusze. Ja nie byłam scenarzystką i nie potrafiłam tego robić. Ale przez te wszystkie lata wykorzystałam daną mi szansę i nauczyłam się tego. Pracowałam nad sobą, a jednocześnie widziałam, jak zostajesz w tyle za mną i wycofujesz się z życia. To mnie odsuwało od ciebie. A ty nie naciskałeś. Nigdy nie naciskałeś. Mój umysł był ci za to wdzięczny, ale ciało... ach, czy ja ci to muszę tłumaczyć?

–Nie musisz; wszystko rozumiem.

–Punktem zwrotnym okazał się angaż w innym teatrze; także na zasadzie pisania scenariuszy do przedstawień na podstawie opowiadań i powieści. Tym razem już to umiałam. Ty wtedy już zamknąłeś się przede mną w swoim hotelu i wojowałeś z pokojówką, o której nic tak naprawdę nie wiedziałeś. Ale nie byłam na ciebie za to zła. Byłam ci nawet wdzięczna, że znalazłeś inne rozwiązanie niż dalsze przechodzenie przez mękę ze mną. Poza tym, mierziło mnie twoje zamiłowanie do bałaganu i brudu w życiu i w głowie.

„Nowa praca, nowe mieszkanie... nowe życie” – pomyślałam i postanowiłam cię już wtedy zostawić. Widziałam, że robisz wszystko, żeby między nami było znowu dobrze, jak kiedyś, ale to było oszustwo. Między nami nigdy nic nie było dobrze, bo nasze wspólne życie było jednym wielkim oszustwem. Chociaż, jak się teraz nad tym zastanowić... ale nie pora teraz na to.

Teraz wyjaśnię, jak się spotkałam z Davidem. Mam nadzieję, Angeliko, że teraz już rozumiesz, że nigdy z nim nie spałam. Nie mogłabym tego zrobić i on również nie chciał cię nigdy z nikim zdradzić i gwarantuję, że do tej pory tego nie zrobił.

–Mogę cię jeszcze przytulić? – spytała go płaczliwie Angelika.

–Co to za pytanie? Chodź tu. – David otworzył ramiona, a Angelika usiadła obok niego i objęli się ze łzami – Mam nadzieję, że mi wybaczysz to co ci zrobiłem; tobie i rodzicom. Przekaż im, że mam się dobrze, że jestem cały i zdrowy.

–Wybacz mi, to co zrobiłam. Byłam taka...

–Nieszczęśliwa, wiem. Rozumiem wszystko i nie mam ci za złe. Płakałaś wtedy tak głośno jak małe dziecko. Zawsze tak płaczesz, kiedy jesteś naprawdę nieszczęśliwa. Słyszałem cię. Modliłem się, żebyś przestała, bo mnie też serce bolało. I nagle przestałaś. Jestem nawet wdzięczny Marcie i Chrisowi, że nie pozwolili ci dłużej płakać.

–Kocham cię David. – powiedziała i pocałowali się

–Ja też cię kocham. Zawsze cię kochałem i będę kochał, niezależnie od tego, co zrobisz, pamiętaj o tym. Ale pozwólmy Barbarze dalej mówić.

–Kiedy go zauważyłam w hotelu, był tak samo zagubiony i samotny, jak ja kiedyś. – kontynuowała Barbara, a Angelika siedziała teraz ciasno przytulona do Davida. – Nie pamiętał, gdzie iść, jakim kierunku; raz pomylił pokoje i wynikła z tego mała sprzeczka, którą ja akurat usłyszałam i z której go wyciągnęłam. Zaczęliśmy rozmawiać i tak się jakoś zgadaliśmy. Zaprosił mnie do swojego pokoju...

–To stąd te szpilki i płaszcz. – przerwała Angelika.

–Nie, nie stąd. Kiedy meldowałem się pierwszy raz do hotelu, żeby uczestniczyć w swojej pierwszej konferencji, podałem nasz domowy adres z dowodu. – wyjaśnił David – Potem Barbara przychodziła do mnie do pokoju już od dłuższego czasu, ale kiedy zaczęły się kłopoty, musiałem wiać natychmiast przez okno z hotelu, żeby mnie nie złapali. Barbara uciekła wtedy przez okno razem ze mną i nie mogła wziąć płaszcza ani szpilek, bo to byłby tylko niepotrzebny balast. Potem pokojówka znalazła to w pokoju i oddała do recepcji, gdzie, zarejestrowany byłem jako Martin Mint i wysłała to na adres, pod którym byłem zarejestrowany.

–Gdyby nie te rzeczy, nigdy nie natrafiłabym na ten hotel. Ale dlaczego zmieniłeś nazwisko?

–Martin Mint to mój pseudonim pod którym pisałem wiersze. Nigdy tego nie zauważyłaś? Pod takim pseudonimem postanowiłem się również wprowadzić do hotelu. Shattle to również twoje nazwisko, a ja nie chciałem narażać cię na szwank. Gdyby w hotelu znali moje prawdziwe nazwisko, miałabyś kłopoty.

–Tak, to prawda. – potwierdziła Barbara – W hotelu zresztą nigdy nie rozmawialiśmy o niczym konkretnym, wiedząc o podsłuchu w ścianach. Zawsze ważne sprawy omawialiśmy w lesie.

Kiedy poszliśmy na spacer pierwszy raz, David pękł przede mną. Powiedział mi, że jest tu nowy, że nie rozumie, co tu się dzieje, że został wciągnięty do współpracy z partią siłą i przez przypadek; mówił, że nic nie wie i nie chce wiedzieć, że chce się tylko wydostać z partii i wrócić do ciebie. I chciał, żebym mu w tym pomogła, jeśli mogłabym to zrobić. Chciał obmyślić jakiś plan ucieczki razem ze mną. Nawet pokazywał mi swoje obliczenia.

Słuchałam go, jakbym słuchała siebie przed laty, zamkniętą w tym pokoju na klucz i krzyczącą o pomoc z zewnątrz, która jednak nigdy nie nadeszła. Dlatego zlitowałam się nad nim i powiedziałam mu, że nie mogę mu pomóc uciec z Partii, bo jak już się w to raz wciągnął, to się nie wygrzebie. Ale mogłam go nauczyć, jak ma w niej przetrwać.

Polubiliśmy z Davidem spacery po lesie. Żeby nikt nas nie skojarzył, zaproponowałam, żebyśmy wychodzili osobno – jedno za drugim, w odstępie kilku minut. Czekałam na niego za zakrętem, a potem on dołączał do mnie i szliśmy dalej. Mówiliśmy sobie wtedy wszystko. Powiedziałam mu o sobie, a on opowiedział mi o sobie.

Jeśli już widzieliście jego wiersze, pewnie zauważyliście, że są napisane zupełnie bez sensu. Bo i tak to miało wyglądać. To nie są wiersze. To wiadomości. – Chris kiwnął głową bez przerywania – Aha, zdążyłeś to odkryć.

–Liczą się tylko pierwsze strofy, bo w nich są ukryte najważniejsze słowa i informacje dla określonych ludzi. Reszta ma stwarzać pozorny nonsens. Im głupszy wiersz, tym lepiej, bo tym mniej ludzi zwróci na to uwagę.

–Bardzo dobrze Chris, byłbyś świetnym szyfrantem. – pochwalił go David.

–David opowiedział, że był taki szczęśliwy, kiedy dostał pierwszą w życiu pracę w kąciku poezji. – kontynuowała Barbara – Na początku myślał, że takie zadanie pisania krótkich, bezsensownych wiersz, to tylko rozgrzewka, żeby mógł im pokazać, co potrafi naprawdę.

–Myślałem, że będę pisał prawdziwą poezję, tak jak zawsze chciałem. Ale oni kazali mi robić coś zupełnie innego. Kazali mi na tym poprzestać i nie byli zainteresowani moją prawdziwą poezją.

–David pracował więc dalej, jako szyfrant wiadomości. Przez pewien czas przynajmniej. Ale kiedy przypadkiem natrafił na prawdziwą, w pełni rozwiniętą treść wiadomości, na temat której dotychczas napisał jeden z wierszy, wiedział już, że od samego początku popełnia niewybaczalne przestępstwa, przekazując im wiadomości o przestępstwach w swoich głupich wierszach. Powiedział mi o tym i żal mi się go zrobiło, więc poradziłam mu żeby cię oszczędził i trzymał cię z dala od żelaznych szpon partii.

–Posłuchałem jej i postanowiłem wtedy, z bólem serca, że nie będę cię w to wciągał, Angeliko. Ani ciebie, ani nikogo innego i postanowiłem cię zostawić, o niczym ci nie mówiąc. Bałem się, że jeśli ci o czymkolwiek powiem, będziesz w ciężkich tarapatach, bo będą chcieli coś od ciebie wydębić na mój temat. – wyjaśnił David

–I dzięki Bogu, że tak zrobił, bo partia już była na jego tropie i już od następnego dnia zamierzano go zlikwidować. – mówiła Barbara – To wtedy byłam zmuszona zostawić swoje rzeczy w pokoju. Wymazano wszystko z akt i wszyscy pracownicy gazety, którzy są nikim innym, jak członkami partii, mówili ci, że David nie istnieje. Tak samo było z jego przyjaciółmi, którym opowiedziano jakąś bajeczkę o eksperymencie psychologicznym, tak samo jak mi.

–A Bruscher? – spytał Daniel

–Z Karlem Bruscherem to była znowu inna historia. On wstąpił do partii jeszcze jako młody człowiek, zapatrzony w jej szlachetne idee, ale dopiero potem się przekonał, jak bardzo są fałszywe. Ale wtedy nie było już odwrotu, bo grozili, że kiedy jego niepełnosprawna żona zostanie przypadkiem sama, spadnie z wózka i stoczy się po schodach na dół. Nie mógł zgłosić tego na policję, bo byłyby to tylko niepotwierdzone niczym plotki, a partia przecież nie przyzna się do takich pogróżek. Bał się o jej życie. Musiał robić, co mu kazali. To on był głównym specem od znajdywania pomocy.

Znałam się z nim od początku swojego pobytu w partii. Jest odpowiedzialny za szukanie rozwiązań problemów różnych ludzi. Między innymi; między bardzo wieloma innymi, to on znalazł dla mnie opiekunkę i wymyślił blef z eksperymentem psychologicznym; za co później mnie zresztą przeprosił. Nie miał innego wyjścia, jak zrealizować to, co wymyślił. On wymyślił plan pomocy ojcu Chrisa w wydostaniu się ze slumsów. On znalazł Davida, który, jak orzekł, będzie świetnym człowiekiem do spełniania do swojego zadania – zadowolony z pensji i z tego, że ma dobrze płatną, łatwą pracę, nie pytając o nic. – spojrzała na niepewną minę męża – Zaczynasz się bać Chris? – kiwnął głową – Wiesz dobrze i to już od dawna, że właśnie taką pracę dostałeś i że nie wróży to nic dobrego. To dobrze, że jesteś tego świadom, ale dojdę i do tego.

David zniknął z życia i społeczeństwa i zaczął się ukrywać w lesie. Tam zrobił sobie ziemiankę, tam mieszkał i polował, żeby przeżyć. Ja spotykałam się z nim, przynosiłam mu jedzenie i rozmawiałam z nim. Kiedy przybiegłeś do mnie wtedy do lasu, Chris, byliśmy przez ciebie totalnie zaskoczeni. David schował się w gałęziach, żebyś go nie zauważył. Nie chciałam się tak naprawdę z tobą rozstawać jeszcze wtedy, ale musiałam to powiedzieć, żebyś sobie szybko poszedł i niczego nie zauważył. Ale nasze losy potoczyły się tak, a nie inaczej.

W każdym razie, po jakimś czasie spotykania się z Davidem, jego stały opór, żeby z tym wszystkim skończyć, zainspirował mnie i zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście, nie ma żadnego wyjścia, żeby się z partii wydostać. I postanowiłam mu pomóc.

Z pomocą Brushera. Poszłam do niego, z duszą na ramieniu; zaryzykowałam i powiedziałam mu o wszystkim. Zgodził się z chęcią nam pomóc, bo sam miał dość kłamstw i własnych przestępstw. I tak, nasza trójka spotykała się od tego czasu w lesie u Davida w ziemiance i kombinowaliśmy, co tu zrobić.

Przez ostatni rok Karl zbierał dla nas wszelkie możliwe dowody na przestępczą działalność partii. Partia niedawno odkryła naszą działalność i jak już mówiłam, zniszczyła wszystko, co zdążył zanotować i pozbierać Karl. Musieliśmy się ewakuować z kraju, żeby nas nie zabili.

–Jak zdołaliście tego dokonać? Przecież granice są obłożone. – spytał Chris.

–Karl ma swoich zaufanych ludzi, na których może polegać w stu procentach. Głównie dlatego, że im grozi wydaniem informacji na temat przestępstw przez nich popełnianych. To oni nam załatwili transport w pojemnikach na śmieci. Do śmieci nikt nie chce zaglądać, bo śmierdzą i się kleją. My też się kleiliśmy i śmierdzieliśmy, kiedy wyszliśmy z nich, ale dzięki temu przekroczyliśmy granicę bez problemu i od tej pory zniknęliśmy z powierzchni ziemi, tak jak David i jak setki innych ludzi. Różnica między nami a tymi ludźmi polega na tym, że my jeszcze żyjemy i ukrywamy się, żeby nas nie dostali, bo jak to nastąpi, to nie przeżyjemy kolejnego dnia.

Praca nad pomysłami i nad naszym planem zabierała Karlowi podwójnie dużo czasu. Tak jak David, Karl zostawił swoją żonę i tuż przed zniknięciem poprosił o opiekę nad nią jej brata, ale nie powiedział, dlaczego ma się nią od tej pory opiekować. Wpadł w depresję i zaniedbał swoje życie totalnie. Martha zresztą już zdążyła to wszystko zauważyć.

–Wiecie to z podsłuchu, tak? – spytał Daniel

–Tak. Słyszeliśmy wtedy każde wasze słowo w hotelu. Z twojego pokoju też, Chris. – Barbara patrzyła, jak Chris i Angelika ze wstydem wpatrują się w podłogę.

–Przepraszam cię. – powiedział cicho Chris – Przepraszam za wszystko. Nie wiedziałem...

–Nie mówię, tego, żeby się nad tobą pastwić. Wyobrażam sobie, co przeżywałeś, kiedy dowiedziałeś się, że wychodziłam razem z nim do lasu i to już od dawna nic ci nie mówiąc. Zdaję sobie sprawę z tego, że to wyglądało, jakbym cię razem z nim zdradzała i miała cię gdzieś. Dlatego między innymi, musiałam się z tobą spotkać i wyjaśnić ci, co się naprawdę stało. A więc, zanim nazwiesz mnie jeszcze raz szmatą, wysłuchaj najpierw co mam do powiedzenia.

–Nigdy nic nie mówiłaś. Tyle razy pytałem, co się dzieje, ale ty milczałaś. Myślałem, że mi nie ufasz, albo, że kłamiesz specjalnie, żeby mnie od czegoś odciągnąć.

–I tu popełniłam błąd. Za mało rozmawialiśmy.

–Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy.

–Trzeba było naciskać.

–Nie chciałem. Mówiłem, ci że zaakceptowałem cię taką, jaką byłaś.

–Może i to wpłynęło na nasze rozstanie.

–Może... może da się to jeszcze odkręcić.

Barbara popatrzyła na niego z uśmiechem.

–Nie, Chris, jesteśmy zupełnie innymi ludźmi. Na pocieszenie muszę ci jeszcze powiedzieć o tym, jak nas zaskoczyliście waszą obrotnością w sprawach waszego małego, prywatnego śledztwa. Martha odkryła pierwsza, jak się zachowuje Karl i dlaczego. Bardzo ją za to pochwalił. Powiedział, że zatrudniłby ją jako kogoś, kto rozszyfrowuje wroga po tym, jak się zachowuje i jak wygląda. Bardzo pomogłoby to nam w rozszyfrowaniu agentów partii. Odkrycie podsłuchu, to też przecież sprawka Marthy.

Wykorzystaliśmy Judith, żeby przekazać wam, że wiem o wszystkim, co ma miejsce w hotelu. Każdą informację uzyskaliśmy przez podłączenie się do podsłuchu, jaki partia ma w każdym pokoju. Chcieliśmy, żebyście wiedzieli, że ktoś tam wie o was wszystko i żebyście mieli się od tej pory na baczności

Ale nigdy nie przypuszczaliśmy, że Chris może samodzielnie odkryć jej skłonności, a Daniel, przez swoją bardzo nietuzinkową propozycję, dodać jej takiego wigoru do pracy. Brawo, Judith. Rozszyfrowałaś samodzielnie, kto do ciebie dzwonił, pomimo iż nie miałaś żadnych danych poza paroma zdaniami nagranymi na taśmę z pomocą falsyfikatora.

Na sam koniec, mam dla ciebie najgorszą wiadomość Chris. Mówiłam, że twój ojciec załatwił nam pracę w teatrze. Pracowałeś jako scenograf. Byłeś w tym bardzo dobry i chwalili cię za to, mimo iż tego nie słyszałeś na co dzień. I lubiłeś tę pracę.

Ale twoja praca w teatrze, to nie była zwykła praca. Jako syn jednego z ludzi zarządu partii, jesteś w to wplątany od kiedy twój ojciec wstąpił do partii po twoim odejściu z domu. A więc nasze przedstawienia nie były zwykłymi sztukami, ale o tym dowiedziałam się również od Karla i to całkiem niedawno. To były również jego pomysły; sam przyznał mi się do tego.

Nasze przedstawienia były tak skonstruowane, żeby w zakamuflowany sposób przedstawić konkretną sytuację na ziemiach wschodnich, przyczyny jej powstania i proponowane rozwiązania. Przedstawienie sytuacji kryło się właśnie w ustawieniu tła i rekwizytów na scenie. Pamiętasz, jak denerwowało cię, że na każdym przedstawieniu ktoś wstaje i robi zdjęcia sceny? Cóż, mnie wtedy też to denerwowało, ale jak zwykle, nic ci nie mówiłam.

Myślałam wtedy, że ktoś chce popełnić plagiat i skopiować twoją pracę. Ale to nie było to. Od Karla dowiedziałam się, że kolor ścian lub tła oznaczał stan ogólny. Jasne tło, to sytuacja korzystna dla partii. Ciemne tło, to kłopoty. Rekwizyty miałeś różne do wyboru, ale zawsze było kilka, na które nakładano szczególny nacisk: półki, wypchany orzeł, książki na półkach, flagi i portrety.

A więc flagi, w zależności od scenariusza, reprezentowały poszczególne kraje, w których toczyły się akcje zbrojne. Wypchany orzeł to symbol naszego kraju. I tak, kiedy orzeł był nad flagą, nasz kraj zwyciężył, a kraj reprezentowany przez flagę, dokonał zakupu broni. Jeśli odwrotnie, partia poniosła porażkę i broni nie zakupiono.

Portrety, w zależności od tego, kogo przedstawiały, to były poszczególne kraje wspierające inicjatywę partii. Stalin, to Rosja; Hitler to Niemcy; Mao – Chiny; Kim Ir Sen – Korea; Napoleon to Francja, Jerzy Waszyngton to Ameryka Północna, a Che Guevara to Ameryka Południowa i Kuba; a generał Franco, to Hiszpania.

I teraz najgorsza wiadomość: jeżeli flaga była umieszczona nad orłem, zawsze wtedy na półce były książki, a na nich nazwiska, prawda? – Chris potwierdził – Te nazwiska... to byli ludzie do odstrzału. – Chris otworzył usta ze zdziwienia.

–I ja przekazywałem im to do wiadomości?

–Niestety, ale tak.

–Dlatego robili zdjęcia; żeby potem powiększyć książki i przeczytać, kogo mają zlikwidować. – Chris dopiero teraz zrozumiał, co dotychczas robił przez kilka lat i to w pełnej świadomości własnego ojca.

–Nie obwiniaj się; nie wiedziałeś o tym. Ja też nie wiedziałam. Zresztą, te ustawienia dekoracji przychodziły razem ze scenariuszami, które regularnie otrzymywałam. Tylko mówiłam ci, że sobie wymyśliłam scenariusz. Ja miałam za zadanie przypilnować, żeby każde zdanie zostało prawidłowo wypowiedziane i usłyszane, bo to było nie przedstawienie, ale zdanie raportu przez kontrahenta z przebiegu zakupu broni. Tam były przedstawione wszystkie przyczyny powodzenia bądź niepowodzenia.

–Ale to ja wysyłałem tych ludzi na śmierć. – szepnął ze ściśniętym gardłem.

–To nie wszystko, Chris. Kiedy skończyłeś pracę w teatrze i uznano go za nierentowny, dostałeś pracę w hotelu u Daniela. Ale i tu partia cię dopadła. Daniel chciał dla ciebie dobrze, ale i on o niczym nie wiedział.

–O czym ty mówisz? – spytał zaniepokojony Daniel

–To, jak się wyraziłeś, głupie przestawianie krzesełek, też ma swoje znaczenie.

–Cholera, tak podejrzewałem. – zaniepokoił się Chris

–Wizytówki, to ludzie, a pozycje krzeseł rozkładają się na następujące pozycje: krzesła skierowane przodem do okien, czyli do stolików, przy których siedzi zarząd partii, to zadowolenie z działalności. Krzesełka skierowane tyłem do partii, ostrzeżenie. Jeśli twoja działalność się nie poprawi, wkrótce może cię spotkać coś złego. Brak krzesła oznacza wyrok śmierci.

Kiedy poprzestawiałeś krzesła po raz pierwszy, zniszczyłeś tak naprawdę plan ratowania tych ludzi przez Gregory'ego. To jeden z naszych ludzi. To on poustawiał wszystko tak, żeby nikt nie zauważył różnicy. Ty zauważyłeś błędy, a Stan kazał to wszystko poustawiać tak, miało być wcześniej. Dlatego zgłosił cię do partii jako swojego asystenta, a ojciec wyraził na to zgodę, nawet, jeśli wiedział, że w pobliżu kręci się Daniel.

–Dlaczego nie powiedział mi o tym od razu?

–A uwierzyłbyś w to? Czy uznał go za wariata?

Chris z trwogą przypomniał sobie sytuację w holu i ostre krzyki Gregory'ego na Stana, oraz to, ile osób podczas ostatniej konferencji nie miało krzeseł i z jakim strachem patrzyli na swoje miejsce. I człowieka, który z pochyloną głową zjadał być może swój ostatni posiłek, odwrócony twarzą w stronę drzwi.

Znów pochylił głowę i schował ją w dłoniach. „A jednak decydowałem o czyimś życiu i śmierci.” – pomyślał – „I nie tylko jestem w partii, ale byłem w niej od początku.” – następny poziom szoku został przekroczony. Spokojnie odchylił się do przodu, oparł głowę na zagłówku i założył ręce za głowę. Wpatrzył się w sufit.

–A więc już teraz przynajmniej wiem, że moje życie nie mogło wyglądać inaczej. Żałuję tylko, że w ogóle zachciało mi się awansu społecznego. Gdybym się temu sprzeciwił, wygrałbym te wojnę z ojcem, jak Daniel. Może byłbym zakałą społeczną, ale przynajmniej nie miałbym na sumieniu żyć tylu nieszczęsnych ludzi.

–Widzisz? Mówiłam ci, że każdy z nas został do tego zmuszony podstępem. I jeszcze wielu innych ludzi zostało zmuszonych do współpracy z partią w ten sam sposób, nie tylko ty.

–Dlatego też chcieliśmy się zwrócić do was o pomoc. Chcemy, żebyście pomogli nam pozbyć się tego piętna, które dźwigamy. – powiedział David.

Chris spojrzał na niego i na Barbarę. Nie czuł już do nich żalu ani chęci zemsty – to minęło. Odkąd dowiedział się prawdy i tego, jak bardzo się z Angeliką pomylili, patrzył na wszystko inaczej. Postanowił włączyć do swoich obserwacji więcej rozumu niż emocji.

Próbował sobie wytłumaczyć w ten sposób to, co zrobił w hotelu: nie wiedział, co tak naprawdę robił. Ale to nic nie dało: czuł się odpowiedzialny za los tych ludzi. I za los starszego człowieka również. To dlatego chciał, żeby Chris mu przebaczył. Za dużo krzywdy się stało. Musiał to powstrzymać. Był im to winien.

–Co chcecie zrobić. Macie jakiś plan?

–Czy to znaczy, że zgadzasz się nam pomóc?

–Jestem to winien tym wszystkim ludziom, którzy przeze mnie zginęli. – opuścił ręce luźno na kolana.

–To nie twoja wina. Mówiłam ci.

–Moja, bo realizowałem ich plany. Będę to miał na sumieniu do końca życia.

–Cieszę się, że tak myślisz. Każdy z nas ma kogoś na sumieniu.

–Dołączam się do was. – powiedziała Angelika.

–Razem ich pokonamy. – dodała milcząca dotąd Judith.

–Ale jak? – spytał Chris.

–Pogadamy jutro. Teraz idźcie odpocząć. – Barbara i David wstali. Reszta również.

–Chcę iść z tobą. – Angelika uczepiła się rękawa męża.

–Wiem, kwiatuszku – David pogłaskał ją po twarzy – ale nie możesz. Ukrywamy się. Jutro się spotkamy.

–Przepraszam cię David, nie miałam o niczym pojęcia.

–Ja też przepraszam. – powiedział Chris – To... to było głupie z naszej strony.

David popatrzył na Chrisa i Angelikę.

–Hej, nie jestem na was zły. To ja zawaliłem sprawę.

–Wszyscy zawaliliśmy. – poprawił Chris. – Za dużo emocji w tym wszystkim. Musimy chłodniej na to spojrzeć.

–Pogadamy jutro. – powiedziała Barbara – A teraz odpocznijcie. Pożyjcie jeszcze trochę, póki macie okazję. My już pójdziemy.

15. Książęce życie

Wszyscy odprowadzili ich do drzwi. Pożegnali się z nimi w zupełnie innym nastroju niż ich przywitali. Wszyscy, oprócz Barbary, objęli się, ale nikt już nie miał o to do niej pretensji. Kiedy Barbara i David wyszli, zostało jeszcze dużo dnia przed nimi na zwiedzanie. Po tym, co powiedziała Barbara, nikt nie miał zbytnio nastroju na uciechy, postanowiono wszakże spełnić obietnicę daną Weronice i wyjść z nią na świeże powietrze. Przedtem Daniel zaprosił wszystkich na obiad.

Współpraca układała się nieźle. Martha z Philipem przygotowali obiad i nakryli stół świeżym obrusem, Chris i Daniel nakryli do stołu, a Philip do spółki z Weroniką podawali potrawy i przystawki. Judith i Angelika pomagały im i podziwiały wspaniały duet ojca i córki i nie mogły się ich nachwalić.

Weronika, widząc, że nie ma się czego bać, przestała być grzecznym dziewczątkiem i zaczęła rozrabiać. Chris, widząc to, zadecydował, że trzeba jakoś przebić się przez ten smutny nastrój i pierwszy zaproponował obiecaną bitwę na śnieżki. Weronika, kiedy to usłyszała, nie czekając na pozostałych, pobiegła do przedpokoju, żeby zacząć zakładać buty i kombinezon. Reszta powlokła się za nią ociężale, ale z uśmiechem.

Pod domem wszyscy podzielili się na dwie drużyny: kobiet i mężczyzn, usypano dwa duże szańce i zaczęła się bezlitosna bitwa. Wszyscy okładali się śnieżkami i śmiali się, a nagrodą miała być kolacja na mieście, postawiona przez przegranych. Po godzinie nieustającej zabawy wszyscy mieli dość, ale wykończone kobiety poddały się pierwsze.

Mimo to, wszyscy udali się do centrum miasteczka i weszli do ulubionej knajpki Philipa i Marthy. Kiedy wszyscy usiedli w ciepłym, przytulnym wnętrzu i zamówili swoje potrawy, a panie poszły odświeżyć makijaż, Daniel dyskretnie szepnął coś do ucha Philipa, a on kiwnął z uśmiechem głową na znak, że się zgadza.

–Co tam knujecie? – spytał obserwujący ich Chris

–To nasza sprawa. – z uśmiechem odparł Daniel

–A ja myślałem, że nie mamy przed sobą tajemnic.

–To żadna tajemnica. Spytałem, czy podobają mu się nasi goście.

–No i?

–Sam chyba widziałeś, że tak.

–Dobra, niech będzie, że ci wierzę.

–Czemu miałbyś nie wierzyć?

–Nie wierzyć w co? – spytała Martha, która akurat nadeszła z Weroniką i usiadła obok Chrisa.

–W to, że nasi goście są u nas bardzo mile widziani. – odparł Philip.

–A! W to nie wątpię. – opowiedziała z Uśmiechem Martha – Im nas więcej, tym weselej. Nie, Chris?

–Jasne. – odparł nie całkiem przekonywająco, ale postanowił nie niszczyć z takim trudem zdobytego dobrego nastroju.

Spojrzał teraz na Daniela i Philipa siedzących obok siebie i doszedł do wniosku, że Daniel nie miał racji, kiedy opowiadał, że wszystko, co zdobył przez swoje wychowanie, to upokorzenie i niedowartościowanie. Ćwiczenia, dyscyplina, zdrowa żywność i zasady wpajane mu przez całe życie, sprawiły, że lśnił i górował nad nim niczym solidna, jednolita marmurowa skała nad kawałkiem kruchego wapienia.

W pewnej chwili Philip zauważył, że Chris obserwuje ich obu i zahaczył swoje spojrzenie o jego. Chrisowi natychmiast zrobiło się gorąco, a po skórze przebiegł przyjemny dreszcz, ale wytrzymał to. Jeszcze raz usłyszał w głowie słowa: „Piękno przemija, mój drogi chłopcze. Korzystaj z niego i oglądaj je, póki trwa.”

Chris mógł tylko marzyć, by taki ideał jak Philip znalazł się w jego ramionach. Właściwie obaj zdawali się być idealnym obrazem piękna: zarówno Daniel jak i Philip byli wysocy, opaleni, wysportowani, o pięknych, męskich rysach. Jeden miał w rodzinie rycerzy i żołnierzy i posiadał wielką fortunę, a drugi był bratankiem samego księcia. „Prawdziwi arystokraci” – pomyślał.

Tak bardzo im zazdrościł w tej chwili. On był niską, kościstą, bladą dziwką, z niskim poczuciem wartości, zerowym dorobkiem życiowym i jeszcze po drodze dał się wciągnąć w nie wiadomo ile wyroków śmierci. Czuł się mizerny i głupi naprzeciwko nich. Spuścił wzrok na stolik. Postanowił wyjść przed bar i ochłonąć, bo nie mógł tego znieść – przepełniało go poczucie niskości i żądza jednocześnie.

–Wychodzę na chwilę. – powiedział wstając.

–Co się stało? – spytała zaniepokojona Martha.

–Spokojnie, zaraz będę z powrotem. – powiedział idąc do wyjścia i po chwili był na zewnątrz.

Szedł wolno zaśnieżoną ulicą, paląc papierosa. Szedł samotnie. Wokoło zrobiło się już pusto i ciemno i zabłysły pierwsze latarnie, wyglądające na tle grafitowego od ciemnych chmur nieba, jak wielkie świetliste perły. Perły te jednak nie dawały takiego światła, jak wielkie latarnie miejskie i poza paroma jaśniejszymi punktami, większość chodnika tonęła w mrokach. Po drodze minął też parę biało malowanych, jednopiętrowych domków. Wszystkie lśniły jasnożółtym światłem zza szyb przykrytych firankami od wewnątrz i obramowaniem ze śniegu od zewnątrz.

Przystanął przy jednym z takich okienek, oparł się o płot ramionami, złożył je, oparł na nich głowę i zapatrzył się przez prześwitującą firankę do środka głównego salonu w jednym z domów. Rodzina w nim akurat jadła kolację. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, opowiadali sobie pewnie wiele różnych historii, jedli, komentowali.

To właśnie było to, co Chris chciał w życiu osiągnąć. Nie musiał mieć pięknego pałacu ani Bóg wie jak dobrej pracy. Chciał się wydostać z tego kołowrotka żądzy, który teraz go trzymał w swoich sidłach i mieć normalne życie, normalną rodzinę; kochających ludzi wokół siebie, na których zawsze mógłby polegać. Oderwał się od słupka i szedł dalej. Wiedział, że Daniel i Martha to wszystko mu dają, ale oni tworzyli już swoją własną rodzinę. I był zaszczycony, wiedząc, że sam się do tego przyczynił.

Jednocześnie to, co powiedziała mu Barbara, było dla niego jak walnięcie obuchem w głowę. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Miała rację, że partia ją skrzywdziła. Skrzywdziła ją i Davida. A i Angelikę i jego również, bo gdyby nie partia, to naprawdę byliby dziś zupełnie innymi ludźmi. Ale i nie poznałby Daniela. Chciałby zrobić coś; cokolwiek, co uchroniłoby innych ludzi przed takim samym losem. Może nawet mógłby się poświęcić i naprawdę ją zniszczyć.

Co się tyczyło samej Barbary, to współczuł jej bardzo. Nie zasłużyła na taki los. „A może... – myślał – cholera, może udałoby się nam... jakoś porozumieć.” Nagle poczuł, że wcale nie chce jej zostawiać. Nie po tym, czego się dowiedział. To, że nie wiedziała, jak smakuje prawdziwa miłość, a jej psychika została skrzywiona w tym miejscu, stanowiło dla niego wyzwanie. Chciałby zadośćuczynić jej te nieudane lata i „naprawić” ją najlepiej jak umiał, ale na pewno nie za pomocą krzywdy i wymuszania. W tej chwili poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i zobaczył Philipa.

–Co ty tu robisz? – zapytał go Chris

–A co ty robisz? Czemu się tak nagle zerwałeś?

–Musiałem się przewietrzyć.

Poszli obaj dalej.

–Nie dość ci było zabawy z Weroniką?

–Nie, zabawa była całkiem fajna; tylko że...

–Tylko, że co?

Chris zabrnął w niewytłumaczalne zachowanie i nie wiedział jak się wyplątać, aż postanowił, jak zwykle, być szczery

–Nie czuję się tu całkiem jak u siebie.

–Co masz na myśli?

–Nie zrozum mnie źle. Są tu wszyscy, na których mi zależy, ale... cały czas mam wrażenie, że wy jesteście z innej gliny.

Philip zatrzymał się i odwrócił go do siebie.

–I myślisz, że skoro już urodziliśmy się w rodzinach arystokratycznych, to mamy o wiele lepsze życie niż ty?

–Nie, wcale tak nie myślę, zwłaszcza po tym, co Daniel opowiedział mi o sobie; ale wciąż jest między nami jakaś różnica.

–Jak różnica? – Philip nie dawał za wygraną. Chris w końcu poczuł się przyparty do muru.

–Jesteście pięknymi ludźmi.

–Pięknymi ludźmi?

–Ty, Martha, Daniel; jesteście doskonali. Zostaliście dobrze wychowani, wypielęgnowani, jesteście dobrze odżywieni, wypieszczeni. Czuję się przy was jak kawałek małego kamyka przy trzech, solidnych, marmurowych monolitach.

–Hm, i wydaje ci się, że ta nasza marmurowa powłoka to wszystko?

–Nie chodzi mi o powłokę. – Chris znowu ruszył – Chodzi mi o to, jak zostaliście ukształtowani wewnętrznie i co ja sobą reprezentuję. Nawet jeśli chcecie być zwykłymi ludźmi, to nie będziecie tacy nigdy.

–A co takiego nas różni od zwykłych ludzi? Oprócz marmurowej powłoki, oczywiście.

–Kiedy żyłem z Danielem na ulicy i nie wiedziałem, kim on jest, było mi z nim dobrze. Ale nawet wtedy od razu zauważyłem, że różni się od pozostałych sposobem, w jaki próbował poskładać to, co się z nim działo. Próbował ułożyć to w jakąś całość, w jakiś program dla siebie, spis reguł, zasad. Inni ludzie po prostu brali każdy dzień jak leciał; co się zdarzyło, to było i już nie wróci. A Daniel zawsze próbował się tego nauczyć, wykorzystać to i być lepszym w przyszłości. Zawsze dbał o innych, obchodziło go to, co myślą inni, co przeżywają i jak przeżywają każdy dzień; chciał dobrze dla każdego, jak powiedziała Barbara; chciał, żeby każdy przy nim czuł się szczęśliwy. To jest w nim i to siedzi w nim nadal, mimo iż on sam zdaje się tego nie dostrzegać. I to dostrzegam również w was; zawsze chcecie być lepsi niż jesteście.

–A ty? Czego ty chcesz?

–Chcę być szczęśliwy i chcę uszczęśliwiać ludzi dookoła mnie. Chcę być im potrzebny. Przedtem taki nie byłem. Właściwie Daniel nauczył mnie patrzeć na świat w ten sposób. Przedtem tego nie dostrzegałem.

–A czy ty sam jesteś szczęśliwy?

–Nie wiem. Cieszę się, że Daniel i Martha są szczęśliwi razem, że mam ich za przyjaciół; cieszę się, że Angelika pogodziła się z Davidem...

–Czy ty uważasz się za gorszego od nas?

Chris przystanął i milczał chwilę, zanim powiedział:

–Właściwie tak.

–Dlaczego?

–Już ci powiedziałem. Wy jesteście tacy idealni, tacy doskonali, każdy was chce. A ja czuję się niepotrzebny. Nie daję nic od siebie. Nie mam właściwie nic do dania. Czuję się pusty, złamany i niepotrzebny, jak puszka po Coli.

Stanęli w cieniu ściany wysokiego domu. Prawie się nie widzieli.

–Dlaczego siebie tak katujesz? Teraz jesteś niesprawiedliwy dla siebie. Czy ty nie widzisz, ile już dałeś ludziom? – mówił, stojąc tuż naprzeciw niego

–Bujasz teraz.

–Bujam? Danielowi dałeś siebie całego; dałeś mu swoją miłość, życie, wiedzę o ludziach, o których on nie miał pojęcia. To ty sprawiłeś, że mógł komukolwiek zaufać i odkryć w sobie te cechy, o których mówiłeś. Wcześniej był zamknięty i zraniony. Dzięki tobie dowiedział się nie tylko, jak przeżyć, ale i jak żyć wśród ludzi tak, by obie strony były zadowolone. Marcie dałeś odwagę, by przyjęła miłość, której pragnęła, a której tak długo się bała; sprawiłeś, że ona i jej rodzina wreszcie oczekuje upragnionego dziecka. Angelika dzięki tobie odnalazła męża i samą siebie. Byłeś przy niej, kiedy go potrzebowała i nie zniszczyłeś ich związku. Judith dzięki tobie nie jest już wyizolowana i agresywna i nie musi wstydzić się swoich upodobań. Nawet Barbara przyznała, że poczuła się bezpiecznie i normalnie przy tobie. A założę, się, że tak naprawdę dla niej to znaczy bardzo dużo. A ilu jeszcze ludziom sprawiłeś radość? Ilu ludzi dzięki tobie mogło poczuć, że żyje? Ilu ludzi dowiedziało się, jak naprawdę wygląda miłość? Ilu ludzi spotkało się z prawdziwym, nie wypielęgnowanym w sztucznych warunkach pięknem? – Chris poczerwieniał i patrzył na Philipa spode łba.

–Na... naprawdę tak myślisz?

Philip przycisnął Chrisa do ściany.

–Jesteś piękny. Urodziłeś się taki i taki pozostałeś, mimo iż nie kształtowałeś w sobie tego, tak jak kształtowano to w nas. Jesteś chodzącym pięknem, którego ludzie potrzebują; tyle, że sam tego nie widzisz. – zaległa między nimi cisza. „Jeśli on to teraz zrobi...” – myślał Chris, a wtedy Philip uwolnił go – Chodźmy z powrotem. Wszyscy na nas czekają.

Chris oderwał się od ściany trochę zawiedziony, a trochę wdzięczny. Teraz mógł zrozumieć chociaż skrawek tego, jak czuła się przy nim Barbara. „I ja nie zbliżyłem się do niej przez te wszystkie lata! Nawet jej nie pocałowałem, palant! Naprawdę jestem imbecylem! Gdybym tylko wiedział.” – myślał. Szedł jednak obok Philipa w milczeniu. Philip tylko od czasu do czasu zerkał na Chrisa z uśmiechem i po chwili obaj byli już w restauracji, gdzie panowała wesoła atmosfera, do której się włączyli.

Potrawy smakowały wyśmienicie, a wino smakowało wybornie. Tym razem Chris już nie przejmował się swoimi kompleksami. Dzięki Philipowi pozbył ich się całkowicie. Śmiał się i żartował ze wszystkimi. Weronika w końcu weszła Philipowi na kolana, objęła go za szyję i zasnęła. Wszyscy podziwiali to jak piękny obraz. „Najwyższy czas wracać.” – szepnął Philip. Całe towarzystwo podniosło się i ruszyli w stronę domku ciemnymi i pustymi ulicami.

W domu Philip zajął się Weroniką, a Daniel i Martha pokazali gościom ich pokoje, w których mogli przenocować. Angelika i Judith dostały wspólny pokój z jednym łóżkiem, a Chris dostał maleńki pokoik, ale za to cały dla siebie i z szerokim prysznicem w środku.

Jeszcze po położeniu Weroniki wszyscy zebrali się na chwilę w salonie, ale podróż, wykład Barbary, prawie godzinna bitwa na śnieżki, wyprawa do miasteczka, wypad do restauracji i powrót zrobiły swoje. Wszyscy szybko poczuli się senni i chcieli się tylko położyć się do łóżka, a Martha już wcześniej pożegnała się z towarzystwem.

Chris również pożegnał się i udał się do swojego małego pokoiku. Rzucił walizkę z całym swoim dobytkiem na łóżko, wyciągnął luźnie rzeczy do spania, rozebrał się i wszedł pod prysznic. Zamierzał wziąć długi i odprężający prysznic. „Trudno, jeśli nie mogę go mieć naprawdę, trzeba będzie wykorzystać wyobraźnię.” – pomyślał i odkręcił kurki.

Mył się już przez jakiś czas, kiedy spostrzegł, że ktoś otwiera drzwiczki prysznica. Popatrzył dokładnie i zmartwiał. To był Philip. Wszedł do niego, całkiem nagi i zamknął drzwiczki. Chris zlustrował go z góry na dół z ustami otwartymi z zaskoczenia: Był idealny. Nie był zbytnio umięśniony, ale jego ciało tworzyło wspaniałą, doskonale opaloną rzeźbę; ciemne, lekko falujące włosy do ramion, ciemne oczy i takie same brwi. Chrisowi zmiękły nogi, a organ między nimi szybko zesztywniał i wzrósł.

„Nie, nie prawda, powiedz, że cię tutaj nie ma, powiedz...” mówił Chris, ale Philip już złapał go za włosy i wsadził język do ust, po czym całował go wszędzie. Chris objął go, także całował, głaskał i jęczał, aż w końcu osunął się na ścianę i pozwolił mu robić z sobą, co tylko mu się żywnie podobało. Prysznic nadal szumiał, a jego skryte marzenie właśnie się spełniało. Chris nawet domyślił się, że to sprawka Daniela, bo Philip w pewnym momencie uklęknął przed nim i doprowadził go do orgazmu, a tym samym do pisku, którego nie mógł już dłużej powstrzymać, dokładnie tak samo jak Daniel; a tylko on wiedział jak to zrobić.

–Dlaczego to zrobiłeś? – spytał Chris po wszystkim, kiedy się wycierali.

–Bo tego chciałeś, czyż nie?

–Chciałem, ale jak się domyśliłeś?

–Szczerze? – uśmiechnął się – Widziałem to w twoich oczach. A Daniel powiedział, że na bank ci się spodobam, tak jak Marcie i jemu. – Chris uśmiechnął się również bo jego myśli brzmiały dokładnie tak samo – I nie waż się więcej o sobie myśleć tak negatywnie, jak mi dziś powiedziałeś.

–Philip, ja do niczego nie doszedłem. Nie mam nic oprócz was i tej walizki.

–No to jesteś o jedną rzecz dalej niż ja. Ty myślisz, że jestem taki wspaniały, bo jestem bratankiem jakiegoś tam księcia? No to w ogóle nie znasz o mnie prawdy. To bzdury.

–Bzdury? Dlaczego wy wszyscy macie tak bardzo w pogardzie wasze tytuły? – Obaj zaczęli się ubierać.

–Bo one dziś nic nie znaczą. W odległych czasach znaczyły, tak; ale nie dziś. Zobacz: Martha jest zwykłą pokojówką, Daniel jest inspektorem hotelowym, a ja niańką do dziecka. Ty jesteś synem przewodniczącego partii i jesteś zwykłym kelnerem; i dobrze; i tak mam być. Może i jesteśmy monolitami, tak jak mówisz, ale pamiętaj, że monolity są samotne i odizolowane od otoczenia. I tak samo my: musimy się starać o swoje życie sami; nikt nam nie pomoże. A w moim przypadku prawda jest taka, że gdyby nie Daniel, nie miałbym nawet gdzie mieszkać z Weroniką, bo wszyscy pozostali się ode mnie odwrócili dlatego, że wybrałem dwie... trzy osoby, za które oddałbym życie. Kocham zarówno Marthę jak i Daniela. Kocham go tak jak ty; za bardzo za wiele rzeczy.

–Nie sposób go nie kochać. Twoi rodzice znają prawdę o Weronice?

–Kiedy tylko moi rodzice dowiedzieli się, jaka jest o niej prawda, kazali mi z nimi zerwać wszelkie kontakty i nigdy już się nie spotykać. A kiedy się sprzeciwiłem, wyklęli i wydziedziczyli mnie. Zerwali moje zaręczyny z inną księżniczką, której nawet nie znam. Nie dostałem od nich ani centa, a dodatkowo pozbawili mnie pracy. A w moim przypadku bardzo ciężko jest znaleźć pracę, bo kiedy wszyscy usłyszą, kim jestem, to reagują tak samo jak ty: „On jest kimś lepszym, nie nadaje się do pracy ze zwykłymi szaraczkami.” – w tym momencie Chrisowi zrobiło się głupio.

–A kim jesteś?

–Starałem się o posadę programisty w firmie mojego wujka, ale po incydencie z Marthą wszystko przepadło. Potem bardzo długo próbowałem się gdzieś zaczepić, aż w końcu Daniel wykorzystał swoje znajomości i załatwił mi pracę na pół etatu w sklepie muzycznym. Doradzam ludziom jakie płyty kupić. Nie przynosi to jakichś konkretnych dochodów, ale przynajmniej mam zajęcie i pracę, którą lubię, a muzyka jest moją pasją.

–Wiem, Martha opowiadała mi waszą historię. – powiedział Chris i usiedli na łóżku

–To Daniel załatwił mi dom, – kontynuował Philip – w którym mieszkamy razem z Weroniką i Marthą, jak do mnie przyjedzie.

–A co z nianią?

–Była mną zainteresowana, dopóki nie zobaczyła, jak sytuacja naprawdę wygląda. Potem się wyprowadziła i od tej pory Daniel dzieli ze mną nie tylko dom i życie, ale i Marthę – umilkł na chwilę i wpatrzył się w podłogę – Rodzice Marthy mieli rację. Nie potrafię niczego porządnie zrobić.

–Ej, nie mów tak.

–To prawda. Mówisz, że masz tylko tę walizkę? A co masz w głowie, Chris? Masz cały swój świat, talent, którego ja nie mam. Mówisz, że jesteś tylko kamykiem? Ten kamyk może się pokruszyć, albo może też potoczyć się z wiatrem i innymi kamieniami i spowodować lawinę. A ja? Ja mam tylko to ciało i nic więcej. A kiedyś i ono zacznie się psuć. Ale póki co, podarowałem ci je, bo nie mam nic lepszego.

–Masz wspaniałą córkę, Philip.

–Tak, to prawda. Uwielbiam ją. Ona, Daniel i Martha są całym moim życiem. Na razie zastępuję jej mamę jak tylko mogę najlepiej.

–Czy ona zna o was prawdę?

–Mówiłem jej o tym. Próbowałem wytłumaczyć na podstawie bajki, ale nie jestem pewien, czy zrozumiała. W każdym razie, mówi, że kocha mamę i tatę i wujka Daniela też. I to jest najważniejsze. Mam nadzieję, że kiedyś zrozumie to wszystko i zaakceptuje, jak będzie starsza.

W tym momencie do pokoju zajrzała Martha w nocnej koszuli. Była zaspana.

–Cześć, nacieszyliście się sobą? – powiedziała, ziewając

–Co? – Chris był zaskoczony

– Słyszałam was.

–Ona o wszystkim wiedziała?

–Jasne. – odparł Philip

–A dlaczego miałabym nie wiedzieć? Chodź, – zwróciła się do Philipa – porywam cię teraz do siebie do łóżka. Weronika śpi dziś z nami.

–Na razie Chris, do jutra. – powiedział wstając i wychodząc.

–Do jutra. – odparł oniemiały Chris. Po chwili został sam.

Położył się do łóżka i wyłączył lampkę. Leżał z rękami pod głową i rozmyślał. Wszystko w nim wywróciło się totalnie do góry nogami. Najpierw Barbara: chciał ją zostawić i zemścić się na niej, a teraz chciał jej pomóc i sprawić, by czuła się szczęśliwa. Potem Partia: coś, o czym wcześniej nawet nie miał pojęcia, że istnieje, nie tylko przejęło potajemnie jego życie, ale okazało się, że tkwił w tym od samego początku i nawet o tym nie wiedział. Praca: to, co miało być niewinną zabawą, okazało się niebezpieczną, niczym ruska ruletka, grą. No i jego piękni i wspaniali okazali się bezsilni i upokorzeni wobec życia, jak on sam. Brakowało tylko tego, żeby on sam, zamiast szukania wolności, poddał się reżimowi władzy, która nad nim stała. „Boże, broń mnie od takiego rozwiązania.” – pomyślał jeszcze i zasnął błogim snem.

16. Porządki w życiu

Rano Chris obudził się wypoczęty, pełen życia i był w dobrym humorze. Szybko ubrał się i wyszedł z pokoju do salonu, ale okazało się, że oprócz Philipa i Weroniki wszyscy jeszcze spali. Za oknem poranne słońce ozłacało opadły nocą, iskrzący się pięknie śnieg i panowała cisza.

To mu przypomniało początek jego opowieści o Weronice i to, że postanowił, że sam będzie czysty i zimny jak śnieg. Ale po gorącym prysznicu z Philipem uświadomił sobie znowu, że te wszystkie miesiące postu od Daniela to była czysta iluzja. „Cóż, nie wyszło mi z tym śniegiem.” Był na siebie zły, że nie dotrzymał postanowienia, ale tylko częściowo, bo wciąż rozpływał się w środku, kiedy tylko na niego spojrzał.

–Dzień dobry – przywitał go z uśmiechem Philip – Co robisz tak wcześnie?

–Jestem wyspany i nie chciałem się dłużej wylegiwać.

–Chcesz kawy?

–Spokojnie, zrobię sobie kawę sam, a ty baw się dalej z małą.

Philip powiedział Chrisowi, gdzie znajdzie wszystkie składniki i wrócił do zabawy z córką. Kiedy Chris wspiął się na palce i wyciągnął ramię jak tylko mógł najdalej, bo starał się sięgnąć półki z puszką kawy, ktoś wszedł do kuchni, ziewając i szurając pantoflami po podłodze, po czym objął go z tyłu i pocałował w policzek. To był Daniel.

–Hej, przystojniaku, słyszałem, że dobrze ci było wczoraj. – spytał sięgając bez trudu po puszkę i podał ją Chrisowi. Chris odwrócił się do niego przodem, wciąż w jego ramionach

–To twoja sprawka. – powiedział, z uśmiechem celując w niego puszką

–Co w tym złego?

–Wiedziałem, że to ty.

–A ja wiedziałem, że padniesz, jak tylko go zobaczysz. I wiesz co? Nie dziwię ci się. – pocałował go ponownie

–Spełniłeś moje marzenie. Dziękuję ci. – powiedział cicho Chris.

–A wy spełnicie moje marzenie, jak mi zrobicie kawy. – mruknęła Martha, wchodząc do kuchni.

–Robi się szefowo. – powiedział Daniel, odrywając się od niej. Podszedł do ekspresu i zajął się parzeniem kawy. Chris w tym czasie usiadł razem z Marthą na stołkach barowych i obserwowali Philipa bawiącego się z Weroniką.

–To o tym mówiłaś wtedy. – zagadnął Chris.

–Co mówiłam i kiedy?

–Podczas mojego drugiego dnia pracy, kiedy okazało się, że jestem członkiem partii. Mówiłaś, że czasami trzeba przyjąć to, co daje los, bo nie ma innego wyjścia.

Martha uśmiechnęła się.

–Tak. Jednak dla mnie los był bardzo łaskawy. – mówiła cicho, żeby nie słyszała jej Weronika – Cieszę się, że natrafiłam na Daniela. Dzięki temu, że jest taki wyrozumiały, mam teraz ich obu.

–A ja mam was wszystkich. – powiedział Daniel, opierając się o blat między nimi – Mam was koło siebie i nic mi więcej nie trzeba.

Zapatrzyli się w Philipa i Weronikę. Chris zbierał się w sobie, zanim powiedział:

–Wszystko się wczoraj pokręciło. Myślałem... myślałem, że wytrzymam; że będę żył w czystości...

–Daj spokój Chris, nie jesteś mnichem...

–Daj mi skończyć. Próbowałem żyć normalnie przez ostatnie miesiące. Ale czułem się fatalnie. Zapytajcie Angeliki. Ona widziała, co się ze mną działo. I wczoraj doszedłem do wniosku, że jeśli tak ma wyglądać normalne życie, to nie chcę go.

–Doszedłeś do wniosku po raz który z kolei? – śmiał się z niego Daniel i oboje z Marthą zachichotali

–Śmiejcie się, proszę bardzo. Możecie się śmiać, jak nie wiecie, co mam na myśli.

–Oczywiście, że wiemy. – powiedziała cicho Martha – Myślisz, że nas nie męczy to pomieszanie? Lubimy to, tak jak ty, mimo że wiemy, że to jest niedobre. Nie wiemy, jak rozwiązać tę sytuację i wytłumaczyć Weronice, dlaczego mama jest raz z tatusiem, a raz z wujkiem? A co będzie, jeżeli zrozumie, że jest dzieckiem nieślubnym? Czy będzie jej wtedy wystarczało powiedzieć, że miłość nie wybiera? Że rodzice wybrali ją za nas? A jeszcze teraz mama, nie dość, że ma dziecko z wujkiem, to jest jego żoną...

–Przestań Martha, psujesz taki dobry nastrój. – zganił ją Daniel, podając im filiżanki kawy

–Chris ma rację. Kiedyś trzeba będzie to wszystko wyjaśnić i posprzątać.

–Wiem, że ma rację. Dobrze mówi. Ale do tego czasu mamy jeszcze trochę... czasu. – zaśmiał się wypił łyk kawy, a razem z nim pozostali

–Co tam szepczecie? – zapytał Philip, nadchodząc. Weronika poszła oglądać kreskówki.

–Nic, co by się tyczyło ciebie. – odparł Daniel, nalewając mu kawy.

Philip odebrał filiżankę z jego rąk.

–Nic przede mną nie ukryjecie. O co chodzi?

–Nic takiego. Chris nam przypomina tylko, że kiedyś nadejdzie czas robienia porządków w życiu.

–Nadejdzie na pewno. Ale do tego czasu chcę się jeszcze trochę pobawić.

–Rozumiem, że masz na myśli Marthę.

–Mam na myśli was wszystkich. – puścił oko do Chrisa.

Wtedy usłyszeli dzwonek do drzwi. Philip poszedł otworzyć. Po chwili wrócił.

–Chris, twoja żona chce z tobą rozmawiać. Czeka na ciebie w przedpokoju.

Chris natychmiast zostawił kawę i poszedł do przedpokoju.

–Cześć, co się stało? Czemu jesteś tak wcześnie?

–Pakuj się, twój ojciec cię szuka.

–Co? O czym ty mówisz?

–Dowiedział się, że rozstaliśmy się, że pracujesz w hotelu i że znowu związałeś się z Danielem.

–I?

–Chce cię tu dorwać przez swoich agentów i zmusić do przyjazdu do niego.

–Niech się goni! Po tym, czego się od was dowiedziałem?

–Nie rozumiesz powagi sytuacji. Ojciec wysłał tutaj swoich agentów, żeby cię pojmali i przyprowadzili do niego. A jeśli nie znajdą cię tu, mają rozkaz uprowadzić Daniela. Zabiją go, jeśli się nie stawisz u ojca osobiście.

„Teraz, kiedy poczułem się wreszcie jak w normalnej rodzinie, kiedy odkryłem, jak bardzo jestem potrzebny swoim przyjaciołom, ojciec chce mi to wszystko odebrać, bo takie jest jego widzimisię?” Chris nie się wściekł się na te słowa; nie zezłościł; postanowił stawić się u ojca i stoczyć z nim pojedynek o życie; swoje i swoich przyjaciół.

–Niech mnie wezmą.

–Chris, zwariowałeś? Musisz się ukrywać.

–Nie będę się ukrywał, bo wtedy Daniel zginie. – spostrzegł, że reszta jego przyjaciół, łącznie z dopiero co wybudzonymi Angeliką i Judith, stoi w progu i słuchają oniemiali – Nie boję się go. – mówił do nich i do Barbary jednocześnie – Żadna więcej osoba nie zginie przeze mnie. Gdzie oni są?

–Idą tu, będą za pięć minut. Przyszłam, żeby cię stąd zabrać do nas.

–Chris, idź z nią, uciekaj. – mówił Daniel, podchodząc do niego.

–Co ty mówisz? Martha jest w ciąży, masz teraz rodzinę, Daniel. Poza tym, jesteś głównym żywicielem tutaj. Od ciebie zależy los wszystkich, którzy tutaj są. Zostawisz ich i zginiesz? Pozwolisz, żeby on wygrał? Ty miałeś swój pojedynek z ojcem. Pozwól mi teraz stoczyć mój.

Usłyszeli skrzypienie na śniegu i odwrócili się. Tuż obok domu Daniela podjechały dwa czarne samochody.

–O cholera, są wcześniej niż myślałam. – powiedziała Barbara.

Ze środka wysiedli dwaj agenci i szli w stronę Chrisa. Wszyscy bezradnie ich obserwowali. Daniel odwrócił Chrisa do siebie i pocałował go mocno, a Chris odwzajemnił pocałunek. Po chwili dwaj agenci pochwycili Chrisa za ramiona i oderwali ich od siebie.

–Zaopiekuj się moją walizką! Mam tam cały swój dorobek! – krzyczał do niego Chris, mając na myśli swoją maszynę do pisania i zaczętą dopiero co książkę. Jeszcze przez sekundę, zanim trafił do wozu, widział, jak Daniel macha do niego ręką, wśród wszystkich zebranych w drzwiach, a po jego policzkach spływają łzy. Potem już widział tylko domy miasteczka przez zaciemnione szyby.

Powieźli go wiejską drogą, ale nagle zatrzymali się na środku zimowego pustkowia i zjechali na bok. Usłyszał, że za nimi na poboczu parkuje jeszcze drugi samochód. Milczący do tej pory agent otworzył drzwi samochodu, wyszedł i dał znać Chrisowi, żeby wyszedł również. Chris posłusznie wysiadł i zobaczył, że z samochodu za nim wysiada Barbara. Do tej pory nie zauważył, że zabrali ją razem z nim.

–Chris, nie obwiniaj mnie o nic; tak samo wiem o co tu chodzi, jak ty. – mówiła do niego, kiedy agenci podprowadzali ją do niego.

–Zapali pan? – zapytał go jego agent, wyciągając paczkę papierosów w jego kierunku. Zaskoczony Chris zerknął w tym kierunku i wziął jeden papieros a potem odpalił go od zapalniczki podstawionej przez agenta – Wiem, że to wszystko wygląda bardzo dziwnie. Jestem panu winien mnóstwo wyjaśnień. Jesteśmy wszyscy agentami partii, której jednym z głównych przewodniczących jest pański ojciec, chociaż nie jest jej twórcą. – mówił spokojnym tonem, patrząc to na Barbarę, to na Chrisa –

Zostaliśmy w to wciągnięci, tak jak pańska żona i pan; podstępem i poprzez kłamstwa. Dostaliśmy pracę w departamencie państwowym na zwykłych, legalnych warunkach, jako ludzie do roboty. Pensja jest bardzo dobra, nie powiem; tyle, że od początku nie podobało nam się to, co robiliśmy codziennie. To znaczy, doprowadzamy ludzi takich jak pan, czyli zdrajców na rozstrzelanie. Za to nam płacą. Ale dopiero niedawno dowiedzieliśmy się z raportów i dokumentów zebranych przez Bruschera, że ci zdrajcy to tak naprawdę niewinni ludzie, którzy nie zgadzali się dłużej na poczynania partii.

–To znaczy, że nie wyrzuciliście ich? – spytała Barbara

–Początkowo tak planowaliśmy, ale teraz trzymamy je ukryte w największej tajemnicy. Mieliśmy to zniszczyć, ale ciekawość zwyciężyła. Każdy z nas miał w rękach te papiery i z przerażeniem czytaliśmy kolejne strony jego raportu. Nikt z nas do tej pory nie wiedział, z czym mamy do czynienia. Ale o tym wie tylko nieliczna część partii. Ten kolos za bardzo się rozrósł, żeby teraz go zniszczyć.

–Ale jak w każdym wielkim imperium, za chwilę pewnie znajdą się ci, którzy będą chcieli przynajmniej trochę ukrócić jego nieograniczoną władzę. – powiedział Chris.

–Dokładnie. I dlatego teraz właśnie zatrzymaliśmy się w tym polu i wzięliśmy panią do drugiego samochodu.

–A w polu rozmawiamy, bo w samochodzie jest podsłuch. – zgadał Barbara, a agent tylko potwierdził.

–Teraz potrzebujemy was. Spadliście nam z nieba z waszym buntem. Inaczej nigdy nie spadłyby nam klapki z oczu. Dlatego też potrzebujemy was.

–Żeby zniszczyć partię? – spytał Chris

–Nie, nie chcemy niszczyć czegoś, co daje nam pracę i umożliwia rozwój kraju. Chcemy tylko, jak się wyraził jeden z pańskich przyjaciół, zrobić porządki w swoim życiu i w partii. Sama idea partii to nie jest zły ustrój. Złe jest tylko podejście do ludzi i to, że ich krzywdzi i umożliwia rozwój zła, zamiast go hamować.

–Do czego jesteśmy wam potrzebni?

–Chcemy z wami zmusić zarząd, żeby zajął się właściwymi ludźmi; czyli tymi, którzy naprawdę działają na szkodę kraju, bo takich też nie brakuje; żeby dał spokojnie żyć tym, którzy nie chcą mieć z interesami partii nic wspólnego i umożliwił współpracę z partią tym, którzy chcą z nią uczciwie pracować, bo takich też jest dość dużo. Naprawdę, nie wszyscy chcą się jej pozbyć. Trzeba ją tylko... naprawić tu o ówdzie.

–I do tego potrzebujecie mnie.

–Dokładnie. Jest pan... hm, jakby to powiedzieć...

–Następcą tronu. – zaśmiał się Chris.

–Nie mógłbym tego lepiej ująć. A my chcemy być poddanymi pańskiego dworu i bardzo chętnie będziemy wypełniać pańskie rozkazy, tyle, że król musi być zdrów na umyśle i wiedzieć, czego oczekują od niego poddani. A pan, z pańskim doświadczeniem życiowym, nadaje się do tego znakomicie.

–Dobrze, będę z wami współpracował. Zostawcie tylko moich przyjaciół w spokoju.

–Nic się im nie stanie. A nawet, jeśli padną rozkazy z samej góry, to się o tym dowiemy i coś wymyślimy. Proszę się nie martwić, będą bezpieczni w rękach naszych wspólników. Niech pani poinformuje swoich wspólników i jego przyjaciół o wszystkim, co pani tu usłyszała. – zwrócił się do Barbary – Niech pani powie, że nic im nie grozi z naszej strony, ale nie możemy tego zagwarantować całkowicie, bo są też tacy, którzy nie wiedzą, co się tak naprawdę w partii robi, a nawet jeśli wiedzą, to im to nie przeszkadza i będą na was polować dalej. Wszystkich trzeba w tym uświadomić. Niech się lepiej mają na baczności. – Barbara kiwnęła głową na znak, że rozumie – I niech uważają na siebie. Aha, w domu przyjaciół pani męża jest podsłuch i wiemy o wszystkim, co robią i co mówią.

–Uprzedzę ich o tym. Jak się z wami skontaktować?

–My skontaktujemy się z wami. Niech Karl albo David czekają na rogu centrum wioski. Hasłem będzie „szach”, a odzew to „i mat królowi”.

–Pięknie. Nie spodziewałam się tego. Jestem naprawdę zaskoczona. – powiedziała Barbara z zadowoleniem.

–Zimno się zrobiło. Pożegnajcie się i będziemy jechać. Mamy teraz przetransportować pana do samolotu, a potem bezpośrednio z lotniska pojedzie pan do centralnego biura, gdzie czeka na pana ojciec.

Chris i Barbara spojrzeli na siebie. Pamiętał, co Barbara do niego mówiła i pamiętał, jak się czuł, kiedy Philip przycisnął go do ściany. Dlatego też szybko objął Barbarę i cmoknął ją w policzek, zanim zesztywniała, odepchnęła go z taką siłą od siebie, że nieomal się przewrócił i starła pocałunek.

–Przepraszam Chris, ale to, co było między nami to historia i iluzja. Nie rób tego więcej.

Chris rzucił tylko słowo pożegnania i wsiadł posłusznie do samochodu. Agent wsiadł za nim i odjechali, nie oglądając się. Po jakimś czasie agent wyciągnął mały notatnik i długopis i zaczął coś notować. Chris oglądał to obojętnie. Po chwili dał mu notatnik i kazał przeczytać:

„Bardzo dobrze pan zrobił, proszę nie przestawać. Ta kobieta została poważnie skrzywdzona przez partię i potrzebuje pomocy.”

Chris poprosił o długopis i odpisał mu. Dalsza rozmowa odbywała się za pomocą zapisków w notatniku.

„Przez pięć lat byłem jej mężem i nie mogłem jej pomóc. Co mogę zrobić teraz?”

„Małymi kroczkami dojdzie pan do wszystkiego. Zwłaszcza teraz, kiedy już pan wie, co jej dolega.”

„Zostawmy to na dalszą przyszłość. Co proponuje pan na najbliższe spotkanie z ojcem?”

„Pokorę – długo go pan nie widział i go pan nie zna. Przed pańskim ojcem trzeba milczeć i robić dokładnie to, co on powie. Inaczej spotka pana kara.”

„Jaka kara?”

„To już wymyśli pański ojciec. Może to być tydzień w karcerze, a może to być śmierć któregoś z pańskich przyjaciół, nie wyłączając Marthy. Lepiej niech więc pan łaskawie prosi o wybaczenie, o wyjaśnienie i tym podobne. Pański ojciec ma się za prawdziwego króla.”

„Ja mu dam króla. No ale dobrze, niech będzie, że się przed nim ukorzę. Co mam do niego mówić? O czym rozmawiać? Na pewno nie spyta się mnie, co słychać i jak mi leci.”

„Niech pan zastosuje taktykę Daniela. Niech pan mu obieca, że pan spełni jego prośby, ale w zamian będzie pan wymagał spełnienia swoich warunków. Inaczej nic z tego.”

„Czy pan żartuje? Przed chwilą powiedział – Chris skreślił to słowo – napisał pan, że powinienem uważać na to co mówię i niczego nie wymagać. A teraz wymaga pan ode mnie negocjacji?”

„To faktycznie trudne. Podpowiem panu, że może pan używać sformułowań typu: 'Tak, zrobię, co zechcesz, ale to będzie trudne.' Albo 'żeby to zrobić, będę musiał/potrzebował (czegoś lub kogoś). Pana ojciec dobrze się zna na pracy w partii, bo nie spoczywa na laurach, tylko sam nadzoruje osobiście wszelkie ruchy wszystkich organów partii. Żeby pokonać pańskiego ojca, musi pan myśleć tak jak on, jak król, który ma pod sobą wielu podwładnych.”

„Nie chcę mieć na sumieniu ani jednej osoby więcej niż mam – nie jestem rewolucjonistą i nie wyznaję poglądu, że rewolucja wymaga ofiar, jak mój ojciec. Więc jeżeli to ma pan na myśli, to nic z tego.”

„Niech pan się go tak nie boi. To w końcu pański ojciec. Niech pan skorzysta ze swojego bogatego doświadczenia i znajdzie jego słaby punkt. Tak jak powiedział panu Daniel, każdy ma jakiś słaby punkt. A pańskim zadaniem jest go znaleźć i maksymalnie wykorzystać. Niech go pan wybada.”

„A czy pan już coś takiego u niego zauważył?” – agent uśmiechnął się i wskazał palcem na Chrisa – „Czy to znaczy, że mogę go szantażować swoim ponownym odejściem?”

„Niech pan go spróbuje przekonać, że prawdziwy świat wygląda zupełnie inaczej niż ten, który on sobie wyobraża. Niech pan mu powie, że nie wszystko da się porządnie wymierzyć, odważyć, zrównoważyć i znormalizować. Niech się od pana dowie, że wyrządza ludziom szkody, które nijak nie dadzą się zrównoważyć. Niech pan mu powie, że świat to nie jest mechanizm, ani maszyna, która działa jednostajnie, a wszystko, co trzeba zrobić, to znaleźć dla niej odpowiedni napęd. Czasem trzeba zaakceptować stan rzeczy takim, jakim on jest.”

„Nie odpowiedział pan na moje pytanie.”

„Nic pan nie wskóra, grożąc odejściem. Niech pan go raczej zaszantażuje tym, że jeśli nie wysłucha pana do końca, nie zmieni pan dla niego swojego życia ani na jotę.

„Nic nie zamierzam dla niego zmieniać!”

Agent westchnął cicho i pokręcił głową.

„Jest pan równie uparty, jak on. Oczywiście, że pan się nie zmieni, ale przed ojcem może pan zagrać, przecież ma pan do tego talent. Może pan poudawać przed nim, że rozumie pan, co pański ojciec ma na myśli i że będzie się pan stosował już od teraz do jego zasad.”

„Mam grać przed swoim ojcem syna marnotrawnego?”

„To dla naszego dobra. Niech będzie pan mediatorem pomiędzy rzeczywistym światem, w jakim żyją wszyscy, którzy zajmują się partią na co dzień, a nim samym. Może pana będzie umiał wysłuchać. Nikt, tak jak własny syn nie będzie potrafił przemówić mu do rozsądku.”

„Mam się bawić w aktora i mediatora jednocześnie?”

„Musi pan znaleźć przede wszystkim punkt środkowy pomiędzy własnym światem, światem pańskiego ojca, partią i światem rzeczywistym. – pan go zna doskonale, on prawie w ogóle i to jest pana punkt przewagi. W razie czego, ludzie pójdą za panem, nie za nim. Za nim idą ze strachu. Za panem pójdą, bo zrozumie pan ich potrzeby.” – Chris milczał i zastanawiał się – „Bardzo pana o to proszę. Nie mogłem tego panu teraz inaczej wytłumaczyć. Dojedzie pan na miejsce, to się pan przekona. W panu teraz cała nadzieja na to, żebyśmy zyskali kogoś, kto będzie umiał go przekonać do zmian.”

Chris kiwnął głową, że rozumie i zgadza się, po czym wydarł wszystkie zapisane kartki z notatnika, schował je w wewnętrznej kieszeni kurtki, a notatnik oddał agentowi i kiwnął głową ponownie, żeby podziękować.

17. W domu

Samochód dojechał na bok lotniska, gdzie czekał na niego już mały, prywatny samolot, podobny do samolotu, który przygotował dla nich Daniel. Wysiadł razem z agentem z samochodu i weszli do środka. Chris od razu rozpoznał, że nie są już w „swoim” towarzystwie, bo agent zaczął się wobec niego zachowywać obcesowo i obojętnie.

W samolocie Chris zastanawiał się, czy to, co przekazał mu tamten gość na tych wszystkich kartkach, to prawda, czy tylko sprytna zagrywka, żeby zmusić go do rozstania się z przyjaciółmi i wejścia na pokład samolotu. I tak nie miał innego wyboru, bo za nic w świecie nie pozwoliłby, ażeby któremuś z jego przyjaciół lub przyjaciółek coś się stało. Ale gdyby oszukali jego, to Barbara także byłaby w niebezpieczeństwie. Ale ona, jako długoletnia agentka, powinna wiedzieć, komu może ufać, a komu nie. Miał nadzieję, że Karl jej pomoże i rozpozna, czy można zaufać tym agentom, czy nie.

Póki co, siedział w samolocie i zastanawiał się nad swoim „wystąpieniem” przed ojcem. O ile dobrze zrozumiał, miał przed sobą dwa, chyba nie możliwe do wykonania zadania: sprawić, by psychika Barbary znowu zaczęła funkcjonować prawidłowo i przekonać ojca, by zmienił taktykę co do ludzi i zaczął spostrzegać skutki działalności partii.

Te dwa zadania wydały mu się podobne, bo i tu i tu trzeba było zastosować triki, które umożliwią im szersze patrzenie na świat i to z całkiem innej niż dotychczas perspektywy. Jednak, o ile Barbara, nawet, jeśli wiedziała, co się z nią dzieje, nie mogła opanować swoich reakcji, a ojciec także mógł o doskonale wiedzieć, co się wokół niego dzieje, to nadal mógł kontynuować swoje poczynania.

„Hm, jak zmusić do zmiany kogoś, kto wie doskonale, co robi innym i może to opanować i zmienić, a jednak tego nie robi?” – pytał siebie sam. Z własnej praktyki już znał odpowiedź na to pytanie: „Trzeba go zaangażować w doświadczenie skutków własnej działalności.”

To rozwiązanie doskonale nadawało się do przypadku ojca. Natomiast z Barbarą miał prawdziwy problem. Nie był psychologiem i nie znał medycznej strony sprawy, o ile taka istniała. Barbara nie mogła go oszukiwać, bo David zachowywałby się w jej obecności zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy go widział w salonie, a on trzymał się od niej wyraźnie z daleka.

Na razie nie przychodziło mu nic innego do głowy, niż, tak jak napisał agent, drobnymi kroczkami dojść do momentu, kiedy Barbarze przestanie przeszkadzać dotykanie jej, a nawet to polubi. Oczyma wyobraźni już widział, jak bardzo musi jej tego brakować i jak mocno się przed tym wzbrania jej umysł. „Trzeba przypuścić szturm. Ale nie na ciało, ale na umysł; masę maleńkich ataków i wytrzymać odpór z jej strony.” – myślał.

Zaskoczył go jednak ton, w jakim wypowiedział swoje myśli. Szturm, atak, odpór... to brzmiało jak zadanie dla Daniela, a nie dla niego. Poza tym, Daniel był tam na miejscu. Ale czy Barbara wybaczyłaby mu to? I czy Daniel podjąłby się dla niego takiego zadania? Z Judith nie miał żadnego problemu, ale ona nie była związana z żadnym z nich.

Tak rozmyślając, doleciał w ciszy do lotniska, z którego wyruszył. Przesiadł się do limuzyny, która już na niego czekała i w końcu, po południu dojechał do domu. Dom – to słowo już od dawna znaczyło dla niego coś zupełnie innego, niż to, co zobaczył przed sobą.

Już dawno zapomniał, że ma dom w postaci modernistycznej, dwupiętrowej białej, kanciastej willi z basenem i pięknym ogrodem, w lecie wypielęgnowanym rękami matki; zastanawiał się, czy wciąż jeszcze sadzi w nim konwalie i rumianki. Stał przez chwilę z rękami w kieszeniach i podziwiał biel domu i biel śniegu pokrywającego wszelkie możliwe załomki ścian.

–Tak, to tu się wszystko zaczęło i tu musi pan kontynuować. – powiedział do niego agent, zgadując jego myśli.

–Zaraz, zaraz, czy nie mieliśmy jechać do biura partii?

–Cierpliwości, zaraz się pan wszystkiego dowie.

Podeszli razem do ciężkich, rzeźbionych drzwi. Agent zastukał kołatką w drzwi. Otworzył im nikt inny, jak matka Chrisa i w jednej chwili zapomniał już o partii, o tym, gdzie miał jechać i całej rozmowie. Najważniejsze było, że wreszcie miał mamę przed sobą. Była taka, jaką ją zapamiętał: cała w bieli. Biała, atłasowa bluzka, w długich włosach naturalny słoneczny blond, jeszcze nie dotknięty siwizną i biała, długa, bawełniana spódnica.

Kiedy zobaczyła Chrisa, zakryła twarz dłońmi w zaskoczeniu; a potem pokręciła głową, nie dowierzając, że go widzi. Chris powiedział jedyne zdanie, jakie przyszło mu w tej chwili do głowy:

–Witaj mamo.

Ona nie odpowiedziała, tylko rzuciła mu się na szyję.

–Tyle lat – rzuciła po długiej chwili z rozrzewnieniem – Tyle lat na ciebie czekałam, łobuzie. – oderwała się od niego i pogłaskała go po głowie – Musiałam się uciec do podstępu, żeby cię do domu sprowadzić.

Chrisa zmroziło.

–To... to ojciec wcale mi nie groził?! – zagrzmiał wściekle

–Oczywiście, że nie. Ojciec nawet nie wie, że tu jesteś.

–Ale jak...

–Wejdź do domu, wszystko ci wyjaśnimy.

Chris wszedł do domu, ale nadal był zły.

–Co wy tu knujecie? – warknął ze złością

–Nie wściekaj się, zdejmij kurtkę i zaraz ci wszystko wyjaśnimy. – powtórzyła matka i jednocześnie ściągała z niego kurtkę. Chris ocknął się i sam ją ściągnął i powiesił na haku, jednocześnie rozglądając się dookoła. W mieszkaniu nic się nie zmieniło: wszystko było, jak zawsze odmalowane na biało z drobnymi kolorowymi akcentami tu i ówdzie. Matka uwielbiała biel i to się też nie zmieniło.

–Chodź do kuchni, upiekłam świeże ciasto na twój przyjazd. Zrobię ci kawy. – mówiła, ciągnąc go delikatnie za nadgarstki w stronę jasnej, ciepłej i słodko pachnącej kuchni, a agent wlókł się za nimi. Chris musiał przyznać, że matka wiedziała, jak zdobyć jego serce. Poza Danielem i Marthą już dawno już się nikt nie starał się o jego względy, więc postanowił jej się poddać.

–No dobrze, już dobrze. – powiedział, delikatnie wyplątując się z jej uścisku – Chętnie się napiję kawy i zjem kawałek ciasta; pod warunkiem, że pan będzie nam towarzyszył. – zwrócił się do agenta i podał mu rękę – Chris.

–Damian. – odparł z lekkim uśmiechem agent – Widzę, że pana matka już pana przerobiła.

–Ona od dawna wie, jak podejść do ludzi, żeby sami wpadali w jej sidła.

–Zgadzam się.

Obaj usiedli przy okrągłym, dużym stole, przykrytym białym, sięgającym podłogi obrusem.

–Możemy tu mówić swobodnie? – spytał Chris

–Spokojnie, pański ojciec nie zakładałby podsłuchu w swoim własnym domu. Za dużo spraw ma na sumieniu. – odparł Damian – Słuchaj Chris. Podstęp, żeby cię tu sprowadzić, wymyśliliśmy razem z Rosą... to znaczy z twoją matką...

–Macie romans? – Damian zaczerwienił się mimo woli, a matka zamarła w pół ruchu – Spokojnie, nie jedno już robiłem i nie jedno widziałem. Jeśli matka jest z tobą szczęśliwa, to nie mam nic przeciwko.

Matka odwróciła się do niego.

–Tak, jestem z nim szczęśliwa, Chris. Ale to nie znaczy, że nie mam wyrzutów sumienia. Mam. – położyła kawałki ciasta na talerzu i przyniosła na stół. Chris widział, że jest roztrzęsiona, więc wstał i podszedł do kredensu.

–Siadaj mamo. Zajmę się resztą.

– Chris nie trzeba, jesteś tu gościem.

–Nie, mamo, jestem u siebie. Usiądź, proszę cię.

Kiedy matka usiadła, nalał kawę z ekspresu do porcelanowego dzbanka, z lodówki wyciągnął kondensowane mleko, a z kredensu mlecznik i nalał do niego trochę mleka. Wyciągnął z kredensu pradawną, bogato rzeźbioną porcelanową cukierniczkę i dopasowane do niej filiżanki. Poukładał zgrabnie filiżanki, mlecznik i cukierniczkę na srebrnej tacy, podniósł ją i chwycił jedną ręką. Podszedł do stołu i poukładał wszystko z powrotem przed matką i Damianem, po czym nalał im do filiżanek trochę kawy, odłożył tacę, usiadł i zaczął przygotowywać dla siebie kawę.

–Jak w restauracji. – powiedziała matka

–Musiałeś się popisać. – powiedział Damian

–Nie popisałem się; podałem tylko kawę. – upił łyk swojej – Nie chcecie? – Matka i Damian ruszyli się i zaczęli przygotowywać swoje filiżanki

–Naprawdę nie masz z tym problemów?

–Niby z czym?

–No z nami; z naszym romansem.

–Nie, mówię szczerze. Za dużo przeżyłem, żeby to mogło być dla mnie szokiem. A skąd wyrzuty sumienia u ciebie mamo?

–Odszedłeś tak dawno temu; – wyjaśniała matka – Nie wiesz, co się tu działo po twoim odejściu.

–A co dokładnie?

–Dokąd byłeś w domu, ojciec jeszcze był normalny; można z nim było porozmawiać, wiesz, jak was kochał. – Chris kiwnął głową, by potwierdzić słowa matki – Potem, po twoim odejściu było z nim tylko coraz gorzej. Miał nadzieję, że trochę się powłóczysz po ulicy i wrócisz. Ale ty nie wracałeś. Dałeś sobie radę sam; bez niego.

–I to sprawiło, że zaczął szaleć.

–Tak, a ja i Robert zaczęliśmy się go bać. Potem, kiedy usłyszał te plotki o tobie i twoim kochanku... – matka umilkła i pokręciła głową – stracił panowanie nad sobą i pobił mnie tak, że wylądowałam na intensywnej terapii. – Chris chciał przekląć, ale matka popatrzyła na niego srogo; zapomniał już, że nienawidziła słuchania brzydkich słów w swojej obecności i zacisnął usta– Wtedy Robert uruchomił naszych prawników i postarał się o sądowy zakaz zbliżania się do nas pod karą więzienia.

–Udało mu się?

–Tak. Zresztą zaraz po tym wypadku wyprowadził się z domu do centrum partii. Przekazał podstawy prowadzenia firmy Robertowi i uciekł. Już nas nie potrzebował. Potrzebował ciebie, ale ty mu uciekłeś. Chyba już wiesz, że ojciec jest jednym z przewodniczących partii. – Chris znowu kiwnął głową – Kiedy wróciłam ze szpitala do domu, Robert i Kathy opiekowali się mną. Ale kiedy Robert walczył z firmą, byłam zadana sama na siebie. Miałam tak uszkodzoną czaszkę, że nie mogłam się nawet podnieść bez odczuwania bólu i utraty równowagi. Nasza kochana Kathy zajmowała się domem i mną przez cały dzień, ale wiedziałam, że ona też ma swoje życie. Cały czas jej o tym przypomniałam, ale ona chciała jeszcze przy mnie siedzieć po nocach. Dopiero Damian przekonał ją, że będzie ją zastępował i że będzie przy mnie siedział w nocy. Opiekował się mną od tej pory i rozmawiał ze mną, kiedy nie mogłam zasnąć. – Matka zamilkła na chwilę i patrząc na Damiana, położyła swoją drobną dłoń na jego szerokiej ręce, a on uśmiechnął się do niej lekko – No i tak się zaczęło. Wkrótce przestaliśmy udawać, że jesteśmy na neutralnym gruncie i wyznaliśmy sobie miłość.

–A ojciec?

–Od tamtej pory, kiedy mnie pobił, nie ma go w moim życiu.

–Mamo, z tego, co mówisz, wynika, że nie masz powodów, żeby mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia.

–Nadal jestem jego żoną.

–To się rozwiedź.

–To nie działa w ten sposób. – pokręciła głową

–Tysiące razy jej to proponowałem. – powiedział Damian

–Nawet, jeśli się z nim rozwiodę, to będę żyła w grzechu. Nie po to, przysięgałam przed ołtarzem...

–Tak, tak; rozumiem – westchnął Chris – liczą się tylko potrzeby ojca, a nie twoje.

–Rosalindo, nie wygrasz w ten sposób, już ci to mówiłem. – powiedział Damian.

–Zgadzam się. Nie jesteś mniszką, mamo.

–Wiem, ale to nie zmienia faktu, że to mnie męczy. Przepraszam Damian, to... skomplikowana sytuacja.

–Zdaję sobie z tego sprawę, Rosa; od początku wiedziałem, że nasz związek nie ma szans na przetrwanie; co nie zmienia faktu, że jesteś jak dotychczas najukochańszą kobietą mojego życia. I mówię to przy twoim synu, jako świadku.

–Czy mogę zapytać, co ty robisz mamo?

–Nie rozumiem.

–Co ty robisz ze swoim życiem? Chcesz wrócić do faceta, który cię poharatał i zostawił na pastwę losu i masz wyrzuty sumienia, bo spotykasz się z gościem, który cię kocha i chce się tobą opiekować?

–Nie rozumiesz, że on jest moim mężem?

–Nie! Nie rozumiem tego i nie chcę zrozumieć. – dodał ciszej

–Chcę... chcę zmienić temat, bo się rozbeczę i... – głos matki groził prawdziwym szlochem.

–Dobra – westchnął Chris – Chcę porozmawiać o tym, po co mnie tu ściągnęliście.

–Chris, to był mój pomysł. – odezwał się Damian – Ja to wszystko wymyśliłem. Pomogli mi koledzy, którzy widzieli razem ze mną wszystko, co zebrał Bruscher. To wszystko, co ci powiedziałem na drodze i to, co napisałem w notatniku to prawda. Poza tym, że to sprawka ojca.

–On o niczym nie wie i nie chce o tobie słyszeć. – mówiła matka – Zanim zniknął, zorganizował dla ciebie małżeństwo z Barbarą i nadal myśli, że jesteś z nią szczęśliwy, chociaż tak wcale nie jest, prawda? – Chris potwierdził – Ale to już go nie obchodzi.

–Tak jak rozmawialiśmy wcześniej, chcemy, żebyś powstrzymał go przed tym, co robi. – mówił Damian

–Co na niego macie?

–On jest w tej chwili nieobliczalny, a jego koledzy tylko go wspierają.

–Na samym początku wyglądało to zupełnie inaczej niż dziś. – dodała matka

–Barbara wspominała o tym w wykładzie.

–Z czasem dopiero okazało się, że wielu ludzi zostało podle oszukanych, a wszystkie idee to po prostu przykrywka do handlu bronią i wspierania rozwoju rynków wschodnich, zamiast naszych rodzimych. – wyjaśnił Damian

–I czerpania z tego zysków.

–Całkiem niezłych zysków, jak już się zdążyłeś przekonać.

–Cały ojciec.

–Teraz zaczynamy potajemnie sprzedawać broń terrorystom, a dodatkowo krąży ona na czarnym rynku i jest sprzedawana za grube miliony dolarów.

–Słyszałem to wszystko już od Barbary. Co mam konkretnie zrobić? Czy chcesz, żebym coś zmienił, albo wybił mu z głowy?

–Spróbuj przemówić mu do rozumu i spraw, żeby zobaczył, że tak naprawdę robi wielką krzywdę ludziom, którzy pracują z partią. Przynosi wstyd naszemu krajowi, a nie dumę. On myśli, że jest niezniszczalny i że ma ludzi, którzy przejmą po nim interesy i zrobią porządek ze wszystkimi, którzy się mu sprzeciwiają.

Zanim odpowiedział, Chris wypił ostatni łyk kawy i nalał sobie nowej.

–W samolocie miałem dużo czasu, żeby sobie to wszystko przemyśleć. Doszedłem do wniosku, że nie mam innego wyjścia, jak zaangażować go w skutki jego własnych działań. Musimy to tak poprowadzić, żeby na własnej skórze przeżył, to, co na co dzień przeżywają ludzie zaangażowani w brudne interesy partii i ci, którzy są zmuszeni w nich uczestniczyć, jak David, czy Barbara.

–Dobry pomysł.

–Ale muszę wiedzieć, czy on naprawdę jest szalony, czy doskonale wie, co robi i robi to specjalnie.

–Problem polega na tym, że on dobrze wie, co robi.

–Skąd to wiesz?

–Wiem, bo prowadzę nasłuch na rozmowy w jego komórce i mam całe nagrania tego, co mówi.

–I co z nich wynika? Że wie, co robi, ale nie zna skutków działania?

–Zna. Wie, do czego doprowadza kraj. I robi to specjalnie.

–Dlaczego?

–Dla pieniędzy, a dla czegóż by innego? Trzeba go powstrzymać, zanim staniemy się wrogiem światowym i zanim doprowadzi ten kraj do ruiny gospodarczej.

–Hm, i jak ja mam to zrobić? Biedny kelner i utracjusz?

–Wykorzystaj to, czego się nauczyłeś przez cały ten okres. Musisz się wkraść w jego łaski i powoli przejąć rządy, nie ma innego wyjścia.

–Zaraz, zaraz, ja proponowałem coś zupełnie innego. Miałem go tylko zmienić i nie przejmować sterów władzy.

–A ja proponuję to. – Chris pokręcił głową – Uwierz mi, z mojego doświadczenia wynika, że to będzie najskuteczniejszy sposób.

–A może... – Chris przypomniał sobie, jak Daniel opowiadał o spisku całej rodziny przeciwko jego ojcu – Może wszyscy moglibyśmy się w to zaangażować wspólnie i wymyślić coś takiego, co dałoby mu do myślenia, albo doprowadziło go na skraj szaleństwa, co już raz niemal zrobił z Angeliką.

–Dobry pomysł. Tylko co proponujesz konkretnie?

–To musi być coś takiego, co dotknie jego najsłabszy punkt. Tylko co tym punktem jest?

–Już ci mówiłem, że to ty. – Chris parsknął śmiechem – Naprawdę. Słuchaj, powiem wam coś, o czym nikomu dotychczas nie opowiadałem; nawet twojej mamie. Wiem o tym tylko ja i nikt inny. A więc, twój ojciec nigdy nie wspomniał o tobie, od kiedy odszedłeś z domu. Ale wiem, że w kieszeni zawsze nosi twoje zdjęcie. Nakryłem go kiedyś w jego gabinecie, jak wyciągnął je z klapy i głaskał.

–Skąd wiesz, że to ja, a nie ktoś inny?

–Bo wtedy siedział tyłem do drzwi. Nacisnąłem cicho klamkę, żeby mu coś przekazać, ale on mnie nie widział i zobaczyłem taką oto scenę z pozycji stojącej: on siedział tyłem do mnie i głaskał twoją podobiznę na zdjęciu. Miałeś na nim piętnaście lat i lekki uśmiech. Nagle usłyszałem, jak pociąga nosem i płacze. Był przekonany, że stracił cię na zawsze.

Chrisowi w głowie zabrzmiała opowieść Marthy: „Daniel był przekonany, że stracił cię na zawsze.”

–Kiedy to było?

–Jeszcze przed twoim ślubem. Myślę, że to wtedy zadecydował, że zrobi wszystko, żeby cię stamtąd wyciągnąć.

–A teraz nawet się do mnie nie odezwie? Nawet nie wie, że istnieję.

–Tego nie wiemy. Musisz spróbować Chris, może tobie się akurat uda.

–A jak nie, to moi przyjaciele zginą.

–Nikt nie zginie. Powiedziałem ci, że czuwamy nad wszystkimi. Przynajmniej nasza grupka.

–Zgodziłem się na próbę zmiany jego spojrzenia na życie, ale nie na przejęcie rządów. Nie potrafię tego robić i nie będę.

–Twój ojciec mówił tak samo, kiedy zapisywał się do partii. – powiedziała matka – Mówił że zapisuje się tylko dla większych zarobków i nie chciał o niczym decydować. Chciał tylko wykonywać swoje zadania, które mu zlecą. Ale partia szybko dostrzegła jego talent do mnożenia pieniędzy, a on zobaczył, że jest im potrzebny i wkrótcezostawił rodzinę i firmę, żeby całkowicie się jej oddać.

–Mamo, wyobrażasz sobie mnie w partii? U jej sterów? Ja nawet swoim życiem nie potrafię sterować, a co dopiero partią.

–Obaj macie tyle wspólnego z ojcem, że nie potraficie sterować własnym życiem. Jego życie zjadła partia, a twoje... łajdaczenie się ze wszystkimi po całym mieście. – powiedziała gorzkim tonem matka.

–Rosa, przestań. – westchnął Damian

–To prawda. – odparł Chris – I dlatego chcę to zmienić. Moje dotychczasowe życie mi odpowiada; dobrze wiem, kim jestem; świetnie mi to wychodzi i lubię to, ale... – westchnął, popatrzył na matkę, na Damiana, a na końcu na pokój w którym siedzieli – prawda jest taka, że kiedy zobaczyłem ten dom, przypomniałem sobie, skąd pochodzę i jaka jest moja historia. – mówił, wspominając tak naprawdę historię Daniela i Marthy – Te mury nie zasługują, żeby gościć osobę, którą się stałem i dlatego chcę to zmienić.

Matka popatrzyła na niego z jasnym uśmiechem.

–Zawsze będzie dla ciebie miejsce w tym domu. Niezależnie od tego, kim będziesz i z kim będziesz, zawsze pozostaniesz moim synem.

–Dziękuję mamo; te słowa znaczą dla mnie bardzo wiele. Jednak, chcę się zmienić. Chcę... chcę spróbować żyć z Barbarą jeszcze raz, tak normalnie; o ile ona sama będzie tego chciała.

–Nie poddawaj się. – poparł go Damian – Ona dużo wycierpiała i musi mieć koło siebie kogoś, kto będzie ją kochał mimo wszystko.

–Ja ją kocham, ale ona mi nie wierzy. Poza tym, czy ona kiedykolwiek kochała mnie? Nie chce jej do niczego zmuszać.

–To, czy kogoś tak naprawdę kochasz, czy nie, okazuje się nie wtedy, kiedy jesteście razem, ale właśnie wtedy, kiedy tego kogoś koło ciebie nie ma. – powiedziała matka, a Chris usłyszał Daniela: „Byłem wtedy z kimś, w kim w końcu zakochałem się na wieki wieków, ale przekonałem się o tym dopiero wtedy, kiedy nie było cię koło mnie.”

–I dlatego chcesz być z ojcem?

–Nie, nie chcę z nim być, ale... ale...

–Dopiero teraz czujesz, jak bardzo go kochałaś. – dokończył za nią Damian, a matka znowu zamrugała oczyma.

–Przestańcie, bo atmosfera zrobiła się naprawdę płaczliwa. – powiedział Chris – Lepiej wykombinujmy, jak wyciągnąć ojca z tego... z tego kołowrotka, w który się wkręcił.

Przez następną godzinę rozmawiali o tym, co zrobić z ojcem Chrisa. Chris podrzucił pomysł, żeby wykorzystać fakt, że ojciec sam osobiście dogląda wszystkich działań partii we wszystkich jej filiach, punktach i oddziałach i dodał, że warto, by taka akcja stała się za granicą, gdzie ojciec będzie zdany sam na siebie. Rosa zgodziła się na to i tak postanowili obaj, że w akcji będzie brał udział ojciec razem z Chrisem.

Kiedy zrobiło się już całkiem ciemno, Rosa zrobiła pyszną jajecznicę z boczkiem i pomidorami na kolację. Chris, dowiedziawszy się, że Robert wróci bardzo późno, wziął prysznic i położył się wcześniej spać, zostawiwszy matkę sam na sam z Damianem. Był szczęśliwy, patrząc na nich, wpatrzonych w siebie jak nowo zakochana para. Po raz pierwszy od ośmiu lat zasypiał w swoim dawnym pokoju, lekki, wdzięczny za ich podstęp, bo dzięki niemu wreszcie był we własnym domu i był w pełni szczęśliwy.

18. Dzień Roberta

Obudziło go rano miękkie uderzenie. Otworzył oczy i zobaczył, że ma na twarzy poduszkę. Zdjął ją i zauważył stojącego nad jego łóżkiem wysokiego, blondyna z włosami zaczesanymi do tyłu, w złotych oprawkach i szarym garniturze.

–Wstawaj leniu, jest szósta rano. – powiedział blondyn, podając mu rękę

Chris chwycił ją, podniósł się w mgnieniu oka i stanął naprzeciw niego.

–A ty to...

–Co to? To już własnego brata nie poznajesz?

–Robert? – otworzył szeroko oczy i obejrzał go od stóp do głowy – Ale ty się zmieniłeś! Jak cię ostatnio widziałem, grałeś w Nintendo na komputerze!

–A teraz gram na giełdzie. Zbieraj się i chodź na dół do kuchni, pogadamy chwilę, zanim pójdę znowu do roboty.

–Mam lepszy pomysł. Mogę pójść do pracy razem z tobą? – tym razem Robert otworzył szeroko oczy ze zdziwienia – Chcę zobaczyć, co robisz na co dzień.

–Dobra, nie ma sprawy, ale od razu cię ostrzegam, że zanudzisz się tam na śmierć. Tam jest logika, liczby, procenty, matematyka... wszystko, czego nienawidzisz.

–Nie przeszkadza mi to, nie będę liczył. Chcę tylko zobaczyć, jak spędzasz czas.

–A jak się znudzisz, to co zrobisz?

–To pójdę sobie gdzie indziej.

Robert westchnął i przekrzywił głowę, niczym ciekawski ptak

–Też tak bym chciał; pójść sobie tu, pójść tam, nie patrzeć, na to, co muszę zrobić... ubieraj się, wezmę cię dziś ze sobą. Starszy brat, bumelant, zobaczy, jak wygląda typowy dzień pracusia.

Robert wyszedł, a Chris ubrał się i wyszedł za nim do jadalni. Przy stole zastał Roberta i Damiana. Jedli wspólne śniadanie. Na stole był chleb, wędlina, ser i dżem.

–Dzień dobry, dołączam się.

–Proszę bardzo – Damian zaprosił Chrisa do stołu

Chris wziął z kredensu talerz, a z szuflady nóż i usiadł obok Damiana.

–Mama nie wstaje?

–A po co ma wstawać tak wcześnie? Nigdy nie pracowała i nie musiała tak wcześnie wstawać. – powiedział Robert

–A kiedy byliśmy mali?

–To co innego. Każda matka wstaje wcześnie, jak ma małe dzieci.

Chris pokręcił głową, gryząc kanapkę; kiedy skończył, powiedział:

–Nie każda. Dzieci mają ogromne szczęście, kiedy matka wstaje wcześnie, żeby się nimi opiekować.

–Wie co mówi. – poparł go Damian, a Robert wzruszył ramionami. Przez chwilę panowała cisza.

–Kiedy zaczynasz pracę? – przerwał ją Chris

–O ósmej.

–O ósmej? To dlaczego siedzisz przy stole w pełnym ubraniu już o szóstej?

–A spróbuj się przebić przez miasto po siódmej rano, to pogadamy. – powiedział Damian – Ja też mam do roboty na ósmą, ale zawsze wyjeżdżam kwadrans po szóstej, bo później już nie zdążę.

–Co się wam tak spieszy? Nie możecie się spóźnić parę minut?

Obaj zachichotali

–Słychać, że nigdy nie jeździłeś do pracy. – powiedział Damian

–Nie możemy się spóźnić do roboty. – powiedział Robert – Po pierwsze, czeka nas za to nagana, a po drugie to nieelegancko tak się spóźniać. A ty nie musiałeś być na czas na próbach w teatrze?

–My nie kładliśmy aż takiego nacisku na spóźnianie się, czy niespóźnianie. Ważne było, żeby przyjść.

–To u nas tak nie działa.

–Poza tym, Robert to złoty chłopak. Zawsze stara się być grzeczny dla wszystkich i pamiętać o dobrych zasadach. – powiedział Damian

Po śniadaniu poskładali naczynia do zmywarki, ubrali się i wyszli przed dom. Robert i Chris pożegnali się z Damianem, wsiedli do samochodu i ruszyli.

–Nie masz problemu z Damianem? – spytał Chris, kiedy już się oddalili

–Z Damianem? Chłopie, ja się cieszę, że on się zjawił. Dzięki niemu matka zaczęła się znowu uśmiechać. Chciałbym mieć takiego ojca jak on, a nie jak ten kawał skurczybyka, który nas spłodził.

–Mi też się spodobał od samego początku.

–No, no Chris, nie wiedziałem, że masz aż takie ciągoty.

–Robert, wiesz, o czym mówię.

–Wyluzuj stary, śmieję się tylko. Ale cieszę się, że polubiliście się.

–Myślisz, że matka mogłaby być z nim szczęśliwa?

–Mówisz o małżeństwie? – Chris kiwnął głową – Tak, myślę, że mogliby być szczęśliwi. Gdyby tylko matka nie kładła takiego nacisku na to poronione małżeństwo z ojcem.

Chris nie odpowiedział nic, ale kiwnął głową na znak, że się z nim zgadza. Podczas dalszej drogi milczeli aż dojechali do wysokiego biurowca. Robert długo wjeżdżał na parking; prawie do samego końca. Zaparkował samochód i obaj wysiedli. Weszli do windy i pojechali o piętro wyżej.

Wysiedli i Chris natychmiast pojął, że oto znalazł się w świecie biurokratów i urzędników. W korytarzu pomalowanym na jednolity blado pomarańczowy kolor, pomimo wczesnej pory, dookoła kręcili się już ludzie z aktówkami w rękach i w stonowanych, eleganckich, drogich ubraniach. Ciągnął się za nimi zapach drogich perfum, a kobiety miały świeżo nałożony makijaż. Chris, wiecznie na luzie, w ubraniu niezmienionym od ponad doby, znowu poczuł się nieswojo.

Szedł za Robertem, pewnie i śmiało prującym na przód do swojego gabinetu i obserwował, z jaką uwagą i niemalże czcią reaguje na niego otoczenie. Ludzie natychmiast zwracali głowy w jego stronę, witali się z nim z uśmiechem, a jeśli akurat ktoś rozmawiał przez telefon, machał do niego ręką i kiwał głową. Robert odpowiadał na większość powitań i od czasu do czasu pytał kogoś o coś.

W pewnej chwili Robert skręcił, a Chris za nim i wkroczyli do gabinetu. Ale Robert nie zamknął drzwi.

–To moje królestwo. – powiedział zdejmując płaszcz i wieszając go na wieszaku. Chris zrobił to samo.

–Ten gabinet?

–To piętro. – podszedł do dużego ekspresu – Od kiedy przejąłem firmę po ojcu...

–Zawsze byłeś jego faworytem.

–Od kiedy przejąłem firmę po ojcu, to jest mój drugi dom. – zignorował go Robert; nacisnął parę guzików i podstawił dwie maleńkie filiżanki pod dwa srebrne kraniki – Nie przesadzaj Chris, mogłeś być na moim miejscu, ale odszedłeś z domu. Ktoś musiał ją po nim przejąć i spadło to na mnie.

–Dobra, przepraszam. Zagalopowałem się.

–W każdym razie, jestem ci wdzięczny za twoją decyzję. Dopiero tu odkryłem swoje prawdziwe powołanie. Jestem tu królem, a ci ludzie, to moi poddani.

–Ładnie się wyrażasz o swoich pracownikach. Oni to wiedzą? – Chris rozsiadł się w dużym skórzanym fotelu.

–Nie, to tylko żarty. – uśmiechnął się Robert. – Ale wiesz – jesteśmy zgranym zespołem. To jest najważniejsze. – po chwili maszyna zasyczała, a z małych kraników wraz z kawą wydostała się para. Podał jedną z filiżanek Chrisowi i również wygodnie usiadł w swoim wysokim fotelu.

–Przecież już piliśmy kawę.

–Ale to espresso. Przyda się na dziś. Pij, póki gorące.

Kiedy Chris i Robert posłodzili kawę delektowali się nią w ciszy. Nagle, w głębi korytarza zastukały obcasy. Ich dźwięk powoli zbliżał się do gabinetu Roberta i po chwili do środka zajrzała piękna blondynka w biurowym, granatowym tużurku, z teczką w ręku. Kiedy zobaczyła Chrisa, zatrzymała się w drzwiach i natychmiast poczerwieniała.

–Witam szefie, przyniosłam sprawozdanie z zakończenia poprzedniego dnia. – Cześć – rzuciła z szerokim uśmiechem do Chrisa.

–Cześć. – odpowiedział jej spokojnie rozparty w fotelu Chris.

–Wy się znacie? – spytał zdziwiony Robert

–Znamy się z widzenia. – wyjaśnił Chris, nie spuszczając z niej oczu.

–A skąd konkretnie?

–Z ulicy, jak większość ludzi. – wciąż się w nią wpatrując.

–Chciałem ci przedstawić swojego brata, Cloe...

–Brata?! – Cloe była wyraźnie rozczarowana – Jesteś bratem Roberta?

–Tak, to jest mój brat, co w tym dziwnego? – Robert nie rozumiał sytuacji.

Cloe natychmiast wybiegła z pokoju, nie oglądając się.

–Co jej się stało? – spytał Robert, a Chris tylko wzruszył ramionami – Dobra, muszę się powoli brać do roboty.

Robert odłożył filiżankę na biurko, otworzył teczkę i skupił wzrok. Powoli czytał, przeglądał strony i nadal powoli popijał kawę. Chris obserwował go przez jakiś czas, a potem skupił wzrok na ludziach przechodzących korytarzem. Ale widział same konserwatywne szare garnitury, granatowe garsonki i teczki z dokumentami: „Ale nuda, totalna biurokracja i pełen formalizm.”

Oczyma wyobraźni widział Cloe, która wynajmowała go wcześniej często, jako osobę towarzyszącą na suto zakrapianych i nie do końca formalnych przyjęciach. Przedstawiała mu się wtedy jako Samantha. Pamiętał jej nieziemsko obcisłą, krwistoczerwoną sukienkę mini; łatwą zarówno w zakładaniu, jak i w zdejmowaniu. Była wtedy zupełnie inna niż tutaj. Do głowy by mu nie przyszło, że ta gorącokrwista dziewczyna mogła być chłodną urzędniczką w firmie Roberta.

Do biura weszło dwóch mężczyzn w szarych garniturach; jeden niski i przysadzisty a drugi wyższy, szczupły. Ten tęższy ruszał się jednak o wiele dynamiczniej od tego szczupłego. Robert wstał i przywitał się z nimi.

–To jest mój brat, Chris. Chris, to jest Adam Shiffer i Curt Mc Connough, moje obie prawe dłonie – obaj machnęli mu ręką, a on odmachnął im – Przywlokłem go tu ze sobą dziś, bo dawno się nie widzieliśmy, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak spędzam każdy dzień.

–Fajnie; będziesz się miął okazję przekonać, ile się dzieje w trakcie nudnej, urzędniczej roboty. – powiedział grubszy, Shiffer

–A czym w ogóle się zajmujecie? – spytał Chris.

–Ogólnie mówiąc, giełdą. – powiedział szczupły, Mc Connough – A tak naprawdę szukamy wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość i sprzedajemy to za co najmniej dwa razy tyle.

–Albo przejmujemy to na własność i dopiero potem sprzedajemy. – dodał Shiffer

–No, to co tam macie dziś dla mnie? Jakieś gorące wiadomości na chłodny poranek? – Robert zatarł ochoczo ręce.

–Właśnie tak; gorące jak świeże bułeczki; – powiedział Mc Connough – chyba szykuje się w końcu przejęcie tych ruin z tej starej dzielnicy.

–Naprawdę? – spytał zadowolony Robert

–Tak, kurator zabytków wreszcie zaczyna pękać i prawdopodobnie za kilka dni otrzymamy pozwolenie na wyburzenie ich. Postraszyliśmy go podbieraniem urzędowej kasy i daliśmy dwa dni do namysłu.

–O, to świetnie. Warto było czekać. Wreszcie będziemy mogli to sprzedać miastu za...

–Za potrójną wartość. Już rozmawiałem z przedstawicielem biura burmistrza. Chcą to wszystko wyburzyć i zbudować tam nowe centrum handlowe.

–Można powiedzieć, że to druzgocące zwycięstwo. – skomentował Shiffer

–A co się stanie z ludźmi z tych budynków? – spytał Chris i nagle wszyscy umilkli – Byłem tam. Mieszkałem w tych ruinach przez dwa lata i znam tę dzielnicę jak własną kieszeń. Tam mieszka pełno ludzi.

–Będą musieli się wynieść. – odparł Robert – Zresztą i tak zajmują te ruiny bezprawnie. Poza tym, to tylko ruiny Chris, zbudujemy tam coś zupełnie nowego.

–To są budynki z dziewiętnastego wieku, czy wy nie macie poszanowania dla historii tego miejsca?

–Tak się składa, że przestudiowałem historię tego miejsca i wyobraź sobie, że twoi wspaniali dziewiętnastowieczni budowniczy wyburzyli przedtem bezcenne budynki z piętnastego wieku, żeby zbudować tam swoje, dziewiętnastowieczne budynki. I nic ich wtedy przed tym nie powstrzymało – Chris milczał – Bez destrukcji nie ma postępu.

–Rewolucja wymaga ofiar.

–Niestety, to prawda; pogódź się z tym. – powrócił do ponownie Mc Connogh'a – A co z tą firmą, która miała splajtować?

–Wczoraj wykupiliśmy jej wszystkie akcje jako jedyni chętni. Nie byli zadowoleni, ale to już nie nasza sprawa.

–Wiedzą, co się święci.

–Tak. Będziemy ich naciskać aż do momentu, kiedy zgodzą się, abyśmy przejęli ich całkowicie, po czym sprzedamy wszystko, co się da za wyższą cenę, ale nie spodziewaj się kokosów.

–Jasne, z tego, co wiem, to oni i tak leżeli na dnie.

–A co z ludźmi, którzy tam pracowali? – znowu spytał Chris. – Wszyscy, jak mniemam, dostaną zwolnienia.

–Chris, nie marudź tak nad ich losem, to nie miejsce na smutki. Dadzą sobie jakoś radę; dostaną świadectwa pracy i inna firma ich zatrudni. Co dalej?

–Jest jeszcze ta sprawa o odkupienie terenów wiejskich od mieszkańców Ruthefort.

–Co znowu z nimi? Mam ich dość.

–Przepraszam, ale znowu się czepiają. – Robert westchnął ciężko – Odgrażają się, że oddadzą sprawę odkupienia ich działek rolnych i pól przez nas do sądu, jako sprzedaż wymuszoną.

–W zeszłym miesiącu to oni przesłali nam tę srebrną zastawę; myśleli że ten szmelc załatwi sprawę; naiwniaki. – dodał Shiffer

–A teraz, jak zobaczyli, że nie odpuściliśmy, to nam grożą sądem.

–Co się tak dziwicie? Walczą o swoje, nawet jeśli nie mają szans. – powiedział Chris

–Dobrze powiedziane; nie mają szans. Nawet, gdyby pękli, nie uzbierają takiej kasy, żeby zatrzymać te ziemie przy sobie. Towarzystwo miłośników golfa już zaproponowało nam poczwórną ich wartość za wykup. A to, co proponują mieszkańcy, nie przekracza nawet jednej dziesiątej prawdziwej wartości tych ziem. – odpowiedział Shiffer – Mam przekupić sędziego?

–Co ty, żartujesz? Nie jestem krezusem; ceny za wyrok są tak wysokie, że musiałbym chyba sam splajtować, żeby to załatwić. – Robert ponownie westchnął – Dobra, poczekajmy do wyroku sądu, a potem wykupujemy te ziemie i sprzedajemy towarzystwu miłośników golfa, tak jak chcieli. I kończmy z tym.

–Mam nawet kontakt z bardzo dobrym nadzorcą pól golfowych.

–Najpierw musimy je mieć w swoich rękach. – dodał Mc Connough – Musimy mieć to zapisane czarno na białym, że mamy te ziemie na własność, inaczej nic z tego.

–To tylko kwestia czasu, wierzcie mi. Co jeszcze macie?

–„The Golden Wings” znacznie spadli ostatnio w notowaniach; zwłaszcza po ostatnich katastrofach w Maroku i w Peru.

–No, no, widziałem w sprawozdaniu. Faktycznie, trochę się im dostało.

–Co robimy? – spytał Shiffer

–Dajmy im trochę czasu; niech się pozbierają i odrobią straty. To dobra, silna i renomowana firma, a jej akcje nadal stoją wysoko, mimo wszystko.

–Ta firma, szefie, to prawdziwa żyła złota. Ich akcje przyniosły nam sporo zysków w ostatnich latach.

–Wiem, dlatego wierzę w nich i chcę im dać szansę.

–A jeśli się nie pozbierają, to co wtedy? – spytał Chris

–Wierzę, że nie poddadzą się tak łatwo i wyjdą na prostą; ich szefostwo ma w tym ogromne doświadczenie.

–Ale załóżmy, że im się nie uda; co wtedy?

Robert wzruszył ramionami

–Zerwiemy z nimi współpracę.

–I zostawicie na pastwę losu?

–Z całym szacunkiem Chris, ale ty nie zrobiłeś z nami nic innego. – zapadło milczenie; sytuacja była kłopotliwa dla obu mężczyzn, nie znających szczegółów rodzinnej historii; Robert odstawił pustą filiżankę – Nie jesteśmy instytucją charytatywną, tylko dobrze prosperującą firmą, przynoszącą wysokie dochody. I to głównie dzięki temu, że oni dwaj – wskazał ręką Shiffera i Mc Connough'a – byli na tyle uprzejmi, żeby mi pomóc, kiedy sobie nie radziłem; a ciebie w tym czasie nosiło po ruinach. – po tym komentarzu Chris już się nie odzywał

–Ok, to, jak rozumiem, temat „Golden Wings” na razie zostawiamy na boku. – powiedział niepewnie Shiffer.

–Tak, dopóki się nie podniosą. Chciałbym jeszcze wiedzieć... – Robert przeglądał przez chwilę sprawozdanie – co w końcu z tymi terenami złotonośnymi z Erytrei. Minęło już sporo czasu od kiedy o nich wspomnieliście. Czy coś już wiadomo w tej sprawie?

–Od czasu do czasu spoglądałem na wieści napływające stamtąd i szczerze mówiąc, nie wiem, czy ten interes się opłaca. – powiedział Shiffer – Owszem, są tam kruszarnie złota, jest też sporo samodzielnych i firmowych poszukiwaczy złota, ale, żeby ktokolwiek się na tym wzbogacił – pokręcił głową – tego nie słyszałem. To chyba fałszywy alarm.

–Nie słyszałeś, bo tam panuje teraz prawdziwa gorączka złota. Takich wieści nie przekazuje się ot tak sobie. Jeśli nawet ktoś się wzbogaci, nie napisze o tym w gazetach ani nigdzie indziej; a ostatnimi osobami, jakie się o tym dowiedzą, będą jego sąsiedzi, bo po chwili odkrywca będzie już leżał z kulką w głowie, a inni będą skakali sobie do gardeł, żeby dostać jego ziemie. – skomentował Mc Connough

–Racja. – przyznał Robert – To co robimy?

–Właściwie należałoby osobiście sytuację wybadać. Proponuję wybrać się tam na parę dni i zobaczyć, czy uda się cokolwiek samemu wyłapać, bez czyichkolwiek podejrzeń o wydobycie informacji.

–Hm, lot do Erytrei? – Robert zastanawiał się chwilę, drapiąc się po brodzie – Sądząc po poziomie śmiertelności i liczbie zaginionych bagaży z ostatnich lat, to byłby kolejny nieprzespany lot; wszystkiego musiałbym doglądać osobiście.

–E tam – machnął ręką Shiffer – Dlaczego nie wyślesz delegacji?

–Bo delegat nie zdobędzie tylu informacji; tylu prawdziwych informacji, co my we trójkę; wiecie o tym. – Mc Connough i Shiffer spuścili wzrok i kiwnęli głowami – A więc co? Króciutki wypadzik z zamarzniętej Europy do rozgrzanej słońcem Afryki w przyszłym tygodniu? Ja funduję. Curt, ty zamawiasz bilety.

–Jasne.

–A ty Adam, zorientuj się w ubezpieczeniach na życie, zdrowie, kradzież i tym podobnych. No i jeszcze w szczepieniach przeciwko chorobom tam panującym i lecimy panowie.

–Oczywiście.

–Macie jakieś projekty, plany albo mapy, dotyczące rozmieszczenia tych złóż i tego co się ich tyczy?

–Jasne, mam wszystko w swoim gabinecie, zaraz przyniosę... – Shiffer podniósł się z miejsca

–Nie trzeba, z chęcią ruszymy tyłki, nie Chris?

–Szefie, wolałbym raczej...

–Nie marudź, idziemy.

Robert spojrzał na brata i wstał; po chwili Chris zrobił to samo i wszyscy wyszli z gabinetu. Robert tym razem zamknął gabinet. Kiedy wlókł się za nimi, Cloe przeszła obok niego, otarła się o jego bok i potajemnie włożyła mu coś do ręki. Nie patrząc na nią chwycił to, bez słowa schował do kieszeni i poszedł dalej za bratem i jego towarzyszami. Ciekawość go zjadała, żeby zobaczyć, co to jest, ale nie mógł tego w zrobić w tej chwili. Po minucie byli w gabinecie Shiffera.

–Z góry przepraszam za bałagan. – powiedział Shiffer, otwierając drzwi – Ostatnio jestem zagoniony i nie mam czasu posprzątać.

Wokół piętrzyły się białe i pożółkłe stosy papierów, teczek, kosz na śmieci był przepełniony, a na szerokim parapecie stał stos opakowań po jogurtach, plastikowych butelek i puszek po napojach energetycznych oraz papierowych toreb po daniach na wynos z okolicznych garmażerii. Pachniało zatęchłymi resztkami jedzenia, a drobne ziarenka kurzu unosiły się w słońcu.

–Nie martw się, pamiętasz, jak wyglądał mój gabinet na samym początku? I ty się też nie zraziłeś. Uchylimy nieco okno, – powiedział Robert, podchodząc do okna i otwierając je na szerokość niewielkiej szczeliny – i zaraz się wszystko wywietrzy.

–Naprawdę mi głupio. – powiedział Shiffer, szukając wolnych krzeseł i ściągając z nich stosy papierów – Ostatnio częściej przebywam poza biurem niż w nim.

–Nic dziwnego, przeżywamy ostatnio okres prawdziwej prosperity i masz mnóstwo pracy.

Wszyscy usiedli na uwolnionych od papierów krzesłach, a sam Shiffer grzebał w jednym stosów na biurku i szykował dokumenty do wglądu dla szefa.

–O tu, to jest mapa tych terenów. Muszę ją położyć na podłodze, bo wtedy będziecie widzieć wszystko no i całe biurko mam raczej zajęte, jak widzicie.

–Nie ma sprawy, rób swoje. – powiedział Robert.

Shiffer ukląkł, rozłożył mapę na podłodze i po chwili ukazała się na niej żółto-biała przestrzeń, pocięta kolorową siatką dróg, szlaków i granic.

–Tu są te złoża. – Shiffer zakreślił kółko na mapie – I te tereny chcemy kupić.

–To znaczy, kupimy, jeśli się będzie opłacało. – poprawił go Mc Connough

–Tak, tak; Z tego, co zdążyłem się zorientować, to na tych ziemiach dotychczas nie było nic, nawet rolnictwo się tam nie rozwinęło, a okoliczne plemiona nie były nimi zainteresowane.

–Nic dziwnego, to wygląda na czyste pustkowie. – powiedział Robert

–Bo tak jest. Dopiero, z licznych wycieków dowiedziałem się, że jakaś firma zrobiła badania i okazało się, że trafili na złoża złota. Pogrzebałem trochę głębiej i dowiedziałem się, że już się spóźniliśmy, bo prawie wszystkie firmy naszego typu już wysłały tam swoich ludzi na zwiady.

–To znaczy, że nie mamy tam po co jechać. – powiedział Mc Connough z brodą podpartą ręką

–Nie prawda. Powiedziałem, że dotychczas nie słyszałem, żeby ktoś się na tych ziemiach wzbogacił, ale nie powiedziałem, że ktokolwiek się stamtąd do tej pory wyniósł, albo wyjechał.

–A więc albo nikt nic nie znalazł i nadal szukają...

–Albo ktoś coś znalazł i siedzi cicho. – dokończył Chris.

–Dobra odpowiedź, Chris, mogę ci tak mówić?

–Jasne.

–Nie powiem, żebyś mnie zaskoczył, ale zrobiłeś krok w dobrą stronę. – Robert poklepał go po ramieniu – I dlatego właśnie musimy polecieć tam osobiście. Od lat to przecież nasz niezawodny sposób na zdobycie informacji i natychmiastowe działanie. Musimy tam polecieć i sami się dowiedzieć, czy ktoś coś znalazł i siedzi cicho, czy naprawdę nic tam po nas. Lecisz z nami? – zwrócił się do Robert.

Na wszelkie tego typu propozycje Chris natychmiast odpowiadał: „Jasne, kiedy mam być gotowy?” Jednak tym razem chodziło o obietnicę złożoną Damianowi i matce, że zajmie się sprawą ojca. Dlatego musiał odpowiedzieć:

–Pogadamy potem, ok?

–No dobra, nie nalegam.

–Mam jeszcze wstępny raport dotyczący naszych ogólnych planów wobec tych ziem. Jeżeli okaże się, że tam jest naprawdę złoto i uda nam się je zdobyć, to dla nas to będzie prawdziwa kopalnia złota.

Chris obserwował z boku, jak wszystkim trzem oczy zaświeciły się jak latarki na tę możliwość.

–A jeśli nie, to zostawiacie tę dziurę innym, żeby sami w nią wpadli. – dokończył Chris

Robert popatrzył z podziwem na brata.

–No no no, teraz to naprawdę mnie zadziwiasz. Chyba powoli zaczynasz chwytać, o co w tym wszystkim chodzi. – powiedział Robert, a Chris uśmiechnął się lekko i pokiwał głową.

„Tak, zaczynam chwytać, ty hieno. Masz w tej firmie specjalistów od wyszukiwania wszystkiego, co da się wykupić, przejąć po niższej cenie, albo jeszcze lepiej za bezcen i opchnąć to komukolwiek innemu, kto będzie chciał za to dać przynajmniej dwa razy tyle. A jeśli się nie da z tego wyciągnąć jakichkolwiek zysków, to porzucasz to jak bezwartościowe śmieci. Robisz dokładnie to samo, co ojciec.” – pomyślał Chris, ale nie wypowiedział tego na głos.

Wtedy do biura Shiffera weszła inna dziewczyna w granatowym tużurku.

–Witam, szefie, wszędzie pana szukam. Dzwonią przedstawiciele tej wioski w Ruthefort i koniecznie chcą z panem rozmawiać.

–Zbądź ich czymś, nie umiesz?

–Naprawdę próbowałam, ale oni dzwonią od wczoraj i nie dają nam spokoju. Mówią, że będą dzwonić tak długo, aż pan osobiście nie pokwapi się do słuchawki. – Robert parsknął śmiechem na te słowa – To oni tak się wyrazili, ja tylko powtarzam.

–No dobra, są na linii?

–Niemal nieustannie.

–Dawaj Chris, idziemy do biura obsługi klienta. Wy zostańcie tutaj. Curt, przejrzyj jego raport i popraw błędy, jak znajdziesz. Zaraz będę z wami. – wstał z krzesła i razem z Chrisem szybko wyszedł z biura. Szybkim, długim krokiem udał się przez korytarze do biura i przejął słuchawkę.

–Robert Chase przy telefonie, miło mi, że zechcieli Państwo zadzwonić bezpośrednio do naszej firmy... zaraz, zaraz, dlaczego z takim gniewem, może się dogadamy... – Robert westchnął – Chwileczkę, jeżeli będzie pan do mnie mówił takim tonem, zaraz się rozłączę i... dobrze, dobrze... to poczekamy na wyrok sądu i wtedy zobaczymy, kto ma rację. My proponowaliśmy państwu wykup za rozsądną cenę... ale wokół państwa są przecież inne łąki i tereny zielone; cała wioska jest otoczona równiną... to proszę poszukać takich terenów, gdzie krowy będą mogły się spokojnie paść; dlaczego potrzebują państwo akurat najbardziej tych terenów, które my chcemy wykupić?... Proszę pana, a może spojrzy pan na to z innej strony?... Proszę sobie wyobrazić, jakie korzyści dla wioski przyniesie napływ ludzi z miasta. Wiadomo, że ludzie w mieście szukają dziś odpoczynku, ciszy i spokoju pośród zieleni, prawda? A państwo to właśnie mają do zaoferowania. Proszę sobie wyobrazić, co to będzie, jeśli tereny te trafią w ręce miłośników golfa na przykład, albo kogoś, kto będzie chciał tam założyć domki letniskowe. Ilu ludzi dowie się o państwa wiosce, o jej historii, o pięknych miejscach... tak, tak, to oznacza rozwój turystyki, ale i bazy dla turystów też; widzi pan te wszystkie gospody, wolne pokoje, puby i kwitnące życie w wiosce? A może mleczarnię ktoś założy, może i jeszcze inne atrakcje dla turystów? A to oznacza co?... właśnie; napływ świeżej gotówki, dobrze pan to ujął. Więc nie ma się co boczyć, że ktoś chce wam zabrać ziemie, tylko robić reklamę i korzystać z szansy rozwoju. Im więcej ludzi się dowie, co ma do zaoferowania taka wioska, tym lepiej... tak tak, oczywiście, że byłem u państwa osobiście i wszystko sprawdziłem. Gwarantuję, że jeśli się państwo odpowiednio postarają, to napływ turystów i gotówki do wioski jest gwarantowany... – Robert odwrócił się do asystentki i uniósł w górę kciuk, a ona uśmiechnęła się i zacisnęła kciuki – A więc rozumiem, że nie ma problemu... tak, oczywiście, proszę zrobić zebranie... jasne, wszyscy mieszkańcy muszą o tym zadecydować, oczywiście... dobrze, dobrze, a więc czekam na państwa wspólną decyzję... do widzenia. – Robert odłożył słuchawkę i odetchnął głęboko i z uśmiechem słuchał, jak cały zespół telefonistek bije mu brawo.

–Nie ma to jak szef; pan zawsze wie, jak zachęcić klienta do sprzedaży. – powiedziała jedna z nich, a Robert zaczerwienił się i opuścił nieśmiały wzrok. Chris musiał przyznać, że też podziwiał jego elokwencję i umiejętności dyplomatyczne i z uznaniem oraz z uśmiechem pokiwał głową. Robert podniósł ręce, żeby uciszyć wszystkich i stopniowo oklaski ustały.

–Jak pan to zrobił? – zapytała jedna z dziewczyn – Tyle razy próbowałyśmy ich przekonać, że to dobry pomysł z tą sprzedażą. A pan porozmawiał tylko raz i już ich pan ma w garści.

–Nie obraźcie się dziewczyny, nie jestem żadnym męskim szowinistą, ale różnica jest taka, że usłyszał to od mężczyzny i to dodatkowo od samego szefa. A w takich ludziach jak wiejscy burmistrzowie i sołtysi to wzbudza o wiele większy szacunek niż asystentka szefa. Oni sobie myślą, że wy niewiele możecie i że wykonujecie tylko nasze rozkazy. Przykro mi dziewczyny, ale tak właśnie z nimi jest. Nie wiedzą, ile zależy właśnie od was. To wy jesteście tymi rolkami, na których toczy się nasza firma. Bez was nie ruszymy z miejsca. A więc do dzieła, dziewczyny. – kiedy wszystkie usiadły na swoich miejscach, zwrócił się do Chrisa – A my idziemy z powrotem.

–Muszę przyznać, że zrobiłeś na mnie wrażenie.

–To był pikuś. Wystarczyło tylko dać dziadkowi powąchać zapach przyszłych pieniędzy i padł przede mną jak długi. Ale muszę powiedzieć Curtowi i Adamowi, że faktycznie, mamy ich w garści.

Mimo szorstkiej odpowiedzi, Chris musiał przyznać, że zaczynało go to wszystko wciągać. Poszli dalej w stronę biura Shiffera, a tam Curt i Adam siedzieli pochyleni nad plikiem kartek. Curt miał w ręku długopis i raz po raz kreślił nim coś na kartkach i rozmawiał z Adamem.

–No i co? Do czegoś już doszliście? – powiedział wchodząc do pokoju. Chris wszedł za nim i zamknął drzwi.

–Doszliśmy do tego, że to wszystko wymaga dokładnej poprawy.

–Mówiłem, że to tylko projekt wstępny. – bronił się Adam

–Wstępny, nie wstępny, paręnaście zdań już musiałem ocenzurować. Do tego jeszcze dochodzą błędy; ale nie błędy w tekście, tylko w logice. Nie możesz na przykład wnioskować, że gdybyśmy wygrali, to reszta ofert kupna ziem pójdzie w zapomnienie. Dopiero wtedy się do nas dobiorą i będą chcieli nas zniszczyć.

–Ale ta ziemia będzie już wtedy nasza i nikt...

–Adam, na jakiej planecie ty żyjesz? – skrytykował go Robert – I to mówi tak doświadczony biznesmen jak ty? Jasne, że dopiero wtedy będą chcieli nas przejąć. Musimy się na to wcześniej przygotować i to musisz ująć w planie.

–Poza tym, powinieneś zwrócić uwagę na to, że tamtejsi bogacze będą się bić o swoją ziemię. Poszukałeś chociaż informacji, czy ta ziemia czasem nie należy do jakiejś rodziny, czy dynastii, albo jakiegoś szejka? Jeżeli oni się dowiedzą, że próbujemy kupić ziemię należącą do nich, i to bez ich zgody, to jesteśmy updupieni...

–On ma rację, trzeba się dowiedzieć, czy ta ziemia do kogokolwiek należy i za ile byliby skłonni ją sprzedać. Słuchaj go dobrze Adam i opracuj to, o czym on mówi.

Chris spojrzał na zegarek: nie było jeszcze ósmej, a oni zdołali już tyle zrobić. Reszta dnia przebiegła w podobnym tempie. Chris dopiero teraz zobaczył, że jego brat, chociaż młodszy od niego o trzy lata, pracuje tak ciężko jak człowiek o połowę starszy. Robert był jak maszyna i cały czas był nakręcony.

Mógł teraz zobaczyć, że ten kawałek wieżowca to rzeczywiście jego cały świat i w tym świecie się zagubił, tak jak ich ojciec kiedyś. Dlatego między innymi Chris odszedł z domu: nie chciał być taki jak ojciec; chciał żyć swoim życiem. A teraz, nie dość, że nie doszedł w życiu do niczego i nadal nie wiedział, jak ma jego życie wyglądać, to jeszcze sam się nakręcił. Zrozumiał pasję i logikę swojego brata i zaczynał już mu doradzać i rozmawiać z całą trójką na temat zdobycia tego, co chcieli.

Całkiem zapomniał o tym, że miał w kieszeni wiadomość, dopóki nie poszedł do toalety. Wtedy dopiero poczuł, że ma coś w kieszeni i przypomniał sobie, że Cloe wcisnęła mu coś do ręki. Teraz to wyjął. Była to mała karteczka, a w nią zawinięta była prezerwatywa. Natychmiast skojarzył, o co jej chodziło i uśmiechnął się. Przeczytał karteczkę: „Bądź dziś o 20:00 w barze „Bloomes” na dole.”

„Oczywiście, że będę.” – powiedział do siebie i dopiero wtedy uświadomił sobie, jak spędził cały dzień w świecie Roberta. Od rana był tylko o kilku kanapkach, kubku kawy i filiżance espresso. Nie jadł cały dzień i dopiero teraz poczuł słabość i dreszcze. Spojrzał na zegarek: nie było jeszcze ósmej, ale już dochodziła. Znowu wpadł w kołowrotek, tym razem rodzinny i chciał się z tego wydostać.

Wyszedł z toalety i poszedł do gabinetu Roberta. Było późno, ale Robert jeszcze siedział przy biurku i pisał coś w papierach.

–Chris? Myślałem, że już poszedłeś.

–Właśnie miałem ci powiedzieć, że będę szedł. Mam się jeszcze z kimś spotkać.

–Już nawet wiem z kim. Pewnie czeka na ciebie już w barze na dole. Idź do niej.

–Skąd wiedziałeś?

–Myślisz, że nie zauważyłem, że wręczyła ci coś na korytarzu? – Chris uśmiechnął się, Robert również – Słuchaj, przepraszam cię za tę uwagę dzisiaj rano. Wcale już nie myślę, że zostawiłeś na specjalnie.

–Nie ma sprawy.

–Jest sprawa. Przez te wszystkie lata zastanawiałem się, dlaczego to zrobiłeś i teraz wiem. Nie chciałeś się stać taki jak ojciec. Zimny, drastyczny, wymagający i nieczuły. To ja się taki stałem. I to jest moje życie. To jest życie, które kocham i nie wstydzę się tego powiedzieć. Nie potrafię żyć inaczej. To biuro, ta praca... jest moim życiem.

–Tak jak partia jest życiem ojca.

–Dokładnie. Rozumiesz to?

–Dobrze cię rozumiem. Dziś poczułem, co to znaczy być w twojej skórze i wiesz co? Spodobało mi się.

–Nie, Chris, uciekaj stąd. Matka straciła już ojca, a teraz straciła i mnie. Nie może jeszcze stracić ciebie. Zauważyłem, że dobry w tym jesteś i mógłbyś daleko zajść, ale proszę cię – przynajmniej ty pozostań człowiekiem.

–Dobra... mam dla ciebie propozycję. Spędziłem jeden dzień w twoim świecie i wciągnąłem się w to, przyznaję. Teraz chciałbym ci pokazać, w jakim świecie ja żyłem, kiedy opuściłem dom. Weź sobie jutro dzień wolnego. To mógłbyś dla mnie zrobić, co?

–Dobra, jutro pożyję na twój sposób. Może też się w to... wciągnę. A na razie idź do niej. Zobaczymy się w domu?

–Raczej wątpię.

Robert uśmiechnął się

–No dobra, pędź, zobaczymy się jutro.

Chris wziął swoją kurtkę i popędził do windy. Zjechał na sam dół i wyszedł z budynku, a po chwili już stał w drzwiach baru i rozglądał się za piękną blondynką w granatowym tużurku. Zauważył ją, kiedy pomachała mu ręką. Uśmiechnął się i podszedł do jej stolika.

–Hej, dawno się nie widzieliśmy... Samantho. – usiadł

–Dlaczego mi nie powiedziałeś, że jesteś bratem szefa?

–A dlaczego skłamałaś, jak się nazywasz?

–Nie podoba mi się moje imię i już.

–A ja lubię twoje imię.

–Naprawdę?

–Tak.

Kiedy przyszedł kelner przerwali, złożyli zamówienie, po czym kontynuowali:

–Ale dlaczego nie powiedziałeś...

–A skąd mogłem wiedzieć wtedy, że go znasz? Poza tym, byliśmy wtedy na całkiem innej stopie niż dziś.

–Fakt.

–Traktowałabyś mnie inaczej, gdybyś wiedziała?

Zastanawiała się chwilę, zanim odpowiedziała:

–A dlaczego w ogóle podjąłeś się takiego zawodu, mając takiego brata?

–Bo to ja miałem być na jego miejscu. – otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia – Tak, ojciec mnie od małego szkolił, żebym przejął po nim firmę. Ale w wieku szesnastu lat sprzeciwiłem się temu. Powiedziałem mu, że chcę mieć inne życie niż on i wyprowadziłem się.

–I pozwolił ci na to?

–Tak. A potem zaczął szkolić Roberta zamiast mnie i tak Robert jest dziś biznesmenem, a ja... ja wciąż szukam.

–Czego szukasz?

Wzruszył ramionami

–Nie wiem, siebie, sensu życia poza rodzinną firmą. A jak ty wylądowałaś w jego firmie?

–Po studiach dostałam tu bezpłatną praktykę. Miałam jeszcze wybór, żeby iść jako asystentka kierownika do partii, ale... polityka to nie moja sprawa, więc poszłam do firmy Roberta i tak już tu zostałam.

–I podoba ci się?

–Nie narzekam. Mam mnóstwo roboty i wszystko cały czas kręci się na najwyższych obrotach, jak sam widziałeś. Ale jest fajnie. Robert jest najmłodszy z nas i stwarza taką atmosferę w biurze, że wszyscy chętnie biorą się do roboty.

–Mhm, sam to dziś poczułem. Robert ma taką energię...

–Powiem ci o nim coś jeszcze. W przyszłym tygodniu jedzie do Afryki, nie? – Chris kiwnął głową – W zeszłym miesiącu był tam parę razy pod rząd ze swoimi kolesiami. A chcesz wiedzieć dlaczego?

–Koniecznie.

Cloe rozglądnęła się po sali, zbliżyła do Chrisa, a on zbliżył się do niej.

–Robert lubi murzynki. – szepnęła

–A to ci heca. – Chris roześmiał się na tę wiadomość i oparł wygodnie na krześle

–Nikt o tym nie wie, ale wiele razy widziałam go, jak wchodzi do jednego z tych hotelików na godziny. I zawsze z jakąś murzynką, nigdy z białą. Potem skojarzyłam to z jego częstymi wyjazdami do Afryki i już wiedziałam, po co tam jeździ. Myślę, że nikt oprócz mnie i jego dwóch kumpli o tym nie wie. A oni są wobec niego lojalni i nie puszczą pary z ust, nawet, jeśli o tym wiedzą.

–A co jeszcze o nim wiesz?

–Ma oko na taką jedną asystentkę z naszego działu. A ona na niego też. Pokażę ci ją. – wyjęła komórkę ze swojej torby, przeszukała w niej parę zdjęć i pokazała jedno z nich Chrisowi. Uśmiechała się na nim ładna, wysoka blondynka w białej schludnej bluzce, o długich, niemal do pasa, włosach

–To ta sama, która dzisiaj przyszła do niego z tym telefonem od tego sołtysa z wioski?

–Ta sama. To Roksana. Pamiętasz, jak się do niego podlizywała? „Nie ma to jak szef; pan zawsze wie, jak zachęcić klienta do sprzedaży.” – parodiowała koleżankę – Widziałeś, jaka skromnisia? Na co dzień jest bardzo nieśmiała i zgrywa intelektualistkę. Ale to łowczyni posagów, mówię ci. Jest teraz skromna, bo myśli, że złowi Roberta na uległość. Ona mu się podoba, wiem o tym, ale on nic nie powie.

–Dlaczego nie powie?

–Bo Roksana potrafi rządzić, a Robert nie będzie pod niczyim butem. Chce zostać wolny. Ale mi go żal, bo młody jeszcze jest, a już widzę, jak topi w tych swoich papierach wartościowych i nie widzi świata poza nimi. A ty nie widzisz tego?

–Widzę. Ale co mogę zrobić? Nie zmuszę go do niczego.

–Ty nie musisz go do niczego zmuszać. Wystarczy, że ona to zrobi. Jeśli dostanie Roberta w swoje ręce, będzie przy niej chodził na czworakach.

–W skórzanych gaciach i z kagańcem na twarzy? – zażartował Chris

–Co? Ty perwersyjny potworze! – zganiła go Cloe i uderzyła lekko w policzek – Ale wiesz co? Chciałabym to zobaczyć. – uśmiechnęła się – Wyobraź sobie: Robert w skórzanych gatkach, na czworakach z kagańcem i z kolczastą obrożą a przy nim piękna murzynka z biczem w ręku.

–Nie, Roksana z biczem w ręku.

–Tak, a murzynka instruuje ich oboje i każe im robić różne zboczone rzeczy. – pisnęła cicho z uciechy

–Tak, to byłby dopiero ubaw. – Chris oparł brodę na dłoni – Wiesz co? Podsunęłaś mi pomysł. Ale musisz mi w tym pomóc.

–Ok, a co mam zrobić?

Wtedy nadszedł kelner z zamówieniami.

–Nie tutaj, pogadamy o tym gdzie indziej. A teraz muszę coś zjeść, bo padnę z głodu.

–Ha! Od kiedy ty możesz paść z głodu?

–Od kiedy nie piję.

–A można wiedzieć, od kiedy nie pijesz? Bo to dla mnie totalna nowość.

–Jedz, nie marudź.

Przekomarzali się przez całą kolację. Kiedy skończyli jeść, poszli piechotą do znajomego Chrisowi taniego hotelu, Cloe zapłaciła za nocleg, zamknęli się w pokoju na klucz i nie wyszli stamtąd aż do rana.

19. Dzień Chrisa

Chris wrócił do domu koło ósmej rano. Robert już na niego czekał przy stole. Czytał gazetę i popijał wolno kawę. Chris był wyspany, ale głodny i czuł się wymięty. Usiadł obok Roberta, nalał sobie kawy z dzbanka, chwycił kanapkę z talerza i zaczął jeść

–Cześć, gdzie byłeś tak długo? – rzucił Robert, nie odrywając oczu od gazety

–Lepiej, żebyś nie wiedział. – powiedział z uśmiechem. Robert zastanawiał się przez sekundę, ale po chwili zrozumiał

–Nie mogłeś sobie odpuścić, co?

–Ona nie mogła odpuścić. I bardzo dobrze, że nie mogła.

Po wielu miesiącach postu, jaki narzucił sobie w hotelu, czuł, że energia rozrywa go w środku. Zaczął od Philipa, a ostatnia noc, spędzona z Cloe, jeszcze bardziej podsyciła żar podniecenia. Czuł, że nie będzie mógł nad tym zapanować i nie chciał. Był w tej chwili opozycjonistą wszelkiej władzy, także tej nad swoim ciałem i jego zachciankami.

Jednocześnie spojrzał na dwudziestoletniego Roberta, zapatrzonego w nudne notowania giełdy, opanowanego, w doskonale wyprasowanej koszuli, pod krawatem i podniecenie, które dotychczas mu towarzyszyło, nagle opadło. Nawet jego kanapka leżała pod kątem prostym do rantu stołu.

Chris już wiedział, że życie nie zawsze da się poskładać w idealnie równą, czyściutką kosteczkę; że często wygląda jak brudny, wymięty łach i że trzeba się nim zadowolić i go polubić, bo nie ma się innego wyjścia i to jest wada. Zaleta jest taka, że na brudnym kolejne plamy są niewidoczne, natomiast na czystym widać każdą pojedynczą plamkę. Trzeba się trochę wybrudzić i wymiąć, żeby koszula wyglądała na normalną i w ogóle używaną. I to właśnie postanowił pokazać Robertowi.

–Nie rozumiem was. – powiedział Robert, wciąż wlepiając wzrok w gazetę.

–Po dzisiejszym dniu zrozumiesz.

–Aż się boję. Co ty planujesz?

–Cierpliwości. Na razie chcę zjeść śniadanie. A potem pożyczysz mi swoje ciuchy. W tych łażę już parę dni i nie czuję się w nich za świeżo.

–Dobra.

Po śniadaniu Robert poszedł z Chrisem do swojej garderoby. Tam szukali rzeczy tak długo, dopóki nie znaleźli takich, które Chrisowi przypadły do gustu. Potem przebrał się i zszedł z Robertem na dół. Robert chciał usiąść z powrotem przy kawie, ale Chris chwycił kanapkę z talerza, a Roberta za rękaw i powlókł go do przedpokoju.

–Co... co ty...

–Wychodzimy. Nie będziemy cały dzień siedzieć w domu.

Robert posłusznie ubrał się i wyszedł z Chrisem na ulicę.

–Co teraz? Bierzemy samochód?

–Nie, idziemy na spacer.

–Żartujesz? Jest chyba minus dziesięć stopni.

–Spokojnie, zaraz znajdziemy na to antidotum.

Kiedy doszli do dzielnicy, w której Chris spędził dwa lata, Chris wszedł do małego sklepiku, a Robert za nim.

–Dzięki Bogu – powiedział Robert – Już myślałem, że mi ręce odmarzną.

–Chris? To ty, dzieciaku? – spytał wysoki, muskularny, czarnoskóry sprzedawca około pięćdziesiątki

–We własnej osobie.

–Chodź tu, niech cię uściskam. – roześmiał się i objął Chrisa serdecznie – Co porabiałeś przez ten czas?

–To długa historia. Dzisiaj wybrałem się na przechadzkę po starych kątach. Chciałbym pokazać bratu, jak żyłem w najlepszych czasach. Robert, to jest Wielki Drawer. Jeden z moich najlepszych przyjaciół.

–Cześć, – sprzedawca mocno uścisnął rękę Roberta – Twój brat... mogę mu powiedzieć, kim tu byłeś? – Chris kiwnął głową – No, cóż, twój brat zrobił niemałą karierę w tej dzielnicy, jako panienka do wynajęcia aż w końcu zniknął na dobre. I kiedyś uratował mi życie.

–Naprawdę? A co takiego się stało?

–Kiedyś napadło mnie dwóch rabusiów. Chcieli kasy, jak każdy. Kiedy zostałem napadnięty, on jeden zauważył, że dzieje się coś niedobrego.

–No nie jeden.

–A prawda, Daniel też tam był. Wzięli kamienie i rzucali w wystawy, a to rozproszyło uwagę tych typków i jeszcze dostali nieźle po łbach. A ja w tym czasie sięgnąłem po spluwę spod lady i zagroziłem, że ich zastrzelę, a potem trzymałem na muszce. Parę razy nawet musiałem strzelić, żeby się przekonali, że nie żartuję. Daniel i Chris w tym czasie weszli do sklepu i powiadomili policję. Powiedziałem im gdzie jest lina, związali ich i jak po kilku minutach przyjechał radiowóz, to ich zwinęli. Od tej pory, jak widzicie, trzymam broń na wierzchu.

–I nie boisz się, że ktoś ją pierwszy wyrwie? – spytał Robert

–Niech no tylko spróbuje.

–I tak ich załatwiliście?

–Tak. Po prostu nie spodziewali się, że ktokolwiek z ulicy coś zauważy, albo, że cokolwiek zrobi.

–Zniszczyli mi trochę towaru tymi kamieniami, – mówił dalej sprzedawca – ale co tam; najważniejsze, że zachowałem życie i sklep, a straty odrobiłem. A właśnie, gdzie się podziewa Daniel? Masz do niego kontakt?

–Tak, pracuje jako inspektor hotelowy.

–Inspektor hotelowy?! No nie uwierzę, jak nie zobaczę.

–Poważnie. Założył rodzinę; jego żona spodziewa się teraz dziecka.

–Popatrz, popatrz, a już myślałem, że ten huncwot skończy jak wszyscy tutaj. A ty co robisz?

–Na razie wylądowałem w domu. A potem zobaczymy.

–Zawsze w drodze, co? A kiedy ty w końcu dojdziesz do siebie?

–Na razie muszę siebie znaleźć.

–Życzę ci powodzenia w szukaniu. Co dla was, chłopaki?

–Zimno jest. Szukamy czegoś, żeby się rozgrzać.

–Mam coś specjalnie dla ciebie. Poczekaj, zaraz przyjdę. – sprzedawca poszedł na zaplecze

–Nie spodziewałem się, że mogłeś uratować życie.

–Rzucanie kamieniami to pomysł Daniela, nie mój. On mnie na to namówił.

–Kim jest ten Daniel?

–Może się kiedyś dowiesz.

–Chris, myślałem, że mi opowiesz wszystko.

–Ja też się tego spodziewałem z twojej strony.

–O czym ty... – Robert nie dokończył, bo sprzedawca wrócił z dużą butelką Glenna Rose'a w ręku, zapakował ją w papierową torbę i postawił przed nimi

–Macie. To was na pewno rozgrzeje.

Robert wyciągnął portfel

–To może ja..

–Nie, Chris ma to ode mnie gratis. Wypij z bratem za stare dobre czasy. I wyjdź na prostą Chris, bo zasługujesz na to.

–Dzięki Drawer.

Chris, Robert i Drawer podali sobie dłonie, po czym Chris i Robert wyszli ze sklepu. Robert koniecznie chciał się dowiedzieć, kim jest Daniel, ale Chris nie powiedział ani słowa. Zamiast tego, raczył brata raz po raz whisky, którą otrzymał w podarunku i sam popijał. Chris szedł ulicą i opowiadał bratu o wszystkim, co wiązało się z tymi ulicami. Po dwóch godzinach włóczenia się po ulicach oblanych pięknym zimowym słońcem, w bezwietrznej pogodzie i słuchania opowieści Chrisa i stałego popijania, Robert przestał zwracać uwagę na mróz i wyluzował się całkowicie. W końcu stanęli przez szeregiem ceglanych ruin.

–To tutaj. – powiedział Chris i wskazał ręką na ruiny. – Tu spędziłem najlepsze dwa lata swojego niezależnego życia.

–To właśnie tutaj ma stanąć to nowe centrum handlowe.

–Chodź, wejdziemy do środka. Chcę te mury obejrzeć jeszcze raz, zanim je wyburzą.

–Ale tu pewnie i tak nikogo już nie ma. Poza tym, teren jest ogrodzony.

Chris nie odpowiedział – szedł tylko wzdłuż ogrodzenia i szukał rozszarpanej siatki, aż w końcu znalazł przejście i otworzył siatkę dla brata.

–No chodź – zawołał do Roberta, przytrzymując dla niego drucianą siatkę

–Dobra, ale na twoją odpowiedzialność.

Chris i Robert weszli do opuszczonego, ziejącego pustką budynku i szli wzdłuż szerokiego korytarza. Z któregoś z pomieszczeń dochodziły do nich jednak jakieś głosy rozmów, pojedynczych, głuchych uderzeń, a nawet szarpnięcia strun gitar. W pewnej chwili z jednego z pokoi wyszła staruszka w szarym znoszonym, jesiennym płaszczu i oklapłym kapeluszu. Spod tego wszystkiego widać było warstwy swetrów, a spod kapelusza grubą czapkę. Na rękach miała dziurawe rękawiczki. Chris poznał ją.

–Deborah? To ty? – szedł w jej kierunku

Kobieta spojrzała na niego i osłupiała.

–Chris? Co ty tu robisz? Myślałam, że się stąd wyniosłeś.

–Bo wyniosłem się. Dzisiaj wspominam dawne czasy i pokazuję wszystko bratu.

Chris doszedł do niej i próbował ją objąć.

–Nie, jestem zawszona, złapiesz ode mnie jakieś robale. – odpierała jego atak, ale Chris nie ustępował i w końcu dała się przytulić – Nie boisz się starej, zawszonej pijaczki?

–Nigdy się ciebie nie bałem ani nie wstydziłem, wiesz to dobrze. –mówił przytulony do niej i pocałował ją w czoło. Robert obserwował to ze wzruszeniem. – Co się stało ze wszystkimi? – spytał, kiedy już ją wyswobodził.

–A co się miało stać? Wynieśli się, jak tylko rozniosły się plotki, że to wszystko ma być zniszczone. Poszli do innych ruin.

–A co ty tu robisz?

–Mieszkam. Należę do tych ruin, bo sama jestem ruiną. Tu jest moje miejsce i tu będzie moje łoże śmierci. – Chris nie skomentował tego. Przez chwilę patrzyli na wszystko dookoła wzrokiem pełnym wspomnień. W pewnej chwili Deborah się roześmiała łagodnie i zaczęła mówić do Roberta – Pamiętam, jak kiedyś przyłapałam ich biegających całkiem nago po tym korytarzu z takimi dwiema lesbijkami z góry, Asimą i Fredą. – Chris spuścił wzrok, poczerwieniał i uśmiechnął się na to wspomnienie – Wszyscy byli tacy weseli, tacy roześmiani. Zdziwiło mnie to, bo one same zawsze mówiły, że nie chcą mieć z mężczyznami nic wspólnego, a więc natychmiast spytałam Asimy, co one robią tu nago z Chrisem i Danielem. A Asima powiedziała, że obydwaj są u nich na prawach specjalnych, bo tylko im mogą zaufać i wiedzą, że nie zrobią im nic złego.

–Kim jest Daniel? – spytał Robert, a Chris zmartwiał, ale Deborah odparła:

–Nie jestem upoważniona do udzielania tego typu informacji. Jeśli Chris ci nie powiedział, to ja też nie mogę.

–Dzięki Deborah. – odetchnął z ulgą i zwrócił się do Roberta – Potem ci wszystko wyjaśnię, obiecuję ci to. A co się z nimi stało? – Spytał Debory

–Obie nie żyją.

–Co?! Jak to?

–Asimę ktoś w końcu zgwałcił po raz kolejny i przy okazji zaraził ją Aids. Zmarła w swojej kwaterze. Freda była przy niej do samego końca. Opiekowała się nią i przeżywała razem z nią wszystkie cierpienia. A kiedy Asima zmarła, Freda poszła do Ashera na dół. Chciała, żeby wstrzyknął jej jakiś złoty strzał, bo bez Asimy nie chciała już żyć. Na próżno jej tłumaczył, że jest młoda i że jeszcze całe życie przed nią. W końcu złapała pierwszą strzykawkę, jaka wpadła jej w ręce i zanim zdążył zareagować, wbiła ja sobie w okolice serca i wpompowała wszystko, co tam było. Złapał ją i próbował zanieść do szpitala, żeby ją ratować, ale zmarła prawie natychmiast.

–A więc umarła razem z nią, jak to sobie obiecały. – smutno podsumował Chris – A skąd wiesz to o strzykawce?

–Sam mi o tym opowiedział.

–A co z nim?

–Wyniósł się stąd, tak jak reszta. Nie wiem, co się z nim dzieje, nie słyszałam nic o nim od tamtej pory. Może zresztą też sam skończył gdzieś w rowie ze strzykawką w żyle. Nie obraź się Chris, ale muszę cię już pożegnać. Głodna jestem i muszę zapolować na coś do jedzenia.

–Jasne.

Robert wyciągnął portfel i otworzył go.

–To może ja...

–Robert, nie...

–Chcesz mnie obrazić? – spytała go ostro – Może i jestem bezdomną staruchą, ale nie potrzebuję twojej litości i twoich pieniędzy. A na jedzenie poluję sama.

–Schowaj to, już. – kazał mu Robert, a Deborah przeprosił – Przepraszam za brata; chciał dobrze, ale nie zna panujących tu zasad.

–Już spokojnie, ja też przepraszam. A teraz pożegnam was chłopaki.

–Jeszcze tylko jedno. Co to za dźwięki z dołu?

–A, to taka kapela rockowa. Ćwiczą tutaj razem ze Stevie'm.

–To Stevie wciąż tu jest?

–Jest. I może nawet się na niego natkniesz, jak tam teraz pójdziesz.

–Dobra, miło było cię widzieć, Deborah; i miło wiedzieć, że wciąż tu jesteś.

–Zawsze tu będę. Odwiedźcie mnie jeszcze kiedyś. – mówiła odchodząc.

Chris poprowadził w drugą stronę, w kierunku klatki schodowej, która prowadziła w dół. Dochodził stamtąd przerywany raz po raz łomot gitar elektrycznych i perkusji. W przerwach między dźwiękami słychać było rozmowę.

–Biegałeś nago po korytarzu? Z dziewczynami? – Robert nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

–Tak to właśnie było kiedyś. A to dopiero początek.

Robert tylko pokręcił głową i poszedł za nim. Zeszli do ciemnej piwnicy, a Robert świecił latarką z komórki, żeby wiedzieć, dokąd się kierować. Kiedy weszli do ciasnej komórki, ogłuszył ich dźwięk gitar i zatrzymali się w progu. Dwóch długowłosych gitarzystów w czarnych skórzanych spodniach i takich kamizelkach grało niemal przed nimi, a perkusista wybijał żywiołowo rytm. Grali już jakiś czas, aż skończyli i umilkli.

–No, i jak nam teraz poszło? – spytał jeden z nich, odgarniając długie włosy z twarzy.

–Bardzo dobrze. Już dużo umiecie, tylko musi to wam wejść w krew. Tak trzymać chłopaki. Pamiętajcie, że dopóki...

–Tak, wiemy – westchnął inny – dopóki nie będziemy dobrze grali wybudzeni w środku nocy, nie mamy na co liczyć. Ale teraz nie stać nas na więcej. – wzruszył ramionami

–Spokojnie, dojdziecie i do tego.

–Cześć Stevie. – powiedział cicho Chris.

Starszy, niski, siwy mężczyzna odwrócił się i w mroku dostrzegł Chrisa.

–Ha ha! – ucieszył się i uścisnął z nim serdecznie.

Robert zauważył, że w ciągu ostatnich dwóch godzin to już trzecia osoba, która ucieszyła się tak na widok Chrisa. Zaczął się zastanawiać w tym momencie, ile osób on sam ostatnio tak serdecznie uścisnął i jak za złość, nie mógł sobie nikogo przypomnieć.

–Co słychać? Widzę, że ćwiczysz tu kogoś.

–Słuchajcie, – zwrócił się do chłopaków – pięć minut przerwy, muszę tu z kimś pogadać.

–Nie ma sprawy, szefie. Idziemy zakurzyć.

Kiedy oni kładli instrumenty i wychodzili, Chris i Stevie wzięli duże latarki, zastępujące reflektory ze sobą i usiedli na resztkach postumentów razem z Robertem.

–Co tu robisz?

–A jak widzisz, ćwiczę ich. Nie mogłem słuchać ich rzępolenia, a że mam mnóstwo czasu, to postanowiłem im pokazać, jak się porządnie gra.

–I jak im idzie?

–Coraz lepiej, chociaż do dobrej kapeli im daleko. Nie umieją zgrać rytmu i głosu, nie mówiąc już o improwizacji, dlatego wciąż uczę ich grać na razie bez śpiewania. A co ty tutaj robisz?

–Wybrałem się w podróż po przeszłości.

–Ah, zwiedzasz stare kąty.

–Mhm, a to jest mój brat, Robert.

–A kim ty jesteś? – Robert czuł się zdenerwowany, bo po raz pierwszy w życiu chciał się dowiedzieć czegoś o obcym człowieku nie po to, by to mogło mu się przydać, ale z czystej ciekawości. I Chris zdawał sobie z tego sprawę. Robert zaczynał się wciągać w jego świat.

–Ja jestem muzykiem. Grałem... to znaczy grałem i gram dalej na skrzypcach, tyle, że jako uliczny grajek. A przez całe życie byłem skrzypkiem w miejscowej filharmonii. Nie za dobrym, ale i nie kiepskim. Ot tak sobie grałem, byle by mnie z roboty nie wyrzucili. No i na sam koniec dali mi też takę sobie emeryturę. I jedyny lokal, na jaki mogę sobie w tej chwili pozwolić, to te ruiny.

–Pamiętam, ile zespołów tu wyszkoliłeś, – powiedział Chris – ilu śpiewakom dałeś lekcje i nadzieję na przyszłość...

Steve zanurzył się we wspomnieniach i uśmiechnął się

–A wiesz, co ja pamiętam? Pamiętam tych dwóch łebków, Chrisa i Daniela, jak szli ulicami. – odezwa się do Roberta – Zawsze byli pijani niemal w sztok; jeden obejmował drugiego, żeby nie upaść; ale śpiewali i darli się wniebogłosy. A fałszowali, jak dwa marcowe koty na dachu. – roześmiał się cicho – Ludzie otwierali okna, jak jeszcze tu mieszkali, albo rzucali w nich czym popadnie i krzyczeli, żeby zamknęli japy, a oni tylko się śmiali i śpiewali jeszcze głośniej. A jak któryś z nich dostrzegł mnie, to zawsze było: „Się masz Steve! Umiemy już ładnie śpiewać, czy jeszcze nie?” A ja zawsze odpowiadałem, że do opery to im jeszcze daleko. A oni na to, że idą ćwiczyć dalej. – Znów się cicho roześmiał – Bawisz się jeszcze w ten teatr?

–Nie, to już przeszłość. To już nie wróci.

–Baw się w to Chris, proszę cię. To była dobra ścieżka, pobudzała w tobie całe pokłady kreatywności.

–No nie wiem, to była raczej zabawa; nie traktowałem tego poważnie.

–Ale widziałem, jak gracie, widziałem ile radości i uznania wam to przyniosło. Ludzie lubili oglądać wasze przedstawienia.

–Steve, to była tylko zabawa... zabawa, nic więcej.

Steve westchnął

–No cóż, ja widziałem w tym coś więcej, ale jak chcesz.

–Opowiedz mi, jak to było z tym teatrem. Chcę się dowiedzieć coś więcej. – Robert spytał o to w nadziei, że skrzypek opowie mu coś więcej o Danielu, ale mówił mu tylko o przedstawieniach; o tym, co zawierały i jak wyglądały. Mówił o tym, jak Chris i Daniel przedstawiali własne zdanie na temat kobiecych ról w teatrze i operze poprzez ich parodię. Obaj słuchali tego z ciekawością, aż z pięciu minut zrobiło się piętnaście i muzycy przyszli, żeby przypomnieć mu o sobie.

–Niech pan przyjmie moją wizytówkę, może będę mógł jakoś panu...

–Nie, nie trzeba, sam się o siebie umiem zatroszczyć. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie się chciał nauczyć grać albo śpiewać. A wtedy zapraszam do mnie.

Muzycy ponownie wzięli instrumenty i zaczęli grać. Robert i Chris posłuchali kilku kawałków, po czym pożegnali się ze wszystkimi i poszli. Teraz Robert miał już w głowie obraz tutejszego życia. Wiedział już, że ludzie ulicy byli głusi na pomoc ze strony państwa nie dlatego, że jej nie potrzebowali – potrzebowali jej i to bardzo, ale tak jak Deborah i Stevie, byli dumni ze swojej niezależności i samowystarczalności. Czuli się wyrzuceni poza margines społeczny, ale dawali sobie radę samodzielnie – bez niczyjej litości.

Teraz już wiedział, że ci ludzie na pewno nie będą go błagać o litość. Mógł za to usłyszeć od nich: „Idź do diabła! Damy sobie radę bez ciebie!” Tak samo przez dwa lata żył na tych ulicach jego brat. Nie był uzależniony od nikogo, ale tak jak Robert, dawał sobie radę samodzielnie, razem z tym tajemniczym Danielem. „Ale kim był i kim jest Daniel i co tu Chris przeżył razem z nim?” – pytał siebie Robert i miał nadzieję, że kiedyś się tego dowie.

Na razie jednak Chris wchodził dalej na zrujnowane schody i pokazał mu, który pokój należał do Asimy i Fredy, a który do nich. Weszli do starego mieszkania Chrisa i Daniela, które teraz było całkowicie puste, a Chris oparł się o ścianę i osunął na dół. Robert usadowił się naprzeciw niego.

–Co tu się działo, Chris? Otwórz się przed mną, proszę cię.

Przed Chrisem stanęło teraz mnóstwo innych postaci i tysiące innych przygód, które wzbudziły w nim teraz te trzy osoby. Chciał o tym opowiedzieć Robertowi. Chciał mu wyjawić, kim jest Daniel i w jaki sposób dowiedział się o prawdziwych działaniach partii. Ale najpierw musiał załatwić sprawę z Roksaną.

–Chciałbym cię poprosić o to samo. Dlaczego o Roksanie muszę się dowiadywać od Cloe?

Robert spłonął rumieńcem.

–To... to nikt ważny.

–Nikt ważny? Widziałem ją w biurze, ta dziewczyna się do ciebie przystawia jak może, gdyby mogła, weszłaby ci...

–Chris! Nie waż się więcej tak o niej mówić!

–Ha! I tu cię mam. Gdyby ci na niej nie zależało, nie zareagowałbyś w ten sposób. Poza tym, ładna jest i wydaje mi się, że jest w twoim typie.

–Roksana jest naprawdę mądra i doświadczona.

–I ładna.

–Bardzo ładna. Jest piękna. Lubimy rozmawiać na tematy związane ze światem finansowym i rynkiem sprzedaży. Sama się tym interesuje i wie na ten temat dużo więcej ode mnie. Sam sporo z niej wyciągnąłem.

–Ale...

–Jest za dobra jak dla mnie. Chciałbym jej zaproponować wspólne spotykanie się, ale... boję się, że w pewnym momencie zaiskrzy między nami tak mocno, że nie wytrzymam napięcia i dam za wygraną. Zostawię ją i pozwolę jej robić, co będzie chciała.

–Boisz się, że twoja przyszła żona będzie lepsza w pracy od ciebie?

–Nie, będę się cieszył, jeśli będzie robiła to, czego naprawdę będzie chciała, ale... jej obsesja na punkcie władzy może się wydostać spod kontroli i może nadejść taki moment, że będzie chciała w to wciągnąć mnie na siłę, jakimś podstępem. A wtedy ją zostawię, tak jak ty nas zostawiłeś; jak ojciec zostawił nas. – Chris kiwnął głową, by dać znać, że rozumie, o czym jego brat mówi – A ja nie chcę tego robić, bo wiem, jak to boli. – Chris sięgnął za ramię brata, objął go serdecznie i ściskali się przez moment. – Dlatego nie chcę się w to pakować. Nie jestem na ciebie zły, Chris; rozumiem, że odszedłeś z domu, żeby ojciec całkowicie nie przejął nad tobą kontroli. I ja nie chcę, żeby Roksana zrobiła to samo ze mną.

–Co nie zmienia faktu, że nadal cię to boli.

–Właśnie. A ja też nie chcę takiej samej sytuacji w przypadku swoim i Roksany. Wiem, że się do mnie przystawia. I podoba mi się to nawet, ale nie będę jej psem i nie będę robił tego, co będzie ode mnie chciała, tylko to, co sam będę uważał za słuszne i nic tego nie zmieni. Jeśli ona nie będzie mogła tego zaakceptować, to wcześniej, czy później się rozstaniemy. Nie będę taki jak Damian i nie będę spełniał jej wszystkich zachcianek; niech sobie znajdzie kogoś na posyłki.

–Boisz się, że Roksana będzie tobą manipulować, tak?

–Tak. A właściwie... niestety, jestem taki sam jak nasz ojciec i będę robił dokładnie to samo co, on; jestem tego pewien. Boję się nie tego, że ona będzie mną dowodzić, ale tego, że jak zacznie to robić, to gotów jestem odwrócić się od niej i naszej rodziny, gdybyśmy taką założyli.

–Ale wtedy możesz skończyć tak jak ja i wiecznie będziesz poszukiwał i kręcił się wokół niej, jak ja kręcę się całe życie wokół firmy i partii, której wciąż nie chcę ofiarować swojego życia.

–Ale ja mam już swoje miejsce na świecie. Mam firmę i ludzi, którzy ze mną pracują. To jest teraz moja rodzina.

–Nie prawda, twoja rodzina jest w domu.

–W domu, do którego ani ty ani ojciec nie wróciliście przez całe osiem lat? Po waszym odejściu cała rodzina się rozpadła. Powiedziałem ci Chris, ja mam swoje miejsce w firmie; ojciec w partii, matka przy Damianie, a ty... nie wiem, gdzie. Nic nie wiem o życiu rodzonego brata. Chcę usłyszeć o tobie wszystko. Chcę usłyszeć, kim jest Daniel i co on ma z tobą wspólnego.

–To długa historia. – Chris odetchnął głębiej – No dobra, opowiem ci wszystko od początku. Tu, gdzie teraz siedzimy było nasze łóżko. A tam stała kuchenka gazowa... – zaczął Chris.

Opowiadał, co się zdarzyło od momentu wyjścia z domu. Potem opowiedział o tym, jak spotkał Daniela i jak założyli teatrzyk uliczny, żeby zarobić na życie, o tym, jak zostali kochankami, o ich wspólnej decyzji zostania razem i zamieszkania razem; o tym, co później robili, żeby przeżyć i jak się rozstali. Opowiedział mu o Barbarze, o ich wspólnym małżeństwie, o pracy w teatrze i o tym, jak się to wszystko rozpadło. Potem opowiedział, jak znowu spotkał się z Danielem i czego się dowiedział od niego, od jego żony i od Barbary. Zanim skończył, już się ściemniało. Whisky już dawno wywietrzała im z głów, a wokół robiło się coraz ciemniej i coraz zimnej.

Robert zareagował na słowa Chrisa dokładnie tak, jak on zareagował na słowa Daniela.

–Zmęczyło mnie to wszystko, chodźmy coś zjeść.

–Jasne. Pokażę ci świetną restaurację. Tam będziemy mogli pogadać.

Po drodze do restauracji Chris nie odzywał się. Zostawił Roberta samego ze sobą, żeby mógł sobie wszystko w głowie poukładać. Kiedy doszli do restauracji i weszli do niej, kolejna osoba rozpoznała Chrisa od razu. Tym razem Roberta już nie zdziwiło, że właściciel restauracji i Chris obściskują się i witają. Chris ponownie przedstawił brata.

–Ile to lat minęło, co? – wołał radośnie właściciel

–Nie wiem, w każdym razie kupa czasu. – odparł Chris.

–Nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś.

–A co zrobił?

Właściciel spojrzał najpierw na Roberta, a potem na Chrisa.

–To mój brat, Robert. Pokazuję mu dziś swoją przeszłość.

–No to słuchaj; kiedyś, kiedyś, dawno temu, była ze mnie niezła łachudra. I w końcu wylądowałem w więzieniu za swoje. I dobrze, należało mi się. Kiedy wyszedłem, nie miałem nic. Nic nie zostało mi z tego, co zbierałem przez większość życia i powoli popadałem w depresję.

Z Chrisem spotkaliśmy się w jakimś przejściu w metrze późnym wieczorem. O tej porze było tam pusto, ale wtedy akurat los chciał, że zahaczyłem o niego właśnie. Dopiero co zarobił... jeśli wiesz, co mam na myśli – Robert kiwnął głową, że wie – no i sprawa była taka, że on miał kasę, a ja nie. No to postanowiłem mu ją odebrać. On się zorientował i chciał uciec, ale byliśmy obaj w ślepym zaułku, a ja miałem duży, ostry nóż, no a on nie miał przeciw mnie szans.

Szedłem w jego stronę, aż poczułem na plecach ostrze noża. „Ani kroku dalej, bo wyłupię ci nerki i sprzedam na targu jak mięso na obiad.” usłyszałem. Chciałem jeszcze trochę pożyć, więc zrezygnowałem. To był Daniel, ale ja wtedy o tym nie wiedziałem. W każdym razie Chris podszedł do niego, a Daniel schował nóż i powiedział: „Więcej tak nie rób, bo będziesz miał ze mną do czynienia.”

Stali jeszcze chwilę naprzeciwko mnie i wtedy coś mnie tknęło. Zobaczyłem ich dwóch i pomyślałem sobie: „kurde, oni to przynajmniej mają siebie nawzajem, a ja nie mam nikogo, żeby się o mnie zatroszczył.” – Robert spuścił wzrok, bo jego myśli były w ej chwili dokładnie takie same – No i rozmazałem się jak ostatnia ciapa. I uciekłem stamtąd jak najprędzej.

Potem znalazłem sobie lokum w tych ruinach. Nie wiedziałem, że Chris i Daniel tam mieszkają. Nie stać mnie było na nic innego. I pewnego dnia ponownie natrafiłem na Chrisa. Natychmiast mu powiedziałem, że nie zrobię mu nic złego. On pamiętał, że się wtedy rozbeczałem.

Podszedł do mnie i zaczął ze mną rozmawiać. A rozmawiał jak nikt jeszcze ze mną nie rozmawiał; tak łagodnie, spokojnie, że aż mi się na zwierzenia zebrało. No i powiedziałem mu wtedy, że nic w życiu nie zyskałem, że wróciłem właśnie z więzienia i nic nie mam i że jedno co mi zostało, to się upić i chlasnąć. A on wtedy zapytał się kim jestem. Tak po prostu. No to opowiedziałem mu swoją historię.

Tu nie ma czasu ani miejsca, żeby to wszystko opowiedzieć, ale powiedziałem mu, że moja mama miała kiedyś restaurację. Miała nas czworo i cała nasza czwórka pomagała jej w kuchni przy przygotowaniu potraw i przy roznoszeniu ich i że tam nauczyłem się dobrze gotować. Tak było, aż w naszej dzielnicy wybuchły jakieś zamieszki, w których spalili nam restaurację i śmiertelnie zranili naszą matkę. Zmarła w szpitalu, a myśmy wszyscy trafili do różnych domów dziecka. No i od tej pory tak się włóczyłem to tu, to tam.

Kiedy mu to opowiedziałem, nie widziałem już dla siebie sensu życia. To wtedy dopiero Chris się za mnie wziął. Przychodził do mnie, rozmawiał ze mną, dzielił się ze mną jedzeniem, wyciągał na spacery, a pewnego dnia wyciągnął mnie na spacer, żeby pokazać mi to miejsce. – wskazał ręką restaurację

Wtedy jeszcze było w ruinie i nie było tu nic. Ale on stwierdził, że mógłbym tu założyć własny lokal i pokazywał mi, gdzie mogłaby być lada, a gdzie stoliki; uparł się do tego stopnia, że sam zacząłem sobie to wszystko wyobrażać i tak się do tego zapaliłem, że zacząłem żebrać o kasę na ulicy. Nie szło mi najpierw ale Chris poradził mi, żebym zrobił sobie taką karteczkę, że zbieram na swoją własną restaurację. I wtedy poszło.

Zbierałem kasę przez kilka lat. Chrisa już wtedy nie było, ale potem od czasu do czasu zaglądał do mojego lokalu razem z żoną. Potem odnalazłem swoich braci i siostrę. Razem biliśmy się z urzędami, uczyłem się ciężko ich biurokracji, potem długo szukaliśmy dobrej ekipy remontowej i jakoś w końcu wyszedłem na to, co mam.

Ale zawsze słyszałem, jak Chris do mnie mówił: „Tony, to twoje życie. Zrób wszystko, żeby wyglądało, tak jak ty tego chcesz, a nie ktoś inny.” Zapalił mnie tym jednym zdaniem do roboty tak bardzo, że dziś mam to, co zawsze chciałem. A tu wisi zdjęcie mojej mamy i nas wszystkich; całej czwórki. – pokazał zdjęcie wiszące na ścianie, a na nim uśmiechniętą kobietę w kuchni, z garnkiem w rękach, a wokół niej czwórka małych dzieci w białych fartuchach. – No to mniej więcej cała historia. Jesteście głodni?

–Jak szczury na statku. – powiedział Chris

–Mam bardzo dobre lazanie, chcecie?

–Dawaj.

Usiedli przy stoliku i umilkli. Robert oparł brodę na złożonych w koszyk dłoniach i wpatrzył się w szybę, a Chris rozglądał się po restauracji. Milczeli i zbierali myśli. Robertowi po głowie tłukło się tyle różnych myśli i wniosków, że sam nie wiedział, od którego ma zacząć, a więc postanowił zacząć od tego, który miał w tej chwili na myśli:

–Masz, czego chciałeś.

–Nie rozumiem.

–Stało się, poprzewracałeś mi wszystko w głowie. Już nie chcę być taki, jak byłem wcześniej.

–Mów jaśniej.

Robert kręcił chwilę głową w milczeniu.

–Po tym, co usłyszałem dziś o tobie i o Danielu, już nie chcę być taki, jak byłem do tej pory: łakomy na kasę, widzący tylko swoje potrzeby i nikogo więcej; nie chcę tam pracować od rana do nocy.

–Chcesz.

–Nie, nie chcę...

–Chcesz. Robert nie oszukuj siebie ani mnie, dobra? Kochasz to miejsce i tę pracę, widziałem to. Jak raz wpadniesz w trans, to już się nie odkręcisz przez cały dzień. I przy okazji innych też wkręcasz. Wiesz, co mi powiedziała Cloe o pracy w twoim biurze? Że owszem, jest ciężko, ale ludzi biorą przykład z ciebie i czerpią energię z twojej pasji i pracują dalej.

Ta praca jest twoim życiem i żywiołem; nie zmieniaj tego. To, co chciałbym, żebyś zmienił, to twoje podejście do ludzi. Nie sprowadziłem cię tu specjalnie po to, wierz mi. Chciałem, żebyś poznał środowisko, w jakim żyłem. A teraz sam doszedłeś do wniosku, że musisz bardziej zwracać na nich uwagę. Dzisiaj zobaczyłeś, że nie każde życie idzie jak po maśle i też trzeba mieć szacunek do takich ludzi, którym się nie udało i pomagać im jak tylko można, nawet jeśli to jest ktoś tak uparty i zawzięty jak Deborah.

–Nie wiem, czy tak potrafię.

–Jeśli nie potrafisz, to może znalazłaby się dla ciebie pomoc. Może właśnie Roksana byłaby dla ciebie kimś takim; może ona byłaby dla ciebie wspaniałą pomocą, twoją trzecią prawą ręką i partnerką jednocześnie.

–Musiałbym tylko nią odpowiednio pokierować. A Roksaną kieruje tylko ona sama. A mną kieruję tylko ja. Nie, nic z tego nie wyjdzie

–Nie wiesz tego na pewno, ty uparty ośle; Nie wiesz, co ona chce ci powiedzieć; nie wiesz, co chce przekazać. To wszystko to tylko twoje przypuszczenia oparte na intuicji. Musisz to usłyszeć od niej samej.

–A jeśli usłyszę, że nie chce mnie znać?

–To trudno, tak czasem też się zdarza.

–Nie muszę tego od niej słyszeć. To wiem dobrze i bez niej.

–Chcesz całe życie się okłamywać i żyć w niepewności?

–Czasem tak jest łatwiej.

–Wiem, wiem, że tak jest łatwiej. Możesz bać się życia, rozumiem, ale bez prawdziwej konfrontacji z nim, z innymi ludźmi i ich potrzebami, nie dowiesz się, ile znaczysz i co mógłbyś zrobić, żeby życie innych wyglądało lepiej. Czasem trzeba i warto być instytucją charytatywną, bo zobaczysz, że twoje życie i życie innych będzie wyglądało lepiej. Zobacz sam; Deborah, Drawer, Steve i Tony pamiętają coś, co mi kompletnie wyleciało z głowy; ale im to utkwiło w pamięci. A to dlatego, że ja i Daniel nie baliśmy się, jak mówisz, spełniać zachcianek innych ludzi.

Podobało mi się to, co powiedziałeś przez telefon do tego burmistrza. On poczuł, że chcesz mu odebrać jego własność i dlatego postanowił, że będzie o nią walczyć do upadłego. Ale usłyszał od ciebie, że wykupienie ich terenów, to jest szansa na rozwój wioski i to go przekonało, a nie to, że jesteś mężczyzną.

Natomiast nie spodobało mi się to, że powiedziałeś że poczuł zapach pieniędzy. Pieniądze nie zawsze dają szczęście, czasem ich w ogóle nie potrzeba, żeby przeżyć coś dobrego, coś wartościowego. Zobacz sam; dziś przeżyliśmy cały dzień, nie wydając ani jednego centa, a dostaliśmy dobrą whisky, spotkaliśmy dobrych, fajnych ludzi, zagrali mini koncert specjalnie dla nas, a teraz jeszcze dostaniemy pewnie kolację za darmo. I to tylko dlatego, że ci ludzie kiedyś zapamiętali mnie za coś, na co ja wtedy nie zwróciłem większej uwagi. – kelner przyniósł talerze z dwoma kawałkami pysznie pachnących lazanii i Chris przewał na chwilę, a kiedy odszedł, zaczęli jeść i mówił dalej –

Nie wiem, może ci nie wyjdzie z Roksaną; nie chciałbym tego, ale nie można się łudzić, że tak na pewno nie będzie. Ale myślę, że jeśli spróbujesz jej dać to, czego ona będzie chciała, oczywiście w granicach rozsądku, to być może i ona da ci to, czego ty będziesz chciał.

–Warto spróbować, mówisz?

–Zawsze warto. Jeśli ci nie wyjdzie, zawsze będziesz się mógł z tego wycofać.

–Nie będę się mógł wycofać, jeśli to zajdzie za daleko.

–Ale na tym właśnie polega życie, że będziesz musiał się wycofać, jeśli zobaczysz, że sprawy zajdą za daleko. Musisz sprawdzić, czy Roksana to ryzykowna inwestycja, czy stały, wysoki dochód.

–Nie mów tak o niej, to żywy człowiek!

Chris poczuł się jakby usłyszał Daniela

–Przepraszam, to tylko porównanie; może i niewłaściwe, ale chyba wiesz, co mam na myśli.

–Wiem. Ryzykowne inwestycje podnoszą adrenalinę, ale opłacają się tylko na krótki czas. Wiesz co? Teraz rozumiem o czym ojciec mówił. Taka firma to ciągła gonitwa za pieniądzem; nigdy nie wiadomo, co zdarzy się jutro; może „Golden Wings” splajtują, albo popadną w ogromne długi. Trzeba dopiero znaleźć sposób na stały, duży i legalny dochód. Nasz ojciec właśnie tak zrobił. Uznał, że firma to zbyt ryzykowna sprawa i dlatego rzucił ją i przeniósł się tam, gdzie jest bezpieczniej; na ciepłą posadkę do partii.

–I tam rozwinął skrzydła.

–A my musieliśmy przez to wcześniej dorosnąć.

–Fakt, ale jakoś przeżyliśmy. I dziś mamy to, co mamy. Ja... na razie nie mam nic, ale wciąż szukam, a ty masz stały dochód.

–Jak to?

–Roksana. – Robert machnął ręką i odwrócił wzrok – Stary, nie rezygnuj. Musisz zaryzykować, żeby się przekonać, czy Roksana to coś, co nie potrwa długo, czy może związek z nią przyniesie duże korzyści zarówno dla firmy i dla ciebie jak i dla niej.

–Mam firmę.

–Spróbowałeś już życia w firmie i dziś wiesz, że nie możesz bez niej żyć, choć na początku było ci ciężko, jak słyszałem. Pozwól sobie też spróbować żyć razem z innymi i zupełnie inaczej niż dotychczas. To często boli, bo często trzeba się rozstawać i znosić krytykę, ale może się też okazać, że czasem znajdziesz coś fajnego, co weźmiesz i pójdziesz z tym dalej.

–Dobra, przekonałeś mnie. Przynajmniej zapytam jej, czy... chciałaby, żeby między nami coś zaistniało...

–Trochę śmielej; zaproś ją na kawę i powiedz, że ci się podoba i czy chciałaby być twoją dziewczyną. W sprawach biznesu decydujesz o wszystkim od razu na sto procent, a nie możesz zaprosić dziewczyny na randkę?

–Nigdy tego nie robiłem. Odkąd tylko pamiętam, zawsze istniała dla mnie firma.

–I wygląda na to, że z tą firmą się ożeniłeś. Tak nie może być; nie rób tego, co Freda i nie kończ swojego życia za wcześnie, bo bardzo dużo tracisz. Życie składa się nie tylko z miłości, pracy, pasji, czy rodziny; najlepiej będzie, jeśli połączysz te wszystkie rzeczy razem. Ale najpierw musisz spróbować.

20. Odkryte karty

–Dobra, dość tego gadania, jedzmy, bo wystygnie. – powiedział Chris

–Jedzmy i do domu.

–Do jakiego domu? Nie powiedziałem, że dzisiejszy wieczór skończy się w domu.

–Co ty kombinujesz?

–Mam dla ciebie niespodziankę.

–Nie chcę żadnych...

–Co, już rezygnujesz? Tak szybko? Jemy i przejdziemy się jeszcze w pewne miejsce.

Zjedli i wyszli, nie zapłaciwszy za jedzenie, bo właściciel nie chciał od Chrisa nic. Szli szybko ulicą, bo słońce już się dawno schowało za horyzont, a mróz przybrał. Weszli do małego hotelu. Przy recepcji tyłem do nich siedział nieogolony mężczyzna i oglądał maleńki telewizorek ustawiony na niskiej lodówce.

Chris uśmiechnął się, cicho sięgnął poza kontuar i wolno podniósł z niego talerzyk ze sporym już napiwkiem. Już miał przechylić talerzyk i wsypać zawartość do kieszeni, kiedy mężczyzna migiem przekręcił się na fotelu i mocno złapał Chrisa za nadgarstek. Facet na twarzy miał wyraz złości, a Chris strach, ale kiedy tamten uświadomił sobie, że to Chris, mina od razu zmieniła się z nienawiści w radość.

–Cześć! – wyrwał talerzyk z rąk Chrisa i postawił go z powrotem na ladzie – co ty tu robisz, łajdaku? – pytał, nie wypuszczając Chrisa z miażdżącego uścisku

–Nie śpij, bo cię okradną. – Chris silił się na dobrą minę o złego gry

–Już mnie okradłeś. Winien mi jesteś pięćdziesiąt tysięcy dolców za tę laleczkę z przedmieścia.

–I ty to pamiętasz? – rzęził Chris

–Swoich dłużników nigdy nie zapominam. Dawaj kasę.

–Moment, chyba byliśmy umówieni, nie? Przez Samanthę. – nie wypuszczając Chrisa z jednej ręki, drugą sprawdził swój terminarz

–A tak. – znów patrzył prosto na Chrisa

–Robert, tym razem będziesz musiał wybulić kasę, bo nas nie puści.

–On może sobie iść. To ciebie pokiereszuję na mięso do hamburgerów.

–Spokojnie, ile trzeba zapłacić? – Robert wyjął portfel

–Za noc to będzie stówa, plus moje pięćdziesiąt tysięcy kawałków.

–Odpuść Bud, to było pięć lat temu. Od tamtej pory miałeś mnóstwo innych dziewczyn. – charczał Chris. Bud natychmiast wykręcił mu rękę tak, że Chrisowi zatrzeszczały stawy i jęknął z bólu.

–Mówiłeś coś? – przysunął ucho do Chrisa, ale za blisko, bo Chris ugryzł go mocno. Bud wrzasnął i puścił Chrisa, żeby rozmasować obolałe ucho, ale drugą złapał duży rewolwer spod lady, odbezpieczył i wypalił w ścianę, tuż nad głową Chrisa, który się skulił –Dawaj kasę, szczeniaku! Ale już! – wrzeszczał, trzymając w jednym ręku pistolet, drugim trzymając się za krwawiące ucho i kopiąc wszystko, co popadło, a Chris i Robert odsunęli się z rękami w górze aż pod same drzwi

–Pańskie... – powiedział Robert, ale nie zdążył

–Albo tu przyjdziesz ze swoimi pieniędzmi w zębach, albo nigdy tu nie wracaj! – wrzasnął i ponownie wypalił, tym razem obok Roberta i kopnął w ladę tak, że niemal się rozleciała. Na schodach pojawiła się czarnoskóra dziewczyna w kusym szlafroku. Chris od razu zauważył, że Robert otworzył bezwiednie usta na jej widok.

–Wszystko w porządku, szefie? – spytała

–Jazda do roboty! – wrzasnął, celując do niej z pistoletu i wciąż masując zaczerwienione ucho.

–Dobra, spoko, spytać się już nic nie można. – mówiła, idąc z powrotem na górę

Chris i Robert wyszli, minęli róg budynku i zatrzymali się, chłonąc z przerażenia

–No ładnie; toś nas urządził bracie. – skrytykował go Robert

–Nie zawsze jest różowo, czasem trzeba się trochę upokorzyć.

–Hej, Chris – usłyszeli nad sobą; popatrzyli w górę, gdzie z okna wychylała się ta sama murzynka

–Siemanko. – przywitał się z uśmiechem

–Wejdźcie przez piwnicę; wejście tam gdzie zawsze. – szepnęła i schowała się

–No to mamy dziś jednak szczęście. – uśmiechał się Chris, prowadząc brata na tył budynku

–Chwila, dokąd ty mnie prowadzisz?

–Cicho bądź i chodź.

Podprowadził Roberta do starego, dziurawego okienka na węgiel.

–Dalej, wślizguj się.

–Najpierw mi powiesz, co chcesz zrobić.

–Chcesz się dobrze zabawić, czy nie?

–Ale...

–Nie ma żadnego ale, wślizguj się; no już, zanim cię ktoś zauważy i zakapuje glinom. – szeptał

Robert pokręcił głową i po chwili przeciskał się przez wąskie przejście, a Chris zaraz zrobił to samo. Znaleźli się w ciemnym, wąskim korytarzu, którego jedynym oświetleniem było światło padające z parteru.

–Chodź za mną. – powiedział Chris

Robert posłusznie ustawił się tuż za Chrisem. Dotykając ściany opuszkami, dotarli do załomu ściany, który był przysłonięty połamanym regałem. Był to początek sekretnego wejścia na pozostałe piętra i omijał parter. Chris, z pomocą Roberta odsunął regał, stopą wyczuł pierwszy schodek i krok po kroku wspinał się w ciemności na górę, a Robert za nim. Czuli obaj, jak napięcie narasta. Wspięli się na pierwsze piętro, a Jemma już czekała na nich w drzwiach swojego pokoju i energicznie machała do nich ręką, by się pośpieszyli.

Kiedy weszli, natychmiast zamknęła drzwi na zasuwkę. Znaleźli się w małym, ale przestronnym pokoju. Po dwóch stronach były szerokie okna wychodzące na ulicę, a na oliwkowo zielonych ścianach parę kandelabrów. Na środku stało duże łózko, a z boku stół. Krzesła były porozstawiane po całym pokoju. Jemma objęła Chrisa i całowali się chwilę.

Robert obserwował ich z rozdrażnieniem i zażenowaniem, ale wygląd Jemmy zrobił swoje: była korpulentna, ale nie otyła, farbowane na blond pasemka ześlizgiwały się z ramion na plecy i przesuwały między nagimi łopatkami niby małe żółte wężyki, skóra nie tak czarna, jak lubił – parę odcieni jaśniejsza, ale wyglądała jak aksamit.

–To jest twoja niespodzianka. – powiedział z uśmiechem Chris, kiedy oderwał się od Jemmy, a ona odwróciła się do niego z uśmiechem. Nie wiedząc, co powiedzieć, oparł się o ścianę i schował twarz w dłoniach. Chris podszedł do niego, zabrał ręce z twarzy i kazał spojrzeć na siebie. – Hej, bracie, każdy z nas ma takie marzenia i ty też. I dziś chciałbym spełnić twoje.

–Nawet nie pytam, skąd to wiesz. – szepnął Robert, wpatrując się w podłogę

–Oczywiście, że od Cloe. Ona była kiedyś moją klientką i dużo mi o tobie powiedziała.

–Cloe była...

–Tak. I przedstawiała mi się jako Samantha, a nie żadna Cloe. Ale to było wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziała, że jesteśmy braćmi. Dlatego właśnie była taka zszokowana w biurze, kiedy się o tym dowiedziała. – Robert spojrzał na Jemmę – Przestań się mazać, jesteś facetem, czy nie?! Tu czeka na ciebie gorący towar, a ty...

–Zamknij się. Zrobię to po swojemu. – Chris był mile zaskoczony. Natychmiast odszedł od niego, usadowił się w kącie na krześle i pozwolił Robertowi na działanie. – Ile mamy czasu?

–Całą noc, jeśli zechcesz. – powiedziała

–Dobra.

Robert zdjął kurtkę i marynarkę i usiadł wygodnie na krześle. Długo na nią patrzył, nie zdejmując z niej oczu. Kazał jej potem zdjąć cienką halkę i po chwili została w samej bieliźnie. Jemma miała duże, ale dobrze ukształtowane ciało. Jego wzrok ślizgał się po niej, a ona stała nieruchomo w ciszy. „Zapomnij, że on tu jest, zapomnij o wszystkim. On to sam robił już z tyloma innymi dziewczynami, dla niego to nic nowego.” – mówił do siebie w myślach Robert.

Wstał i podszedł do niej. Patrzył z bliska na jej okrągłą twarz, długie rzęsy i orzechowe oczy. Bardzo mu się podobała. Robert musiał przyznać, że Chris nie mógł mu sprawić lepszego prezentu. Przykro mu było, że tak mówi o żywej kobiecie i dlatego postanowił sprawić, by ona doznała takiej samej przyjemności jak on.

Zaczął, jak zwykle od głaskania włosów. Jej złoto czarne włosy były bardzo miękkie i puszyste jak gąbka. Zanurzył w nich palce, przyciągnął jej twarz do siebie i pocałował delikatnie obie powieki, policzki, usta i całował ją tak długo, aż w końcu zrozumiała, o co mu chodzi. Westchnęła przywarła do niego i sama zaczęła go całować, lizać jego usta i język.

Delikatnie mruczała, kiedy odgiął jej głowę do tyłu i całował szyję; to go podniecało. Chris siedział znieruchomiały w swoim kącie i obserwował brata z dumą. W ciągu tych dwóch dni zrozumiał, że obaj są własnym odbiciem. Zarówno on jak i Robert mogliby prowadzić firmę jak i zrobić karierę na ulicy, bo już widział, Robert zna się na rzeczy.

Robert zdjął z niej stanik i stringi i usadowił na stole, który stał poza nią. Pozwolił jej z siebie zdjąć krawat, ale już guziki koszuli musiała rozpiąć językiem i zębami, on w tym czasie delikatnie ściskał jej sutki. I mimo iż jęczała i prosiła go, nie ustąpił, dopóki nie rozpięła wszystkiego.

Dopiero wtedy rozłożył jej nogi szeroko, uklęknął i wziął się za szparkę między nimi. Chwyciła go za włosy i przyciągnęła do siebie bliżej. Musiała przygryzać kciuk, żeby nie spowodować alarmu własnymi jękami. Chris chciał natychmiast usiąść jej na twarzy, ale to było przedstawienie Roberta, a nie jego. Krótkie urywane pchnięcia miednicy zakończyły tę część.

I wtedy zza ściany usłyszeli hałas przewróconego krzesła i krzyk. Ktoś przeklął szpetnie. Robert nie zwróciłby uwagi i pomyślałby, że w pokoju obok ktoś się bawi tak jak on, gdyby nie to, że rozpoznał ten głos i bardzo mu się to nie spodobało. Przerwał i podszedł do ściany.

–Co jest? Tak dobrze ci szło. – spytał Chris.

–Nie słyszałeś tego? – przystawił ucho do ściany

–No co? Ktoś tam jest w pokoju obok.

–Tak, ale ja znam ten głos.

–Tam może być każdy, kobieta też. – powiedziała Jemma – Chodź, chcę tego jeszcze.

–Siedź cicho, muszę to jeszcze raz usłyszeć. – słuchał przez chwilę z uchem przy ścianie, ale już nic nie usłyszał. Nie dał jednak za wygraną. Wstał i podszedł do drzwi.

–Co ty robisz? Gdzie ty idziesz? – próbował go powstrzymać Chris

–Poznałem ten głos, to była... chyba... ach, muszę to sprawdzić.

Tym razem na drodze stanęła mu Jemma.

–Nie rozumiesz, że jesteście tu nielegalnie? Jak Bud się dowie o tym, że tu jesteście, to już nie żyjecie.

–Zapłacę podwójną stawkę, tylko muszę ją zobaczyć.

–Kogo?

Wtedy usłyszeli szurnięcie za sobą i odwrócili się. W ścianie była dziura z której wyszła Roksana. Oparła się o futrynę. Robert poczuł się zdradzony.

–Co ona tu robi?

–Miałaś tam zostać. Po co wychodziłaś? – powiedziała zła Jemma

–Miałam dać się wam wszystkim pogrążyć?

–Wiedziałeś o tym? – spytał Chrisa, a kiedy on się nie odezwał, poczerwieniał ze złości – Jak mogłeś? I ty się śmiesz nazywać moim bratem? – mówił i zapinał z powrotem koszulę

Wtedy Roksana podeszła do niego, chwyciła za kołnierz, przyciągnęła do siebie i pocałowała go. Nie mógł nic zrobić przeciw niej i nie chciał. Objął ją i całowali się dłuższą chwilę.

–Twój brat zrobił ci najlepszy prezent, jaki mógł. – powiedziała, kiedy oderwała się od niego – I mi również. – uderzyła go pięścią w tors – Dlaczego musiałam tak długo czekać, ty tchórzu, co? Kocham cię już od tylu lat, a ty wciąż mnie ignorujesz!

–Boi się... – zaczął Chris

–Nic nie mów! – przerwał mu Robert.

–Muszę to w końcu powiedzieć! Niech wszystkie karty zostaną odkryte. Robert się boi, że będzie cię musiał zostawić, jeśli za bardzo będziesz się rządzić.

–Rządzić się? A od czego jest kompromis, baranie, co?! Przecież znasz zasady rynku. Jeśli zyski czerpie tylko jedna strona, to natychmiast wzrasta ryzyko strajku, rozruchów, bądź zwykła nuda i atrakcyjność konkurencji. A ja kocham cię! I nie chcę ani jednego ani drugiego, ani trzeciego. Chcę ciebie i chcę prowadzić razem z tobą twoją firmę!

Robert otarł zwilgotniałe oczy i przytulił ją do siebie.

–A widzisz? Mówiłem ci, że nie do końca wiesz, co ona chce ci przekazać. – powiedział Chris.

–No dobra, miło się zrobiło, ale co teraz? – spytała Jemma

Robert popatrzył na wszystkich.

–Ubierajcie się. Wychodzimy i jedziemy.

–Dokąd?

–Tam, dokąd rozkażę. – uśmiechnął się i zaczął zapinać koszulę.

–Fajnie, ale jak stąd wyjdę, to mogę już nie wracać.

–A jak długo chcesz tu pracować?

–To nie to, że chcę; nie mam innego wyjścia.

–A umiesz sprzątać?

–No jasne, kto tego nie umie?

–No to mam dla ciebie pracę.

–Ha ha! Nawet już wiem, gdzie. – roześmiał się Chris.

–Ty bądź cicho. – Robert również się uśmiechał i zakładał już marynarkę, a Jemma sukienkę. – Wychodzimy.

–Ale co z Budem? – spytała zaniepokojona Jemma

–Zapłacę mu tyle ile zechce i wychodzimy. A w razie czego... chyba umiesz się bić, nie?

–Robert, to nie jest takie proste. – powiedział poważnie Chris – Bud też jest biznesmenem, a każda z dziewczyn to jego inwestycja.

–Już ci mówiłem...

–Tym razem to nie przesada. Ten gość traktuje każdą z dziewczyn jak swoją własność. Właśnie dlatego mam z nim na pieńku, bo kiedyś pomogłem w ucieczce takiej jednej dziewczynie z przedmieścia. I od tej pory żąda ode mnie pięćdziesiąt kawałków za nią. Ale byłem na bank przekonany, że do tej pory zdążył już o tym zapomnieć.

–No to w takim razie mogę Jemmę... wykupić od niego.

–Wykupić? – spytała zaskoczona

–No niestety, nieładnie to brzmi...

–Mam gdzieś, jak to brzmi, byłoby fajnie, gdybyś mógł to zrobić. Problem tylko w tym, że jak Bud zorientuje się, że masz kasę, to nie spuści z tonu, dopóki nie wyciągnie z ciebie wszystkiego.

–No niestety, Robert zdążył już się pochwalić kasą. – odparł Chris.

–No to kiepsko.

–A co na to policja? – odezwała się Roksana – Przecież ten biznes jest nielegalny.

–Ma policję w garści. Gliniarze odwiedzają nas regularnie i za darmo. – odpowiedziała Jemma

Wtedy usłyszeli jak ktoś wchodzi po schodach na górę i zbliża się do pokoju Jemmy. Chcieli się ukryć, ale nie zdążyli. Drzwi otworzyły się, a za nimi zobaczyli Buda i innego mężczyznę.

–Jemma masz... – zaczął Bud, ale kiedy spostrzegł, co się dzieje, chwycił za ramię Roksanę, która była najbliżej niego. – Hugh! Bob! Do mnie! Natychmiast!

Robert natychmiast rzucił się z krzykiem, by ją ratować, ale Bud kopnął go tak, że odbił się od przeciwległej ściany, a Roksanie przystawił do gardła nóż. Wszyscy znieruchomieli w tym momencie

–Jak zrobisz jej krzywdę, to cię za jaja powieszę. – wycedził Robert przez zęby, a Bud tylko się roześmiał

–Ani kroku dalej, bo poleje się krew. – wycharczał groźnie – a pewnie tego nie chcecie, nie? To goście na gapę; nie zapłacili za usługę. – wyjaśnił przerażonemu klientowi, który natychmiast wyciągnął portfel – Z tej już pan nie skorzysta. Jest zwolniona. Hugh! Zwiąż ją!

–Zostawcie ją w spokoju! – krzyknął Chris, kiedy z holu do pokoju wszedł olbrzymi osiłek. Chris i Robert próbowali bronić Jemmy, ale ten drugi wymierzył w nich broń

–No, chłopie, widzę, że się niczego nie nauczyłeś. Nie ze mną takie numery. – powiedział Bud, a Hugh wyrwał Jemmę z rąk Chrisa, skrępował jej nogi i ręce z tyłu i zakneblował usta – ale mam dla pana inne atrakcje... – powiedział Bud, ale klienta już nie było obok niego. – Bob, idź go poszukać i przywlecz tutaj, nie mógł daleko uciec.

Bob opuścił broń i wyszedł, by szukać klienta, który uciekł. Robert skorzystał z zamieszania:

–Chwila, czy to konieczne? – zaczął Robert – Mam pieniądze. Jeśli mogę, chciałbym ją kupić. Ile za nią chcesz?

–Spadaj stąd, kmiocie, zanim Hugh ci żebra połamie.

–Podoba mi się. Chcę ją kupić. To wszystko. Ile? Pomyśl, nie będziesz musiał się jej pozbywać, oszczędzisz roboty ludziom i sobie i jeszcze zarobisz. – Bud zastanawiał się – No to ile chcesz dokładnie?

–Moje pięćdziesiąt tysięcy za poprzednią; stówa za noc... plus pięćdziesiąt kawałków za nią, – wskazał głową Roksanę – i tyle samo za nią – wskazał Jemmę – Hugh, zrzuć ją ze schodów. – Chris próbował protestować – Jeszcze jeden krok i przysięgam, że każę ją zastrzelić! – zapadła cisza – Hugh, rób swoje. – Obaj z paniką słuchali huku i stłumionych krzyków skrępowanej Jemmy, spadającej ze z rytmicznym hałasem ze schodów, po czym zobaczyli olbrzyma znów obok Buda – Policz sobie sam, ile to wyjdzie. Do północy macie się zjawić z kasą, inaczej wysyłam blondynę pierwszym transportem. A teraz spadać! – wycofywał się w głąb korytarza z zrozpaczoną Roksaną.

21. Niespodzianka

Zanim zdążyli się zorientować, co się dzieje, Hugh wziął ich za kołnierze i zwlókł brutalnie po schodach na parter, po czym wyrzucił na chodnik obok Jemmy i zamknął drzwi na klucz. Pozbierali się, pomogli wstać skrępowanej Jemmie i rozwiązali ją.

–Nic ci nie jest? Wszystko w porządku? – spytał Chris

–Tak; na szczęście te schody nie są długie, a ja mam co obijać. – Jemma klapnęła się po brzuchu i zasyczała z bólu – A Hugh ma na tyle litości, że ułożył mnie w poprzek schodów, a nie wzdłuż

Jemma, która została w samej sukience, wzięła kurtkę od Roberta. Wszyscy usiedli na chodniku i przez chwilę panowała ponura cisza. Robert, który siedział niespokojnie podrygując, nagle wstał i zaczął się przechadzać tam i z powrotem, aż w końcu stanął przed dużym kontenerem, w który mocno kopnął kilka razy. Potem ponownie usiadł na krawężniku i objął głowę rękami.

–Świetnie. Aleś nas wpakował. I co teraz?

–Nie wiem. Musisz wybulić kasę. – powiedział cicho Chris, siedząc obok niego; zaproponował Robertowi papierosa, ale on odepchnął go.

–On wam nie jej nie da, za żadną kasę. – powiedziała Jemma, tuląc się do Chrisa

–Jak to, nie da?

–Nie da i już. Za ładna jest.

–Ale powiedział...

–Chris – Jemma spojrzała na niego z politowaniem – I ty to mówisz? Nie znasz Buda? – przytuliła się do niego z powrtem.

–Ale musi być jakiś sposób. – Chris wziął ją pod pachę

–Że też zachciało ci się przyłazić akurat tutaj! Wiedziałeś, że Bud był na ciebie cięty i mimo to przyszedłeś!

–Zapomniałem o tym. Chciałem tylko, żeby Robert się dobrze zabawił z tobą, bo lubi murzynki, a ty jesteś najładniejszą i najfajniejszą, jaką znam. No i chciałem go spiknąć z Roksaną. A poza tym, lubię ciebie i chciałem cię zobaczyć.

–Ale za taką cenę? Hej – położyła rękę na ramieniu wciąż chowającego się Roberta, który podniósł na moment głowę – Żaden facet jeszcze nie potraktował mnie w łóżku tak miło jak ty. I nikt nie dałby za moje życie złamanego grosza. Dzięki.

–Uważam, że jesteś warta o wiele więcej niż te nędzne pięćdziesiąt tysięcy. – Robert umilkł i zastanawiał się, co dalej – Wszystkie banki zamknięte już dawno, a automaty nie wypłacą stu pięćdziesięciu tysięcy.

–Ale z kilku różnych bankomatów wyciągniesz taką kasę. Może pożycz od kogoś, a co z sejfem w firmie? Macie chyba kasę w sejfie w firmie. – proponował Chris

–Nawet o tym nie myśl. – sprzeciwiła się Jemma – Wyciśnie cię jak cytrynę co do centa.

–To co mam zrobić co?! Coś muszę zrobić! – krzyczał, bliski rozpaczy Robert; wtem złapał Chrisa za kołnierz kurtki, przyciągnął go przestraszonego do siebie i wycedził przez zęby – Przysięgam, że jak się jej cokolwiek stanie, to cię zabiję. I gówno mnie obchodzi, że pójdę siedzieć, rozumiesz?! – wołał

–Ale w czym rzecz?

Nagle wyrosły przed nimi dwie długie nogi w czarnych zimowych butach i nogawkach, a Robert wypuścił Chrisa i znów schował głowę w ramionach, natomiast Chris i Jemma spojrzeli w górę. Nad nimi stał Daniel. Natychmiast wstali z głośnymi okrzykami radości na powitanie i rzucili się w jego objęcia. Przytulił ich, a potem podał rękę na powitanie Robertowi, którego przedstawił mu Chris, ale on nawet nie zwrócił na niego uwagi i Daniel, zdziwiony, pozostał z otwartą ręką.

–Co tu robisz, chłopie? – zawołała z uśmiechem Jemma

–Chciałem cię o to samo zapytać. – powiedział Chris

–Przyleciałem dziś rano. Nie mogłem cię tak samego zostawić.

–Ale...

–Nie martw się, wszyscy są bezpieczni. Barbara już nam wszystko powiedziała. Jesteśmy już w porozumieniu z Davidem i Karlem. Byli u nas w domu i rozmawialiśmy z nimi i mamy już nawet pewne plany.

–O czym ty mówisz? – zdziwiła się Jemma

–To długa historia. Ale o tym trochę później. Widzę, że coś się stało. – mówił, patrząc z niepokojem, na załamanego Roberta i na posiniaczoną Jemmę –Co ci jest? Dlaczego jesteś w samej sukience? I dlaczego jesteś taka poobijana?

–Ze mną wszystko w porządku. To Chris; przyszedł i jak zwykle narozrabiał; to się stało. Bud zabrał nam Roksanę. – wyjaśniła Jemma – To dziewczyna Roberta. To... hm, za długo by opowiadać, co tu się stało. Potrzebujemy sto pięćdziesiąt tysięcy do północy, żeby ją wykupić.

–Hm, z Budem to raczej nie przejdzie.

–No właśnie to powiedziałam Chrisowi. Nie wiemy, co robić. O północy zawsze przysyłają furgonetkę po dziewczyny do wysyłki. Trzyma ją teraz pod strażą, ale jak jej nie odbijemy do północy, to ją wyśle do jakiegoś burdelu na końcu świata.

–Że też chciało ci się akurat tu przyłazić?

–Mówiłam mu to samo.

–Dobra, już przestańcie, już wystarczająco żałuję. – mówił poczerwieniały, ze wzrokiem wbitym w chodnik

–Ale fajnie, że wpadłeś. – Jemma złagodniała i znów go przytuliła – Tęskniłam za tobą. I za tobą też. – powiedziała do Daniela

–Słuchajcie, czas mija. Co możemy zrobić? – zawołał gniewnie Robert ze swojego ukrycia w ramionach

–Mam pewien pomysł. – odparł Daniel – Jeden z moich kuzynów jest w SWAT. Mogę do niego zadzwonić, wyjaśnić sytuację i zobaczymy, co mi poradzi.

–Masz kuzyna w SWAT? – spytała zaskoczona Jemma

–A wyobraź sobie, że tak. To co? Dzwonić?

–Jasne, żeby tylko szybko coś zrobili.

Daniel złapał połączenie i krótko wyjaśniał, o co chodzi. Potem przez chwilę słuchał, pożegnał się i rozłączył.

–No i co? – spytał Chris

–Zaraz tu będzie z całą grupą.

–Świetnie! – ucieszyła się Jemma

–Już dawno na to czekali. Wreszcie mają okazję złapać go na gorącym uczynku. Na policję ponoć zgłosił się przed chwilą jakiś facet, który zeznał że widział, jak Bud groził wam bronią, porwał jakąś dziewczynę, a drugą związał. Teraz boi się o swoje życie, bo dosłyszał na schodach, że jeden z jego bandziorów poluje na niego.

Mówił, że Bud zawsze uważał na siebie i nie mieli go na czym przyłapać, ale teraz wyraźnie wszystko wymknęło mu się spod kontroli i mają okazję wkroczyć i złapać go na gorącym uczynku. Widzisz? – zwrócił się do Chrisa – Jednak nie wszystko jest takie straszne. Znowu niechcący uratowałeś komuś życie, a złego gnoja wyślesz do paki.

–Cały Chris. Może tak miało być, nie łam się. – powiedziała do Chrisa Jemma

–Będziemy się cieszyć, jak zobaczymy Roksanę całą i zdrową. – powiedział Robert. Tym razem już patrzył na nich uważnie.

–Właśnie. – powiedział poważnie Chris.

–Nie martw się, jak powiedział, że przyjadą, to masz to jak w banku.

Cała czwórka czekała już od kilku minut na pustoszejącej ulicy i tężejącym mrozie, aż Robert, widząc kulącą się z zimna Jemmę, chciał pójść do sklepu, by kupić jej porządne ubranie. Chris jednak zaproponował, że on z nią pójdzie, a Robert zostanie na miejscu z Danielem. Kiedy poszli, Daniel usiadł obok Roberta na chodniku i poczęstował papierosem. Tym razem Robert wziął od niego papierosa i zapalił.

–Co tu się stało? – spytał Daniel, wypuszczając dym – Dlaczego akurat tutaj trafiliście?

–To się zaczęło... – przez chwilę myślał; miał teraz na głowie coś innego, więc postanowił, że wytłumaczy mu to w skrócie. Opowiedział, jak dzień wcześniej spotkał się z Chrisem po raz pierwszy po ośmiu latach. Powiedział, że nie miał czasu z nim pogadać, i że Chris wpadł na pomysł, żeby iść z nim do pracy na jeden dzień, żeby zobaczyć, co robi codziennie. Opowiedział, jak potem spędził z nim jeden dzień na jego sposób. – No i muszę przyznać, że to wszystko było bardzo fajne... do momentu, kiedy ten skurwiel porwał Roksanę. – zakończył

–Ok, rozumiem to wszystko, ale dlaczego akurat tutaj?

–Chris rozpoznał jedną z moich pracownic jako swoją dawną klientkę.

–Jak się nazywa?

–Cloe; ale jemu ponoć przedstawiała się jako Samantha.

–Samantha pracuje u ciebie?!

–Tak, już jakieś kilka lat. Ale nie wiedziała, że jesteśmy braćmi, dopóki nie przedstawiłem jej Chrisa u siebie w pracy.

–Ale był z niej numer. – powiedział w zamyśleniu i z uśmiechem

–W każdym razie to ona powiedziała mu o tym, że... że lubię murzynki i że... Roksana próbuje zwrócić moją uwagę na siebie. – mówił cicho – A Chris połączył jedną i drugą sprawę, trochę ze mną pogadał, że powinienem być trochę bardziej ludzki i odważniejszy w sprawach kobiecych... i wylądowaliśmy tutaj. Potem dopiero się dowiedziałem, że... Roksana podglądała mnie z ukrycia za ścianą... kiedy... kiedy obrabiałem Jemmę.

Daniel patrzył na niego ze zdziwieniem.

–Coś ty taki nieśmiały?

–Słuchaj, może ty w moim wieku miałeś za sobą tysiące kobiet i panienek, ale dla mnie to są nowe sprawy. Od sześciu lat uczę się prowadzić firmę, którą ojciec mi pozostawił i od tego czasu to jest całe moje życie.

–Ile ty masz lat?

–Dwadzieścia jeden.

–I zacząłeś prowadzić firmę, jak miałeś 15 lat? – spytał, nie dowierzając

–To Chris miał przejąć firmę, ale nie spodobało mu się takie życie i dlatego zwiał z domu i zostawił mnie i matkę na pastwę ojca. Dlatego też ojciec zaangażował mnie do pracy.

–Teraz wszystko rozumiem. Miałeś do tej pory pracę zamiast dziewczyny.

–Tak, Chris nawet powiedział, że ożeniłem się z firmą. Może to i prawda. Kocham tę robotę i nie chcę jej teraz porzucić.

–Ale twój brat ma rację. Trzeba cię trochę... naprawić. A Roksana?

–Roksana jest moją pracownicą. Miałem na nią oko od dawna, ale... były problemy... zresztą Chris mi już wszystko wytłumaczył. Poza tym, tam w burdelu wszystko potoczyło się tak, że już wiem, że ją kocham, a ona mnie; i to od dawna. Ale tylko dzięki Chrisowi oboje o tym wiemy.

Rozmawiali dalej, aż do momentu, kiedy pod drzwi burdelu podjechała policyjna furgonetka i co najmniej ze dwa radiowozy. Daniel i Robert wstali, a ze środka wytoczyły się grupy uzbrojonych i ciężko opancerzonych strażników i mnóstwo policjantów. Daniel kiwnął głową do jednego z nich, a tamten zatrzymał się i kazał pozostałym iść dalej.

Kiedy Robert wyjaśniał mu, na czym polega problem i gdzie może być dziewczyna, jego drużyna już wkroczyła do środka i wkrótce słychać było stamtąd krzyk, łomot, huk przewracanych przedmiotów, piski i strzelaninę. Na dźwięk karabinów kuzyn Daniela wbiegł do środka i walczył razem z innymi przestępcami. Po dłuższej chwili wyprowadzili stamtąd pięciu mężczyzn zakutych w kajdanki, a jeden z nich wrzeszczał: „Zabiję cię gnoju!” „Jeszcze cię dopadnę, zobaczysz!”

–Powodzenia! – zawołał Daniel, a tamten spojrzał w górę, zaskoczony – Nadszedł wreszcie twój koniec; nie skrzywdzisz już żadnej dziewczyny.

–Nie skończyłem z wami! Jeszcze się policzymy! – powiedział, zanim do wpakowali do furgonetki razem z innymi.

Za przestępcami na ulicę zaczęły wychodzić dziewczyny; wszystkie półnagie, jedynie w cienkich, króciutkich płaszczykach. Część z nich była przestraszona, a część w ogóle nie przejęła się akcją. Wszystkie stały i czekały, aż zjawią się inne furgonetki, by je wszystkie zabrać. Robert szukał wśród nich Roksany i wołał ją, ale wszystkie patrzyły tylko na niego bez reakcji. W końcu wyszła rozedrgana i rozpłakana w towarzystwie dwóch policjantów. Robert natychmiast do niej podbiegł, a ona rzuciła się mu w ramiona.

–Myślałam, że już po mnie. – mówiła pochlipując – Myślałam, że już cię nigdy nie zobaczę.

–Nie mógłbym cię zostawić. Podziękuj jemu. – pokazał jej i przedstawił Daniela.

22. Długa noc Jemmy

Wtedy nadeszli Jemma i Chris. Jemma była już ubrana w dżinsy, ciepły sweter i grubą kurtkę. Widząc wolną Roksanę, podbiegli do niej i także ją uściskali. Kuzyn Daniela powiedział, że jako główni uczestnicy i świadkowie zdarzenia, muszą pojechać z nim na komendę, gdzie złożą zeznania w sprawie porwania, okaleczenia ciała i handlu żywym towarem.

Na komendzie spędzili parę godzin na przesłuchaniach i składaniach zeznań, aż tuż po północy zostali wypuszczeni, ale zostali ostrzeżeni, że nie mogą się ruszać z miasta przez najbliższy tydzień. Daniel podziękował kuzynowi za interwencję. Poprosił go także, aby informował go o nowinach w sprawie Buda i zaprosił na późną kolację, ale ten podziękował i powiedział, że musi wracać do pracy.

–Chodźcie wszyscy do mnie. – zaproponował Daniel – Mam tu apartament w Ritzu.

Roberta to nie zdziwiło, ale Jemma i Roksana, które nie znały jeszcze prawdy o Danielu, głęboko westchnęły z zaskoczenia.

–Obrobiłeś bank, czy co? – spytała oniemiała Jemma

–Nie, ale... mam dużo kasy przy sobie. Chodźcie, zamówimy jakąś taksówkę. – zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Daniel gwizdnął głośno, wkładając dwa palce do ust, machnął ręką i natychmiast stanęła przed nimi żółta taksówka. Daniel otworzył drzwi, dworskim gestem zaprosił wszystkich do środka i po chwili cztery osoby tłoczyły się z tyłu, a Daniel usiadł z przodu i podał adres kierowcy.

Adrenalina, która trzymała ich do tej pory, opadła już i wszyscy poczuli się zmęczeni i śpiący. Chris próbował się dobrać do Jemmy, która siedziała mu na kolanach, ale zasnął w trakcie zabawy, a ona podążyła w ślad za nim. Robert cały czas tulił do siebie zdenerwowaną Roksanę, aż wkrótce też oboje zasnęli. Kiedy dojechali na miejsce, było koło pierwszej. Daniel musiał drugi raz głośno gwizdnąć, żeby wszystkich obudzić.

Przeciągając się, ziewając i przecierając oczy, wysiedli przed hotelem, a Daniel wprowadził wszystkich do środka. Jedynie Robert i Daniel czuli się jak u siebie na marmurowych posadzkach, otoczeni złotymi i karminowymi barwami mebli i ścian oraz bogatymi zdobieniami. Reszta wzdychała i oglądała wszystkie detale holu, jakby znaleźli się w świątyni.

Daniel podszedł do recepcji i poprosił o kartę do swojego apartamentu. Kiedy otrzymał ją, podpisał się w księdze gości i poprowadził senne i onieśmielone bogactwem hotelu towarzystwo do windy. Wsiedli i pojechali na najwyższe piętro. Tam otworzył kartą drzwi i wpuścił wszystkich do środka. Dopiero wtedy opadł wypompowany na najbliższy, skórzany, biały fotel i zaczął rozpinać kurtkę.

Pokój był biały, bardzo modernistyczny i miał jedną, całkowicie szklaną ścianę, do której natychmiast wszyscy oprócz Jemmy podeszli, by podziwiać nocne światła i życie miasta w dole. Wejście było położone nieco wyżej niż salon i schodziło się z niego po schodach z chromowaną poręczą.

Przodem do szklanej ściany ustawiony był duży, biały skórzany narożnik i niska ława z czarnego szkła. Na podłodze rozciągała się jasnoszara, miękka wykładzina. Wszystkie meble były białe z chromowanymi rękojeściami. W jednej ze ścian była para czarnych drzwi prowadzących do sypialni i łazienki. Na wysoko umieszczonym suficie był duży, okrągły, biały, neonowy plafon, oświetlający cały salon.

–Czujcie się jak u siebie. Tam jest lodówka, a tam barek. – mówił i wskazywał ręką – Możecie też zamówić coś na mój koszt, jak chcecie.

Chris, Robert i Roksana chodzili i rozglądali się po mieszkaniu, ale Jemma stała nadal przy drzwiach z rękami na biodrach. Także rozglądała się dokoła, ale nie wyglądała na zadowoloną.

–Możesz mi to wszystko wyjaśnić? – spytała Daniela – Jesteś jakimś prezydentem, czy senatorem?

–Nie, daleko mi do tego.

–To kim jesteś? Wiesz ile kasy trzeba mieć, żeby zapłacić za taki hotel? Chyba nie jesteś... złodziejem?

Daniel słuchał jej z zamkniętymi oczyma, ale kiedy powiedziała ostanie słowo, otworzył oczy i spojrzał na nią.

–Wyglądam na złodzieja? A czy wzywałbym kuzyna ze SWATu, gdybym był złodziejem?

–To kim jesteś?

–Właśnie, ja też chcę wiedzieć. – zwróciła się do niego Roksana

–To długa historia. – odezwał się za niego Chris – Zapowiada się długa noc.

–To zamówcie najpierw dużo mocnej kawy i coś dobrego do jedzenia. – Daniel poprawił się na siedzeniu – A potem zaczniemy, ok?

–Liczę na to, bo musisz mi to wszystko wyjaśnić. – Jemma wskazała ręką otoczenie

–Dobra, uspokój się, zdejmij kurtkę i poczekaj, aż zamówimy coś do jedzenia. – powiedziała Roksana.

Chwyciła za telefon i połączyła się z recepcją i zaczęły spływać zamówienia od wszystkich. Potem Robert i Roksana poszli się wykąpać pod prysznicem, a w pokoju został Daniel, Chris i Jemma, kręcąca się po apartamencie. Przez chwilę było cicho i słychać było tylko przytłumioną rozmowę i śmiechy, a potem już tylko dźwięk lejącej się wody, głęboki oddech i jęki Roksany.

–No powiedz coś. – zaczęła w końcu Jemma

–Coś. – zażartował Daniel, a ona rzuciła w niego poduszką.

Daniel oddał jej i rozpoczęła się bitwa na poduszki, do której natychmiast przyłączył się Chris. Nerwy zostały częściowo rozładowane, a zabawa trwała w najlepsze, kiedy do drzwi zastukał kelner i usłyszeli „obsługa” z drugiej strony drzwi. Daniel i Chris natychmiast podeszli do drzwi. Daniel otworzył, a Chris wziął wózek z rąk zaskoczonego tym gestem kelnera, podziękował i powiedział, że obsłużą się sami.

Chris rozdał zamówione potrawy, a dwie czekały nieruszone na Roberta i Roksanę. Kiedy wyszli z łazienki, cała trójka była już w trakcie jedzenia i rozmawiali z Danielem o tym, co się stało w hotelu. Wkrótce oboje dołączyli do nich, a Daniel rozmasował plecy wciąż zesztywniałej ze stresu Roksany i opowiadał, jak dowiedział się, gdzie są Chris i Robert, co robili pozostali po wyjeździe Chrisa i jak zapoznali się z raportem Karla oraz z opozycyjną grupą pracowników partii, założoną przez Damiana. Nikt jednak oprócz Chrisa nie wiedział, o co chodzi, więc kiedy poczuł, że mięśnie i skóra Roksany zrobiły się miękkie jak rozgrzana modelina, skończył, klepnął ją delikatnie w barki i zapiął zamek z tyłu. Podziękowała i usiadła obok Roberta, tuląc się mocno do niego.

Skończyli jeść i każdy nalał sobie kubek kawy. Jemma przypomniała wtedy, że chciała usłyszeć słowa wyjaśnienia z ust Daniela i Chrisa. Wszyscy usadowili się wygodnie na szerokim narożniku z kubkami w rękach, a na zegarze dochodziła druga w nocy. Siedzieli i słuchali, jak Daniel i Chris po raz kolejny opowiadają swoje historie. Robert wtrącał się ze swoimi dodatkami i komentarzami raz po raz, a Jemma i Roksana pilnie słuchały wszystkiego.

Kiedy skończyli opowiadania, było już dobrze po trzeciej w nocy, ale mocna kawa i zaskakujące opowieści spełniły swoje zadanie i wszystkim odechciało się spać. Jemma marszczyła czoło w zamyśleniu i w końcu zaczęła:

–Niech ja sobie to wszystko poskładam. A więc ty jesteś arystokratą, tak? – zwróciła się do Daniela, a on potwierdził. – A ty jesteś synem tego znanego biznesmena, który parę lat temu tak nagle zostawił firmę i od tej pory jest w partii. – Chris również potwierdził – I obaj zwialiście z domów, bo wasi ojcowie dali wam dobrze do wiwatu.

–Mnie wzięła partia w obroty. – sprostował Daniel i wypił kolejny łyk kawy

–Ale nie sprzeciwiłeś się im, nie? Sam mówiłeś, że było ci to na rękę.

–No fakt.

–Więc to oznacza, że tak naprawdę wykorzystałeś partię, żeby zwiać z domu.

–Jeśli tak na to patrzysz, to rzeczywiście.

Westchnęła i po chwili kontynuowała

–Zwialiście z domu i odnaleźliście się razem na ulicy. I ty miałeś go namówić do czegoś, co przecież było kompletnie sprzeczne z tym, co czułeś w środku, a tak naprawdę, to świetnie Chrisa rozumiałeś, bo sam byłeś w podobnej sytuacji.

–Nie mogłem okłamywać Chrisa, choć na początku próbowałem... ale zawsze czułem się potem jak pacan, bo mówiłem mu o czymś, w co sam nie wierzyłem, więc dałem sobie spokój i zacząłem... cieszyć się życiem razem z nim.

–To zawsze można było wyczuć, kiedy Daniel mówi prawdę, a kiedy kłamie. Jak mówi prawdę, to po prostu jest przekonujący i nie można się oprzeć wrażeniu, że nie może być inaczej. Ale kłamie raczej kiepsko, bo nie wkłada w to tyle wysiłku, co w prawdę. – powiedział Chris

–No, mów mu tak jeszcze, to będzie wiedział, co ma robić, żeby się poprawić.

–Ale z kolei jak się stara, żeby wyglądało to naturalnie, to też mu nie wychodzi, bo zawsze to jakoś tak sztucznie wypada; takie przesłodzone reakcje. To się czuje. – tłumaczył Chris

–Hm, mama mówi to samo. Nie umiem kłamać i już.

–I dobrze, nie chcę, żebyś kłamał.

–Idę dalej. – odezwała się Jemma – Rozumiem, że w sobie nawzajem znaleźliście to, czego zabrakło wam obu w domach, czyli akceptacji, zrozumienia, ciepła, miłości, poczucia bezpieczeństwa i innych takich. – obaj popatrzyli na nią z zaskoczeniem – No, co nie tak było?

–Tak, tak było, ale skąd ty o tym wiesz? Przecież cię przy nas nie było.

–Nie tacy jak wy mi się zwierzali. – machnęła ręką – A co? Myśleliście, że faceci przychodzą do dziwek, żeby się tylko pieprzyć? Też sobie chcą trochę pogadać i wtedy trzeba umieć się odezwać. No więc ta sielanka trwała dwa lata, zanim postanowiliście się rozstać za pośrednictwem srogiego tatusia. Chris posłusznie wrócił na łono cywilizowanego społeczeństwa, a Daniel do swojej szanownej rodziny, tylko po to, żeby się przekonać, że życie nie jest takie słodkie, jak to sobie przedtem wyobrażaliście.

–Prawda – potwierdził Daniel

Znów zapadło milczenie.

–I chcę powiedzieć, że obaj spieprzyliście sprawę.

–Co? – zakrztusił się Chris

–Dlaczego? – spytał Daniel

–Bo żaden z was nawet nie dorósł do tego, żeby się nazywać mężczyzną.

–No teraz chyba żartujesz! – zaperzył się Chris; Roksana i Robert cały czas milczeli, ale pilnie słuchali

–Mój ojciec chciał iść na studia, jak był młody, chciał ułożyć sobie życie, zostać znanym profesorem i jeździć po świecie; ale jak się dowiedział, że moja matka jest w ciąży, to rzucił wszystko, ożenił się z nią i poszedł do pracy, żeby utrzymać rodzinę. A potem, jak było nas coraz więcej, to zaciskał zęby, ale codziennie tyrał jak wół na dwie zmiany w fabryce butów, żeby nas wszystkich z matką utrzymać; oto, co nazywam, być mężczyzną. A ty Chris zamiast wziąć się za bary z firmą, tak jak chciał tego ojciec, dałeś nogę z domu i zostawiłeś swojego o trzy lata młodszego brata na pożarcie temu potworowi. Żebyś go jeszcze odwiedził chociaż z parę razy, ale nie zrobiłeś tego za całe zasrane osiem lat! Tak się nie postępuje z rodziną.

–Ale ojciec...

–Rozumiem, że twój ojciec był i jest skurwysynem, ale jak to wiedziałeś, to dlaczego zostawiłeś swoją matkę i brata samego z nim? I zamiast dzisiaj być świetnym przedsiębiorcą, nadal włóczysz się po ludziach i żebrzesz o to, czy tamto.

–Teraz przesadziłaś! Ja wcale nie żebrzę!

–A gdyby nie Daniel, to pewnie do dziś nie miałbyś pracy, co? Barbara dobrze ci powiedziała, masz za delikatne rączki, żeby je sobie ubrudzić.

–Nie rozmawiam z tobą. – mruknął i odwrócił wzrok.

–Teraz muszę stanąć w obronie Chrisa. – odezwał się nagle Robert – Może i byłem trochę za młody, jak obejmowałem stanowisko po ojcu...

–Trochę? – zdziwiła się Jemma

–Daj mi skończyć, dobra? Byłem trochę za młody i było mi ciężko, ale w końcu wyszedłem na swoje i dziś już nie umiem inaczej żyć, niż w firmie.

–To prawda. – potwierdziła Roksana – Nie tylko wyszedł na swoje, ale i kompletnie zmienił ludzi w firmie. Pracowałam w firmie przez rok z ojcem Roberta, zanim ją opuścił. Wszystko musiało być pod jego dyktando; nie było mowy o słowie sprzeciwu, albo wylatywało się ze stanowiska. I każdy robił cicho swoje i nie pisnął ani słówka.

Chris powiedział, że wszyscy traktują Roberta jak jakiegoś radżę; ale mają ku temu powody. Kiedy przejął ją Robert i zobaczyliśmy, że nie radzi sobie, ale chce to wszystko za wszelką cenę utrzymać, postanowiliśmy wspólnie z nim, że pomożemy mu naszym doświadczeniem.

I w końcu, dzięki niemu zrozumieliśmy, że, jak się niedawno wyraził, bez nas wszystkich ta firma nie pojedzie. Że każdy z nas jest rolką, na której ona się przesuwa do przodu. Musieliśmy zacząć działać wspólnie razem, żeby mieć zapewnione miejsce pracy i stały dochód. Poza tym, przyzwyczailiśmy się do siebie i nie chcieliśmy się rozstawać, więc przyłożyliśmy się ostro do roboty.

Robert powoli uczył się i w końcu jak złapał wiatr w żagle, to pokochał to miejsce tak jak my. Ojciec Roberta był dyktatorem, a Robert jest bardziej dyrygentem. Nadaje tempo pracy i mówi kto i kiedy ma grać, ale nie co i jak, bo każdy z nas zjadł zęby na tej robocie i wiemy, co i jak robić. Obserwuję go od początku i widzę, jak pali się codziennie do tej roboty.

–Pali się? Ok, ale co będzie, jak się przepali, co? Co wtedy? – skomentowała Jemma – Chłopie, ty masz dopiero dwadzieścia jeden lat, a słyszę, że tyrasz jak czterdziestolatek. A co będziesz robił, jak ci czterdziestka na kark wskoczy?Będziesz się czuł jak stary dziad! A teraz powinieneś chodzić w glanach i malować włosy na zielono, a nie zakładać firmę. – wszyscy parsknęli śmiechem na ten komentarz, a Chris prysnął kawą z ust na wykładzinę.

–Przepraszam. – powiedział i wstał, żeby pójść do kuchni po mokrą ścierkę

–Spokojnie, to hotel, a nie dom. – odparł Daniel.

–A teraz do ciebie mam też parę słów. – Jemma zwróciła się do Daniela

–Oho, teraz Daniel idzie do maglowania. – rzucił pośpiesznie Chris, wychodząc do kuchni i unikając poduszki, którą w niego rzucił.

–Ta twoja mała rodzina, jak mówisz, to poroniony pomysł. Już od początku, jak się dowiedziałeś, że ona ma tego swojego Philipa, powinieneś był stanąć na wysokości zadania i odgrodzić mu do niej drogę.

–No wiesz co? Nie masz litości! – skarcił ją Daniel

–A ty nie masz jaj.

–Mam. – złapał się za krocze i uśmiechnął, ale Jemma pozostała bez uśmiechu. Przechyliła się do niego bardziej i spoglądając prosto w oczy, mówiła:

–Daniel, ja mówię poważnie. Co powiesz tej małej, jak się spyta, kim ty dla niej w końcu jesteś; wujkiem, czy tatą? I dlaczego śpisz z jej mamą, jeśli jesteś wujkiem? I dlaczego w ogóle ma innego tatę? – Daniel spoważniał, spuścił wzrok – A co zrobisz, jak zaczniesz się powoli wycofywać i razem z Marthą stworzycie nową rodzinę, a on z Weroniką zostanie na lodzie?

–Zwariowałaś? Nigdy ich nie zostawię! Oni są częścią mojej rodziny!

–Rodziny? Ty, Martha i twoje dziecko, to rodzina. A on i Weronika to co innego.

–Nie prawda, nie zgadzam się!

–Poza tym, on teraz siedzi ci na karku i jestem na sto procent pewna, że nie jest mu z tym wygodnie.

–To prawda. – Rzucił Chris, wracając z kuchni – Powiedział mi, że czuje się bezwartościowy; że nie potrafi niczego porządnie zrobić. – schylił się i zaczął wycierać wykładzinę

–Nigdy mi tego nie mówił. – powiedział cicho Daniel

–Widzisz? Krzywdzisz go. Na razie czuje się bezwartościowy, ale zobaczysz, jak będzie reagował później, kiedy zobaczy, że masz teraz na głowie syna, pracę i żonę, a jego zostawiasz na boku, jak jakąś zbędną kochankę.

–Przestań, proszę cię.

–Ale tak będzie Daniel, zobaczysz; za chwilę będzie się czuł jak piąte koło u wozu, a jak tak dalej pójdzie, to cię znienawidzi.

–Ale ja go kocham; jego i Weronikę, jak swoją rodzinę! I co mam według ciebie z tym zrobić? – Daniel wyglądał na przestraszonego.

Jemma odchyliła się do tyłu i zastanawiała przez chwilę.

–Jeśli go naprawdę kochasz, to zrobisz wszystko, żeby poczuł się znowu stuprocentowym facetem.

–Trzeba mu znaleźć dom, pracę...

–Nie, on sam ma się o to postarać.

–Ale jak?

–Mogę go u siebie zatrudnić. – powiedział Robert – Co robi?

–Zaczął się uczyć informatyki, kiedy był w firmie u swojego wujka, ale potem porzucił studia.

–Nie ma sprawy, dam mu tyle szkoleń ile będzie trzeba i w końcu się u nas zadomowi.

–On ma córkę. Musi się nią opiekować.

–Będzie miał i na opiekunkę.

–Ale jak ja mu to przekażę?

–Normalnie; weźmiesz ode mnie wizytówkę, powiesz mu, że słyszałeś, że akurat tu potrzebują kogoś, kto się zna na komputerach i już. Jeżeli sam zadzwoni i skontaktuje się z nami, to będzie oznaczało, że szuka dla siebie jakiegoś wyjścia i to będzie dla ciebie sygnał, że musisz go zostawić.

–Zostawić?!

–I dobrze, tak ma być. – skomentowała Jemma – Jeśli sam ruszy tyłek, to może nawet zdobędzie nową mamę dla Weroniki.

–Już nawet wiem, kto to mógłby być. – powiedziała Roksana, a Robert poparzył na nią z iskierką w oku i mrugnął

–Nie wiem, jak to przyjmie Martha i Weronika.

–Martha ma teraz ciebie i swoje dziecko. I musi to zrozumieć, że Philip musi znaleźć swoją drogę. A Weronika to wasz wspólny błąd. I musicie sobie z nią dać radę.

–Jeżeli zrobię, tak, jak mówisz, – zastanawiał się – to będzie tylko przedłużenie ich rozstania.

–Niepotrzebne przedłużenie. Philip już dawno mógł znaleźć swoją drogę, gdybyś postąpił mądrze.

Zapadła smutna cisza.

–A co radzisz mi? – spytał Chris

–Pomóż bratu w prowadzeniu firmy. Jeśli twierdzisz, że już łapiesz, o co tu chodzi, to Robert cię trochę podszkoli i będziesz przejmował pałeczkę, kiedy jemu się to znudzi, a potem, jak zatęskni za firmą, to mu ją zwrócisz z powrotem.

–No fajnie, ale co w międzyczasie?

–W międzyczasie będziesz robił ten swój teatr razem z Barbarą. To dwie rzeczy, za które cię podziwiam. To, że umiesz bawić się w teatr i to, że chcesz zatrzymać Barbarę przy sobie. Może w ten sposób wyzwoli swoje złe emocje i w końcu je z siebie wyrzuci, a ty odzyskasz żonę.

–Ah, przez teatr; – Chris udał zdziwienie – Ha, ha, no proszę, jak Jemma pięknie nam poukładała życie w jedną noc.

–Ja nie układam wam życia; to jest tylko to, co myślę na ten temat. Nie wiem, co zrobicie naprawdę. Wiem, że życie potrafi być nieźle pokręcone, ale w końcu trzeba je odkręcić, żeby wyjść na prostą.

–Tak, trzeba w końcu wyprać ten łach i wyprasować. – powiedział szeptem do siebie Chris

–Co ty tam mruczysz?

–Nic. A jaka jest twoja historia? Jak trafiłaś do Buda.

Jemma wzruszyła ramionami i nalała sobie znowu kawy.

–Głupia byłam i tyle. Urodziłam się w domu, gdzie miałam ośmioro rodzeństwa. Ja byłam trzecia, więc nikt nie zwracał na mnie uwagi i zawsze tylko robiłam w domu porządki i sprzątałam za młodszym rodzeństwem za nic; nawet raz „dziękuję” nie usłyszałam; jak jakaś kelnerka, albo pokojówka, więc dobrze wiem, co przeżywaliście. W końcu mi się sprzykrzył taki los i tak jak wy, poszłam z domu na ulicę tak jak stałam. Wtedy się poznaliśmy, ale wy mieliście swoje życie, a ja swoje. Powiedziałam sobie „dasz sobie radę, nie jesteś głupia.” Ale byłam. Nie miałam gdzie spać, ani co zjeść, a jak mi głód i choroby zajrzały w oczy, a do rodziny wstydziłam się wrócić, to wzięłam z was przykład i już się nad niczym nie zastanawiałam i... po raz pierwszy dałam dupy za pieniądze. Straszny wstyd przeżyłam, ale w końcu kupiłam sobie coś ciepłego i czystego do ubrania. Sami wiecie, jak życie potrafi upokorzyć. – Daniel i Chris patrzyli na Jemmę poważnie i kiwnęli głowami na znak, że rozumieją, o czym mówi. – Jeden raz, potem drugi i tak już poszło. A potem zachciało mi się iść do Buda, bo pomyślałam sobie, że jak już upadłam tak nisko, żeby się sprzedawać, to nie na ulicy, tylko w ciepłym pokoju i z pełnym opierunkiem i wyżywieniem, jak mi się wtedy wydawało. I to wszystko.– zamyśliła się i nastała chwila ciszy.

–Ale nam się dostało. – powiedział Daniel

–Aż boli. – dodał Chris

–Nie chcę was dołować chłopaki; fajni jesteście, tylko pokręciliście sobie życie i to gorzej niż ja. A mogliście iść prostą drogą. Ale wierzę, że dobrzy z was ludzie. Macie siłę i macie szansę na lepsze życie i nie chcę, żebyście skończyli jak ja, bo wkopiecie się w końcu w takie błoto, że już się z niego nie wygrzebiecie, a po co to wam? Poza tym, nie wiem, jak się wam odwdzięczę, bo przecież gdyby nie wy, to nie byłoby mnie tutaj i wciąż pracowałabym dla Buda. A teraz, dzięki wam jestem w końcu wolna. I nie wiem, co teraz ze mną będzie.

–Jesteś wciąż zainteresowana tą posadą sprzątaczki? – spytał Robert, a Jemma potwierdziła – No to masz u mnie pracę.

–Dzięki.

Nastała długa cisza, w której każdy trawił słowa Jemmy; szczególnie Chris i Daniel. Dzięki niej naprawdę zaczęli się zastanawiać na zmianami w swoim życiu. Daniel doszedł do wniosku, że nie chce zostawiać Philipa, ale że Jemma miała rację – ten trójkąt musi być jakoś rozwiązany – musiał zwrócić Philipowi jego życie i dać mu w sobie odkryć siłę i możliwości. Musiał też porozmawiać o tym z Marthą i przekonać ją do tego, chociaż nie miał na to najmniejszej ochoty.

Chris z kolei uświadomił sobie, że faktycznie, zabrał Robertowi połowę jego młodości i szaleństwa i zrobił to tylko dla własnej wygody. I czuł się jak egoista. Teraz musi mu to zwrócić, zwłaszcza, że on ma już z kim szaleć. Natomiast pomysł z Barbarą i teatrem był genialny. Nie musieli być razem, ale nic nie stało na przeszkodzie, by kontynuowali współpracę, zwłaszcza, że dobrze im to szło. No i być może faktycznie uwolni to ją od jej problemu.

Wciąż jeszcze pozostawała nierozwiązana kwestia ojca. I to musiał omówić z nimi wszystkimi. I wtedy opowie im o tym, co robi tak naprawdę partia. Ale zostawił to na jutro. Daniel spojrzał na zegarek; minęło wpół do czwartej i Roksana drzemała już, oparta o ramię Roberta.

–Chodźmy spać. – westchnął Daniel – Nic tu po nas. Robert, idźcie się położyć do głównej sypialni, a my rozłożymy narożnik i przykryjemy się kocem.

Wszyscy zrobili tak, jak mówił Daniel i wkrótce Roksana i Robert zniknęli w sypialni, a Daniel, Jemma i Chris przykryli się i czekali w ciszy i ciemności na sen, który jednak nie nadchodził. Leżeli nieruchomo, przytuleni do siebie. Chris pierwszy zrozumiał, że tej nocy po raz kolejny nie zasną.

Delikatnie włożył rękę pod sweter Jemmy i zaczął głaskać jej rozgrzany, gładki brzuch.

–Co ty robisz? – szepnęła z zamkniętymi oczyma, ale Chris uciszył ją

–Leż spokojnie. – kontynuował głaskanie aż po sutki, na mu co wyraźnie pozwalała, z uśmiechem oblizując i przygryzając usta.

–Potraktowałaś nas jak facetów, a my potraktujemy cię jak ukochaną kobietę. – dodał Daniel i zaczął całować jej twarz. Jemma wreszcie otworzyła oczy, uśmiechnęła się szerzej i oddychała głośniej

–I nie mów, że tego nie chcesz. – powiedział Chris, masując jej przemoczone od soków dżinsy w kroku – Czuję, że chcesz.

–Przynajmniej tak możemy ci się odwdzięczyć za to, że słusznie nam dziś zmyłaś głowę.

Chris rozpiął jej dżinsy i ściągnął je razem z majtkami, a Daniel ściągnął z niej sweter i stanik. Chris stanął nad nią w rozkroku i zaczął z siebie wszystko ściągać. Uklęknęła przed nim, zdjęła z niego spodnie, włożyła jego penisa do ust i zaczęła ssać. Nagi Daniel ułożył się pod nią i wsadził swój język i palce między jej nogi. Trójgłowy potwór znowu odżył.

Wszyscy troje bawili się w najlepsze, zmieniając wciąż pozycje i tak głośno wyrażając przy tym swoje zadowolenie, że obudzili Roksanę i Roberta. Zauważyli ich dopiero po jakimś czasie, jak stoją w drzwiach sypialni, nadzy, zafascynowani, znieruchomiali, a Robert z ogromnym wzwodem.

Jemma zostawiła Chrisa i Daniela i podeszła do Roberta. Chciał uniknąć, tego, co miało się za chwilę stać, ale nie mógł się bronić przed nią: miała pięknie wyrzeźbione, pulchne, miękkie ciało, pachnące potem, spermą i sokami, a kiedy do niego podchodziła, słyszał, jak jej pobudzona łechtaczka mlaszcze między nogami. Był na skraju opanowania. „Na co czekasz, bierz ją.” – słowa Roksany dopełniły szaleństwa i objąwszy ją, zaczął czule całować i błądzić rękoma po całym jej ciele, a wkrótce położył ją na miękkiej wykładzinie. Roksana szła nieprzytomnie w stronę Chrisa i Daniela.

–To czyste szaleństwo. – powiedziała przytłumionym z pożądania głosem

–Chodź tu i zanurz się w nim po szyję. – powiedział poważnie Chris. Złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Obaj z Danielem rozpoczęli z nią kolejny taniec.

Całe to szaleństwo zakończyło się bezwstydnym, głośnym spółkowaniem Roberta i Roksany. Inni mogliby uważać, że to wszystko było obrzydliwe i zdeprawowane, ale Chris, Daniel i Jemma, po tym, co przeżyli sami i co zdążyli już zobaczyć, uważali, że to było coś pięknego, bo doprowadzili do tego, że oto na ich oczach kochała się dwójka młodych, zauroczonych sobą ludzi, na zmianę co jakiś czas wykrzykujących „kocham cię”. Dopiero teraz i to dzięki nim trzem odkryli, jakie życie potrafi być szalone, piękne, zawirowane, choć nie zawsze czyste jak śnieg.

Patrząc na to, Daniel wspominał pierwszy raz Philipa i Marthy i uświadomił sobie, że nie żałuje tego, że połączył ich razem, bo ich pierwszy wspólny raz wyglądał równie pięknie jak ten. Naprawdę nie chciał zostawiać ani Philipa ani Marthy.

–To oni tak naprawdę powinni być małżeństwem. – powiedział swoje myśli na głos

–Kto? – spytał Chris

–Pogadam z Marthą. Jeśli będzie chciała się ze mną rozwieść dla Philipa, to... to jej na to pozwolę.

Chris natychmiast usiadł tuż przed nim i przytulił go, a Daniel objął go.

–Hej, nawet nie waż się tak myśleć. Jestem pewien, że ci na to nie pozwoli; już prędzej rzuci w ciebie jakimś garnkiem.

–Ale Jemma ma rację. Jakoś to trzeba rozwiązać, ale nie mam pojęcia jak. Nie chcę nikogo skrzywdzić.

–Nie martw się o nic. – powiedziała Jemma – Sprawa sama się rozwiąże, zobaczysz. – W tym momencie Roksana opadła ciężko na Roberta. Dyszeli oboje z wysiłku, a za oknem bladło światło poranka. – Chodźmy spać. Musimy odpocząć po ciężkiej nocy. – uśmiechnęła się.

–Biorę jeszcze jeden dzień wolnego. – powiedział wycieńczony Robert, tuląc do siebie Roksanę, która całowała jego twarz. Potem ułożyła się do snu, a Jemma natychmiast poszła w jej ślady. Za nią Daniel, a Chris z uśmiechem przykrył wszystkich dużym kocem, sam wsunął się pod niego i wkrótce wszyscy zasnęli – nadzy, przytuleni i szczęśliwi.

23. Plan

Spali przez cały dzień, budząc się od czasu do czasu, obracając z boku na bok i ponownie zasypiając. Budzili się wolno i dopiero późnym popołudniem wszyscy stwierdzili, że są wyspani. Następne godziny spędzili leniwie wylegując się na kanapie, zajadając zamówione na obiad dania i nie kwapiąc się nawet z ubieraniem, bo po ostatniej nocy nagość, lubieżne spojrzenia, pocałunki i pieszczoty już nikomu nie przeszkadzały.

Zrobiło się bardzo miło i Chris wcale nie chciał psuć tej atmosfery. Robert i Roksana zaczęli nawet żartować, że cała trójka zaraziła ich syndromem „nagiego szaleństwa”. Potem jednak podziękowali im, bo dzięki nim od tej pory mogli być razem. Ale postanowił wziąć się za bary z życiem, jak mówiła Jemma i w końcu rozwiązać problem z ojcem i jego postępowaniem z innymi ludźmi. Ten proceder musiał się skończyć. Dlatego też, jak zwykle, szczerze wyraził swoje myśli:

–Słuchajcie, nie zabijcie mnie, ale mam do rozwiązania pewien poważny problem. Muszę wam o nim powiedzieć, a wy musicie mi poradzić, co mam zrobić. – Przypomniał sobie słowa Angeliki – Im więcej osób o tym usłyszy, tym lepiej. Może razem coś wymyślimy.

–Nie ma sprawy, mów. – odparła Jemma

Chris zaczął opowiadać o tym, czego dowiedział się od Barbary o partii, a wszyscy słuchali i jedli dalej. Wyjaśnił dokładnie przyczyny problemu Barbary. Opowiedział także o Davidzie i Angelice, a Daniel, choć znał już to wszystko, słuchał go także i nie przerywał mu. Potem wyjaśnił im, co się zdarzyło po tym jak Damian zabrał go do jeepa i powiózł na lotnisko i czego się od niego dowiedział. I na sam koniec powiedział, dlaczego Damian i jego mama ściągnęli go do domu i czego po nim oczekują.

–No i o to właśnie chodzi. – zakończył – Oni nie chcą skończyć z partią; chcą tylko, żebym go przekonał, że musi pozmieniać parę rzeczy, bo ludzie cierpią. I nie mam pojęcia, jak to zrobić.

Zaległa cisza, którą przerwał Robert

–Hm, zmusić ojca do tego, o czym powiedziałeś, to mniej więcej tak, jak próbować poinformować Hitlera, albo Stalina, że muszą zmienić swoje postępowanie, bo nie wszystkim jest to na rękę.

–Wiem, rewolucja wymaga ofiar. – skomentował Chris, używając słów, które niedawno wypowiedział do Roberta w firmie.

–Nie, to nawet nie to, bo rewolucja to jakaś zmiana dla ogółu, a ojciec wykorzystał pomysł z firmą i przeniósł go na grunt partii; myślę, że już zdążyłeś to zauważyć. Zrobił z siebie szefa wielkiego sklepu z bronią dla całego świata i założę się, że już pewnie ma mnóstwo stałych klientów.

–Wasz ojciec nie tylko zbija kokosy; przy okazji też ugładza prawo i zdobywa sobie głosy obywateli niskimi podatkami i wysokimi pensjami. Dokładnie tak jak powiedziała Barbara. – skomentowała Jemma – Mądra kobieta, muszę ją kiedyś poznać. – powiedziała bardziej do siebie niż do Chrisa, a on puścił oko do Daniela, który uśmiechnął się, gdy tylko usłyszał te słowa; „najwyraźniej obaj pomyśleliśmy o tym samym”, pomyślał

– On dokładnie wie, co robi i guzik go obchodzą obywatele. Wie, że ma całe miasto w garści, jeśli nie państwo. – powiedział Chris

–W takim razie trzeba mu uświadomić, że partia to nie supermarket i nie może obsługiwać zarówno złych i dobrych, bo już samo to podburza jej podwaliny. – odparł Robert

–Jakie?

–Partia... w ogóle każda partia ma wspierać biednych, wspomagać dobrych w rozwoju i bronić wartości narodowych, no nie? W takim razie powinna być przedmiotem postrachu dla przestępców i terrorystów, a nie bezpiecznym azylem.

–A wasz ojciec zrobił azyl dla jednych i drugich i ci źli zwyciężają. – dodała Roksana

–Źli nie zwyciężają; zwyciężają ci, którzy mają pieniądze na kupno broni.

–Robi to, co umie i to co lubi i przy okazji załatwia państwu i sobie mnóstwo kasy. – powiedział Chris

–Czy on nie rozumie, że w ten sposób może doprowadzić do samozagłady? Przecież w końcu sam ukręci na siebie bicz. – skomentowała Roksana

–Zgadzam się; to właśnie trzeba mu pokazać. – odparł Robert – Trzeba... trzeba sprawić, żeby sam zaplątał się we własne sieci, żeby zagubił się w fałszywości własnych przekonań.

–Co? Mów jaśniej. – domagała się Jemma

–Musimy wymyślić taką sytuację, żeby zaczął zauważać, że postępując tak jak postępuje teraz, tylko traci i wpędza się w niebezpieczną sytuację... – Robert zamyślił się przez chwilę, ale zaraz włączył się Daniel

–Właśnie o tym samym dyskutowaliśmy ze wszystkimi na zimowisku. I Karl doszedł do wniosku, że musi to wyglądać mniej więcej tak, jak powiedziałaś wczoraj; musicie znaleźć takie błoto, żeby wyglądało dla niego na tyle atrakcyjnie, żeby chciał do niego wejść i ugrzęznąć w nim. Potem niech się próbuje wydostać i niech zobaczy, że wszystko, co robi powoduje, że zapada się w nie coraz głębiej i nie ma innego wyjścia, jak poprosić o pomoc, albo zmienić postępowanie.

–Hm, ładnie powiedziane, tylko co to mogłoby być? I co zrobimy, jak mu pomożemy, a on nadal będzie robił to samo? – spytał Chris

–Po prostu odsuniemy go od władzy. – powiedział Robert

–Co?! Wiesz, co to oznacza?

–Tak. Staniesz na czele partii.

–Nie, nie, nie; Sam staniesz na jej czele.

–Ja mam firmę.

–Ja się z tego wypisuję. Nigdy nie chciałem rządzić i nie będę.

–Boisz się, że poniósłbyś taką samą porażkę jak Ludwik szesnasty, albo Mikołaj pierwszy? – spytał Daniel

–No... coś w tym stylu.

–A ten... Mikołaj, to kto? – zapytała zbita z tropu Jemma

–Dawny władca Rosji. Był mądry, ale nigdy garnął się zbytnio do rządzenia i i to za jego rządów Rosję przejęli Bolszewicy, czyli przyszli komuniści podczas rewolucji i wystrzelali niemal całą rodzinę.

–No dobra, a Ludwik zrobił to samo?

–Coś podobnego. – odparł Daniel – Też nie czuł się dobrze, jako władca Francji; uciekał od prawdziwych rządów; został do nich zmuszony. Aż w końcu rewolucjoniści pokazali mu, gdzie jego miejsce i ścięli mu głowę.

Jemma patrzyła zdziwiona to na jednego, to na drugiego

–O cholera, nie dość, że diablo przystojni, dobrzy w łóżku, to jeszcze wykształceni. – obaj uśmiechnęli się, poczerwienieli i spuścili skromnie wzrok – Co wy do jasnej anielki robiliście obaj na ulicy, ja się pytam?! Zaczynam się czuć przy was nieswojo!

Dopiero teraz Chris mógł zrozumieć, jak czuł się Philip, kiedy ktoś go oceniał po wyglądzie i po pozorach, jak on to zrobił na zimowisku.

–Nie musisz się tak czuć. – powiedział cicho – Może wiemy, kto to był Mikołaj Pierwszy, ale nie wiemy, co zrobić, żeby zasłużyć na miano mężczyzny.

–W każdym razie boisz się, że ludzie cię zjedzą i że nie będziesz potrafił walczyć o to, co dla nich słuszne.

Nagle usłyszał w głowie słowa Philipa: „Ten kamyk może się pokruszyć, albo może też potoczyć się z wiatrem i innymi kamieniami i spowodować lawinę.”

–Mógłbym walczyć, ale nie mam ochoty rządzić.

–No to trzeba będzie znaleźć kogoś, kto będzie chciał.

Chris pomyślał o Roksanie i Robercie.

–A co z kompromisem?

–Do tego właśnie chcemy ojca przymusić. – odparł Robert – Ale ja myślę, że się nie uda. Ojciec jest bezkompromisowy i robi dokładnie to, co chce.

–Dokładnie tak, jak my obaj. Ja nie będę rządził, a ty nie zostawisz firmy.

–No to wdaliście się w tatusia obaj. – Jemma popatrzyła na nich obu.

Przez dłuższy czas panowała cisza, w której wszyscy nadal jedli, bądź pili kawę i zastanawiali się, co dalej począć.

–Robert, a co z tą podróżą do Erytrei? – zapytała Roksana

–A co z nią? I skąd w ogóle o niej wiesz?

–W pracy każdy wie, że ci zależy na tym złocie. No i wiemy, po co tam jeździsz.

Robert uniósł brwi do góry, poczerwieniał i opuścił wzrok

–No tak, zależy mi na tym złocie. Chcę je zdobyć dla firmy, jeżeli coś tam w ogóle jest; to byłby dla nas olbrzymi skok na przód. No i owszem, chcę zdobyć parę hebanowych, długonogich piękności. – popatrzył jej w oczy – Ale jeśli masz coś przeciwko temu, to dam sobie z tym spokój.

–Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko temu, jeśli i ja upoluję jakąś piękną zdobycz, to... droga wolna. – mówiła, patrząc mu w oczy.

–Zgoda.

–Cieszę się. – powiedziała z uśmiechem i pocałowała go czule.

–I oto sztuka kompromisu w pełnej krasie. – powiedział uśmiechnięty Chris.

–Żeby tylko kompromis z ojcem wyszedł nam tak ładnie. – dodał Robert

–A właśnie, chciałam dokończyć. – wtrąciła się Roksana – Może pojechalibyście tam we trójkę, co? Chris, ty i ojciec. – patrzyli na nią okrągłymi ze zdziwienia oczyma – No co? To byłaby przede wszystkim z waszej strony próba odzyskania relacji i więzi z ojcem, męska przygoda, a poza tym bylibyście tam z nim sami i moglibyście się nagadać z nim do woli.

–Kochanie, jesteś genialna. – tym razem to Robert pocałował Roksanę – To nie jest taki zły pomysł. Chris, co ty na to? Chris! – krzyknął ponownie Robert – Gdzie ty jesteś? – wszyscy zaczęli się śmiać.

Chris wyrwał się z zamyślenia, bo już w wyobraźni widział złotą pustynię, czuł żar powietrza w płucach i kołysał się na wysokim wielbłądzie.

–Ja na to jak na lato; jestem całkowicie za. Tylko co on tam będzie z nami robił?

–Jak to, co? Będziemy szukać złota. – mówił roześmiany Robert.

–Nie wierzę, to brzmi jak film z Indiana Jones'em. Ojciec na to w życiu nie pójdzie.

–Ale jeśli przekonamy go obaj, że minęło sporo czasu i że obaj za nim tęsknimy...

–Ta, jasne

–Poczekaj, że obaj za nim tęsknimy i że chcemy odzyskać kontakt i rodzinę z powrotem, to... to może się uda.

Chris przypomniał sobie, co mu opowiadał Damian o tym, co widział w gabinecie ojca i pomyślał, że faktycznie, to może się udać.

–No dobra, to jedziemy. Ale musimy być przygotowani na wszelkie możliwości. Co my mu powiemy? Że ludzie przez niego cierpią? Przecież to wie.

–Najpierw musimy się z nim spotkać i porozmawiać. – Robert umilkł i spochmurniał – Z resztą sam go nie widziałem, od kiedy pobił mamę.

–No i ma zakaz zbliżania się do was, czego bardzo pilnie przestrzega. – Chris również zrobił się poważny.

–Tak, czy owak, musimy spróbować obaj, bo nie zostawię cię z tym samego. Możesz liczyć na moje wsparcie w tej sprawie.

–Dzięki. Myślisz, że uda nam się... odzyskać z nim kontakt?

–Nie robię tego po to, żeby z nim odzyskać kontakt, tylko po to, żeby odzyskać państwo i żeby żyć w bezpiecznym kraju i w bezpiecznym świecie, bo jeżeli tak dalej pójdzie, to ojciec doprowadzi do tego, że naprawdę wszyscy się pozabijają.

Znów nastała smutna cisza.

–Słuchajcie, mam kolejny pomysł. – powiedziała Roksana

–Mów. – powiedział Chris

Przez chwilę milczała i miała bardzo niewyraźną minę.

–Możecie mnie uznać za wariatkę; jeśli tak będzie, to dajcie znać, to zamknę się i więcej nie odezwę.

–Ale co to jest? – spytała Jemma

–Bo...

–No wyduś to z siebie, kochanie. – nalegał Robert

Wzięła głęboki oddech i powiedziała:

–Bo wpadłam na pomysł, żeby zaaranżować porwanie Chrisa. – wypuściła powietrze, ale wszyscy wpatrywali się w nią i milczeli – Jak już tam będziecie, to Daniel mógłby uruchomić parę kontaktów. Jego ludzie, którzy udawaliby terrorystów, domagaliby się od waszego ojca tak wielkiej sumy, że nie byłby w stanie jej wypłacić, a karą za to byłoby skrócenie cię o głowę.

Chris zamyślił się, a reszta milczała.

–To wcale nie jest takie głupie. Mógłbym to zrobić.

–Roksana, to jest genialne. – zawołała Jemma – Nie przychodzi mi do głowy nic lepszego. To jest to!

–Chyba wygrałem cię na loterii, wiesz. – powiedział Robert i pocałował ją

–Ja po prostu wykorzystałam to, przez co przeszłam wczoraj. – zwróciła się do Chrisa – Jeśli ojcu będzie na tobie zależeć, to zrobi wszystko, by cię odzyskać.

–Tylko, że mogliby mnie złapać nie terroryści, a grupa radykałów – mówił powoli, ze wzrokiem wbitym w wykładzinę – którzy chcieliby przywrócić porządek w kraju i buntowaliby się przeciwko masowej sprzedaży broni. I oto w kraju zjawia się sam szef potężnego koncernu wraz z własnymi synami. – skierował wzrok na Roksanę – Świetna okazja do przywrócenia porządku w kraju i zwrócenia uwagi całego świata na ten problem. No i ojciec musiałby się zgodzić na ich żądania, żeby mnie wypuścili. Brawo, świetnie to wymyśliłaś.

–Tak, tylko, że nie jesteśmy wcale pewni, że ojciec zgodzi się na ich żądania. – odparł Robert

–Ej, będzie musiał.

–Ojciec jest bezkompromisowy.

–Nawet jeśli będzie szło o życie własnego syna? – spytała Roksana.

Robert milczał, zanim odpowiedział

–To bardzo duże ryzyko, Chris. Jesteś na to gotowy?

–Jakie ryzyko? Przecież to wszystko byłoby zaaranżowane.

–No a poza tym, czym mu będą grozić, jeśli nie bronią? – wtrąciła Jemma – Chyba nie drewnianą pałką.

–Fakt. Co to za przeciwnicy broni, którzy porywają kogoś bez jej użycia.

–Ale są przecież jeszcze noże, maczety, czako no i ludzkie umiejętności, czyli karate i takie tam. – mówiła Roksana

–O czym wy do cholery gadacie?! – wybuchnął nagle Daniel, aż wszyscy podskoczyli ze strachu i spojrzeli na niego – Czy wyście już wszyscy poszaleli?! – mówił z mocno zmarszczonymi brwiami – Roksana, nie obraź się, ale to bardzo... bardzo głupi pomysł.

–No to proszę, może ty masz coś w zanadrzu! – krzyknęła do niego Roksana

–Przecież, ktoś może z tego skorzystać i porwać Chrisa na serio. I wtedy będziecie mieli naprawdę poważne kłopoty.

–Ale, Daniel, to ma być wszystko reżyserowane. – odparł Chris

–Dlaczego mówisz, ma, a nie miałoby być? Czy już sam zadecydowałeś o własnym porwaniu? – mówił zdenerwowany, ze zjadliwą ironią – A poza tym, za bardzo boję się o twoje życie. – powiedział ciszej – I jeśli tak ma być, to... to cię nigdzie nie wypuszczę.

–Ty? Ty mnie nie wypuścisz?! – Chris myślał, że się przesłyszał – Nie wypuścisz?! A czy ja jestem jakimś twoim więźniem, czy co?! Daniel, znowu nie kontrolujesz tego, co robisz! Chcesz zatrzymać przy sobie Marthę, ok, ona jest twoją żoną. Ale nie możesz na siłę zatrzymać przy sobie wszystkich! Philip i Weronika mają prawo do własnego życia, jeśli tak wybiorą! I ja też! Nie będziesz rządził niczyim życiem! Nie będziesz trzymał wszystkich na siłę przy sobie! Nie masz do tego prawa! Zaczynasz robić to samo, co twój ojciec!

–Czy ty nie rozumiesz, że cię kocham?! I nie wypuszczę cię, bo jeśli cię teraz stracę, to nie wybaczę sobie tego do końca życia! – w jego oczach pojawiły się łzy. Szybko odwrócił głowę i otarł je z twarzy.

Zapadła grobowa cisza.

–Przepraszam cię – powiedział cicho Chris – Nie wiedziałem, że o to ci chodzi.

Daniel poprzez to, co się stało, zaczął trochę rozumieć swojego ojca i jego postępowanie z nim i jego rodzeństwem. To, co Chris powiedział wtedy w hotelu o zasadach, to co powiedziała mu wczoraj Jemma i to, co uświadomił mu w tej chwili Chris, spowodowało, że pojął, iż ojciec naprawdę kochał go na swój sposób. Chciał go na siłę zatrzymać w domu, zrobić z niego swojego najlepszego żołnierza i ukształtować w nim te cechy, które jego zdaniem pomogły by mu iść przez życie twardą, ale słuszną drogą.

Chciał po prostu na swój okrutny i pozbawiony czułości sposób zrobić z niego mężczyznę. Daniel, tak jak ojciec, chciał przy sobie wszystkich zatrzymać i utrzymywać ich samodzielnie bez ich zgody, czy zapytania na swoich własnych zasadach, a przecież to jedna z cech, których sam nienawidził u ojca. Dopiero Chris uświadomił mu, że postępuje dokładnie tak samo jak on.

Chris długo milczał z pochyloną głową, zanim powiedział

–Pora spoważnieć, Daniel. Powiedziałem ci, że muszę się sam zmierzyć z własnym ojcem i to właśnie zamierzam zrobić.

–Dobra. – Daniel kiwał głową w milczeniu – Nie będę sterował niczyim życiem. Jeśli to jest to, czego chcesz, to... droga wolna. Pomogę ci w tym i zrobię, co tylko zechcesz. Wierzę, że musisz to zrobić i to sam. Dlatego nie będę ci stał na przeszkodzie. Ale pamiętaj, że jeśli tylko się dowiem, że cokolwiek pójdzie nie tak, to wsiadam w pierwszy samolot i lecę, żeby cię ratować.

Znów zapadła cisza, podczas której Chris usłyszał w głowie słowa Angeliki: „Ty zrobisz wszystko, żeby rozwiązać problem, a Daniel i Martha zrobią wszystko, żeby ci pomóc.” „I miała rację.” – pomyślał – „w końcu należę do nich.”

–Chodźcie tu obaj do mnie. – wtedy dopiero usłyszeli, jak Jemma płacze. Wyciągnęła do nich ramiona. Wstali, podeszli do niej i usiedli po obu jej stronach, a ona objęła ich i ucałowała obu. Wtedy już żadne z nich nie kryło łez. Nawet Roksana zamrugała oczami i pociągnęła nosem – Nie wiedziałam, jak to w was głęboko siedzi. Wy naprawdę się kochacie.

–Miałaś rację. – Powiedział Daniel, wciąż w jej objęciach – Chris musi zrobić to, co do niego należy. I ja także. Nie będę bronił Philipowi odejścia; jeśli zechce odejść.

Chris dopiero teraz zrozumiał, ile determinacji, odwagi i siły miała w sobie Freda, kiedy bez wahania wbiła sobie długą strzykawkę prosto w serce i boleśnie umierała, żeby dotrzymać obietnicy, którą złożyły sobie razem z Asimą. Do dziś słyszał wypowiadane przez nie obie słowa, w obecności jego samego i Daniela, jako świadków: „Przysięgam, że jeżeli ty zginiesz, to ja też.” Obie powtórzyły tę straszną, powodującą u niego gęsią skórkę przysięgę i słowa dotrzymały. Nie chciał, żeby Daniel zginął, jeśli cokolwiek mu się stanie.

–Jeśli cokolwiek mi się stanie...

–Nie mów tak. – przerwał mu Daniel, ale Chris kontynuował

–Jeśli cokolwiek mi się stanie, zaopiekuj się Barbarą, obiecujesz?

–Obiecuję; jeśli ona sama zechce pomocy. Ale nie zostawię jej i pomogę, jeśli będzie mnie potrzebować.

–Chodźcie, ubieramy się. – zadecydowała Jemma – Wyjdźmy gdzieś na miasto, przewietrzmy się i ułóżmy w końcu ten plan.

24. Własne drogi

Cała piątka ubrała się w ciszy i z powagą, a Daniel w trakcie ich przygotowań zadzwonił do Marthy. Opowiedział, co się stało i dlaczego nie będzie go przez tydzień. Był piątkowy wieczór, ale po tym, co powiedzieli sobie Daniel i Chris, nikt nie miał nastroju na imprezę. Włóczyli się przez ulice w milczeniu i zamyśleniu. Wszyscy myśleli nad pomysłem porwania, który rzuciła im Roksana i nad ryzykiem prawdziwego porwania. Usiedli w końcu na dwóch, ustawionych naprzeciw siebie ławkach w blasku parkowej latarni.

–Nie wiedziałam, że miasto może tak ładnie wyglądać o tej porze roku. – przerwała ciszę Jemma

–Tak, jest ładnie. – odezwał się Chris, nieprzytomnie zapatrzony w kamienie na alejce

–Ludzie, rozchmurzcie się, bo zacznę żałować, że w ogóle cokolwiek powiedziałam. – rzuciła błagalnie Roksana – To był tylko pomysł, jak macie coś lepszego na myśli, to mówcie.

–Pomysł jest dobry. – odezwał się Daniel – Teraz, jak, nad tym myślę, to naprawdę nie mamy innej opcji. Już się z tym pogodziłem.

–Wow, to szybko. – powiedział, nadal nieprzytomnie zapatrzony w kamienie Chris

–A może zamienić role i zamiast Chrisa... zrobimy porwanie ojca.

–Ojca? A po co?

–Żeby zobaczył, jak bardzo ludzie będą się o niego troszczyć; żeby doświadczył, jak się czuje ofiara.

–Ale co nam z tego przyjdzie? Przecież wiesz, że to ojca nie zmieni. Pozostanie nadal takim samym dupkiem, jakim zawsze był. I jeszcze zacznie proponować sprzedaż broni swoim porywaczom. – Chris wstał i zaczął parodiować obwoźnego sprzedawcę – Najlepsze sztuki po najniższej cenie, specjalnie dla państwa. Proszę zwrócić uwagę na celownik, z jaką dokładnością mierzy. Możecie z jego pomocą trafić nawet muchę łażącą po stole sąsiada, kiedy was wkurzy. Albo ta specjalnie grawerowana rękojeść; ułatwia trzymanie karabinu jedną ręką podczas sikania. Możecie jednocześnie strzelać i sikać, czy to nie wspaniałe? A do zakupu dwóch karabinów, dołączamy drugą parę maleńkich karabinków gratis, do zabawy dla waszych pociech. – mówił, podczas kiedy reszta śmiała się z niego. – Czy to nie wspaniała oferta?

Nerwy odrobinę puściły i wszyscy ponownie wstali, żeby iść dalej. Świeże powietrze również zrobiło swoje, a w żyłach krew zaczęła żywiej krążyć i całe towarzystwo poweselało odrobinę.

–Gdybyśmy porwali ojca, a nie Chrisa, to musielibyśmy się zastanowić, nad żądaniami. – odezwał się Daniel – Czego moglibyśmy żądać?

–Pytanie, czy w ogóle moglibyśmy żądać. Czy partia przejęłaby się zniknięciem ojca, czy wszystko zatuszowała, jak w przypadku pozostałych osób. – odparł Chris

–A propos partii – powiedział Robert – Dlaczego nie skonsultujemy się z Damianem? Przecież on siedzi w partii i to głęboko i może on nam coś doradzi?

–Że też wcześniej na to nie wpadliśmy; masz do niego numer?

Robert nie musiał odpowiadać, bo już czekał na połączenie. Po rozmowie wszyscy poznali, że Damian chce się ze wszystkimi spotkać w domu Roberta i Chrisa.

–Chodźcie, – rzucił po rozmowie Robert – mama i Damian chętnie was poznają.

Wszyscy wrócili do wejścia do parku, a taksówkę tym razem zamówił Robert. Kiedy przyjechali pod dom, w wejściu już stała mama Chrisa i Roberta, a Damian obok niej. Miała na sobie białą, atłasową sukienkę kopertową z rzadko rozmieszczonymi tu i ówdzie motywami ciemnozielonych liści. Stała sztywna z przejęcia, z uśmiechem na twarzy i razem z Damianem po kolei przywitała wszystkich, których nie znała, po czym zaprosiła ich do środka, gdzie już czekał na nich suto zastawiony stół.

Mama zaprosiła wszystkich do stołu. Usiedli, jedli i rozmawiali o różnych codziennych sprawach. Po kolacji mama zaprosiła wszystkich do salonu, gdzie Damian rozdał wszystkim po lampce wina. Wszyscy siedli przy jasno płonącym kominku. Mama i Damian powiedzieli, że muszą z Chrisem i Robertem omówić parę ważnych spraw i poprosili gości o wyrozumiałość. Wzięli Chrisa i Roberta do innego pokoju. Obaj usiedli i z niepokojem wyczekiwali tego, co nastąpi.

–Nareszcie mam was obu przy sobie. – zwróciła się z uśmiechem do Chrisa i Roberta. Spojrzeli po sobie, bo to, co planowali zrobić nie wypadało zbyt dobrze przy tym, co usłyszeli – Gdzie się włóczyliście, co? Powiedzcie. – powiedziała poważniej

Ani Chris ani Robert nie kwapili się, by opowiedzieć mamie o wysuszeniu na spółkę butelki whisky, wizycie w ruinach, gdzie wstęp był zabroniony, włamaniu się do nielegalnego burdelu, sprośnościach, jakich się tam dopuścili, porwaniu Roksany, doprowadzeniu do aresztowania groźnych przestępców, pobycie na komendzie, szaleństwie, jakie ogarnęło ich poprzedniej nocy ani planie porwania, o którym rozmawiali. Chris postanowił więc, na sposób Daniela, powiedzieć tylko wybiórczą prawdę.

–Tak sobie chodziliśmy, to tu to tam, a ja pokazywałem Robertowi, gdzie byłem i opowiadałem mu o swoich przygodach, a potem, jak już było późno, to zamówiliśmy pokoje w hotelu, przespaliśmy całą noc. A potem znowu spacerowaliśmy po całym mieście i gadaliśmy. – mówił, a Robert zaciskał mięśnie brzucha i policzki, żeby się nie roześmiać.

–Mhm i nagadaliście się dość? – spytał Damian

–Jeszcze nie, przecież to tylko dwa dni. – odparł Robert

–Oczywiście; i rozumiem, że te dwie panie i tego pana spotkaliście po drodze i jak ta Dorotka, wzięliście ich ze sobą do krainy Oz, tak?

–W co ty pogrywasz?

–A w co wy pogrywacie?

Damian wstał i podszedł do szafki, na której leżały dwie otwarte koperty. Podniósł je i podał im obu. Była na nich pieczątka komendy policji stołecznej, a koperty były otwarte. Wyciągnęli kartki ze środka i przeczytali, że są wezwani sądu jako świadkowie w sprawie wykrycia nielegalnego domu publicznego, pobicia, porwania oraz zagrożenia życia i zdrowia.

–Widzicie to samo, co ja?

Chris odłożył list i oparł się na krześle

–No i co z tym? – spytał – Trzeba pójść na rozprawę i odpowiedzieć na parę pytań, to wszystko.

–Nie... – Damian zamarł w pół słowa; był przy Rosalindzie, więc musiał pilnować języka – opowiadajcie bzdur, tylko mówcie prawdę. Wszyscy jesteśmy dorośli i wiemy, na co was stać.

–Mów. – zwróciła się do niego mama, już z surowym wyrazem twarzy – Zniosę wszystko. Zniosłam już tak wiele od ciebie.

–Mamo, po co to wszystko? Chcesz, żeby żałował tego, co zrobiłem? Nie będę żałował, bo... – zamarł w pół słowa

–Bo... – kontynuowała za niego mama – Bo zawsze robiłeś, co chciałeś, prawda? – mówiła, jakby czytała w jego myślach, więc tylko potwierdził, kiwając głową – Jesteś dokładnie taki jak ojciec. On też zawsze robi to, co chce i nie pyta się nikogo o zdanie. I Robert także. Tylko ja muszę potem znosić wyniki waszych działań. W sercu, w głowie, w nerwach...

–Próbujesz w nas wzbudzić wyrzuty sumienia? Nie uda ci się. – mówiąc to, myślał o matce jak Jemma o Danielu i o nim – Do tej pory mogłaś mieć swoje życie. My wszyscy wybraliśmy swoje drogi, ty nie.

–Więc to, że się o was niepokoję, to moja wina? – matka słuchała go z osłupieniem

–Nie prosiłem cię nigdy, żebyś przeżywała tego wszystkiego, co robię; zostawiłem was i zostawiłem dom, tak; ale nigdy was do niczego nie zmuszałem ani nie będę zmuszał. Jestem dorosły, jak powiedział Damian, żyję tak jak chcę i nadal będę tak żył i ponosił odpowiedzialność za siebie.

–Proszę bardzo, możesz się nurzać w gównie po uszy, ale wara ci od Roberta!

–Za późno mamo. Już więcej nikt nie będzie sterował moim życiem. Chcę iść własną drogą. Chcę żyć tak jak Chris.

–To znaczy, że zostawiasz mnie i firmę?

–Niczego nie zostawiam. A już na pewno nie ciebie, mamo. – mówił spokojnie, ale stanowczo – Nadal będę prowadził firmę i nadal będę mieszkał tutaj, choć... niedługo się przeprowadzam.

–Zmieniłeś się. Nie poznaję cię. Co się z tobą stało?

–Przez te dwa dni z Chrisem przeżyłem więcej niż przez całe osiem lat, kiedy go nie było. Więcej zobaczyłem, więcej doświadczyłem, więcej zrozumiałem. Chcesz usłyszeć dlaczego tak myślę? – mama milczała – Chcesz usłyszeć całą prawdę mamo, czy wolisz, żebym cię okłamywał i pozostawił w niepewności?

–Jeśli tak to ujmujesz, to już się boję.

–To ty podejmujesz ryzyko. Wchodzisz w to, czy nie?

–Mów; wszystko.

Robert opowiedział mamie i Damianowi bez ogródek o wizycie w sklepie monopolowym i streścił historię złapania rzezimieszków, którzy chcieli okraść Drawera, za którą dostali darmową butelkę whisky. Opowiedział o Deborze i o tym, co od niej usłyszał o Chrisie i Danielu. Potem opowiedział o wizycie w podziemiach, o darmowym koncercie rockowym i o tym, co o Chrisie i Danielu opowiadał Stevie. Mówił o Tonym, o tym, co dla niego zrobił Chris i o darmowej kolacji.

A potem wyjaśnił, w jaki sposób się znaleźli w burdelu u Jemmy i dlaczego trafili tam potajemnie, a nie wejściem frontowym. Ominął szczegóły związane z Jemmą, ale powiedział, jak natrafił na Roksanę i jak została porwana. Powiedział o tym, co się stało Jemmie i Roksanie, o tym, jak trafili na Daniela, i w jaki sposób uratował całą sytuację. Potem bardzo ogólnie potraktował dalszą część, oszczędzając mamie drastycznych szczegółów.

Nie zapomniał jednak wyjaśnić, tego o czym opowiadała Jemma i o czym rozmawiał z Chrisem w restauracji. Mówił, że te dwie przemowy przekonały go; ostatecznie zdjęły mu klapki z oczu. Przekonały go do zmiany postawy z zapatrzonego w jeden kierunek tchórza wobec życia na wojownika, podejmującego wyzwanie losu. Potem powiedział o tym, co przyszło Roksanie do głowy i co oni sami do tego dodali.

–I właśnie dlatego skontaktowałem się z tobą. Chcemy, żebyś pomógł nam i osądził, jaki jest plan, który układamy i czy da się go zrealizować, czy nie. Być może sam masz jakieś pomysły, bo my na razie nie mamy nic lepszego.

Mama słuchała wszystkiego, a jej twarz raz po raz zmieniała się z przerażonej na mile zaskoczoną. Jednak pod koniec patrzyła na Roberta i Chrisa z zadowoleniem i dumą i nawet uśmiechnęła się do nich. Damian cały czas słuchał z pokerową miną i nie wiadomo było, co sądzi na temat opowiadania, dopóki się nie odezwał.

–Nie sądziłem, że to powiem, ale... chciałbym mieć takiego syna, jak ty, Chris; jak wy obaj. Rosa, możesz być dumna z obu swoich chłopców.

–Jeśli tak to ujmujesz, to też nie będę dłużny. – powiedział Robert – Przyznam się, że już od dawna cię obserwuję i chciałbym mieć takiego ojca jak ty.

–Robert... – zaczęła matka z zażenowaniem, ale przerwał jej

–Chris to bezwstydnik, łotr i próżniak, ale tylko dzięki niemu nie wstydzę się tego powiedzieć. Wreszcie nie wstydzę się niczego. I chcę powiedzieć, mamo, że zasługujesz na takiego faceta jak Damian.

–Bardzo dziękuję za takie słowa; miło mi. – odezwał się

–Chciałbym, żebyś z nim została, ale to już twoja decyzja.

–Masz rację, to moja decyzja.

–I uszanuję ją, jakakolwiek ona będzie. – zastanawiał się dłuższą chwilę, aż w końcu powiedział – Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym załatwić tu i teraz, bo po co czekać dłużej. – wstał – Chodźcie za mną, wszyscy. – Wstali i poszli za Robertem do salonu. Tym razem nawet Chris był zaskoczony, ale intuicyjnie wiedział, na co szykuje się Robert i uniósł koniuszki ust w dyskretnym uśmiechu. W salonie dziewczyny słuchały zabawnego monologu Daniela i zaśmiewały się raz po raz. Zapadła cisza, kiedy reszta towarzystwa wyszła z pokoju. Robert, otoczony ludźmi ze wszystkich stron, podszedł do Roksany. Przez chwilę stał nad nią, zaniepokojoną. Kiedy w końcu uklęknął, przed nią, wszystko się wyjaśniło, a mama i Jemma westchnęły z zachwytem. – Powiedziałaś mi wtedy... u Jemmy, że kochasz mnie od lat. Ja też cię kocham od lat, ale tylko dzięki temu hultajowi – kiwnął głową na Chrisa – jestem to w stanie teraz przed tobą i nimi wszystkimi wyznać. – uśmiechnięty Chris skromnie skierował oczy w dół – Nie czekajmy z tym dłużej, naczekałaś się na mnie dość. Roksano, czy zechcesz zostać moją żoną?

–Z jak największą przyjemnością nią zostanę. – powiedziała cicho i z uśmiechem

Rozpoczęły się oklaski, kiedy oboje podnieśli się i pocałowali. Mama podeszła do nich obu i uściskała.

–Teraz wiem, dlaczego chcesz się przeprowadzić. Nie znam jej jeszcze, więc muszę cię o to spytać. Czy jesteś pewien, że to jest kobieta, z którą chcesz żyć?

–Nigdy nie byłem niczego bardziej pewien; no może poza tym, że Chris w końcu do nas wróci. – Znów zapadła cisza pełna wzruszenia

–A ty? – mama spytała Roksany

–Mamo, nie rób za księdza, dobrze?

–Muszę to wiedzieć, Robert. Czy jesteś pewna, że z nim chcesz spędzić życie.

–Tak, chcę z nim spędzić życie i razem z nim szaleć, kiedy tylko przyjdzie nam na to ochota. – powiedziała i pocałowała go.

–W takim razie oboje macie moje błogosławieństwo. – powiedziała mama wśród kolejnej burzy oklasków i okrzyków radości

–Trzeba to uczcić. – powiedział Damian

–Mam coś na tę okazję. Chris, wyciągnij z barku kieliszki do szampana, dobrze?

Chris natychmiast zrobił to, o co prosiła go mama i otworzył butelkę, którą podała mu mama. Nalał każdemu porcję i rozdał kieliszki, a potem wzniesiono toast.

–No dobra; jest miło, ale muszę niestety zepsuć ten nastrój. – powiedział do wszystkich Damian – Musimy porozmawiać o waszym planie. – odstawiono puste kieliszki i wszyscy rozsiedli się gdzie mogli. Muszę przyznać, że wyjazd, nie tylko do Erytrei, ale gdziekolwiek, dobrze zrobiłby waszemu ojcu. Oderwałby się wreszcie od stołka i zobaczył, tak jak Robert, że świat nie składa się wyłącznie poszukiwania kolejnych, coraz lepszych ofert handlowych, ale i z samego życia również. Zrobił się z niego, przepraszam cię z góry Rosa, że to powiem, kawał złamanego ch... chama i tyran.

–Tyranem to on był zawsze. – powiedział cicho Chris.

–Racja, ale nie zawsze był tym drugim. – dodał Robert

–Muszę wam o nim trochę opowiedzieć, zanim cokolwiek zaczniemy omawiać. Wasz ojciec to przed wszystkim nie tylko tyran, ale i człowiek bez skrupułów. Nikomu nie wolno pisnąć słówka sprzeciwu, bo każdy wie, że mimo iż jego krytyka spotka się z przychylną opinią i zostanie wzięta pod uwagę, to później spotka go za to tak zwane „tylne krzesło”. Już teraz chyba każdy z was wie, co to znaczy, a najlepiej ty, Chris. – kiwnął głową

Chwali się przed wszystkimi, że nie jest ani dobrym mężem, ani dobrym ojcem. Uważa, że w ten sposób jest brutalnie szczery, bezkompromisowy i bezlitosny nadaje mu to charakteru, autentyczności i oryginalność. Nie chce udawać innego niż jest. Ma swoje spojrzenie na zasady partii i każdy w jego otoczeniu musi to spojrzenie znać, żeby nie stracić pracy, o ile wcześniej nie straci głowy i to czasem dosłownie.

Uważa, że partia przeżywa obecnie prawdziwy szczyt popularności, dzięki jego pomysłowi na legalną sprzedaż broni. Tak naprawdę, wszystko zaczyna mu się wymykać spod kontroli. Kraj jest niemal opanowany przez wschód, terroryści i najemni burzyciele spokoju na wschodzie i w kraju poczynają sobie coraz śmielej i gubią dyscyplinę, a pozostałe kraje zaczynają patrzeć na nas coraz mniej przychylnym i coraz bardziej podejrzliwym okiem.

Stale podnosi poprzeczkę pracownikom, którzy są od niego mądrzejsi, a których nie lubi. A tych, którzy się przed nim płaszczą jak dzieci, traktuje łaskawiej. Dyskutuje z ludźmi dosadnym językiem. Uważa, że dzięki temu podbudowuje we wszystkich energię, a tymczasem ludzie boją się o siebie i boją się powiedzieć cokolwiek. Kiedy kończy trudną dyskusję, zawsze stara się kończyć, jak to mówi, jakimś optymistycznym akcentem, ale tak naprawdę zaniża wartość problemu i wszystko traktuje, jak nieznaczne drobnostki, czym obraża tych, którzy się do niego z tymi problemami zwracają.

No i jeszcze na koniec parę uwag innej, osobistej natury. Zawsze ma na sobie trójrzędowy garnitur, niezależnie od sytuacji. Więc, jeśli uda się wam zmusić go do założenia czegoś innego na tę wycieczkę do Afryki, to gratuluję. We własnym gabinecie ma własny portret. Ceni tych, którzy mu nieustannie schlebiają, a takich lubi zapraszać do różnych klubów i restauracji. A więc spodziewajcie się po nim mnóstwa zaproszeń do klubu miłośników golfa, na kręgle, czy choćby nawet na dyskotekę. Nienawidzi spóźniania się, więc bądźcie punktualni ze wszystkim i to w najmniejszym szczególe.

Sam jest zawsze bardzo oficjalny w stosunku do wszystkich, więc nie możecie sobie absolutnie pozwolić na luz, czy niezdecydowanie. Wszystko, co robicie, musi być pewne, jasne, oczywiste i musi mieć swoje powody. Jeśli będzie chciał was czymś obdarzyć, cokolwiek by to nie było, przyjmujcie to bez wahania i protestów. I żadnych wylewnych podziękowań. Zwykłe „dziękuję” wystarczy.

No i lubi sobie podjeść. To też się tyczy was. Wiem, że nie przesadzacie z jedzeniem tak jak on, ale postarajcie się przynajmniej dziobać coś cały czas, nienawidzi jeść samotnie. I jeszcze jedna część, tym razem... hm, że tak powiem... erotyczna. Przepraszam cię Rosa za to, ale muszę to chłopakom opowiedzieć, żeby wiedzieli, co ich może spotkać podczas wizyty.

–Proszę, kontynuuj.

–No więc dobrze. Wasz ojciec, pomimo tego, co tu opisałem, ma bardzo duże powodzenie u kobiet. Są nim zauroczone, bo wygląda i nosi się jak maczo. Ma i miał przez lata wiele nieformalnych związków naraz, ale wszystkie były jednostronne. Jemu nigdy nie zależało na żadnej z kobiet. Wszystkie uważa i uważał za bezwartościowe jednorazówki i wszystkie zapomniał, mimo iż one hołubią go do dziś. Tak jak nie lubi jeść sam, tak nie lubi też... hm, bzykać się bez towarzystwa... – matka westchnęła boleśnie – proszę cię, Rosa, jeśli to ma cię zranić, to nie słuchaj tego. Wyjdź do pokoju obok i poczekaj na nas.

–Kontynuuj.

–Mówię to po to, żebyście wiedzieli, że może was zaprosić na seks zbiorowy w pokoju w jego ulubionym stylu, czyli z olbrzymim, solidnym łożem z baldachimem, a do słupów przywiązuje cztery dziewczyny i... bawi się nimi na zmianę. Sam stałem pod jego drzwiami podczas niejednej takiej sesji i słyszałem mnóstwo niecenzuralnych słów i poleceń, jak na przykład, żeby ktoś chodził na czworakach, albo, żeby postawić komuś penisa tak, żeby dało się założyć na niego kowbojski kapelusz i sprawdzić, czy się utrzyma... pewnie to wszystko znacie z waszej roboty. – popatrzył na Daniela i Chrisa, a oni kiwnęli głowami –

Najbardziej lubi mężatki, które mają dość życia z jednym i tym samym mężczyzną i szukają kogoś, kto im solidnie da popalić w łóżku. I wasz ojciec się, niestety, do tego bardzo nadaje. Lubi eleganckie kobiety, nawet takie, które przesadzają z elegancją i najlepiej, żeby też przesadnie go chwaliły, wychwalały wręcz, czego zresztą mu nie szczędzą. To się wiąże z tym, że nie lubi, jak kobiety z nim rozmawiają, ale nie protestuje, jeśli nieustannie mówią o nim. Uwielbia słuchać o sobie i rozmawiać o sobie.

Z opowiadań różnych kobiet wiem, że jest perwersyjny, często nawet zboczony; przynajmniej, jak na moje standardy. Nie wiem, jak to zabrzmi dla was, ale zbiorowy gwałt na kobiece zakutej w kaftan bezpieczeństwa, z unieruchomionymi rękawami budzi we mnie obrzydzenie.

–Bywają i tacy. – cicho potwierdził Daniel

–Lubi też ubierać się w damskie ciuchy podczas seksu. A robi to specjalnie, bo wygląda w tym co najmniej jak Schwarzenegger w ciasnej halce, ale nie wolno się z niego śmiać. A jeśli ktokolwiek choćby wykrzywi usta, otrzymuje od niego od kilku batów cienką skórzaną witką wzwyż. – tym razem Daniel aż się wzdrygnął – Często więc jego pokój jest cały w kroplach krwi. Mimo tego wszystkiego, pod jego sypialnią wciąż ustawiają się całe kolejki kobiet i to pięknych, o wspaniałych kształtach. – umilkł – To tyle. Tego możecie się spodziewać po waszym ojcu, kiedy się z nim spotkacie.

W pokoju zapadła totalna cisza po tym, co powiedział Damian. Robertowi i Chrisowi było niezmiernie wstyd, że mają takiego ojca. Dla Chrisa, to co usłyszał nie było żadną nowością. Miał kilku takich klientów i nie należeli do jego ulubionej kategorii, bo trzeba było się zdobywać na bardzo poniżające rzeczy, ale tacy dobrze płacili. Dzięki temu, co powiedział Damian, Chris już wiedział, jak podejść do ojca. Natomiast bardzo było mu żal Roberta i mamy, którzy mieli teraz na twarzach nawet nie żal, ani nie smutek, ale bezsilność i wściekłość. W pewnym momencie Robert przerwał ciszę:

–Widziałem cię w akcji Chris. – mówił cicho – Widziałem, co potrafisz zrobić i muszę przyznać, że przy tym, co tu usłyszałem, jesteś jakimś aniołem miłosierdzia.

–Przestań Robert. Jestem zwykłą dziwką i tyle. Znam takich typów jak ojciec. Ojciec realizuje swoje fantazje, a moja praca polega na ich spełnianiu, cokolwiek by to nie było.

–Teraz już wiesz, co masz zrobić? – spytał Damian – Masz spełnić jego fantazje o sobie, jako o nawróconym na jego własną, osobistą wiarę synu, który nagle odkrywa, że jest taki sam jak on. Wtedy zdobędziesz jego serce, a stamtąd dostaniesz się wszędzie. – Chris milczał – Wiem, że to będzie dla ciebie trudne; chyba najtrudniejsze zadanie, jakie cię w życiu spotkało, ale masz w tym doświadczenie i wiesz, co robić, żeby nie stracić nad sobą kontroli. I teraz tylko ty możesz się na to zdobyć; nikt inny.

Nagle wszyscy usłyszeli głośne oddychanie, a zaraz potem głośny płacz. Mama pochyliła się do przodu na krześle, ukryła twarz w dłoniach i płakała głośno. Damian, Chris i Robert natychmiast do niej podeszli, podnieśli ją i objęli wspólnie, a ona zanosiła się płaczem.

–Przepraszam Rosa, – mówił przez jej płacz Damian; chłopcy wypuścili mamę z rąk i pozwolili mu, by przytulił ją – Wybacz mi, że to wszystko powiedziałem; musiałem. Mówiłem ci, żebyś wyszła do pokoju, jeśli czujesz, że nie możesz tego słuchać. Taki jest twój mąż i od sześciu lat go takiego widzę na co dzień. To jest cała prawda o nim.

Mama na siłę powstrzymując płacz, oderwała się od Damiana, ale wciąż trzymała go za ramiona. Zebrała w końcu siły i zachrypniętym od ściśniętego gardła głosem powiedziała:

–Kawał nadętego, zarozumiałego, zakochanego w sobie dupka. – znów odetchnęła parę razy głęboko, by wychrypieć z nienawiścią – Chcę rozwodu.

Na te słowa Chris wstał i zaczął bić brawo. Potem Robert zrobił to samo, a za nim Daniel, Roksana i Jemma. Przytuliła się do Damiana i znowu zaczęła rzewnie ronić łzy. Po chwili, z również zawilgoconymi oczyma podeszli do nich Robert i Chris, a brawa ustały. Damian wypuścił ich mamę z ramion i pozwolił, by teraz obaj chłopcy przytulili ją do siebie.

–Całe osiem lat czekałem na tę decyzję, mamo. – mówił rzewnie, przytulony Robert – I wreszcie się doczekałem.

Puściła ich obu, wciąż łkając, ale już o wiele mniej.

–Nie jesteś złym chłopcem Chris. Ty po prostu wybrałeś swoją drogę i teraz to widzę. – mówiła, głaszcząc syna po twarzy – Wręcz przeciwnie do tego, co o tobie cały czas myślałam, muszę to przyznać, słyszę, że ludzie są ci wdzięczni za twoją pomoc i za twoje serce. To i fakt, że chcesz być odpowiedzialny za swoje czyny i nie krzywdzisz nikogo, to mi wystarczy. Akceptuję cię więc takiego, jakim jesteś, idź dalej swoją drogą.

–Będę szedł nią dalej. – mówił, roniąc niechciane łzy i ocierając je z oczu – I chcę, żebyś ty wreszcie poszła swoją drogą. Teraz już wiesz, że nie zawsze da się pozostać czystym i niewinnym jak śnieg. – kiwnęła głową w pełnym zrozumieniu – Masz rozwieść się z tym skończonym skurwysynem, ożenić z Damianem i być w końcu nieziemsko szczęśliwa, słyszysz?

–Dołączam się do niego. – powiedział Robert.

–I ja. – dodała Roksana

–I ja. – powiedziała Jemma

–Ja również. – dodał na koniec Daniel

–Widzisz? Jesteś przegłosowana. – Chris uśmiechnął się mimo ściśniętego łzami gardła – Teraz nie masz wyjścia.

–Czy... – teraz Damianowi zabrakło powietrza i mocno przełknął ślinę – czy to znaczy, że wreszcie mogę poprosić cię o rękę?

Mama spojrzała na niego i wyszeptała: „Tak.”

Wśród ponownych oklasków i okrzyków Damian i Rosalinda objęli się z pełnym uśmiechem.

–Cholera, w życiu nie przeżyłam aż tyle naraz przez dwa dni! – powiedziała załzawiona Jemma – Z tobą to tak zawsze, Chris?

–Chris to kochany dzieciak, który zawsze chce przynosić wszystkim miłość i dużo pozytywnej energii. – mówiła do niej mama, kiedy uwolniła się już z ramion Damiana – Zawsze starał się być wesoły i energiczny, nawet, jeśli nic nie szło po jego myśli. Chodźcie do kuchni, zrobię dla wszystkich herbaty.

Wszyscy ruszyli się z miejsc i parami powędrowali do salonu i do kuchni. Damian i Daniel jednak ociągali się odrobinę z wyjściem i wlekli się na samym końcu.

–Rozumiesz teraz? – mruczał Damian – Chris jest i nie jest taki jak ojciec. Ma jego skłonności do pakowania się w kłopoty, ale i ma jego upór, a przede wszystkim wrażliwość na ludzkie życie i dobre serce. – Daniel kiwnął nieznacznie głową. – Muszę to zrobić i ty musisz mi w tym pomóc; nie znam nikogo, kto lepiej nadawałby się na miejsce jego ojca w partii.

–W porządku, możesz na mnie liczyć. – mruknął do niego Daniel i wyszli do kuchni na samym końcu.

Wszyscy usiedli przy stole w salonie, pili herbatę, dojadali resztki kolacji i dyskutowali otwarcie. Całe mnóstwo wzruszenia, jakie przeżyli przed chwilą oczyściło atmosferę. Wszyscy poweseleli i rozjaśnili umysły. Nadal dyskutowano jednak o tym, co mają zrobić teraz Chris i Robert; on bowiem uznał, że nie zostawi Chrisa samego z tym ogromnym problemem. Poza tym, to był także jego ojciec. Ustalił, że podczas jego nieobecności przekaże kierownictwo firmy Roksanie – chciał, żeby się szkoliła już na przyszłość. Przekazał jej też, by zaprowadziła Jemmę do biura i pokazała, od którego gabinetu ma rozpocząć sprzątanie, na co Roksana tylko się uśmiechnęła i kiwnęła głową na znak, że wszystko rozumie. Damian powiadomił dyżurującą sekretarkę przez telefon, że Chris i Robert spotkają się z ojcem następnego dnia w siedzibie partii w jego biurze.

Spotkanie miało się zacząć rano i dlatego wszyscy stwierdzili, że warto się wyspać. Daniel wspaniałomyślnie zaproponował udostępnienie swojego apartamentu Damianowi i Rosalindzie. Nie chciała się zgodzić, ale Robert i Chris nie ustąpili, dopóki jej nie przekonali, że jej się to należy. Daniel odwiózł ich do hotelu samochodem Damiana i zapłacił grubą łapówkę za pozwolenie nocowania obcym w swoim apartamencie, po czym wrócił taksówką do domu.

Pierwotnie cała piątka miała położyć się w różnych pokojach i wyspać się przed trudnym dniem, zwłaszcza, że było już grubo po północy. Roksana i Robert od razu zajęli sypialnię rodziców. Daniel i Chris położyli się na szerokiej kanapie w salonie, a Jemma zajęła łóżko Roberta. Nikt jednak nie wierzył w to że uda im się przespać dłużej, niż dwie, trzy godziny.

Istotnie, kiedy rano Damian i Rosalinda przyjechali do domu, znaleźli wszystkich śpiących wspólnie, nago w łóżku w sypialni. Nie spodobało jej się to, ale Damian przekonał ją, że nawet jeśli ich ogarnęło szaleństwo ostatniej nocy, to jednak jej synowie i ich przyjaciele bardziej się o nią zatroszczyli niż jej mąż przez ostatnie lata i że jego zdaniem, ci szaleńcy i bezecnicy, jak nazwał Chrisa, Roberta i ich przyjaciół, udowodnili, że są bardziej godni zaufania niż ktokolwiek inny, bo chodzi im nie o pieniądze ani o nic złego, ale o prawdziwą miłość i wzajemne szczęście. Przypomniał też jej, że przecież zgodziła się, by Chris szedł swoją drogą.

Robert i Chris wstali wcześnie rano, jak obiecali i dołączyli do Damiana i mamy w kuchni. Byli półprzytomni, ale mocna kawa zaparzona dla nich przez Damiana postawiła ich na nogi. Byli głodni, ale Damian odradził im jedzenie, ponieważ był pewien, że ojciec zaprosi ich na swoje, dość spore śniadanie. Poszli więc do pokoju Roberta, by wybrać odpowiednie garnitury. Byli gotowi do wyjścia, pożegnali się z mamą i już mieli wyjść, kiedy usłyszeli schodzącego z góry Daniela

–A ze mną to się nie pożegnasz, nie?

Wszyscy odwrócili się w jego stronę

–Nie chciałem cię budzić, jest tak wcześnie, poza tym... wczoraj tak późno wszyscy zasnęliśmy.

Daniel przez długi czas patrzył na Chrisa, bojąc się cokolwiek zrobić przy jego mamie. Wyciągnął ręce, by go przytulić, ale Chris odsunął się i pokręcił lekko głową.

–Nie wyjdziesz bez pożegnania z nim. – powiedziała mama – Poza tym, chyba nadal idziesz swoją drogą, co?

Wtedy Chris sam przytulił Daniela i pocałował w usta po raz pierwszy przy mamie, mimo iż się bardzo krępował.

–Idź i nie daj mu się usidlić, wiesz, jak tacy potrafią zwodzić. Pamiętaj, że to jest jego droga, a nie twoja. – szepnął do jego ucha Daniel, a Chris kiwnął głową, że rozumie i wyszedł razem z Robertem. Wsiedli do jego samochodu i odjechali.

25. Ojciec

Kiedy byli już na miejscu, przed nimi wyrósł potężny wieżowiec, niemal taki sam, w jakim Robert miał swoją firmę. Stali przez chwilę przed nim z głowami zadartymi w górę.

–Założę się, że ma swoje biuro na samej górze. – powiedział Robert, zanim wszedł do środka i podszedł do recepcji, by zgłosić ich przybycie.

Recepcjonistka potwierdziła termin i podała drogę do gabinetu ojca. Wsiedli do windy i tak jak przewidywał Robert, pojechali na najwyższe piętro. Wysiedli i szli przez przestronny, kremowo–biały korytarz w stronę szerokich, drzwi z ciemnobrązowego drewna. Obok drzwi było biurko sekretarki, jak powiedział Damian, pięknej, ciemnowłosej kobiety w białej bluzce. Widząc ich obu przywitała się z nimi i powiedziała, że przewodniczący oczekuje ich.

Obaj nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać, przekraczając te drzwi i czuli się jakby stali przed drzwiami do czarodziejskiej, ale mrocznej krainy. Ani Chris ani Robert nie widzieli się z ojcem co najmniej kilka lat i żaden nie wiedział, jak teraz wygląda. Spodziewali się zobaczyć spoconego, siwiejącego grubasa o nazbyt żywym usposobieniu. Robert już wcześniej nawet podstawił sobie sylwetkę Adama, kiedy myślał o ojcu.

Całe to wyobrażenie prysnęło jak mydlana bańka, kiedy weszli do gabinetu. Obaj weszli i zaniemówili z wrażenia. Zobaczyli za biurkiem wysportowanego, wysokiego, opalonego szatyna w eleganckim, nieskazitelnym, bardzo drogim i świetnie dopasowanym, ciemno–bławatkowym garniturze. Nad nim wisiał duży, naturalnej wielkości portret ojca w podobnym, szaro–grafitowym garniturze. Mężczyzna na portrecie ustawiony był pod kątem 20 stopni do patrzącego, jedną nogę miał ustawioną nieco wyżej, ręce opadały wzdłuż ciała, a lekko wyzywające spojrzenie zdawało się mówić: „nie oprzesz mi się.”

Gabinet, w którym się znaleźli, był również kremowo biały, ale do połowy. Niższą połowę bowiem wypełniała ciemno–brązowa boazeria i takie same biurowe meble, na których piętrzyły się poskładane w idealnym porządku papiery, a poza nimi były tu sprzęty i biurko. Wstał zza niego i podszedł do synów.

–Nareszcie was widzę obu i wreszcie możemy być razem. – mówił spokojnie, obejmując ich, wciąż niemo stojących

–Cześć tato. – rzucił oniemiały Chris, kiedy cisza się niewygodnie przedłużała

–Długo kazaliście mi na was czekać; całe sześć lat. Wiem, że nie nadrobimy tego czasu w jeden dzień, ale przynajmniej tyle mogę wam poświęcić. – Robert postanowił na razie milczeć w sprawie propozycji wyprawy; chciał przedstawić ją później, przy kolacji. – Pewnie jesteście bardzo głodni, prawda? Chodźcie, – kiwnął głową – zaczniemy od porządnego śniadania. – Minął ich, otworzył drzwi gabinetu i wyszedł pierwszy, zapinając poły garnituru.

Poprowadził ich do jadalni, gdzie przygotowana już była duża jajecznica z boczkiem, świeże pomidory i ogórki, białe i ciemne pieczywo, włoska szynka w plastrach, dwa ogromne talerze z przeróżnymi rodzajami białego i żółtego sera, kilka słoików marmolad, dżemów i miodów do wyboru, kilka osełek masła i parę grubych plastrów pasztetu. W dwóch metalowych dzbankach stała świeżo zaparzona herbata i kawa, a obok stał toster.

–No to co? Siadamy i jemy. – rzucił, zacierając ręce do wciąż milczących synów, którzy patrzyli na to wszystko w ciągłym osłupieniu, bo to, co przedstawił im wczoraj Damian, jak na razie ani na jotę nie zgadzało się z tym, co widzieli; no, może poza portretem i garniturem. Ale Chris wciąż pamiętał, że ojciec jest dwulicowy. Postanowił się więc mieć na baczności. Obaj zamrugali i na wzór ojca, zajęli miejsca przy stole.

–Niestety, to nie dom, gdzie mama poda wam śniadanie prosto na talerze. – mówił, nakładając sobie spory kawał jajecznicy. – Musicie się obsłużyć sami.

–Mama już od dawna nie nakłada nam niczego. – powiedział Robert, nakładając podobny kawał, jak ojciec – Potrafimy sobie sami poradzić.

–Wiesz, że ja potrafię nawet samodzielnie zrobić obiad? – rzucił Chris, nakładając trzeci kawał jajecznicy i odkładając pustą patelnię na miejsce i zaczął robić kanapki, jak pozostali.

–Wiem, że długo się z wami nie widziałem, ale nie musicie być złośliwi. Czy ja jestem wobec was złośliwy?

–Nie jestem złośliwy, ja tylko się pochwaliłem.

–Wiem, sześć lat małżeństwa potrafi zrobić swoje. A właśnie, jak Barbara?

Chris zacisnął zęby, ale zaraz się zreflektował

–Nie jesteśmy już małżeństwem. – mówił ze wzrokiem wbitym w talerz – Przynajmniej praktycznie.

–Co się stało? – zdawało się, że ojciec spytał z prawdziwą troską

Chris wzruszył ramionami.

–Mamy problemy. Nie możemy znaleźć porozumienia.

–Skąd ja to znam. – ojciec kiwnął głową – Ale przetrwacie. A nawet, jeśli się rozstaniecie, to na bank będziecie przyjaciółmi, gwarantuję wam to.

–Aż tak dobrze znasz Barbarę?

–Nie... to znaczy... Chris, nie chwytaj mnie za słówka, dobrze?

–Ja się tylko pytam, jak dobrze znasz Barbarę.

–Mogę tylko powiedzieć o sytuacji na początku waszego związku i muszę powiedzieć, że bardzo podobała mi się wrażliwość, z jaką ją traktowałeś. Był w tym szacunek dla niej. I widziałem, że ona to doceniała. No cóż, niestety, każde małżeństwo przechodzi kiedyś kryzys. I od siły małżonków zależy, czy go przetrwają, czy nie.

–Wasze małżeństwo jakoś go nie przetrwało. – rzucił Robert

–Tak, przyznaję, że nie wyszło nam z waszą mamą. Też nie mogliśmy znaleźć porozumienia.

–Mama miała bardzo dużo siły, skoro przetrwała twój atak wściekłości.

–Żałuję tego. Bardzo żałuję. – pokręcił głową w milczeniu – Wiecie, że czasami tracę panowanie nad sobą i potrafię być prawdziwym potworem. Robert, zwłaszcza ty o tym dobrze wiesz.

–Czy to znaczy, że to mamy wina? To ona wywołała w tobie taki gniew, że musiałeś nią walnąć o ścianę?

–Robert, nie przy śniadaniu. – rzucił cicho Chris; bo było spokojnie i chciał, żeby tak pozostało jak najdłużej.

–Spokojnie Chris; Robert jest na mnie zły i ma prawo taki być. Tak, skrzywdziłem waszą mamę i nie mogłem z tym spokojnie żyć. Dlatego wycofałem się; nie chciałem wam przeszkadzać w życiu. Dlatego przez ten cały czas przestrzegałem zakazu, jaki na mnie nałożyłeś. Ale mam nadzieję, że Rosa już dawno ułożyła sobie życie. – rzucił pod koniec z nadzieją w głosie. Chris teraz już wiedział, o co chodziło z tym „optymistycznym akcentem.” Widział, jak Robert zaciska szczęki.

–Tak, ułożyła. – mówił ze zjadliwą ironią – A właściwie obaj ją z Chrisem ostatnio do tego zmusiliśmy, bo wyobraź sobie, że jakoś ciężko było jej się przez sześć lat odzwyczaić od myśli, że wciąż jesteś jej mężem, wiesz? I że wciąż nie macie rozwodu.

–Ah, Rosa – westchnął – zawsze zwracała uwagę na takie drobiazgi.

Robert chciał wstać od stołu i przyłożyć ojcu w szczękę, ale w odpowiedniej chwili Chris go powstrzymał.

–Robert, nie jesteśmy tu po to, żeby znowu się rozstać, ok? – powiedział, patrząc bratu prosto w oczy. Robert zrozumiał, co Chris miał na myśli i ponownie usiadł. Stracił jednak ochotę na jedzenie i sięgnął po filiżankę, by nalać sobie herbaty.

–Robert, wiem, że jesteś na mnie wściekły. Rozumiem to i akceptuję. Ale zrozum, że od lat jestem gotowy z jej strony na wszystko. Poza tym, ja mam zakaz, ale wasza mama nie. Gdyby do mnie przyszła z papierami, albo chociaż wysłała mi je pocztą, ale tego nie zrobiła do tej pory; dlaczego?

–Bo wciąż wierzyła, że jesteście związani przysięgą małżeńską na dobre i na złe, dlatego. – mówił stanowczo Robert

–Szkoda, że wcześniej nie dowiedziałem się, że jej aż tak na tym zależy, sam posłałbym jej te papiery.

–Będziesz miał okazję je wkrótce podpisać. – odparł Chris – Mama wczoraj rozmawiała z nami i poinformowała nas, że składa pozew.

–Wreszcie. – stwierdził z westchnieniem – Już dawno powinna była się ode mnie uwolnić.

Zabrzmiało to, jakby zrzucał całą winę dotychczasowego nieszczęścia ich mamy na jej „bezsensowną” chęć dochowania mu wierności mimo wszystko. Mimo to, Chris skomentował to w myślach: „Jestem tego samego zdania, ty bydlaku.” Przemilczał to jednak.

–To, co pewnie masz dużo pracy dzisiaj, co? – powiedział na głos – Może nie będziemy ci przeszkadzać, może spotkamy się wieczorem w jakimś fajnym klubie.

–Nie, nie, mam dziś dla was specjalnie zaplanowany dzień. Chciałem, żebyście na własne oczy zobaczyli, jak my tu wszyscy pracujemy na dobro i bezpieczeństwo naszego kraju. Pokażę wam dziś tylko niektórych, bo na przedstawienie wszystkich zabrakłoby mi tygodnia. Na tym piętrze jest akurat nasza prywatna kwatera zarządu. A niżej zaczynają się wszystkie biura, działy, pod-zarządy i tak dalej. Skończymy i idziemy.

–Właściwie już skończyliśmy.

–No to idziemy. Chyba nie macie planów na dzisiaj. – mówił, wstając

Obaj doceniali lekkość i szybkość, z jaką się poruszał. Szedł korytarzem tak energicznie jak Robert, mimo iż miał ponad czterdzieści lat. Tak jak na widok Roberta, ludzie w biurze, pozdrawiali go i witali się z nim. Poszedł z nimi do jednego z gabinetów, wszedł i wpuścił chłopców do środka. Mężczyzna siedzący w środku natychmiast wstał na baczność i patrzył na ojca z lekkim strachem.

–Wejdźcie. To jest nasz szef do spraw gospodarki. Jessie, to są moi synowie, Chris i Robert – wszyscy troje mruknęli słowo powitania – Jessie zajmuje się mnóstwem spraw ekonomicznych, finansowych; Robert, pewnie to znasz ze swojej firmy. Chyba nie muszę ci tłumaczyć. – Robert lekko kiwnął głową – Chris się na tym co prawda nie zna, a ja nie mam czasu mu niczego tłumaczyć.

–Nie zwracaj na mnie uwagi, tato, jestem zielony jak liść w tych sprawach.

Robert popatrzył na niego z lekkim niedowierzaniem, że słyszy to od własnego brata, ale Chris puścił do niego oko

–Coś nowego dzisiaj? – spytał ojciec stojącego niemal na baczność mężczyzny

–Wszystko tak samo jak wczoraj; obecnie pracuję nad tym nowym dodatkiem antyinflacyjnym, ale wychodzi na to, że nic z tego nie wyjdzie; możemy jedynie zyskać jakieś drobiazgi...

–Drobiazgi liczą się najbardziej – poklepał mężczyznę po policzku – to z nich zawsze mnożą się potężne sumy i to one potrafią zniszczyć największy majątek. Pracuj dalej, a my idziemy. – Dyrektor skinął głową dwa razy na pożegnanie chłopcom i wszyscy wyszli – Idziemy dalej. Oczywiście wszystkiego wam dziś nie pokażę; nie ma na to czasu a wy i tak niczego nie zapamiętacie, ale chcę, żebyście wiedzieli, co i jak.

–Skoro nie zapamiętamy, to po co mamy wiedzieć, co i jak? – spytał nieostrożnie Chris. Ojciec zatrzymał się, odwrócił do niego i popatrzył uważnie na niego. Chris miał minę niewinnego głupka.

–Żeby bardziej realistycznie spojrzeć na rzeczywistość, ty głąbie. To tutaj tworzymy rzeczywistość tego państwa, nie rozumiesz? Mógłbyś się przynajmniej tego domyśleć. – ojciec zaczął wpadać w typowy dla siebie ton

–Aha, to teraz przynajmniej wiem, co tu się dzieje. – Chris grał zaskoczonego mądrą ripostą.

Kiedy ojciec odwrócił się i szedł dalej przed nimi, Chris wystawił język na policzek i mrugnął do Roberta, który postanowił grać tak samo jak Chris, żeby wytrwać w tym świecie absurdu, jaki stworzył tu ojciec.

–Wiesz, myśleliśmy, że zrobiłeś z partii firmę handlową. – odezwał się

–Jak to?

–No wiesz, te wszystkie umowy z rządem o sprzedaż broni...

–Nie... no właściwie to tak; wiesz co, masz rację Robert. To jest właściwie kontynuacja mojej poprzedniej profesji. – kiwnął głową parę razy – Nie pomyślałem nawet o tym. Masz dobry łeb. – znów szedł – Zawsze wiedziałem, że dasz sobie radę w życiu.

–Dzięki tato. – Robert szedł za nim i nie mógł uwierzyć, że ojciec wziął jego ironię za dobrą monetę

Szli dalej, aż trafili do następnych drzwi. Ojciec zatrzymał się przed nimi, wolno dotknął klamki i odwrócił się do nich.

–Tu jest biuro naszego kierownika wykonawczego. – szepnął, a Chris zbliżył się w teatralnej konspiracji – Lubię go zaskakiwać, bo tak zawsze śmiesznie podskakuje na krześle, jak wchodzę znienacka. – Chris ochoczo kiwnął głową, a ojciec gwałtownie otworzył drzwi – Huey! – krzyknął, a człowiek w środku faktycznie podskoczył na krześle i złapał się za serce i zaczął ciężko oddychać. Ojciec się głośno śmiał, ale Chris i Robert patrzyli na niego poważnie zaniepokojeni.

–Proszę tego już nie robić. W zeszłym tygodniu nieomal przyprawił mnie pan o zawał.

–Powinieneś się był już przyzwyczaić. Musisz mieć mocne zdrowie, jeśli chcesz tu pracować. – To jest Huey. – zwrócił się do obu synów – Nasz kierownik do spraw wykonawczych. Huey, to moi synowie. – Huey machnął obu nieznacznie ręką, na co odpowiedzieli tak samo – Robert... – wskazał palcem syna – wiesz – Robert kiwnął głową – Chris...

–Nie mam zielonego pojęcia, tato. – energicznie pokręcił głową

–Tym lepiej. Huey, masz coś dla mnie?

–Tak, musimy przejrzeć papiery eksportowe. Ponoć Izba Celna nie zgadza się na nasze wymagania dotyczące przeszukiwania towaru na granicy, a dostawcy skarżą się na zbyt długie przeszukiwanie ich kontenerów na granicy, bo są podejrzewani o przewóz nielegalnych towarów.

–Hm, – ojciec myślał intensywnie przez chwilę – idź z tym do Steve'a. On powinien załatwić sprawę.

–Ale w zeszłym tygodniu...

–Powiedziałem idź do Steve'a. – powiedział stanowczo, a Huey poprawił okulary na nosie i kiwnął głową – Coś jeszcze?

–Nie, na razie załatwiam sprawy bieżące.

–No to pracuj dalej Stevie.

–Jestem Hugh.

–No tak Huey. – wyszedł z gabinetu.

–Dlaczego nie załatwi pan sobie szklanych drzwi do gabinetu? – spytał Huey'a szeptem Robert

–Pan myśli, że nie próbowałem? Mam je w magazynie, tyle, że przewodniczący mi zabrania. – Robert pożegnał się z Huey'm i nadążył za ojcem.

Ojciec nagle zatrzymał się przed tablicą z fotografiami, pod którymi widniały imiona i nazwiska danych osób oraz dwie daty pod każdą nazwą.

–A oto nasza tablica poległych. – powiedział i zastygł w milczeniu

–Kim są ci ludzie? – spytał Chris

–To ci, którzy zginęli podczas załatwiania transakcji międzynarodowych na zakup broni. – powiedział poważnie – Niestety, musimy się liczyć też z takimi stratami.

–Ale... – zaczął Robert

–Tak, rodziny regularnie otrzymują wsparcie finansowe. Przynajmniej tyle możemy dla nich zrobić.

–Chciałem się spytać o ciała. Czy zwracacie im ciała poległych.

Ojciec popatrzył na niego jak na idiotę

–A po co my mielibyśmy to robić? Miejscowa policja się tym zajmuje.

–To znaczy, że rodziny już nigdy nie zobaczą ciał...

–To znaczy, że zajmuje się tym miejscowa policja. – powtórzył Chris, znowu grając głupka i patrząc na Roberta z niedowierzaniem.

–Chris, dziękuję ci; jednak czasem masz olej w głowie. Chodźcie dalej. – dopiero kiedy poszedł do przodu Chris spoważniał i bezgłośnie wyartykułował „sorki”.

Szli korytarzem dalej, kiedy naprzeciw nich wyszła niska, szczupła, delikatna blondynka z włosami upiętymi wysoko w kucyk i w białej bluzce. Uśmiechnęła się na widok szefa, stanęła przed nim, przywitała się i dygnęła jak mała dziewczynka. Ojciec także przystanął przed nią w lekkim rozkroku, założył ręce do tyłu i omiótł ją wzrokiem z góry na dół, aż dziewczyna zachichotała w zakłopotaniu i spuściła skromnie oczy. Robert miał wrażenie, że zachowuje się jak piętnastolatka, chociaż wyglądała na starszą i był pewien, że gra przed ojcem tak samo jak Chris. Niestety, on nie potrafił się aż wydurniać.

–A to jest nasz piękny kierownik do spraw propagandy i promocji;

–Czyli reklamy. – powiedziała wesoło

–Nasza specjalistka od poskramiania czwartej władzy. – powiedział nie zdejmując z nie wzroku.

–Pan mi za bardzo schlebia. – powiedziała słodko i roześmiała się przy tym.

–A wcale, że nie; wiecie, że to ona jest twórczynią nazwy naszej partii? – zwrócił się do synów

–To jest prawdziwy powód do dumy. – skomentował Chris – Nie powinna pani być aż tak skromna. – powiedział unosząc brwi

–Widzisz? Już masz pierwszego fana po swojej stronie. Masz coś dla mnie, słodziutka?

–Owszem, dziś rano przyszedł e–mail z wynikiem przetargu na agencję reklamową, która zajmie się naszą przyszłą kampanią wyborczą.

–I która firma wygrała? Czy ta, o której myślę? – dziewczyna pokręciła głową z tajemniczym uśmiechem – A która?

–Nie powiem aż do dzisiejszego lunchu z przedstawicielami tej firmy. Ponoć mają już dla pana kilka wstępnych propozycji. To będzie dla pana prawdziwa niespodzianka. – dodała komicznym, konspiracyjnym szeptem, a ojciec tylko się roześmiał

–No dobra, wracaj do pracy. – powiedział i klepnął ją w pośladki, kiedy przechodziła obok niego, a ona pisnęła. Bez dalszego zapraszania ruszył przed siebie. Robert tylko pokręcił głową z zażenowaniem za jego plecami.

Później, już z powagą i szacunkiem, przedstawił synów pozostałym członkom zarządu partii i zamienił z każdym kilka słów. Okazało się, że wszyscy członkowie zarządu mają dziś obowiązek uczestnictwa w specjalnym, nadzwyczajnym zebraniu w jakiejś tajemniczej sprawie, o której koledzy ojca nie chcieli mówić przy jego synach. Po czym miało się odbyć głosowanie. Ojciec chciał zwolnić synów, by poszli do domu, ale obaj powiedzieli, że są dorośli i poradzą sobie sami.

Kiedy ojciec zniknął razem z pozostałymi, wyraźnie dało się odczuć, że głęboko odetchnęli nie tylko oni obaj, ale i reszta pracowników biura także. Kiedy ojciec zniknął razem z całym zarządem, zaraz wszyscy otoczyli ich obu i zaczęły się pytania.

–Hej, to wy jesteście jego synami? – zapytał jeden z nich i podał im obu rękę. – Ojciec wiele o was nam opowiadał.

–Głównie o czasach, kiedy byliście mali, ale widzę, że wyrośli z was porządni faceci. – powiedziała jedna z kobiet – Nie bójcie się, nie jesteśmy głąbami, po prostu musimy przed nim takich grać.

–Domyślam się. – powiedział już poważnie Chris – Dlatego między innymi zwiałem z domu.

–Zwiałeś z domu? – dopytywał się ktoś inny – Kiedy?

–Jak miałem szesnaście lat. Miałem tego dość. Nie wiem, czy słyszeliście o marnotrawnym synu wielkiego bankiera.

–Coś mi się kiedyś obiło o o uszy. – powiedziała inna kobieta – To ty byłeś w związku z tym drugim chłopakiem.

–Tak, z Danielem. Wyniosłem się z domu, bo znam to wszystko od podszewki. To co wy macie tu przez parę godzin, myśmy mieli z bratem na okrągło.

–Nic dziwnego, że miałeś dość

–Dzięki. – Chris kiwnął głową

– A twój brat?

–Ja zostałem w domu. – odparł Robert

–Nie uciekłeś razem z nim?

–Miałem trzynaście lat, jak miałbym zwiać? Poza tym, objąłem firmę po ojcu.

–Zaraz, zaraz... czy to nie jest ta firma, którą tak bardzo chwalą sobie „Golden Wings” za to, że nie zostawiła ich, kiedy przeżywali głęboki kryzys kilka lat temu? – zapytał ktoś inny, a Robert potwierdził, ludzie westchnęli z podziwem

–Ja wtedy też przeżywałem kryzys, dlatego zostawiłem im otwartą furtkę.

–Fajni jesteście, widzę, że da się z wami normalnie rozmawiać.

–I wiedzą, jak się z nim obchodzić. – usłyszeli za sobą. Wszyscy odwrócili się, żeby zobaczyć kierowniczkę działu reklamy. Tym razem zachowywała się już normalnie. Podeszła do wszystkich – Świetnie grasz przed ojcem. Nie każdy to potrafi.

–Miałem szesnastoletnią wprawę, a Robert jeszcze dłuższą. Wiemy, że ojciec potrafi zdominować każdą sytuację.

–To dobrze, bo już myślałam, że weźmiecie nas za ograniczonych umysłowo. – odwróciła się, kiedy usłyszała idącego korytarzem kierownika ds. wykonawczych – Wszystko w porządku, Huey? Nic ci nie jest?

Zatrzymał się w jednej sekundzie tuż przed nią

–Jeszcze raz powiesz do mnie Huey i spiorę cię po mordzie. – wycedził, celując w nią palcem i poszedł dalej ze złą miną

–Przepraszam, ja tylko z troski pytam! – wołała za nim, ale nie odpowiedział jej

–Miał prawo się wkurzyć. – powiedział Chris, patrząc za nim. – Przez niego kiedyś naprawdę mu się coś stanie.

–Dlaczego ktoś z was nie powie mu prawdy? – zapytał Robert, a wszyscy popatrzyli na niego – Przecież wiecie równie dobrze, jak ja, że to idiota.

–Za taką odzywkę grozi 10 lat więzienia, wiesz? A my chcemy spokojnie pracować, to wszystko. – odpowiedział mu jakiś mężczyzna – Mamy tu dobre zarobki, a taką dobrą pracę nie wszędzie dostaniemy.

–A że trzeba z siebie porobić pajaca przez parę godzin, to można przeboleć. – dodał Chris

–Rozumiem, ale wybaczcie... ja nie potrafię tego, co wy. – powiedział

–Bo ty patrzysz na to wszystko z innego poziomu. – powiedziała kobieta, która wcześniej wspomniała o „Golden Wings” – Ty jesteś już dyrektorem firmy i pewnie traktujesz swoich pracowników inaczej.

–No przynajmniej staram się.

–My jesteśmy zwykłymi pracownikami i nie mamy nic do gadania. – powiedział ktoś inny

–Ale mam do ciebie prośbę. – kobieta podjęła znowu – Skoro nie boisz się swojego ojca i możesz sobie na to pozwolić, to powiedz mu od nas wszystkich, że jest skończonym kretynem. – na te słowa rozległy się oklaski uznania i okrzyki pochwał. – Oczywiście, nie dosłownie, tylko tak...

–Od siebie, wiem. – Robert uśmiechnął się – Macie to jak w banku. A swoją drogą – dodał, kiedy oklaski się skończyły – mam nadzieję, że żaden z moich pracowników o mnie tak nie powie.

–Sprawdź. – odparł Chris – Przecież wiesz, jak to zrobić. – oczywiście miał na myśli Jemmę i Roksanę.

–Nie będziemy wam zajmować więcej czasu, pewnie macie dużo pracy. Obsłużymy się tu sami, nie Chris?

–Jasne, idziemy.

Robert i Chris chodzili po biurze, rozmawiając z ludźmi i poznając biurową rzeczywistość o wiele lepiej, niż przedstawił im to ojciec. Dopiero teraz zobaczyli, w jakim rozdwojeniu i w jakim zamęcie pracują ludzie ojca w partii. W całym pionie obowiązywała jednokierunkowość, ciasnota umysłowa, nieprzekraczalność zasad i jedna opinia o partii, którą tak naprawdę wszyscy pogardzali i pracowali tu tylko dlatego, że dobrze im za to płacono.

Kierowniczka do spraw reklamy pokazała im, że liczy się nie kreatywność, ale kicz, sztampa i schemat i takie też były plakaty wyborcze. „Poprzednim razem zwyciężyliśmy w cuglach, jako jedyna partia, ale teraz, bez żadnych zmian, bez świeżej krwi, będziemy mieli szczęście, jeśli ktoś będzie chciał z nami zawrzeć koalicję.” – mówił im rzecznik prasowy.

Dowiedzieli się także, że ojciec zazwyczaj sprawdzał samodzielnie nie tylko po całe biuro, ale i wszystkie oddziały i filie. Samodzielnie sprawdzał każdego pracownika. Nie mówił swojej opinii wprost, ale jeżeli miał jakieś uwagi, przesyłał danemu pracownikowi opinię lub porady na temat jego pracy w małych notatkach. Wiedział do jakich dzielnic trafia gazeta wydawana przez partię i w jakich ilościach. Znał przekrój pracowników i ich dochody; jednym zdaniem: kontrolował sytuację niepodzielnie.

Posiedzenie skończyło się dopiero późnym popołudniem, a do tego czasu Chris i Robert zdążyli już samodzielnie poznać większość pracowników, ich opinię o zakładzie i zaskarbić sobie ich sympatię i przyjaźń za zdroworozsądkowe traktowanie, którego ich ojciec nie przejawiał w najmniejszym stopniu.

Kiedy ojciec znalazł ich przez swoich pracowników, stali i rozmawiali z nimi. Ktoś do nich podszedł i szeptem ostrzegł „uwaga, włączamy maski.” Natychmiast wszyscy odwrócili się do przewodniczącego z minami przedszkolaków, które właśnie zobaczyły Świętego Mikołaja.

–Przepraszam was chłopcy, zebranie się przeciągnęło i to o wiele za długo. – mówił, przecierając rękami zmęczoną twarz – Ale widzę, że faktycznie, poradziliście sobie sami. I co? Jak wizyta?

–Świetnie – powiedział Chris z szerokim uśmiechem – Wszyscy są z ciebie bardzo zadowoleni, tato.

–To dobrze. – spojrzał na zegarek i włożył ręce do kieszeni – Wiecie co, pomęczcie się jeszcze trochę tu z nimi – zwrócił się do pracowników – Ja mam parę ważnych spraw do załatwienia. A jak skończę, to pójdziemy na lody.

–Tato, jest zima. – skrytykował go Robert

–Wiem, Robert, to tylko taka przenośnia wiesz? Nie znasz się kompletnie na żartach.

–Ktoś mnie całe życie uczył, że z życia się nie żartuje. – mruknął do siebie Robert, ale Chris stał na tyle blisko, że wszystko słyszał.

–Co mówiłeś?

–Że muszę nad tym poćwiczyć.

–Koniecznie. A teraz wybaczcie, nałożyli na mnie mnóstwo papierkowej roboty. Spotkamy się wieczorem.

–Tato, czy mógłbym poczytać z tobą te papiery? – zwrócił się do niego Chris z niewinną miną, a wszyscy, łącznie z ojcem zamarli

–Jak to... poczytać?

Chris wzruszył ramionami

–No, po prostu, chcę zobaczyć nad czym tak pilnie pracujesz. Może coś z tego zrozumiem.

–Nie nie Chris, to nie jest bajka dla dzieci, to poważne sprawy dla dorosłych.

–Ale ja jestem dorosły.

–Tak, ale nie skończyłeś nawet ogólniaka, a to cię na bank przerośnie. Pobaw się tu z innymi, dobrze? – mówił odwracając się na pięcie i odchodząc. Wszystkim pracownikom zrzedły miny i powrócili do swoich zajęć.

–Faktycznie, skończony kretyn. – mruknął pod nosem Chris

–Czy on właśnie powiedział: „idź się pobawić”? – spytał jeden z pracowników

–Zaczynam się o niego martwić. – powiedział Robert – On chyba ma coś z głową.

–On nic nie ma z głową, on po prostu gra ze mną tak, jak ja z nim i dał mi do zrozumienia, że nie dorastam mu do pięt i inaczej nie będzie mnie traktował. – skomentował Chris

–Chodźmy na obiad, nic tu po nas. – westchnął Robert

–Chodźcie z nami, mamy tu własną stołówkę. – powiedziała stojąca obok kierowniczka do spraw reklamy

–Nie ma sprawy, idziemy. – powiedział Chris, ruszając za nią, a za nim powlekł się Robert. Czuł, na co się zanosi, ale nie mówił tego głośno.

Stołówka okazała się ciasną, pomalowaną na szaro klitką bez okien, z jarzeniówkami zamiast lamp. Z tyłu było jedno okno, z którego pobierano gotowe obiady na tacy i zasiadano przy stolikach ustawionych jeden za drugim, jak ławki w klasie. Robertowi, który widział jasną i przestronną stołówkę dla kierownictwa, bardzo się to nie spodobało. „On faktycznie traktuje wszystkich jak przedszkolaków.”

Przez chwilę widział w głowie, jak pracownicy patrzą na Chrisa i zaświtało mu w głowie, że być może tu mogłoby być jego miejsce, ale natychmiast porzucił tę myśl – Chris był przecież niewykształcony. I kiedy powrócił na łono cywilizacji od razu poszedł do pracy do teatru, nawet nie kwapiąc się nawet, by ukończyć szkołę. Poza tym, nie miał najmniejszej ochoty mieszać się w politykę.

Chris i Robert dostali obiad i stwierdzili jednak, że dobrze im smakuje. Nie wiedzieli jednak, czy to obiad jest taki smaczny, czy to przez fakt, że od śniadania nic nie jedli. Pochodzili jeszcze po pustoszejącym od godziny szesnastej biurze partii i podeszli do gabinetu ojca, a drzwi były otwarte. Siedział pochylony nad papierami z papierosem w ustach. Chris zapukał we framugę i zapytał

–Długo jeszcze, tato? Wszyscy wychodzą.

–No niestety, mam jeszcze trochę papierów do przejrzenia.

–Może ci pomogę. – wszedł, usiadł tyłem na krześle i wziął do ręki plik kartek. – Co tu trzeba zrobić?

Ojciec je mu natychmiast wyrwał z ręki.

–Powiedziałem ci, że to nie dla ciebie.

–Ale chcę się tego nauczyć. To już nie mogę wiedzieć co robi w pracy mój własny ojciec?

–Przecież włóczyłeś się po biurze cały dzień.

–Po biurze tak; i widziałem, co robią pracownicy, ale nie ty. Chcę zobaczyć, co ty robisz.

Ojciec odchylił się do tyłu i oparł na krześle.

–Dlaczego to robisz?

–Bo chcę, jak to powiedziałeś, nadrobić stracony czas i popracować z tobą nad tym, nad czym akurat pracujesz. Chcę zobaczyć, czym się zajmujesz na co dzień i choć odrobinę dorosnąć, czy to takie złe? – ojciec siedział na krześle i wlepiał oczy w Chrisa, który zdecydował się pierwszy rzucić kartę w tej grze pomiędzy nimi.

–Dobra, weź krzesło i siadaj z tej strony. – Chris z uśmiechem zadowolenia wstał, wziął krzesło i usiadł obok ojca, jak zadowolony przedszkolak, a Robert nie wierzył własnym oczom. – Ty też chodź; obu wam się przyda małe szkolenie na temat tego, co robię na co dzień, żebyście nie mówili potem, że siedzę i cały dzień zbijam bąki.

Robert posłusznie wziął krzesło i dosiadł się z drugiej strony. Obaj z udawanym zdziwieniem obserwowali i czytali razem z ojcem dokumenty dotyczące poprawek ustawy o prawie do posiadania broni w kraju. Ten fragment, który akurat miał w rękach ojciec mówił o warunkach, jakie muszą spełnić obcokrajowcy, by uzyskać prawo do posiadania broni.

Z poprawek jasno wynikało jasno, że przepisy ułatwiające dostęp do broni mają być złagodzone ze względu na nasilające się ogólnoświatowe zagrożenie terrorystyczne. Chris i Robert z przerażeniem uświadomili sobie, że partia chce nasilić zamieszki i ataki we własnym kraju, by czerpać zyski ze sprzedaży broni także własnym obywatelom, jako obrony przed terrorystami, a rynek wschodni objął kontrolę niemal nad całym rynkiem krajowym. Chris w głowie już widział strzelaninę między muzułmańskimi bandytami i obywatelami miasta na ulicach miasta niczym na dzikim zachodzie.

Kiedy zrobiło się na tyle późno, że biuro opustoszało całkowicie i oprócz sprzątaczek nikogo w nim nie było, ojciec położył łokcie na stole, oparł na nich głowę i szeroko ziewnął.

–Także widzicie sami, że to nie przelewki, tylko naprawdę poważna praca. Tworzymy szańce obronne przed terrorystami ze wschodu i nie poddamy się im tak łatwo.

–Jasne, tato. Ale teraz mój brzuch chce się poddać wspaniałej kolacji. – powiedział Chris, rozparty na krześle, a ojciec wybuchnął gromkim śmiechem i klepnął go mocno w udo

–Ty to się jednak we mnie wdałeś z tym humorem. Jasne chłopaki, ja też konam z głodu. Teraz idziemy się porządnie najeść. – podniósł się i ruszył do wyjścia, a oni razem z nim.

26. Restauracja

Poszli razem do ulubionej restauracji ojca, „Black Flapjack”, gdzie gościom usługiwała wyłącznie czarnoskóra obsługa. Wszystko w niej było pierwszorzędne, urządzone w stylu kolonialnym, a kelnerki i kelnerzy nosili stroje z okresu wojny secesyjnej. Klienci mogli poniżać obsługę słownie, traktować jej członków jak obywateli podrzędnej kategorii, bądź próbować uszczypnąć lub klepnąć kelnerkę w pośladki, jednak wedle praw demokracji, obsługa miała równe prawa do obrażania i poniżania gości, jeśli ktoś z niej uznał, że gość pozwolił sobie na za wiele. Wyglądało to bardzo interesująco na pierwszy rzut oka, kiedy kelnerzy bądź kelnerki miotali w gości przekleństwami bądź wymierzali im policzki, po czym otrzymywali brawa i gwizdy pochwał od znajomych uderzonej osoby, która się uśmiechała i masowała bolący policzek.

Nikt, kto nie chciał być posądzony o rasizm nie pokazywał się tam, ale Chris i Daniel dobrze znali tę restaurację. Bywali tam ze swoimi klientami wiele razy i wiedzieli, że to wszystko to bardziej teatr, pikantna rozrywka dla ekstrawaganckich gości i widowisko, niż sytuacja brana na serio. Tym razem Robert i Chris weszli tam na wyraźnie zaproszenie ojca.

Chris, kiedy tylko zorientował się, dokąd idą, wiedział, że Robert natychmiast straci głowę. Dlatego też, kiedy wychodzili z taksówki szepnął do niego: „Trzymaj fason i nie puszczaj.” Robert nie wiedział, o co Chrisowi chodziło, ale domyślił się, kiedy wszedł do środka i zobaczył kobiety, które najbardziej lubił oglądać nago, w ilości przekraczającej jego najśmielsze wyobrażenia. Postanowił dostosować się do słów Chrisa i trzymać się jak najlepiej mógł.

Ojciec usiadł z nimi przy zarezerwowanym wcześniej stoliku tuż przed sceną. Oprócz pękatej butli wina ze starego rocznika, zamówił też klasyczne dla siebie cielęce eskalopki dla siebie i steaki dla swoich synów bez pytania ich o zdanie, oraz potrójne pomidory z mozzarellą, bazylią i octem balsamicznym jako dodatek. Na około panował gwar rozmów, a na scenie trwały przygotowania do wieczornej oprawy muzycznej. Muzycy stroili instrumenty i przygotowywali nagłośnienie, ale mikrofon na środku sceny stał wciąż samotnie.

–Co, chłopaki, podoba się tu wam? – spytał ojciec, uśmiechając się i zacierając ręce

–Tak, jest ładnie. – powiedział zachwycony jak cielę Chris – Nie wiedziałem, że mamy takie restauracje w mieście.

–Daj spokój Chris, nie musisz przy mnie udawać. – powiedział ojciec, wyciągając papierosa ze złotego pudełka – Moi detektywi śledzili cię na tyle długo, że wiem, że nie ominęła cię częsta przyjemność bywania w tym lokalu. I to nigdy samotnie. – podsunął pudełko chłopcom – No już, bierzcie, przecież że nie jesteście już dziećmi.

W tym momencie dawny Chris wskoczył na swoje miejsce jak szarpnięte ostrze scyzoryka. Bez dalszego namawiania wziął z pudełka papierosa i odpalił go od wyciągniętej przez kelnera w jego kierunku zapalniczki i rozsiadł się wygodnie w krześle z szerokim, pawim oparciem; Robert i ojciec po chwili zrobili to samo.

–Tak, bywałem tu często wcześniej. – powiedział Chris i wypuścił dym – I to nie sam, jak mówisz. Ile o mnie wiesz?

–Prawie wszystko. – ojciec pociągnął papierosa – Widzisz, dawniej był to dla mnie powód do wstydu. Nie chciałem o tobie słyszeć dopóki sam nie odkryłem, że obaj mamy skłonności do perwersji i że ja sam nie jestem lepszy niż ty. – Chris uniósł lekko brwi na chwilę – Tak Chris i dlatego zostawiłem Rosalindę w nadziei, że znajdzie sobie kogoś lepszego na moje miejsce. A ty? – zwrócił się do Roberta – Też widzę, że się nie odrodziłeś od głównych genów. Patrzysz na te wszystkie dziewczyny, jakbyś chciał je zjeść. – ojciec uśmiechnął się do niego i znów pociągnął – Chcesz? Mogę ci którąś zamówić. No, przyznaj się, która ci się podoba? Wszystkie? Niestety, nie mam aż tyle drobnych przy sobie.

–Przestań tato, proszę cię. – Robert spłonął rumieńcem.

–Daj mu spokój, chłopak dopiero co się zaręczył.

–Zaręczył? No, to widzę, że już wszyscy jesteśmy w niewoli. Robert, nie rób tego samego błędu, co ja; nie zaczynaj tak wcześnie. Masz przed sobą jeszcze parę lat swobody, tak jak Chris.

Chris roześmiał się lekko na te słowa.

–A ja, jak ostatni głupiec liczyłem na to, że mu pogratulujesz, że się spytasz, co to za dziewczyna, a ty od razu wyjeżdżasz z tekstem, że to błąd.

–Bo to jest błąd. Nie będę niczego udawał, Chris; Jak dotychczas, małżeństwo to jedyna decyzja, jakiej najbardziej żałuję.

–Dzięki tato, miło to słyszeć od ciebie. – powiedział zjadliwie Robert

–No owszem, mam z niego was; pięknych, dzielnych chłopców, którzy idą własną drogą i dają sobie nieźle radę w życiu i to jest jedyny plus; natomiast reszta to same wyrzuty sumienia i wspomnienia, które wolałbym z siebie wyrzucić.

–Na przykład, jak dorastaliśmy pod twoją dyktaturą, co? – rzucił Chris

–Hm, dopiero po latach przyznaję, że tak to mogło wyglądać. Muszę was dziś za to przeprosić; szczególnie ciebie Chris, bo lata mi zajęło zrozumienie dlaczego odważyłeś się na ten krok i wolałeś żyć jako dziwka w ruinach niż mieć swoją własną firmę i żyć jak człowiek. Dopiero od niedawna zdałem sobie z tego sprawę, że uciekłeś tak naprawdę przede mną i moją... – westchnął – no nie najlepszą ręką do wychowania.

–Nie wierzę w ani jedno słowo. – Chris pokręcił głową – Ty nie jesteś w stanie zdać sobie z tego sprawy. Ktoś ci musiał o tym powiedzieć.

–Dlaczego tak mówisz?

–Bo zobaczyłem dziś w biurze, że... – Robert kopnął go w kostkę pod stołem – że nie wszyscy cię lubią.

Ojciec znów się roześmiał

–Bo nie wszyscy muszą szefa lubić, nie Robert? Szefa trzeba się słuchać i tyle. Mówisz,że byłem wobec was bardziej, jak szef niż jak ojciec? Cóż, może to i prawda, ale widzę, że obaj na tym dobrze wyszliście. – spojrzał na nich obu i wzruszył ramionami – Nie mam czego żałować. Coś jeszcze?

–Czy ty nigdy sobie samemu nie miałeś czegoś do zarzucenia? – spytał zirytowany Robert

–A co, cholera jasna, miałbym jeszcze zrobić żeby ci to pokazać? Narzuciłeś mi zakaz, przestrzegam go; założyłem osobną instytucję w partii, którą wydrapałem od podstaw własnymi pazurami; żyję w odosobnieniu od matki, której dałem spokój i wolność w życiu; owszem, mam swoje upodobania, tak jak wy, ale się nimi nie chwalę i nie jestem z nich dumny.

–Oho, tak się bardzo nimi nie chwalisz, że aż wszyscy to widzą. – odparł Chris

–Do czego pijesz?

–A choćby do tego, jak potraktowałeś tę dziewczynę z reklamy. Gdybyś mógł, przeleciałbyś ją tam na korytarzu.

–Chris! – zganił go Robert

–Co? – Chris poparzył na niego ze zdziwieniem

–Mów ciszej, jesteśmy w miejscu publicznym!

–Widać, że jesteś zielony w tych sprawach. – powiedział z lekkim uśmiechem – Akurat w tej restauracji takie sprawy są na porządku dziennym, nie tato?

–Co się dziwisz, on ma dopiero dwadzieścia jeden lat, jeszcze cały świat przed nim. A wracając do sprawy dziewczyny z reklamy... to tylko przyjacielskie klepnięcie w tyłek. Nie molestowałem jej przecież.

–Klepanie po tyłku w pracy to jest molestowanie i ona może cię o to spokojnie oskarżyć. – odparł obronnie Robert

–Nie zrobi tego.

–Dlaczego miałaby tego nie zrobić?

Po chwili milczenia ojciec odparł:

–Bo ma swoje powody, dlatego.

–To znaczy, jakie?

–Swoje, nie musisz wszystkiego wiedzieć. Każda instytucja ma swoje tajemnice. Moja też. – Robert dowiedział się od Chrisa i Damiana, co to za powody i nie naciskał dalej – A tak naprawdę, to każda kobitka pragnie, żeby ją nieraz klepnąć zdrowo w tyłek. – na dowód tego, wziął papierosa do ust i dał mocnego klapsa przechodzącej obok niego kelnerce; a gdy pisnęła, złapał ją za pośladek i przytrzymał, po czym puścił ją. Zauważył, że na ten widok Robert odruchowo przełknął ślinę i przymrużył powieki – Co, widzę że tobie to się też podoba, co? – roześmiał się, kiedy Robert spuścił wzrok i zaczerwienił się ze wstydu

–Tato, nie psuj go, młody jeszcze jest. – rzucił błagalnym tonem Chris

–Ty w jego wieku miałeś za sobą nie takie wyczyny.

–Tak, ale nie jestem z nich dumny.

–Jak to nie, gdybyś nie był, to już dawno ujrzałbym cię we własnym kombi z żoną i co najmniej dwójką wnuków, a niczego takiego do tej pory nie widzę.

–Już powiedziałem, że mamy swoje problemy.

–Jakiekolwiek by one nie były, chyba wiesz co zrobić, żeby rozebrać kobietę i wdziać na pal...

–Dość! – Robert wrzasnął tak potężnie i walnął pięścią w stół, że w sali ucichli wszyscy, łącznie z obsługą i muzykami, po czym wstał – Siedźcie sobie tutaj, jak chcecie i gadajcie o dupach; ja idę do domu. – poprawił marynarkę i odszedł od stolika.

Kiedy wychodził, hałas znów się wzmocnił i poczuł, że ktoś go łapie za płaszcz i odwraca. To był Chris.

–Robert, co ty robisz? – mówił cicho, ale gorączkowo – Miałeś mi pomóc, tak? Nie zostawiaj mnie z nim samego.

–Nie mam ochoty spędzić ani sekundy więcej w towarzystwie tego dupka.

–Jeśli mamy go zacząć urabiać, tak jak mówił Damian, to musimy od tego zacząć; musimy się przebić przez tą skorupę. Ty myślisz, że mi było przyjemnie, jak musiałem o takich rzeczach rozmawiać ze swoimi klientami? Też zaciskałem zęby i widziałem tylko pieniądze, jakie za to dostanę.

–Traktujesz ojca jak klienta?

–A jak mam go traktować? Jestem tylko dziwką i tylko na tym się znam.

–Nieprawda Chris, parę szkoleń i dobrze wiesz, że mógłbyś się znaleźć na moim miejscu.

–Ale nie chcę.

–Nie udawaj; chcesz, tylko boisz się wziąć na siebie odpowiedzialność za powodzenie i za ludzi, tak jak ja, czy ojciec.

–A ty nie udawaj, że nie chciałbyś mieć w łóżku przynajmniej połowy tych dziewczyn; faktycznie patrzysz na nie, jakbyś miał je połknąć.

Robert spuścił wzrok i przełknął ze wstydem ślinę.

–Dlaczego to musi być akurat tutaj? Przepraszam to niezależne ode mnie.

–Nie przepraszaj, tylko spotkaj się z najpiękniejszą z nich i daj jej swój numer telefonu, a gwarantuję ci, że oddzwoni.

–Oddzwoni, bo wyczuje pieniądze.

–Oddzwoni, bo wyczuje, że nie zależy ci na szybkim numerku i że chcesz to zrobić porządnie i jak należy; tak jak potraktowałeś Jemmę. A teraz schowaj swoje klasztorne zasady i bon ton do szafy i wracamy na salę.

Robert posłuchał go i poszedł z nim z powrotem do stolika i obaj usiedli.

–Już w porządku, powiedziałem mu parę rzeczy do słuchu. – powiedział Chris

–Robert, przepraszam, jeśli cię uraziłem. Nie wiedziałem, że jesteś jeszcze taki niewinny.

–A co się dziwisz? Przez sześć lat tyrał dzięki tobie jak wół, żeby uruchomić firmę i nie miał czasu na świństwa.

–Zdaję sobie sprawę, że było ci ciężko i że zostawiłem cię z tym samego, ale chciałem, żebyś poukładał sobie wszystko sam, tak jak chcesz. Świetnie sobie poradziłeś, zwłaszcza, że miałeś tylko piętnaście lat. Chris w twoim wieku nie potrafił napisać porządnego wypracowania, a ty prowadziłeś firmę i jak wiem, doprowadziłeś ją na szczyt. Jestem z ciebie dumny, Robert.

–Dobra, skończ tato, bo zaparują mu okulary.

–Zamknij się Chris. Zostawiłem cię z tym wszystkim, bo nie chciałem ci sterczeć nad głową i dyktować warunków... nie chciałem...

–Nie chciałeś, żeby ci zwiał jak Chris. – dokończył Robert – Nie zwiałem. Nie mam do ciebie żalu, że zostawiłeś mnie samego. Podjąłem wyzwanie i poradziłem sobie z nim. Chciałem wtedy udowodnić sobie i całemu światu, że coś jednak znaczę i że potrafię to zrobić i to sam, bez niczyjej pomocy.

–I zrobiłeś to sam.

–Nie, nie sam, tato. Gdyby nie twoja załoga, nic by z tego nie zostało.

–To oczywiste, że chcieli ci pomóc. Zależało im na pracy i na pieniądzach, to zrobili, co mogli, by dzięki tobie utrzymać się na powierzchni. To był ich psi obowiązek.

–Nie tato, oni sami...

–Robert, nawet jeśli oni sami chcieli ci pomóc, to wiesz dobrze, że gdyby nie okazali ci dobrej woli, to guzik być zrobił. Oni po prostu wzięli sobie ciebie pod but, chłopcze.

–To nieprawda.

–Nieprawda? A spróbuj coś zrobić po swojemu, tak, żeby to odpowiadało tylko tobie, a nie im, a ciekawy jestem, czy cię posłuchają, czy zagrożą strajkiem.

–A po co niby miałbym zrobić coś takiego?

–Czasem bywają w życiu takie sytuacje, że musisz zrobić coś, co nikomu nie odpowiada, ale trzeba to zrobić. Spróbuj, jestem pewien, że wszyscy powiedzą ci „żegnaj, radź sobie sam.” – przez chwilę panowało milczenie – Załoga, to załoga, Robert; to oni muszą słuchać ciebie, a nie ty ich. To oni mają tańczyć, jak ty im zagrasz, a nie odwrotnie. Jak mówisz: „skacz wyżej”, to musi się odbić i skakać, a jak „czołgaj się”, to ma leżeć na brzuchu i się czołgać. I możesz to zrobić; stać cię na to. Jest tylko jeden warunek. Na sto procent muszą czuć, że wiesz, co robisz i że zmierzasz do jakiegoś konkretnego celu.

–Z Chrisem ci się to nie udało.

–Chris wybrał inną drogę. Nie podobało mu się zarządzanie firmą, ok; zaakceptowałem to, ale dopiero lata później nauczyłem się z tym żyć. Nie mam do ciebie żalu Chris, wybrałeś to, co wybrałeś; rozumiem, że w ten sposób chciałeś mi powiedzieć że nie będę tobą rządził. Z resztą z perspektywy czasu widzę, że inaczej nie mogłeś postąpić, bo wtedy nic do mnie nie docierało.

–Chodziłeś do jakiegoś psychiatry, czy co? – spytał Chris

–Czemu tak sądzisz?

–Bo sam z siebie nie wymyśliłbyś takich mądrości.

–Uważaj, bo zaraz poprzycinam ci te twoje ostre pazurki.

–Nie należę do twojej załogi i będę mówił, co mi się podoba. Wyraźnie dałem ci to do zrozumienia, jak sam powiedziałeś.

–Myślałem, że chcesz się ze mną pojednać, ale nadal jesteś głupio uparty.

–Jeśli trzymanie się własnych reguł i własnego zdania nazywasz głupim uporem, to tak; jestem głupio uparty.

–Po co do mnie przyszedłeś Chris, skoro nie po to, by wrócić?

Robert uznał, że pora przerwać grę, bo zaczynało się robić niemiło.

–Przyszliśmy obaj, bo Chris niedawno wrócił do domu i chcieliśmy się obaj z tobą zobaczyć. No i Chris wpadł na pomysł, żebyśmy się w trójkę wybrali na męską wyprawę do Erytrei. Adam... mam nadzieję, że go pamiętasz

–Adam Shiffer, jakże mógłbym go zapomnieć.

–Adam znalazł informacje o złożach złota w Erytrei, niedaleko Asabu. Chcemy tam z Chrisem jechać, żeby to sprawdzić. No i pomyśleliśmy, że mógłbyś się wybrać z nami.

–Do Erytrei? Wybij sobie to z głowy, obaj sobie to wybijcie; nie puszczę tam ani jednego ani drugiego. Tam trwa wojna domowa od niepamiętnych czasów, w każdym momencie mogą wybuchnąć jakieś zamieszki, w których mógłbym was obu stracić. Nie ma mowy.

–No to musicie czerpać niezłą kasę z handlu w tamtym rejonie. – rzucił Chris

–Wczoraj doniesiono nam o kolejnym martwym kontrahencie właśnie stamtąd. Został porwany. Przygotowaliśmy kasę na jego wykup, ale zastrzelono go wcześniej niż wyznaczono termin wykupu. Ciało udało się odzyskać z pomocą policji. Przywieziemy je i zwrócimy rodzinie. – Chris nie skomentował już tego i siedział cicho.

–Ale gdybyśmy dostali to złoto... – zaczął Robert

–Wy jesteście dla mnie cenniejsi od złota, ludzie; rozumiem, że skusił cię łatwy zarobek, a Adam zawsze był łasy na wielkie pieniądze i egzotyczne przygody; pewnie wyczaił, że wiele przedstawicieli firm już tam pojechało, ale nie mógł się doliczyć, ilu stamtąd powróciło. I jestem pewien, że nie wrócili nie dlatego, że jest tam jakieś złoto, tylko dlatego, że dostali się w pułapkę terrorystów i już nie żyją.

–No to nici z wyprawy. – westchnął Robert.

–Dlaczego zaraz nici? Wspólna wyprawa w dzicz to bardzo dobry pomysł. Tyle, że moglibyśmy się wybrać gdzieś, gdzie jest bezpiecznie, a nie tam, gdzie zaraz nas zabiją.

Chrisowi wpadł do głowy pomysł i wypalił:

–A co powiesz na francuskie Alpy.

–A skąd ci to przyszło do głowy? Dlaczego akurat tam?

–Jest zima, tam jest teraz pewnie pięknie, środek cywilizacji i moglibyśmy sobie pogadać we trójkę, bo nikt tam nas nie będzie znał.

Ojciec milczał chwilę i zastanawiał się, zanim odpowiedział:

–Chyba mnie przekonałeś. Robert, co ty na to?

–Czemu nie, też jestem za.

–Świetnie, a więc postanowione. No, wreszcie idzie jedzenie.

Poprawili się przy stole, a kelner wyłożył zamówione talerze z wózka na stół i wszyscy zabrali się do jedzenia. W tym samym czasie muzycy zaczęli grać, sala pociemniała nieco, a na scenę padło światło reflektora. Po chwili zza kulis wyszła wysoka, kształtna murzynka o hebanowej skórze i śnieżnobiałym uśmiechu. Ramiona niczym konary małego drzewka, chwiały się do rytmu wolnego swingu. Na sobie miała krwistoczerwoną, brokatową, atłasową suknię typu „syrena”, a w długich do pasa sprężynach na głowie kryło się całe mnóstwo barw od żółtego blondu, poprzez wszystkie odcienie rudego i czerwieni aż po naturalną, hebanową czerń. Z gardła wydobywał się miodowo słodki, ciemny głos i rytmicznie podrygiwał, pieszcząc słowa.

Chris zerknął tylko na Roberta, który odłożył swoje sztućce i zamiast stygnącego steaku, z lekko otwartymi ustami i znieruchomiałymi oczyma pochłaniał piękność na scenie. Uśmiechnął się pod nosem i stwierdził, że tym razem to Robert znalazł swojego „Philipa”. Zobaczył, że ojciec spostrzegł to samo i też się uśmiechał. Natychmiast obaj wzięli się za jedzenie, z przyjemnością słuchając muzyki. Wkrótce Robertowi zaburczało głośno w brzuchu i także się ocknął i zaczął jeść.

Przez chwilę Chris twierdził, że Damian pomylił się co do ojca, bo nie był aż taki zły, jak o nim mówił. Owszem, nadal rządził twardą ręką, a w kobietach widział żywe lalki, a nie ludzi, ale właśnie wszyscy trzej jedli wspólnie, powoli, delektując się zarówno spożywanym jedzeniem, wyglądem śpiewaczki jak i jej słodkim głosem i towarzyszącą jej muzyką. I nikomu nie przeszkadzało, że jedzą już jakąś godzinę, a na talerzach wciąż jeszcze coś mieli.

W przerwie koncertu ojciec przywołał kelnera i poprosił o papier i coś do pisania. Kiedy otrzymał notatnik i długopis, napisał coś na karteczce, przekazał ją kelnerowi wraz z dużym napiwkiem i coś powiedział mu na ucho; a kiedy kelner poszedł, dalej słuchał muzyki i podjadał coś cały czas.

Chris również poczuł luz, przestał się bać i na koszt ojca domawiał wciąż coś nowego, z czego korzystali zarówno ojciec jak i Robert, wciąż coś popijając albo podjadając. Zrozumiał, że to, co Damian wziął za przejadanie się, było po prostu delektowaniem się. Chris po raz pierwszy zobaczył, jak tu jest pięknie i jak wspaniale swobodna atmosfera panuje między konsumentami a obsługą.

Nigdy jeszcze w tym lokalu nie czuł aż takiego braku skrępowania i nerwów, bo po raz pierwszy był tu jako gość, a nie w pracy i to właśnie dzięki ojcu. Za każdym razem, kiedy przychodził tu ze swoimi klientami, nie w głowie mu była ani muzyka ani jedzenie, bo wszystko, na co zwracał uwagę, to to, co miał z klientem bądź klientką zrobić po kolacji, ile kasy za to dostanie i na co będzie mógł sobie potem pozwolić. Zaczął się nawet zastanawiać, czy faktycznie nie ulec ojcu i zacząć się naprawdę przykładać do nauki, by zostać przy nim. Bo skoro on prowadził takie życie, to może i Chrisowi też się to spodoba.

To nie zmieniało faktu, że w głowie wciąż słyszał słowa Daniela na pożegnanie: „Nie daj mu się usidlić, wiesz, jak tacy potrafią zwodzić. Pamiętaj, że to jest jego droga, a nie twoja.” Faktycznie, Chris już uznał, że on i ojciec to jedna i ta sama osoba, tyle, że w różnym wieku; być może za wcześnie.

Było już po północy, kiedy koncert się skończył, a z restauracji wychodzili ostatni goście, w tym Chris, Robert i ojciec. Ojciec chciał im zaproponować taksówkę, ale uznali, że tyle zjedli, że lepiej będzie się im przejść i spalić trochę kalorii. Ojciec nie protestował, pożegnał się z synami, sam wsiadł do taksówki i odjechał. Mieli już odejść, gdy z restauracji wyszedł kelner i wręczył im małą kopertę. Ze zdziwieniem otworzyli i przeczytali: „Drogi Robercie, zapraszam cię po moim koncercie za kulisy.” Robert oniemiał i szeroko się uśmiechnął.

–Idź; no idź, już. – Chris z uśmiechem popychał onieśmielonego Roberta w stronę drzwi restauracji.

–Nie, coś mi to nie pasuje, dlaczego taka gwiazda miałaby zwrócić uwagę akurat na mnie. – mówił zawstydzony, a jednak z uśmiechem.

–To jest twój ideał, nie? – Robert spojrzał na niego zdziwiony – Robert, widziałem, jak na nią patrzyłeś i ojciec też to widział. I... – nagle Chris zrozumiał, co ojciec zrobił podczas przerwy w koncercie; po prostu umówił Roberta z nią na spotkanie. To znaczy, że ona także może dorabiać na boku, tak jak Chris. Ojciec zamówił dla Roberta dziwkę!

–I co? – dopytywał się

–Nic, chodź, pójdziemy tam razem.

–Nigdzie nie idę.

–Daj spokój, wiem, że chcesz.

–Chris, nie kuś mnie, mam Roksanę.

–Ale Roksana nie jest czystym hebanem i atłasem w jednym. Wiem, że jej chcesz.

–No dobra, pójdę tam i powiem, że mi się bardzo podoba.

–Mi się też spodobała.

Weszli do restauracji, gdzie kelner poprowadził ich za kulisy do obdrapanych drzwi. Robert zapukał, a po chwili drzwi otworzyła szeroko uśmiechnięta śpiewaczka, ale zaraz spochmurniała.

–Co jest? Miał być jeden, a nie dwóch. Jak tak, to stawka będzie podwójna, inaczej nic z tego. – Robert stał jak wryty – No co jest, wyskakuj z kasy, bo inaczej nici z obciąganka.

–Chciałem... – głos uwiązł mu w gardle – Chciałem tylko powiedzieć, że bardzo mi się dziś podobałaś podczas koncertu. Pięknie śpiewasz i wspaniale wyglądasz. – mówił skromnie. Widać było, że ją ujął.

–Słuchaj, nie mam czasu – mówiła łagodnie – chcesz szybki numerek, czy mam wziąć darmową kasę? On może poczekać na zewnątrz. – wskazała Chrisa.

Robert stropił się, ale powiedział

–Weź darmową kasę i powiedz, że... – machnął ręką – powiedz, co chcesz. – odwrócił się i zrobił kilka kroków, ale zatrzymał się po chwili. Dziewczyna miała już zamknąć drzwi, kiedy zawołał

–Czekaj. – odwrócił się, a dziewczyna wciąż stała w drzwiach – Nie chcę szybkiego numerka, ale nie zrezygnuję tak łatwo, za ładna jesteś. Dam ci swoją wizytówkę. – wyciągnął portmonetkę i wyjął z niej kartonik – Dam ci tyle kasy ile zechcesz, jeśli zdecydujesz się przyjść do mnie i pozwolisz mi zrobić z sobą... to co chcę.

Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę i zastanawiała się.

–Dobra, ale bez bólu, gwałtów, bez przemocy i okaleczania ciała.

–Ojciec robił ci takie rzeczy? – zapytał zaskoczony Robert

–To wasz ojciec? To chyba wiele o nim nie wiecie. – spojrzała jeszcze raz na karteczkę – Dobrze, że mi to dałeś, bo na pewno skorzystam. Musimy się spotkać i wtedy wam opowiem, co on takiego potrafi wyczyniać. A więc do następnego. – powiedziała biorąc kartonik i zniknęła za zamkniętymi drzwiami; Chris i Robert mieli już odejść, kiedy drzwi uchyliły się jeszcze raz na moment – Naprawdę myślisz, że ładnie śpiewam?

–Tak, tak myślę. I czekam na twój telefon.

Pożegnali się z nią i odeszli. Szli w stronę domu w spacerowym tempie, paląc papierosy.

–I co o tym wszystkim myślisz? – spytał Robert

–Sam nie wiem. Na samym początku myślałem, że pomyliliśmy gabinety i że ten, kogo zobaczyłem to ktoś zupełnie inny.

–Wiem, ja pomyślałem to samo. Naprawdę świetnie się trzyma.

–Potem, kiedy rozmawialiśmy z nim o mamie, miałem wrażenie, że zrzuca na nią winę za to, że się go jeszcze trzyma i nie chce się rozwodu.

–Nienawidzę go za to; łajdak skończony

–To mi popsuło o nim opinię. Tak samo jak sposób, w jaki traktuje swoich pracowników. Słuchaj, Robert, czy on wyglądał dla ciebie, jakby dawał im do zrozumienia, że wie, co robi?

–Nie, on się nimi tylko bawił. Zresztą sami ci powiedzieli, co o nim sądzą.

–Wtedy naprawdę zgadzałem się z nimi i sam pomyślałem „co za palant.” No ale kierownictwo musi mu naprawdę ufać i wierzyć w niego, skoro pozwalają mu tworzyć takie ustawy jak ta, którą razem z nim czytaliśmy. I wtedy moje zdanie na jego temat znowu się trochę poprawiło.

–Partia pozwala mu robić co chce, bo wydźwignął ją samodzielnie i spowodował, że dziś ma niemalże monopol na rządzenie w tym kraju; muszę przyznać, że miał niezły pomysł z tym międzynarodowym handlem bronią. I zrobił ze swojej partii partię rządzącą.

–Właśnie. Ale potem ta restauracja mnie kompletnie dobiła i powiem ci szczerze, że sam miałem ochotę zostać jego studentem, bo skoro on tak żyje, to dlaczego nie ja.

–Hm, widać, że jesteś do niego podobny, skoro skusiło cię niezłe żarcie, parę ładnych panienek i tak łatwo zapomniałeś o teatrze, o Barbarze, Davidzie, Angelice i krzesłach. – Chrisowi znowu zrzedła mina – Nie mówiąc już o innych ludziach, którym zniszczył życie.

–No właśnie to mnie zaniepokoiło, bo w odpowiednim momencie przypomniało mi się to, co mówił dziś rano Daniel; że nie wolno mi się mu poddawać, bo to jego droga, a nie moja.

–Daniel chce dla ciebie naprawdę dobrze i to jego powinieneś się trzymać, a nie ojca.

–Wiem o tym.

–Poza tym... dobrze wiesz, że gdyby nie Daniel, to Roksana byłaby już gdzieś daleko.

–Zdaje się z tego sprawę, do końca życia będę miał u niego dług wdzięczności. Ale może policja coś by wskórała.

–Policja nic by nie zrobiła. A to, że ją odbili, to załatwił Daniel i to po znajomości.

–Mówiłem mu, że nie przypadkowo urodził się w tej rodzinie. Moim zdaniem powinien zajmować jakieś wysokie stanowisko, a nie włóczyć się po hotelach w całym kraju.

–Ha! No proszę i kto to mówi?

–Ja? Ja się nie nadaję na wysokie stanowisko, wybij to sobie z głowy.

–Chris, jesteś w domu tylko tydzień, a zobacz, ile zdołałeś już zrobić.

–Ja nic nie zrobiłem, to wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy.

–A może powinieneś być właśnie takim katalizatorem zdarzeń.

–Do tego nie potrzebuję stanowiska, Robert. A poza tym, wyobrażasz sobie mnie w roli ojca? No wyobraź sobie, jak ja zarządzam ludźmi i każę im skakać raz wysoko, a raz nisko. To byłby po prostu kabaret a nie władza.

–To znaczy, że o tym już myślałeś.

–O czym?

–Żeby być na miejscu ojca.

Chris spoważniał i spochmurniał

–Powiedzmy, że żal mi się zrobiło tych wszystkich ludzi w biurze, którzy muszą mu się tak dać upokarzać. Widziałeś, jak wygląda ich stołówka? Zrobił z nich przedszkolaków. To niemoralne.

–A co ty zrobiłbyś na jego miejscu?

–Ja? Przede wszystkim wpuściłbym ich do mojej stołówki na górze, bo nie mógłbym tego wszystkiego zjeść sam i z nikim się nie podzielić. A on tam pewnie je sam; albo najwyżej w towarzystwie kilku tych jego kierowników; zajada się pewnie porządną wołowiną, podczas gdy oni tam na dole muszą wcinać rosół z ziemniakami, jak małe dzieci. Dobrze wiem, co to jest głód i jak potrafi zmusić człowieka do najgorszych rzeczy. Wiele razy to widziałem i przeżyłem.

–Ale oni nie chodzą głodni.

–Nie, nie mówię o jedzeniu, mówię o szacunku, respekcie, którego nie mają. A pewnego dnia ten głód zmusi ich do przewrotu.

–No nie wiem; zazwyczaj wszyscy silni władcy, którzy wprowadzali rządy silnej ręki, umierali naturalnie i nikt się przeciw nim nie buntował. Natomiast ci, którzy dali sobie wejść na głowę, tracili ją.

–Czyli zgadzasz się z tym, co mówi ojciec.

–Poniekąd tak jest. I jestem pewien, że moi pracownicy zwróciliby się przeciwko mnie, gdybym zażądał od nich czegoś niemoralnego, albo niemożliwego.

–A kim ty jesteś wśród swoich pracowników? Jesteś jednym z nich, czy zarządzasz zespołem?

–Jestem koordynatorem działań. Mówię im, co mają robić, ale nie w jaki sposób. Oczywiście wszystko w granicach prawa, ale nie naciskam, jeśli nie wszystko jest zgodne z procedurami.

–I dobrze. Roksana powiedziała ci już, co pracownicy sądzą o tobie i twoim zarządzaniu.

–Pewnie powiedziała tak ze względu na mnie, ale... hm wiesz co? Naprawdę chciałbym wiedzieć, czy zrobiliby wszystko, o co ich poproszę, bez względu na dobro firmy i ich samych.

–Nie kuś losu, Robert, bo może się spełnić.

–A co ty zrobiłbyś na moim miejscu?

Chris zastanawiał się przez chwilę

–Powiedziałbym, że... że naprawdę pracujemy na wspólne dobro; – Robert roześmiał się cicho – że... że ta instytucja dalej nie pojedzie, jeśli wszyscy nie będą współpracować. Ale wszyscy musieliby wiedzieć, w czym rzecz.

–Właśnie. I tu ojciec ma rację. Muszą wiedzieć, jaka jest obecna sytuacja i do czego zmierzasz. I że naprawdę nie ma innego wyjścia.

–A jeśli mimo wszystko cię nie posłuchają?

–Musiałbym znaleźć sobie kogoś, kto pomógł by mi robić to, co zamierzam.

–I pozwolisz na to?

–A co innego miałbym zrobić? Zobacz; to samo stało się z nami. Ojciec chciał cię zmusić do czegoś, czego nie chciałeś i mu uciekłeś. I znalazł mnie na twoje miejsce. I ja też musiałbym postąpić tak samo jak on.

–Ale to już zakrawałoby na absolutyzm.

–A no właśnie. A jeszcze jak zobaczą, że to, co staram się zrobić jest niemoralne, albo jest związane z przestępstwem, to będą chronić skórę i zlinczują mnie.

–No chyba, że nikt im o tym przestępstwie nie powie; albo się ich zastraszy.

–To są metody ojca, nie moje. Ja im mówię, że albo ciągniemy ten wózek razem, albo stoimy w miejscu. A po co my w ogóle roztrząsamy ten temat i to jeszcze o tej porze?

–Nie wiem, ty zacząłeś.

Tak rozmawiając doszli do domu niemal przed świtem, bardzo zmęczeni, ale zżyci ze sobą jak jeszcze nigdy. Pomimo zmęczenia, widać było na ich twarzach wyraźną ulgę i przyjemność, jaką czerpali z faktu, że po ośmiu latach rozłąki znowu stali się braćmi.

27. Wyprawa

Robert i Chris wykonali pierwszy krok: nawiązali kontakt z ojcem. Opowiedzieli potem wszystkim o całym poprzednim dniu; o tym, co ich spotkało i co usłyszeli na spotkaniu z ojcem. Chris powiedział o swoim pomyśle wyprawy w Alpy francuskie i przez następny tydzień, kiedy Daniel musiał jeszcze parę dni zostać w mieście, dyskutowali z Damianem i innymi, jak to wykorzystać. Parę dodatkowych wydarzeń sprawiło też, że Robert i Chris przestali mieć wyrzuty sumienia co do postępowania ojcem i włączyli w pełni do spisku.

Przede wszystkim, do Roberta zadzwoniła Summer, śpiewaczka z baru. Powiedziała, że chce się z nim spotkać, żeby porozmawiać o ich ojcu. Spotkali się wieczorem w domu Roksany. Nie chciał przed nią ukrywać, że ma narzeczoną, ani przed jej przed Roksaną. Oboje zresztą polubili ją od początku, a kiedy Roksana spostrzegła, jaką słabość ma Robert do ich nowej znajomej, dla wszystkich trojga wieczór skończył się bardzo późną nocą i nie na rozmowie.

Summer opowiedziała Robertowi i goszczącemu u nich specjalnie z tej okazji Chrisowi, wszystko o tym, co robił z nią i z innymi dziewczynami ich ojciec i od tej pory łuski spadły im obu z oczu. Oczywiście obaj natychmiast kazali przysiąc Roksanie i Summer, że nigdy nie pisną ani słówka o tych sprawach mamie, bo to sprawiłoby, że pękłoby jej serce, a tego chcieli za wszelką cenę uniknąć.

Chris już nie raz słyszał o chorych postrzeleńcach, którzy słono płacili za możliwość pobicia do nieprzytomności, nacinanie skóry w różnych wrażliwych miejscach i wielokrotne, zbiorowe gwałty i ojciec zaliczał się właśnie do tej kategorii. Sam Chris unikał takich gości jak ognia, ale tak jak powiedział Daniel, można było się bardzo pomylić i dać złapać na ich słodkie metody przyciągania, niemal tak, jak Chris dał się ojcu w to wciągnąć podczas kolacji.

Poza tym Roksana i Jemma, po tym, jak usłyszały, że Robert ma wątpliwości co do powagi, z jaką jego pracownicy biorą jego szefostwo w firmie, urządziły eksperyment. Pracownicy dostali sondażowe arkusze, z fikcyjnej firmy, z pytaniami dotyczącymi oceny zarządów firm w całym kraju. Mieli odpowiedzieć na pytania, dokonać ocen różnych spraw związanych z szefostwem i oddać anonimowe kartki w ręce eksperymentatorów.

Z wyników, jakie przejrzał Robert wypadło, że pracownicy mieli rozmaite pretensje do warunków pracy, ale zarząd i głównego szefa ocenili dobrze lub bardzo dobrze. Robert przeprosił Roksanę za to, że jej nie wierzył i od tej pory starał się urozmaicać nudną, urzędową atmosferę w biurze i wprowadzać poprawki co do spraw, na jakie głównie narzekali w sondażach, ale nie miał już kompleksów, co do własnego zarządzania i nie przejmował się już tym, co powiedział mu ojciec o rządach twardej ręki.

Chris, Robert i Daniel ustalili z Davidem, Karlem i Barbarą, że przyjadą razem z ojcem do maleńkiej miejscowości, w której wynajmą wyznaczony dla nich samotny dom w górach. Tam już będą na nich czekać we trójkę i zajmą się nim. Karl przyznał, że nie mogli wybrać lepszej pory roku, bo zbliżał się luty, a wtedy w górach panują pustki i można jedynie się natknąć na pojedynczych wędrowców, co stanowiło wprawdzie pewne ryzyko, ale trzeba było się na to też przygotować.

Już wcześniej Chris, Robert i ojciec spotykali się parę razy we trójkę, by ustalić takie sprawy jak szlak, długość trasy i jej poszczególnych odcinków, ilość potrzebnych pieniędzy, czy sposób kontaktu ze światem zewnętrznym na wszelki wypadek. W trasę wyruszyli na początku lutego, wysiadłszy z prywatnego samolotu ojca. Obaj zdołali przekonać jakoś ojca do szlaku, jaki wyznaczył specjalnie dla nich Karl. W górach, tak jak się spodziewali, wielu turystów przyjechało na krótkie zimowe ferie narciarskie i niewielu było zainteresowanych wyprawą w góry. Oni jednak, mimo ostrzeżeń, wyruszyli na własne ryzyko.

Robert i ojciec, ze względu na to, że regularnie uczęszczali do siłowni, radzili sobie ze wspinaczką nie najgorzej. Natomiast zupełnie pozbawiony kondycji Chris, zatrzymywał się niemal co krok i dyszał jak lokomotywa parowa. Ojciec najpierw z niego żartował, ale kiedy zobaczył, że opóźnia marsz i brakuje im do postoju jeszcze parę kilometrów, a niebo powoli zaczyna się ściemniać, wziął go za jedną rękę, Robertowi kazał wziąć drugą i obaj ciągnęli go do góry tak mocno, że gubił kroki i potykał się co chwila.

Pod koniec wszyscy byli zziajani, przemęczeni i spoceni, ale dotarli na miejsce o zmierzchu. Po zajęciu pokoi wykąpali się i przebrali w świeże rzeczy, a potem spotkali się w jadalni głównej. Przy jedzeniu poruszali łagodne tematy i komentowali pierwsze wrażenia z wyprawy. Starali się zapomnieć o pracy i wzajemnych niesnaskach. Pierwszy poszedł spać Chris, kiedy Robert obudził go ze snu, w którym się pogrążył z głową opartą na ramieniu.

Na następny dzień wstali o świcie i wyruszyli dalej. Tym razem ojciec cały czas pilnował Chrisa i szedł za nim albo tuż obok niego, przy czym pilnował Roberta i przywoływał go nieustannie, by go nie zgubić. Szli częściowo przez las, częściowo żlebami, czasem śnieg był gęsty i mokry i można było po nim chodzić jak po chodniku, a czasem nogi zapadały im się w niego po uda i te odcinki były najcięższe.

W ciągu tych dwóch pierwszych dni ustalili, że ogólnego porządku pilnuje ojciec i decyduje o wszystkim, Robert idzie pierwszy i sprawdza szlak, a Chris stara się iść za nimi tak, by do zmierzchu zdążyli do następnego punktu na trasie. W czasie podróży Robert szedł daleko przed nimi, a ojciec nie opuszczał Chrisa ani na krok.

–Dawaj Chris, dasz radę. – mówił ojciec

–Jeszcze czego – zipał Chris – Zaraz tu padnę na zawał.

–Zawał to ja ci zaraz zafunduję, ale czekolady w schronisku, jak dojdziesz tam sam.

–Nie dojdę; będziesz musiał mnie nieść na plecach... albo na plecaku raczej.

–Jak ci dziabnę kijkiem w tyłek, to będziesz popierniczał przed siebie jak motorówka. Dalej!

Ale Chris nie dal rady iść dalej, tylko usiadł w śniegu i śmiał się głośno i do rozpuku, a ojciec po chwili siedział obok niego i śmiał się razem z nim aż do łez. Robert tylko stał w oddali i czekał na nich, ale w końcu krzyknął:

–Ej! Idziecie, czy nie?! Zaraz słońce będzie się zniżać.

–Dalej Chris, będzie dobrze.

–Przyrzekasz?

–Przyrzekam; będzie dobrze.

Chris wstał i powoli dalej ruszył przed siebie, a ojciec za nim. Chris zauważył, że od kilku dni ojciec zmienił ton i wyraz twarzy. Kiedy widzieli go w firmie po raz pierwszy, to był zupełnie inny człowiek: twardy, nieprzejednany, okrutny i uwodzicielski zarazem. Teraz miał wrażenie, że idzie z nimi trener, nauczyciel i prawdziwy ojciec, który kieruje wyprawą, mając pod ręką obu swoich synów, na których może polegać.

Wtedy zaczął się zastanawiać, czy faktycznie samodzielnie nie zaprzepaścił tych ośmiu lat, uciekając od niego, zamiast poddać się mu i jego nauce. Ojciec wyraźnie dalej chciał go uczyć, a Chris coraz bardziej skłaniał się ku myśli, że być może jednak mu się podda. Ale czy ojciec będzie chciał skorzystać z jego doświadczenia? Czy też znowu zacznie się rządzić tak, że Chris znowu nie będzie miał nic do powiedzenia? Nie potrafił na to odpowiedzieć.

Wyprawa trwała dalej, a więź między ojcem a synami odradzała się i przybierała na sile. Widział to nawet u Roberta, który przestał rozmawiać na błahe tematy i zaczął z ojcem rozmawiać o zarządzaniu, o firmie i wyraźnie radził się ojca w pewnych sprawach, o których obaj wiedzieli wszystko, a o których Chris nie miał pojęcia. Pozwalał im wtedy rozmawiać we dwójkę, przysłuchując się tylko. Ojciec rozmawiał z Robertem poważnie, a Robert poważnie słuchał. Kiedy skończyli, Chris dołączał się do rozmowy i znów było wesoło.

Atmosfera, jaka nagle nagle zapanowała między całą trójką, nagle wymknęła się spod kontroli i wszyscy wyluzowali się całkowicie. Już nikt się nie ograniczał w tematach, komentarzach ani przyzwyczajeniach. Podczas kolejnych dni Chris nabrał trochę wprawy i nie zwracał już uwagi na ból mięśni, a Robert zwolnił tempo i nie uciekał już tak bardzo na przód jak podczas pierwszych dni.

W końcu doszli do celu, którym był samotnie stojący drewniany dom, otoczony z trzech stron wysokim lasem. Do najbliższej wioski było stąd dwa kilometry prostą drogą w dół. Dom był podłączony do prądu i telefonu, a na lodówce leżała ulotka ze sklepiku z miasteczka poniżej, do którego, zgodnie z treścią, można było zadzwonić i zamówić wybrane produkty i czekać na dostawę. Oczywiście wszystko po horrendalnie wysokich cenach, ale Robert ani ojciec nie dbali już o to.

Kiedy już się zadomowili i zadbali wspólnie o ocieplenie izby oraz ciepłe jedzenie dostarczone ze sklepiku na dole, zapanowała nagła cisza i powaga. Chris i Robert podczas wyprawy całkowicie zapomnieli się i zmienili stosunek do ojca o sto osiemdziesiąt stopni. Zaufali mu i widzieli, że on też ufa im. A teraz, kiedy wiedzieli, co nastąpi jutro, poczuli olbrzymie wyrzuty sumienia.

Rozmawiali o tym podczas rąbania drzewa na dworze, zanim się jeszcze zupełnie ściemniło. Chris rąbał drzewo, a Robert je zbierał.

–Cholera i co my teraz zrobimy? – spytał Chris

–Nic, będziemy musieli dokończyć to, co zaczęliśmy.

–Ale nie szkoda ci tego, co już się między nami wytworzyło? Jest fajnie; jest pięknie i nie chcę tego niszczyć.

–Pamiętaj, co mówił ci Daniel.

–Mam... no dobra pamiętam, co mi mówił, ale czy ty nie widzisz, że on tym razem naprawdę się stara z nami współpracować?

–Widzę to. Zresztą sam wpadłem w to po uszy i postanowiłem mu dać jeszcze jedną szansę. Ale mamy konkretne zadanie do wykonania i nie możemy o tym zapominać.

–A może... może pogadamy z nim dziś tak szczerze.

–Konkretnie o czym?

–No o tym, że chcielibyśmy mu dać szansę, tylko na specjalnych warunkach.

–Ale na jakich warunkach?

–No, że nie będzie z nami sobie pogrywał, tylko uczciwie załatwiał sprawy; że nie będzie mógł nami więcej manipulować ani traktować nas jak głupków; że będzie traktował kobiety poważnie, a nie jak...

–Nie wymagaj za dużo Chris, co do kobiet to przegrana sprawa.

–No może i masz rację; ale przynajmniej się go o to zapytam. Poza tym, chciałbym, żeby się z nami częściej kontaktował. Słuchaj, ja podczas tamtej pierwszej kolacji naprawdę poczułem się, jakbyśmy wszyscy byli jednym i tym samym ciałem, rozumiesz? Jedną rodziną; trzech facetów z tego samego rodu, którzy lubią to samo i czują się dobrze i swobodnie w swoim towarzystwie. I nie chcę tego niszczyć.

–A czy ty myślisz, że ja tego nie poczułem? Mi też było fantastycznie; od ośmiu lat to było moje marzenie; wszyscy troje, wreszcie razem... do momentu, kiedy nie dowiedziałem się od Summer, co on jej zrobił. Nie wiem, co takiego ty robiłeś będąc dziwką, ale na takie bestialstwa chyba nigdy byś sobie nie pozwolił.

–Wiesz, różnie bywało, czasem i nawet trzeba było się odważyć na ból i upokorzenie, ale przypalanie papierosem albo wsadzanie kija od szczotki w odbyt....

–Proszę cię, przestań, bo niedobrze mi się robi.

–Nie, na takie rzeczy nie pozwalałem sobie nigdy. Zresztą moje ciało to moje narzędzie pracy i musiałem o nie dbać. Chodź Robert, pogadamy z nim dzisiaj szczerze i wyłóżmy mu wszystko.

–Dobra, chcę to zrobić. Chcę pogadać z nim szczerze. A teraz pakuj resztę szczap na ręce i idziemy do środka.

Chłopcy wzięli drewno na ramiona i poszli z nim do domu. Położyli szczapy pod piecem; Robert od razu wrzucił parę drew do ognia, zamknął drzwiczki i zdjął kurtkę, tak jak Chris. Ojciec siedział przy stole i układał pasjansa z papierosem w zębach. Obaj usiedli wygodnie na krzesłach naprzeciw niego i milczeli. Ojciec zobaczył, że wpatrują się w niego intensywnie, jakby chcieli mu coś powiedzieć.

–No, widzę, że zanosi się na poważną rozmowę. – powiedział nie przestając układać kart

–Tak, tato, chcieliśmy z tobą poważnie pogadać.

Ojciec położył karty na stole, oparł się na krześle i wypuścił dym z ust.

–Słucham.

–Chcę skorzystać z tego, że jesteśmy tutaj sami, we trójkę i wyjaśnić wszystko, co między nami zaszło od samego początku.

–Najwyższa pora; i miejsce też świetnie dobrane.

–Kiedy wyszedłem z domu, nie szukałeś mnie. Pozwoliłeś mi, żebym był sam. Dlaczego?

–Oj Chris, wiesz dlaczego.

–Chcę to usłyszeć od ciebie.

–Chciałem ci po prostu dopiec. Chciałem, żebyś powłóczył się parę dni po ulicach, zobaczył, jak ciężko się tam żyje i byłem na sto procent pewien, że wrócisz do domu.

–No dobra, a jak zobaczyłeś, że daję sobie radę, to dlaczego nie ściągnąłeś mnie do domu siłą? Przecież to w twoim stylu; przynajmniej wtedy.

–Właśnie, ja też chciałbym wiedzieć. – dodał Robert

–Powodów było parę. Po pierwsze, wciąż cierpliwie czekałem; poza tym miałem Roberta na uwadze i zacząłem już myśleć nad jego edukacją; chciałem sprawdzić, czy to wypali. No i okazało się wkrótce, że nie tylko wypaliło, ale Robert pruł do przodu jak strzała. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, bo miał zaledwie trzynaście lat, a już pojmował więcej, niż ja w jego wieku, choć ja sam też wcześnie zacząłem kręcić biznes.

–Ale nie na taką skalę – dodał Robert

–Tym bardziej byłem mile zaskoczony. I po dwóch latach nauki bez skrupułów przekazałem ci władzę. Miałeś wszystko, co ci było potrzebne; musiałeś sobie to wszystko tylko poukładać tak, jak sam chciałeś.

–A co ze mną? Przestałem cię obchodzić? – spytał Chris

–Nie... – ojciec milczał chwilę, zastanawiając się, co powiedzieć – kiedy wyszedłeś, zacząłem uczyć Roberta, żeby przekazać mu firmę, bo szkoda mi było mojej roboty. Firma była dobrze zorganizowana, działała znakomicie i przynosiła mnóstwo zysku. No i wtedy też postanowiłem pójść dalej i spróbować przygody z partią. Pomyślałem, że być może mi wyjdzie pomysł, jaki już miałem w zanadrzu. Ale pomysł wpadł mi do głowy jak jeszcze ty byłeś w domu.

–Ten ze sprzedażą broni.

–Tak, chciałem sprzedawać broń każdemu, kto czuł się zagrożony. Ale wracając do tematu; pomyślałem, że zostawię firmę tobie, żebyś się miał z czego utrzymać, a Roberta chciałem wysłać na szkolenie do znajomych z agencji reklamowej i spokojnie zajmę się karierą w partii. Ale ty pokrzyżowałeś mi szyki i uciekłeś z domu. Potem jednocześnie szkoliłem Roberta, prowadziłem dalej firmę i zajmowałem się partią. Rąk mi nie starczało do tego wszystkiego, nie mówiąc o głowie. Czułem się zmęczony i wypluty... Robert, przecież wiesz, jak było, znasz tę historię.

–To prawda. – Robert kiwnął głową – Pamiętam, też, że chodziłeś strasznie wkurzony na cały świat i wtedy zacząłem się ciebie bać.

–Tak, przyznaję, że byłem coraz bardziej wściekły, bo wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli, a tego strasznie nie lubię, jak wiecie. No i jeszcze dowiedzieliśmy się od znajomych, że widzieli cię na ulicy w bardzo nieprzyzwoitej sytuacji z innym mężczyzną... i od tej mama zaczęła naciskać, żebym cię ściągnął do domu. I tak to wszystko trwało, dopóki nie wytrzymałem i popchnąłem ją. – spuścił na chwilę wzrok na moment – Nie chciałem jej zrobić krzywdy. Chciałem ją tylko złapać za głowę i przyciągnąć do siebie jej twarz, żeby wreszcie mnie usłyszała, jak mówię „zamknij się.” Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że w gniewie będę miał tyle siły. Kiedy ochłonąłem i zobaczyłem, że się nie podnosi, że jest nieprzytomna... nastraszyłem się sam siebie; że w ogóle potrafiłem coś takiego zrobić. Oczywiście Robert natychmiast wezwał pogotowie, bo ja byłem w takim szoku, że nie zdołałbym tego zrobić. Znienawidziłem siebie za to. Od tej pory myślałem już o sobie jak o potworze, którym z pewnością dla was byłem nawet wcześniej. Nie mogłem żyć jako potwór z wami i waszą mamą. Było mi głupio i wstyd i czułem się koszmarnie z tym. I dlatego postanowiłem was zostawić; żebyście więcej nie musieli patrzeć na potwora. No i nadszedł czas, że do mojego pokoju w hotelu przyszedł list wzywający mnie na rozprawę. Byłem oskarżony o pobicie i spowodowanie kalectwa. Poprosiłem o ugodę i dostałem zakaz zbliżania się do rodziny. Wtedy to było na rękę i mi i wam. I tak zostało.

–Ok, Chris dał ci się we znaki, miałeś za dużo na głowie i jeszcze matka zaczęła cię wkurzać, mogę to wszystko zrozumieć.– powiedział Robert – Ale co z dziewczynami? Co ci strzeliło do głowy, żeby je tak traktować?

–Po tym co się stało w domu, baliście się zbliżać do mnie. A ja bałem się zbliżać do was, bo nie byłem pewien, czy to się nie powtórzy i cały czas widziałem siebie, jak łapię Rosalindę za głowę, żeby przestała wreszcie nawijać. To się wciąż powtarzało; od nowa i od nowa wciąż to samo. I powoli zacząłem wierzyć, że naprawdę jestem potworem i że nie mogę podejść do żadnej kobiety inaczej jak tylko poprzez przemoc. Nie pytaj, dlaczego tak pomyślałem; to sobie wtedy ubzdurałem i od tamtej pory coś we mnie pękło. Uświadomiłem sobie, że przez własną głupotę straciłem synów, żonę i dom. Mieszkałem w hotelu, byłem sam, firma była w twoich, jeszcze za młodych rękach, żebyś mógł sobie z nią poradzić sam, Chris włóczył się gdzieś po mieście i żebrał o pieniądze na ulicy, moja własna żona bała się mnie... po prostu wszystko szlag trafił. Siedziałem i dołowałem się. Ale nie piłem, bo nie mogłem; przecież codziennie musiałem uczęszczać na te cholerne zebrania. Zbierałem się więc w sobie i pracowałem dla partii. Wtedy też porozmawiałem tak szczerze z Karlem i poprosiłem go, żeby coś dla ciebie zrobił, – zwrócił się do Chrisa – bo nie mogłem dalej patrzeć, jak się poniżasz. Obiecał, że przemyśli sprawę i jak na coś wpadnie, to da mi znać. W końcu odważyłem się i przedstawiłem im swój pomysł. Dali mi szansę; kazali napisać cały plan i program. W kilka dni miałem wszystko gotowe i wystartowałem. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, a sprzedaż mocno powiększyła grono zwolenników partii i jej zyski, które wzrosły ponad dwukrotnie. Wreszcie ogarnęła mnie niesamowita radość, bo wszyscy nagle zaczęli mnie doceniać. Ściskali ręce i gratulowali, każdy chciał się dowiedzieć, jak na to wpadłem... było pięknie… a władza uderzyła mi do głowy. Nie życzę ci tego Robert. Wtedy naprawdę przestajesz panować nad tym, co się dzieje i popełniasz mnóstwo błędów, nawet jeśli tobie się wydaje, że wszystko idzie jak z płatka. Powiedz swojej narzeczonej, żeby ci dała w pysk, jeśli zobaczy, że przeginasz pałę.

–Na to akurat nie będzie narzekał. – rzucił Chris, a zimny popiół z papierosa wpadł mu za rękaw. Ojciec ocknął się w tej chwili, wytrzasnął popiół i zaproponował synom papierosy. Wszyscy wzięli po papierosie i zapalili, a ojciec ciągnął dalej.

–Mianowali mnie na stanowisko przewodniczącego; byłem wielki. Przynajmniej mi się przez jakiś czas tak wydawało. No dobra, przez długi czas; prawie do niedawna. Postanowiłem wtedy o siebie zadbać. Zacząłem regularnie uczęszczać do siłowni, lepiej się ubierać, uczęszczać do kosmetyczki i tak dalej... a wokół mnie zaczęły się kręcić kobiety. No i sami sobie to przedstawcie: myślałem o sobie jak o potworze, któremu udało się zrobić oszałamiającą karierę w partii, wyglądałem dość dobrze i jeszcze to wszystko przyciągało kobiety, a moja rodzina nie chciała mnie znać.

–Gotowy portret macho. – odparł Chris

–Właśnie, taki sam, jaki mam w swoim gabinecie. Dostałem go zresztą od znajomej malarki w prezencie. – wzruszył ramionami – Podobał mi się, więc go powiesiłem. Niech widzą, że ze mnie narcyz i egoista, a co. Tak naprawdę przez wiele lat ten portret był moim wzorem, jeśli chodzi o to, jak widzą mnie kobiety i zawsze się z nim porównywałem; czy krawat leży dobrze, czy mam dobrze dobraną koszulę, czy nie muszę już iść do kosmetyczki, żeby poprawić brwi, – Chris i Robert parsknęli śmiechem – wy się śmiejecie, ale w zarządzie partii to normalne. Wszyscy członkowie zarządu dbają o siebie i mają swoich specjalistów od wyglądu.

–Ty też? – spytał Robert

–Tak, ja też, zresztą jestem jednym z nich. – westchnął – No dobra, idę dalej. Kobiety same zaczęły mi wpadać w ręce, a zarządzanie moim kawałkiem biura w partii szło znakomicie. Miałem pod sobą z setkę ludzi i mój program przynosił olbrzymie zyski i coraz wyższe notowania partii w kraju. Ludzie zaczęli nam być wdzięczni za niskie podatki i wysokie pensje, a przez moje łóżko przetaczał się nieustanny wianek kobiet... ale nie zapomniałem o potworze. W szaleństwie tego, co się działo, przyszedł mi do głowy pomysł, żeby sprawdzić, na ile kobiety pozwolą sobie w łóżku ze mną; co ich zniechęci do spania ze mną, do obcowania z potworem... – pociągnął papierosa i długo milczał z zamkniętym oczyma – Nie zdajesz sobie sprawy, Chris, ile kobiety potrafią ścierpieć i ile upokorzenia znieść dla dobrego seksu. – patrzył wprost na syna

–Myślę, że mam w tym trochę doświadczenia.

–Nie jesteś w stanie, Chris. – pokręcił głową – Jeździłem po nich jak po łysych kobyłach, plułem, wyzywałem, robiłem im krzywdę, biłem, poniżałem je w każdy możliwy sposób... – znów pokręcił głową w milczeniu – na wszystko mi pozwalały i prosiły o więcej. Z czasem moje wyczyny stały się sławne w zarządzie partii i dołączyli do mnie moi koledzy. Dopiero wtedy zacząłem tracić nad sobą kontrolę na serio i przeniosłem to na swoich pracowników. Zacząłem się nad nimi również znęcać, traktować ich jak pomiotło; z tego prostego powodu, że byłem tak pewny siebie i robiłem na wszystkich takie wrażenie, że nikt nie był w stanie mi się sprzeciwić.

–Myślałeś, że złapałeś pana Boga za nogi. – skomentował Robert

–Ja myślałem, że jestem Bogiem. Nikt mi nie powiedział złego słowa, robiłem, co chciałem, jak rozpieszczony dzieciak bez zasad, bez ograniczeń, bez niczego... dopiero potem przyszły kłopoty i opamiętanie się, ale było za późno. Przychodziło coraz więcej skarg na pobicia, okaleczenia, na froncie zaczęło się gotować od przemocy, wschód zaczął nam deptać po piętach, a ludzie, którzy dotychczas z nami pracowali, zaczęli nagle znikać.

–A więc byłeś świadomy tego, co spowodowałeś.

Ojciec wypuścił dym i kiwał głową.

–Tak, o wszystkim się dowiedziałem, ale było już za późno. Moi koledzy z partii poznali mnie, polubili, cenią sobie bardzo mój udział w partii i nie pozwolili mi dotychczas upaść, bo jestem dla nich kurą znoszącą złote jaja. Teraz, kiedy zaczyna opadać kurz po tym szale, jaki wznieciłem, wszystko do mnie dociera. Zaczął do mnie niedawno docierać ogrom strat, jakie spowodowałem swoim zachowaniem i wszystko zostawiłem; zamknąłem się i obserwuję. I widzę coraz więcej. I nie jestem z tego zadowolony. I zaczynam się bać.

–To dobrze, bo masz czego. – usłyszeli znajomy, mocny głos za sobą i wszyscy się odwrócili. Za nimi w drzwiach stała Barbara, a za nią David i Karl z karabinami w rękach.

28. Czyściec

–Brać go. – rozkazała, a chłopcy natychmiast wstali. David i Karl podeszli do ojca, który nie protestował i dał się spokojnie związać i zakneblować.

–Wiedzieliście, że przyjdą. – stwierdził, zanim go zakneblowano – Chris potwierdził nic nie mówiąc – Specjalnie mnie tu ściągnęliście, żeby mnie dostali.

–Przepraszam tato. – szepnął smutno Chris

–Nic się nie przejmuj. Dobrze zrobiłeś, zasłużyłem na taki los. – to były jego ostatnie słowa przed włożeniem mu do ust kawałka szmaty.

–Bierzcie go do wozu. – kazała Barbara

–Zaraz, gdzie z nim jedziecie? – spytał Chris

–Nie twoja sprawa.

–Myślałem, że wszystko załatwimy na miejscu.

–Zmiana planów dziewczynko, ruszajcie. – zwróciła się do obu mężczyzn; Chris jednak zagrodził im drogę – Co, stawiasz się? – Barbara uderzyła go mocno w podbrzusze; Chris pisnął z bólu i skulił się – Ruszać! – mężczyźni posłusznie ruszyli z miejsca wraz ze związanym ojcem

–Zostaw go! On ci nic nie zrobił! – protestował Robert – Nie będziesz tak traktować mojego brata! – krzyknął Robert i zamierzył się, by ją uderzyć, ale wtedy usłyszał szczęk odbezpieczanych karabinów

–No, spróbuj; spróbuj, a Chris będzie zbierał twoje flaki do plecaka, żeby cię donieść do trumny. – Robert opuścił pięść – Idziemy. – powiedziała ostatecznie i wyszła z Davidem i Karlem.

Robert podniósł Chrisa z podłogi i obaj wyszli na ganek. Było spokojnie i żadnego wiatru, ale obaj skulili się z zimna. Na dworze David i Karl szybko pakowali ojca do bagażnika.

–To nasz ojciec! Mamy prawo wiedzieć, gdzie z nim jedziecie! – krzyczał Robert

–Bujaj się! Teraz jest nasz!

–Jak go zabijecie, to zgłoszę to na policję!

W odpowiedzi usłyszał głośny śmiech

–I oskarżą trzech ludzi, którzy nie istnieją?

–Tak nie będzie Barbaro; – powiedział przyduszonym głosem Chris – Nie tak się umawialiśmy.

Kiedy wóz miał ruszyć, Chris wyskoczył przed maskę, a Karl w ostatniej chwili zahamował, żeby go nie przejechać. W wysokim śniegu wyżłobiony był korytarz, którym przyjechali tu we trójkę, a reszta przykryta była ponad metrowym śniegiem, więc nie mieli innej alternatywy, jak przejechać Chrisa. Barbara jednak wychyliła się zza szyby.

–Spadaj stąd, bo cię rozjadę!

–No dalej! Taka jesteś odważna? Jedź! Nie boję się ciebie! – silnik warknął, a Chris, który miał maskę wysokiego jeepa tuż przed głową, zacisnął powieki ale wóz nadal stał w miejscu – Nigdzie go nie zabierzesz beze mnie! Albo mnie rozjedziesz, albo jadę razem z wami! – zapanowało milczenie. – Nie puszczę go samego!

–Wpakuj go do bagażnika. – powiedziała cicho Barbara; z wozu wyskoczył David z liną.

–Robert, czekaj tu na miejscu! – krzyknął Chris, a Robert tylko otarł łzy i kiwnął głową – Co się z tobą stało? – spytał Davida Chris – Co Angelika na to wszystko? Ona chociaż o tym wie? – David w milczeniu związał Chrisa, poprowadził go na tył samochodu i otworzył bagażnik.

Kiedy ojciec zorientował się, że Chris jest związany i zakneblowany i ma jechać z nim, próbował protestować, ale po chwili Chris wylądował obok niego, a wieko się zamknęło. Ojciec wyrzęził przez knebel swoje niezadowolenie i ruszyli przed siebie. Jechali długo, a oni obijali się o ciasne ściany bagażnika i dusili się z braku powietrza. Wreszcie, z duchoty, która zapanowała wokół nich, Chris przysnął.

Obudziło go zimne powietrze, jakie dostało się do bagażnika, kiedy ktoś go otworzył. To była Barbara.

–Wyciągać ich.

To Chrisa zdziwiło; komenderowała dwoma facetami jak wojskowy dowódca. „Gdzie ich poczucie godności?” – spytał się siebie w myślach. Ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bowiem już po chwili schodził, prowadzony za ramiona schodami w dół jakiejś drewnianej chaty. Ojciec był prowadzony tuż za nim. Upadli na podłogę ciemnej, zimnej piwnicy. Pozostali weszli i zamknięto drzwi. Po chwili zabłysło światło małej, ciemnożółtej żarówki. Piwnica była pusta za wyjątkiem jednego krzesła. Chris przekręcił się na brzuch i podciągając kolana, usiadł. W tym czasie ojca posadzono na krześle, przywiązano do niego dodatkowym linami i odwiązano mu usta.

–Po jakie licho za mną lazłeś! – zawołał, kiedy nabrał powietrza

Chris, wciąż zakneblowany, nie mógł nic odpowiedzieć. Ktoś podciągnął go pod ścianę. Po chwili zauważył, że w pomieszczeniu jest więcej osób, ubranych w czarne stroje i maski, które usługiwały całej trójce. W końcu, kiedy oparł się plecami o ścianę, zdjęto z niego knebel.

–Nie zostawię cię tym razem.

–To moja wina! Jak cię zabiją, to nie wybaczę sobie tego do końca życia!

Natychmiast przypomniał mu się Daniel.

–Nie obwiniaj się tato, to moja decyzja.

–Cisza. – z ciemności dobiegł ich głos Barbary – Tak, to jego decyzja. Jeśli chce, będzie patrzył jak powoli umierasz.

–Nie!

–Zamknij się; powoli i w bólach.

–Nie możesz go zabić! Nie teraz, jak go wreszcie odzyskałem! – darł się Chris

–Proszę proszę, nagle zależy ci na tatusiu. Zapomniałeś już, ile życia napsuł ci ten łajdak?

–On się zmienił, zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Daj mu jeszcze jedną szansę.

–Musi odpokutować za swoje grzechy. I dobrze się składa, że tutaj jesteś, bo ty też masz dużo za pazuchą.

–Ja? A co ja takiego zrobiłem?

–Nie pamiętasz już krzesełek? Ani książek?

–Jak tak stawiasz sprawę, to ty też nie jesteś święta. Ile małżeństw rozbiłaś, żeby uzyskać nowych agentów, co?

–To były gwałty Chris! Zapominasz się!

–Ale godziłaś się na nie, wciąż i wciąż od nowa. Chyba jednak było ci dobrze... – nie dokończył, bo przewrócił się i poczuł pulsujący ból w szczęce od buta, którym go ktoś kopnął.

–Nie rób mu krzywdy, proszę cię. – spokojnie mówił ojciec z krzesła

–Stul pysk, bo ty też będziesz musiał iść do dentysty.

–Nie boję się ciebie. Możesz mnie poturbować, zabić, proszę bardzo. Ja i tak wiem, jaka jest prawda. – seplenił Chris, a ślina zmieszana z krwią kapała mu z ust.

–Nic nie wiesz, durny ośle. I siedź cicho, bo dostaniesz następnego kopa, ale tym razem już nie będę taka łagodna.

–Zostaw go, proszę cię. To do mnie masz żal, a nie do niego, rozumiem.

–Z tobą się jeszcze policzę, mam czas. Zapłacisz mi za te wszystkie stracone lata, za moją zbrukaną godność, za to, że zmusiłeś mnie do małżeństwa, którego nie chciałam; obaj mi za to zapłacicie!

–Rozumiem jak się czujesz...

–Nic nie rozumiesz! Czy ciebie chociaż raz w życiu ktoś zgwałcił? Nie! To ty gwałciłeś i poniżałeś! Byłeś jednym z tych skurwysynów, którzy mnie posuwali, kiedy ja błagałam o litość i o pomoc!

–To prawda tato? – spytał Chris z niedowierzaniem.

–Synu, mówiłem ci, że byłem potworem w ludzkim ciele.

–Ile razy ją miałeś?

–Siedemnaście. – odpowiedziała nadal pogrążona w ciemności – Liczyłam każdy jeden raz. I zapamiętałam.

–Ile jeszcze kobiet skrzywdził w ten sposób? – Chris czuł, jak żal i gniew go doganiają

–Całe mnóstwo. Nie wiem ile dokładnie.

Chris czuł, jak łzy cisną mu się do oczu.

–Jak mogłeś?

–Chris, ty też robiłeś takie rzeczy.

–Nie tato! Nigdy nikogo nie zgwałciłem! I nigdy nie spałem z żadną kobietą... z nikim wbrew jego albo jej woli! Ty odebrałeś jej to aż siedemnaście razy?!

–Co mogę teraz powiedzieć? Jeśli powiem, że bardzo żałuję, nic to nie zmieni. Ona i tak mnie zabije, tyle, że na oczach mojego syna.

–A ja ci wierzyłem, że chcesz się zmienić.

–Bo chcę się zmienić. Ale czuję się jak potępieniec, który nie ma szans na obronę.

–I bardzo dobrze się czujesz, bo za chwilę spotka cię zasłużona kara. – podeszła do krzesła i po chwili Chris zobaczył jak ojciec przewraca się wraz z krzesłem na podłogę.

Nogi w czarnych ciężkich butach otoczyły go z każdej strony i zaczęły kopać gdzie popadło: w głowę, w brzuch, plecy, w krocze a Chris siedział w swoim kącie, słuchał krzyków i rozpaczał; częściowo z powodu tego, co przydarzyło się Barbarze, a częściowo z powodu piekła, które w tej chwili przeżywał ojciec na jego oczach. Ale nagle wpadła mu do głowy pewna myśl.

–Czy byłaś przywiązana do łóżka? – przekrzykiwał cały tumult – Czy byłaś przywiązana, albo przykuta do łóżka?

Kopnięcia ustały i słychać było tylko jęki, plucie i przyspieszony oddech rannego ojca. Barbara kazała wszystkim wyjść i czekać, dopóki ich nie zawoła

–Co ci przyszło znowu do głowy? – spytała

–Czy kiedy on cię gwałcił, byłaś przywiązana, albo przykuta do łóżka?

–Tak, za każdym razem to robił.

–Czy byłaś przykuta na stałe, czy tylko wtedy, kiedy to robił?

–A co za różnica?

–Odpowiadaj.

–Porywał mnie i przykuwał od nowa. Nie byłam w stanie się bronić, czy ty tego nie rozumiesz?

–Nie wierzę, Barbaro. Siedziałem w tym może tylko dwa lata, ale swoje wiem. Nie można się dać zgwałcić siedemnaście razy, będąc za każdym odpinaną od łóżka. Gdybyś była przypięta na stałe, to co innego, ale ty mogłaś uciec, mogłaś się bronić, albo coś wymyślić, albo chociaż wołać o pomoc; Marthę ktoś tylko próbował zgwałcić i mu się na szczęście nie udało, ale i tak nauczyła się paru chwytów i jest zabezpieczona na wszelki wypadek od tamtej pory. A jeśli ty dałaś mu się wziąć aż siedemnaście razy i to bez żadnej obrony i bez żadnej walki, to... to znaczy, że to była twoja wina... albo twoja chęć. Ty po prostu tego chciałaś... – następny kopniak wylądował na jego twarzy; zanim się pozbierał, minęło trochę czasu.

–Zniszczę cię Chris. – wysapała

–Proszę bardzo, możesz mnie zniszczyć. – rzęził – Nie zależy mi na życiu. Zresztą i tak się niczego nie dorobiłem i nic nie mam. Ale nie oszukasz mnie, za dużo widziałem; mam swoje zdanie i nie będę się bał go powiedzieć.

–Upajał mnie za każdym razem, rozumiesz? Albo podrzucał tabletki, tak, że nie wiedziałam, co robię.

–Wiem, jak działają tabletki. Przy jej użyciu nie pamięta się twarzy ani tożsamości gwałciciela. Zmyślasz, ale nie wiem, dlaczego.

–Czy ty nie rozumiesz, że ten bydlak zrobił mi to siedemnaście razy?!

Chris przypomniał sobie w tym momencie istotną rzecz.

–Jeśli zrobił ci to siedemnaście razy, to powiedz, jakie ma oczy?

–Co mnie obchodzi, jakie ma oczy? Nie patrzyłam w jego oczy, kiedy to robił!

–Rozumiem, ale jeśli robił to siedemnaście razy, to chociaż raz musiałaś na niego spojrzeć. Powiedz, czy coś zauważyłaś. Czy coś było nie tak.

–Nie wiem! Nie obchodzi mnie to!

–A więc nie potrafisz powiedzieć, jakie miał oczy, tak?

–Nie męcz mnie! Byłam pijana! Za każdym razem upita w sztok!

–Dlaczego kręcisz? Raz twierdzisz, że to były tabletki, a za innym razem, że cały czas byłaś pijana. Zdecyduj się. A poza tym, jeśli nie potrafisz powiedzieć, jakie ojciec ma oczy, i nie chodzi mi o ich kolor, to znaczy, że ci nic nie zrobił, a ty tłuczesz niewinną osobę.

–Dobra, poddaję się. Twój ojciec osobiście tego nie zrobił. Ale i tak go zatłukę jak psa.

–Jeśli to zrobisz, to postaram się zrobić wszystko, żeby cię wpakować za kratki.

–Najpierw będziesz musiał przeżyć. A tu cię raczej nikt nie usłyszy, jak będziesz umierał.

–To masz już dwie osoby na koncie.

–Guzik mnie to obchodzi, ja już nie mam życia i wam je też zabiorę.

–Jak już mamy umrzeć, to przynajmniej daj nam się wygadać przed śmiercią, ok? Osiem lat nie rozmawialiśmy, to przynajmniej dziś chcemy sobie wszystko wyjaśnić.

–Barbaro, nie każ Chrisa za moje winy; moi synowie to wszystko co mam. – zawołał ojciec z płaczem – Proszę bardzo, możesz zabić mnie, jeśli ci to ulży, ale zostaw Chrisa.

Barbara chodziła w ciszy jak tygrys po klatce, tam i z powrotem; słychać było jej kroki odbijające się echem od ścian.

–Siedemnaście razy! Liczyłam każdą jedną świnię, która wchodziła we mnie! – wołała – A on tylko siedział obok, patrzył i palił!

Natychmiast przypomniał mu się Daniel: „Darłem się jak zarzynana świnia, a mój ojciec siedział obok i palił papierosa za papierosem. Znienawidziłem go wtedy na śmierć.”

–Rozumiem, że go nienawidzisz i nie możesz mu wybaczyć. Jest dla ciebie potworem.

–A dla ciebie nie jest?!

Kiedyś Chris stwierdził, że jego ojciec jest tylko człowiekiem, ale w tej chwili sam w to wątpił. Po chwili znów usłyszał Daniela: „A czy ty swojemu wybaczyłeś, że popchnął cię w stronę Barbary, żeby cię wyciągnąć z moich ramion i z tego rynsztoku, w którym tkwiłeś?” Czy jest mu to w stanie wybaczyć? Owszem ona sama się z nim związała dla świętego spokoju, ale Chris przecież sam się zdecydował na to, żeby być z nią. I nikt go nie nakłaniał do tego, żeby się z nią ożenić. „Nawet, jeśli się rozstaniecie, to na bank będziecie przyjaciółmi, gwarantuję wam to” – przeleciało mu przez głowę zdanie wypowiedziane przez ojca. Ojciec wiedział, czego poszukuje Chris, dlatego związał go akurat z nią. W jej ramionach przecież znalazł to, czego szukał – „szarość, normalność, zwyczajność”.

W czasie, kiedy Chris myślał, poza nim toczyła się nadal rozmowa:

–Wiem, jestem potworem. Byłem nim przez całe życie i nie naprawię już tego, co zniszczyłem. Nie naprawię już swojej rodziny ani naszych relacji, nie naprawię tego, co zrobiłem z krajem; nie naprawię już tego, co się stało z tobą i z innymi, chociaż żałuję tego.

–Zaprzepaściłeś taką wspaniałą ideę niesienia pomocy innym w potrzebie. – zawołała nagle Barbara

–Straciłem kompletnie kontrolę nad sobą i nad tym, co się wokół mnie działo. Nikt mnie nie zatrzymał, żeby mi przypomnieć, kim jestem i po co tu właściwie jestem; wszyscy się mnie bali i ulegali mojej woli, a ja pozwalałem sobie na coraz więcej. Nikt nie zwrócił mi w porę uwagi, zanim zaczęło się dziać źle.

–Ludzie ci ufali, wierzyli, że wiesz, dokąd idziesz i szli za tobą krok w krok!

–To bardzo źle. W końcu wylądowałem w ślepym zaułku, a wszyscy pozostali razem ze mną.

–Poza tym, nikt nie był w stanie ci się sprzeciwić. Wszyscy bali się konsekwencji. Czy ty wiesz, ilu ludzi, którzy chcieli ci się sprzeciwić dostało „tylne krzesła” i zostało straconych?

–O to właśnie chodzi. Kiedy sam odkryłem Chrisa i to, co robił, przeraziłem się. Zacząłem przeglądać dokumenty i wyszło na to, że to on wysyłał tych ludzi na śmierć.

–On nie wiedział, co robi.

–Wiem i wierzę w to, bo Chris nie byłby w stanie skrzywdzić muchy, a co dopiero wysłać ludzi na śmierć. A potem przeglądałem je dalej i skóra mi cierpła na plecach za każdym razem, kiedy je czytałem. Odkryłem nagle, że pozostali członkowie partii robili jeszcze gorsze rzeczy za moim, nieświadomym pośrednictwem.

–Karl chciał ci to jakoś przekazać.

–Nawet jeśli chciał, to on wie, że nie miał na to szans; pilnowali nas na każdym kroku, ale dopiero teraz to wiem. Zrozumiałem, że jestem tylko lalką w ich rękach; twarzą partii i głównym idolem tłumów, a oni objęli władzę poza moimi plecami i sterowali partią jak chcieli na mój koszt, bo to moja twarz jest na przodzie wszystkiego. To moja wina, że na to pozwoliłem.

–Ale ty też nie jesteś bez winy, Barbaro. – powiedział Chris

–Co?

–Tak. Ilu facetów zostało zmuszonych do porzucenia swoich żon przez ciebie? – pytał, mając na myśli słowa portiera z hotelu – Ile żon skończyło jak Angelika i David, tylko dlatego, że z nimi współpracowałaś?

–Za to czekała mnie śmierć! A ja chciałam przeżyć! No i mieli w rękach moich rodziców! Co oni zrobiliby beze mnie?

–Wszyscy jesteśmy winni. Ojciec dlatego, że pozwolił sobie na utratę kontroli, którą zawsze nad wszystkim trzymał, ty, bo czerpałaś przyjemność z upokarzania innych facetów i rozbijania ich małżeństw, zamiast ich ostrzec przed tym, co się miało z nimi stać... a najbardziej winny jestem ja, bo do tego wszystkiego doprowadziłem.

–O czym ty znowu mówisz?

–Wszystko się zaczęło od mojej ucieczki. Zawsze chciałem żyć normalnie. A w naszym domu nigdy nie było normalnie. Zawsze było tak, jak ty chciałeś. – zwrócił się do ojca – Nie liczyłeś się nigdy z naszym zdaniem. Dlatego zwiałem. Zawsze o wszystkim decydowałeś tylko ty i nikt inny. A jak już mogłeś całkowicie robić, co chciałeś, to się nagle okazało, że straciłeś kontrolę nie tylko nad sobą, ale i nad wszystkim dookoła.

–Zawsze robiłem to, co chciałem, to prawda; ale i wy obaj macie to po mnie; ty i Robert. Idziecie i szliście swoimi drogami; to jest w naszej krwi.

–Hm, coś w tym jest. Robert zakochał się w swojej firmie i poszedł tą drogą; a ja myślałem, że może na ulicy wśród ludzi znajdę to, czego szukałem. Ale tam okazało się, że, jak to mówi Daniel, każdy ma hopla na jakimś punkcie, a świat wcale nie jest bardziej normalny niż nasz dom. I jedyne, co mogłem zrobić w tej sytuacji, to zaakceptować ten fakt i spróbować z tym żyć. Dobrze mi było z Danielem, ale i tak gdzieś w środku czułem, że to nie to, czego chcę i chciałem się z tego wydostać. To nie było to, czego szukałem.

Ale w końcu znalazłem to. Znalazłem to w twoim ramionach. – mówił do Barbary – Nawet nie wiesz, jak tęsknię za naszymi niemymi spojrzeniami w barze, kiedy całymi godzinami milczeliśmy, bo nie musieliśmy nic mówić. Znalazłem to w restauracji, kiedy spotkaliśmy się razem z tobą i Robertem, tato i tu na szlaku, kiedy podtrzymywałeś mnie, bo już nie miałem siły, żeby iść dalej samemu i kiedy mogliśmy wreszcie pogadać normalnie, jak rodzina. Nawet Robert przestał się na ciebie boczyć. Nie tęsknisz do tego, żeby tak już zostało? Żeby znowu było normalnie? – mówił w powstałej ciszy Chris

–Tak, ja też się wtedy poczułem normalnie; dokładnie tak jak mówisz. Wreszcie miałem was koło siebie i czułem się świetnie w waszym towarzystwie; już wiedziałem, jak z wami rozmawiać. Ale... niestety, przeszłość będzie mnie gonić cały czas. Teraz jest już za późno, żeby cokolwiek zrobić. Machina się kręci i nic jej nie powstrzyma.

–Żałuję teraz, że w ogóle uciekłem. Może, gdybym nie uciekał, to nie stałoby się tyle złych rzeczy? Jemma miała rację; spieprzyłem sprawę. Gdybym został w domu, to już dawno byłbym dobrym przedsiębiorcą i miałbym całą rodzinę w komplecie. Robert byłby normalnym nastolatkiem i słuchał rocka w glanach, ty i mama bylibyście razem, a ja miałbym całą firmę dla siebie i nie żebrałbym na ulicy. A może jednak da się coś zrobić? Cholera, chcę, żeby to trwało dalej; nie chcę tracić tego, co dopiero co odzyskałem.

–Wierzę, że żałujesz. Ale teraz ja nie żałuję, że cię wypuściłem. Mówisz, że nic złego nie stałoby się, gdybym cię powstrzymał, gdybyś nie uciekł. Nie możesz tego wiedzieć. Ja już planowałem was wtedy zostawić; wtedy, gdy chciałem, żebyś się ode mnie uczył. Kto wie, czy tak samo nie zrobiłbym krzywdy mamie, gdyby mnie próbowała powstrzymać przed odejściem; może tak samo straciłbym głowę, jak niedawno; wszystko to stałoby się nawet, gdybyś był przy nas. Ale przeciwstawiłeś mi się; ty jeden ze wszystkich i to było nasze błogosławieństwo, teraz to widzę.

–Dlaczego akurat błogosławieństwo?

–Bo gdyby nie ty, to umierałbym tutaj w samotności i zapomnieniu, bo ty troszczyłbyś się o firmę, a nie o mnie, Robert miałby mnie gdzieś, a wasza mama już dawno zapomniałaby o mnie. Byłbym sam jak palec. A tak przynajmniej mam ciebie, bo ze wszystkich tylko ty jeden spróbowałeś mi powiedzieć, że nie tędy droga; że moja droga prowadzi gdzie indziej. – ojciec westchnął – Szkoda tylko, że odkryłem to tak późno. Powiedziałem już wszystko. Teraz możesz mnie dobić. – powiedział do Barbary.

–Czyli żałujesz tego, co zrobiłeś? – spytała

–Tak, ale teraz to już niczego nie zmieni. Wszyscy mnie nienawidzą i nie wybaczą mi. Ja sam nie mogę wybaczyć sobie tego, że pozwoliłem na to, co się stało.

–A na co byłbyś gotów, żeby to zmienić?

–Mógłbym zrobić wszystko, co trzeba; teraz mi już wszystko jedno. Na razie zrobię wszystkim ogromną przysługę, jak stad odejdę i mnie nie będzie. Rób, co masz zrobić.

–Ja o tym decyduję. Byłbyś gotowy przyznać się do błędów, jakie popełniłeś?

–A co to da?

–Odpowiedz.

–Tak, chciałbym powiedzieć ludziom prawdę. Że zachowałem się jak palant i pozwoliłem, żeby to wszystko się stało.

–Czy byłbyś w stanie wskazać tych, którzy głównie przyczynili się do przeinaczenia tego, co chciałeś zrobić? Nawet za cenę utraty władzy?

–Do czego ty zmierzasz?

–Odpowiedz.

–Tak, mógłbym wskazać; wiem, kto to zrobił. I tak, mogę się zrzec władzy; nie zasługuję na to, żeby być na szczycie.

–Zasługujesz, ale teraz już wiesz, że na samym szczycie każdemu może zabraknąć tlenu i zaczyna żyć iluzją, prawda? – ojciec nie odpowiedział i wpatrywał się bacznie w nią – A w obliczu bałaganu, jakiego się narobiło, lepiej jest dać nogę albo popełnić samobójstwo, czy zacząć wszystko sprzątać i układać od nowa?

–Trzeba kiedyś wyprać ten łach i wyprasować, tato.

–Dobrze mówisz, Chris, ale do ciebie zaraz dojdę.

–O czym wy mówicie?

–Zaraz się przekonasz. A więc pytam cię ostatecznie; czy jesteś gotowy na to, żeby przyznać się do błędu i zacząć po sobie sprzątać? Czy chcesz, żeby ułatwiła ci zadanie i cię zabiła, zanim ludzie to zrobią?

–Jeżeli mogę dostać taką szansę, to chciałbym zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby naprawić to, co zrobiłem.

–W porządku; a teraz ty Chris. Na co jesteś gotowy, żeby utrzymać to, co właśnie odzyskałeś?

–Na wszystko, co nie jest sprzeczne z prawem ani ludzką godnością. Nie chcę już nikogo skrzywdzić. Chcę, żeby każdy mógł pozwolić sobie na normalne życie.

–Nie wszyscy chcą normalnego życia. – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy

Chris przypomniał sobie teraz słowa Marthy: „Czuła się do bólu normalna i chciała wychynąć z tej normalności chociaż na kilka chwil, poczuć, jak to jest, być szaloną.”

–Chciałbym, żeby wszyscy mogli ułożyć sobie takie życie, jakiego chcą i sprawdzić, czy to im odpowiada. – mówił i również patrzył jej w oczy – Chcę, żeby ludzie nauczyli się zwracać uwagę na człowieka obok, kochać go i tolerować jego szaleństwa tak, jak własne; żeby nauczyli się współpracować i wybaczać sobie nawzajem, bo to jedyna droga, żebyśmy wszyscy mogli iść na przód, nie zostawiając po drodze nikogo, kto mógłby nas wszystkich potem przewrócić.

–Chciałbyś to wszystko zrealizować? – Barbara opuściła wzrok

–Chciałbym osiągnąć wreszcie normalność. Ulica dała mi wszystko poza tym jednym. Tam też byłem lalką, tak jak ojciec. Mam dość bycia lalką, chcę być wreszcie normalnym facetem. – popatrzył na Barbarę – I chciałbym nim być dla ciebie. – odwróciła się i wolno szła w stronę ściany.

–Czy chciałbyś dołączyć do ojca i pomóc mu w sprzątaniu jego bałaganu?

To było najdziwniejsze pytanie, jakie usłyszał, bo właśnie nad tym zastanawiał się podczas wyprawy. „Czyżby ona wiedziała, o czym mówiliśmy?”

–O czym ty mówisz?

–Odpowiedz.

–Tak, jeśli to możliwe, chciałbym; ale boję się, że ojciec znowu nie będzie chciał nikogo słuchać, a ja... – to była ta sama sytuacja, jaka miała miejsce między Robertem a Roksaną na początku – a ja będę musiał znowu zwiać. – „od czego jest kompromis, baranie?”, mówiła w jego głowie Roksana

–Tak, rozumiem, że się tego boisz. – powiedział niespodziewanie ojciec – To już leży niestety w naszej naturze. Ale skoro raz mi się sprzeciwiłeś, to przecież mógłbyś to zrobić jeszcze raz. Ale nie rozumiem, po co ta cała dyskusja...

–A więc moglibyście pracować razem nad sobą wzajemnie i nad sytuacją w kraju? – przerwała mu Barbara – No, mówcie.

–Ja jestem za, a co ty na to? – zapytał Chris ojca

–Jeśli byłoby to tylko możliwe; ale już za późno.

–Nigdy nie jest za późno. – usłyszeli znajomy głos z końca ciemnego korytarza.

Po chwili zabłysło jasne światło i okazało się, że piwnica jest dłuższa niż przypuszczali. Z drugiego, dalekiego końca szedł w ich stronę Damian, a za nim Daniel, David, Karl, Robert, Angelika, Jemma, Judith, Martha, Roksana i Rosalinda i wszyscy oklaskiwali ich. Żołnierze natychmiast zdjęli maski, z uśmiechem podnieśli ich obu i rozwiązali.

–Co... Co to wszystko ma znaczyć?! – wołał zszokowany Chris – Co tu się dzieje? Tato, co to jest?

–Nie... nie mam pojęcia Chris – wzruszył ramionami i rozglądnął się dookoła, zaniepokojony – tak samo zdębiałem jak ty.

–To był tylko spektakl. – powiedział Damian, kiedy do nich podszedł – Pogadaliście sobie we dwójkę i przy okazji poczuliście, co to znaczy mieć nad kimś władzę absolutną. – popatrzył wyraźnie na ojca – Pomysłodawcą i reżyserem tego wszystkiego jest, jak zwykle zresztą, niezawodny Karl. Daniel, który zgodził się być dowódcą patroli z biednych dzielnic naszego miasta, zatrudnił swoich braci z policji przy planowaniu porwania i torturowaniu. Wiedzieli co zrobić żeby trochę wami wstrząsnęło, ale żebyście nie odnieśli większych uszkodzeń. Barbara jest naszym nowym dowódcą do przeprowadzania akcji policyjnych i wojskowych i zgodziła się na przeprowadzenie was przez to wszystko, a i dla niej samej, jestem tego pewien, było to wyzwalające.

–To prawda. Przepraszam, że tak pana skopałam, ale było mi to potrzebne. Bardzo. – zwróciła się do ojca.

–Rozumiem i nie żywię urazy.

–Ale nas wykołowaliście! – zawołał Chris – I to wszystko tak na niby?

–Nie, to nie jest na niby. Obaj zgodziliście się na to, żeby dalej sprawować rządy i pilnować jeden drugiego, żeby nie przekroczyć tej cienkiej granicy między sprawowaniem prawdziwej władzy a totalitaryzmem. Teraz już wiecie, że obaj jesteście sobie potrzebni. Kiedyś Chris, ty obejmiesz władzę po ojcu.

–Ale ja... ja nie chcę rządzić.

–Nie będziesz rządził.

–Jeśli nie będę rządził to... to co będę robił?

–To co robiłeś do tej pory; będziesz służył. – Chrisowi zapaliła się w oczach iskierka zrozumienia – Prawdziwa władza nie polega na rządzeniu, tylko na służbie drugiemu człowiekowi, żeby, jak się wyraziłeś, każdy mógł sobie poukładać życie tak jak tego chce. A więc zgadzasz się?

–Jeśli ojciec mi pomoże, to tak.

–Jak najbardziej; chcę zrobić porządek z tym, co się ostatnio wydarzyło.

–Przepraszam, że cię tak surowo potraktowaliśmy. – powiedział Damian do ojca – Chcieliśmy ci uzmysłowić, że twoja idea jest słuszna i wielu ludzi ją pochwala, ale popełniłeś ten błąd, że pozwoliłeś, by inni kontrolowali wszystko za ciebie i to cię zgubiło. Poza tym, twoje ego tak się rozrosło, że nie docierały do ciebie już żadne argumenty, a ludzie cierpieli i musieliśmy trochę ukrócić ci władzy. No i jednocześnie sam przekonałeś swojego syna, że powinien jednak wykorzystać tę wiedzę, którą nabył podczas tych ośmiu lat rozłąki.

–Ale ja nic nie wiem.

–Chris, rozmawiałem z bardzo wieloma ludźmi, którzy cię pamiętają z ulicy i wszyscy twierdzą, że powinieneś zająć jakieś stanowisko, gdzie mógłbyś stać na straży ich praw i pilnować tych, przez których moglibyśmy się wszyscy przewrócić, jak powiedziałeś. Znasz dobrze sytuację ulicy; lepiej niż ktokolwiek inny; będziesz wiedział jak przemówić do tych ludzi, co jest dla nich najważniejsze no i mają do ciebie szacunek.

–Nie marudź już, tylko weź się w garść i bierz tę robotę. – powiedziała Jemma i wszyscy ze śmiechem jej przyklasnęli

–Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym wyjaśnić. Chris, twój udział w tym wszystkim nie był planowany. Mieliście obaj zostać w chacie, ale byliśmy przygotowani i na tę ewentualność.

–A Robert wiedział o tym?

–Nie, powiedzieli mi o wszystkim, jak cię zabrali z ojcem w tym bagażniku. Tak przerażony jeszcze w życiu nie byłem. Myślałem, że was obu już nie zobaczę. Ale wyjaśnili mi wszystko, zabrali mnie samochodem do pozostałych i jestem.

–Chris, jak zwykle musi wsadzić swoje pięć groszy do wszystkiego. – skomentowała Judith.

–Nie tylko pięć. – odpowiedział ojciec – Mój syn jest o wiele więcej wart, chociaż sam o tym nie wie. – załzawionymi oczami popatrzył na wszystkich zebranych i kiwnął do Roberta i Rosalindy – Chodźcie tu, wszyscy, Rosa ty też. – wszyscy w milczeniu i ze wzruszeniem patrzyli, jak cała rodzina przytula się do siebie roniąc łzy – Dziękuję wam wszystkim. – mówił zapłakany ojciec – Dzięki wam odzyskałem nie tylko siebie, ale ich wszystkich. A myślałem, że już ich na zawsze straciłem. Mam do was prośbę. Do was wszystkich, jak tu jesteście. Jeśli jeszcze raz kiedykolwiek zobaczycie, że krzywdzę kogoś, albo że przeginam z dyktaturą, dajcie mi po mordzie.

–U mnie ma pan to jak w banku. – odezwała się Barbara i znowu wszyscy się cicho roześmiali.

W tym momencie Chris zapomniał się i objął plecy Barbary, żeby ją przygarnąć do rodziny.

–Chris! Ty mnie dotykasz!

–No i co z tego? – W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na jej zdumienie i nagłe łzy, ale zaraz zorientował się, o co chodzi – Faktycznie, wygląda na to, że ci już to nie przeszkadza. – Teraz on oderwał się od wszystkich, złapał ją w pasie, przyciągnął do siebie i pocałował mocno i gorąco, a wszyscy po raz trzeci zaczęli bić brawo – Kocham cię i nie chcę cię zostawiać.

–Chcę być z tobą. Kocham cię, Chris.

–No proszę, widocznie to była terapia nie tylko dla ciebie – Damian zwrócił się do ojca – ale i dla niej także. Cieszę się Barbaro, że wreszcie będzie mogła normalnie żyć.

–Cokolwiek to dla ciebie oznacza. – dodał Chris, na co Barbara uśmiechnęła się przez łzy i jeszcze raz przytuliła się do Chrisa.

–Chodźcie, zapraszam wszystkich na ucztę. – powiedziała Rosa – Ciebie też Jeff. – zwróciła się do ojca.

Epilog

Chris i Barbara zostali razem i powtórzyli wesele, tym razem z udziałem wszystkich, nie pominąwszy nikogo, na kim im obojgu zależało. Chris uczy się zarządzać partią pod czujnym okiem ojca i pilnuje, by zarządzenia wydawane przez partię miały na względzie dobro najuboższych i najbardziej bezbronnych. Barbara pracuje w siłach specjalnych i przeprowadza akcje mające na celu schwytanie i aresztowanie groźnych przestępców. Oboje założyli darmowy teatr dla najuboższych i raz w miesiącu wspólnie z przyjaciółmi z poprzedniego teatru wystawiają w nim klasyczne sztuki.

Robert nadal prowadzi firmę razem z Roksaną. Uzupełniają się i pilnują wzajemnie, by nie wciągnąć się zbytnio w jej tryby. Kontaktują się z Summer i zapraszają ją często do siebie razem z jej córeczką, bardzo podobną do Geoffrego, zarówno w zachowaniu jak i w wyglądzie. Na polecenie Roberta, Geoffrey przyznał się do jej ojcostwa i płaci jej alimenty.

Daniel przekazał prowadzenie hotelu Marcie, ale nadal ją w tym wspiera i doradza. Sam, na prośbę Damiana i za namową braci, przeszedł specjalistyczne szkolenie i został dowódcą partoli najuboższych dzielnic miasta. Między innymi pilnuje porządku, przegania stręczycieli, aresztuje przestępców na gorącym uczynku i likwiduje nielegalny biznes oraz handel narkotykami i żywym towarem. Pogodził się także z ojcem i przebaczył mu, tak samo jak wszyscy jego bracia.

Zaakceptował fakt, że Philip, w porozumieniu z Marthą, przeprowadził się razem z Weroniką i podjął pracę w firmie Roberta, jako jeden z poszukiwaczy atrakcyjnych ofert kupna. Obawy Philipa co do wykluczenia go przez zespół rozwiały się, kiedy Robert poprosił go, żeby odważnie przedstawił, kim jest – pracownicy zaakceptowali ten fakt, co wręcz związało go z zespołem jeszcze mocniej. Wkrótce potem Robert poinformował Daniela, że Philip bardzo dobrze dogaduje się z Cloe i że zaprosił ją już parokrotnie na spotkanie.

Jemma, tak jak domyślił się tego na początku Chris, została zatrudniona przy sprzątaniu głównie w gabinecie Adama. Ale już wkrótce posprzątała mu nie tylko w pokoju, ale i w głowie i nauczyła układać wszystko tak, że wkrótce sam zaczął ją poprawiać, a potem oświadczył się przy wszystkich w biurze. Przyjęła oświadczyny i przedstawiła Adama rodzinie. Założyła firmę sprzątającą, a Robert poleca ją każdemu partnerowi.

David przeprosił rodziców za wszystkie troski, jakich im przysporzył, a oni pogodzili się z nim. Zgodził się jednak, na prośbę Karla pozostać w partii i pisze artykuły do partyjnej gazety. Współpracuje też z innymi gazetami. Angelika jest nadal kelnerką w hotelu i tam najczęściej przebywa, a David jest z nią niemal cały czas, podobnie jak Martha. Judith nadal pracuje jako recepcjonistka w hotelu. Nadal jest sama, ale także bardzo często kontaktuje się Davidem i Angeliką.

Rosalinda, Geoffrey i Damian przeprowadzili we trójkę poważną rozmowę. Damian chciał zwrócić Rosę jej prawowitemu mężowi, ale Geoffrey nie chciał o tym słyszeć. Stwierdził, że nie zasługuje na jej miłość i nie chciał im przeszkadzać. Jednak kiedy dostał mocny policzek od Rosalindy, już wiedział, że nie popuści mu tak łatwo i zgodził się z nią zostać. Rosalinda przeprosiła Damiana i zerwała z nim zaręczyny, co zrozumiał i na co zgodził się bez dalszych próśb. Cieszył się szczerze, że małżonkowie się wreszcie pogodzili.

Rosa i Geoffrey postanowili wybrać się w ponowną podróż poślubną, a Rosa wydała z tej okazji ponowną uroczystą kolację, na którą zaprosiła wszystkich swoich przyjaciół oraz przyjaciół Roberta i Chrisa. Nie mogli się tylko oboje zdecydować, gdzie pojechać, więc podczas kolacji wszyscy wspólnie zadecydowali za nich, że pojadą w podróż po Europie i jej wszystkich najważniejszych miastach.

Damian, na prośbę Daniela, postanowił za wszelką cenę znaleźć jego nauczyciela literatury brytyjskiej. Po wielu długich wysiłkach znalazł go w jednym z wielu przytułków dla ubogich. Daniel i Chris postanowili pójść do niego wspólnie, kiedy się o nim dowiedzieli.

Daniel z trudem rozpoznał postarzałego o dodatkowe dziesięć lat mężczyznę, ale Chris poznał go z łatwością – to był nikt inny, jak jego „człowiek od zegarka”, o którym później opowiedział Danielowi. Mimo jego protestów, wzięli go pod wspólną opiekę, na którą w końcu się zgodził. W jego wypadku oznacza to, że pilnują, by nikt go nie skrzywdził i by zawsze był najedzony, czysty i miał gdzie się wyspać.

Z czasem nauczyciel przyzwyczaił się do Daniela i Chrisa. Zobaczył, że Daniel naprawdę się go nie wstydzi i nie ma mu za złe tego, co z nim zrobił w dzieciństwie, a jeszcze jest mu a to wdzięczny i znów zaczęli obaj czytać różne książki, poezje i dyskutować na rozmaite tematy, a Chris się często dołącza. Odmówił jednak Danielowi i Chrisowi nauki ich synów, co zrozumieli w pełni i nie wracali już do sprawy.

***

Był późny wieczór, a widownia teatru była już wypełniona. Na sali siedzieli głównie ludzie ubodzy i bezdomni, ale w swoich najlepszych ubraniach; poza nimi w ciasną grupkę zbiła się młodzież, która chciała skorzystać z darmowego przedstawienia i ciepłego posiłku, ale nie wiedziała, jaki rodzaj widowni będzie im towarzyszył.

Wszędzie rozstawione były odświeżacze powietrza, jednak specyficzny zapach niemytego ciała roznosił się po całej sali i powodował, że młodzi ludzie zatykali nosy. Poza tym, ubodzy ludzie przynieśli ze sobą termosy kawy i herbaty oraz reklamówki pełne kanapek i dostali jeszcze mnóstwo darmowych, pieczonych kurczaków, które właśnie konsumowali, a ich zapachy mieszały się z zapachem kawy, herbaty i smrodu ciał. Ludzie byli w świetnych nastrojach, siedzieli swobodnie rozparci w fotelach, czasem z nogami na nich, rozmawiali, śmiali się i nikt nie zwracał uwagi na fakt, że przedstawienie opóźnia się już o dobre parę minut.

Kurtyna była lekko rozsunięta, a na deskach sceny widać było prawie nagiego Chrisa, w kąpielówkach i stroju ze sztucznych palmowych liści. Był cały brązowy od mazidła, a w ręku trzymał gruby plik kartek. Wokół niego wesoło podskakiwała Weronika w podobnym przebraniu.

–Nie pogub liści, bo zaraz wychodzimy na scenę, dobra?

–Spokojnie, wiem, co mam robić, wujku.

–To to ja wiem, ale jak cię mama zobaczy na scenie w samych majtkach, to da mi wałkiem po głowie.

–Nie będzie aż tak źle – Martha weszła zza kulis – Cześć, pączuszku – przywitała się całusem z córką

–Mamo, nie całuj mnie, będziesz cała brudna.

–To się powycieram. Cześć. – podeszła do Chrisa i pocałowała go w policzek –A gdzie Daniel? – spytał Chris

–Szuka miejsca na parkingu; zaraz tu będzie. Jak, tam, tekst opanowany?

–Od miesiąca ćwiczymy go codziennie, to jak ma być nieopanowany?

–Chris, mam wyjść przed atakiem wulkanu, czy po? – spytała Judith, która dopiero co wyszła z garderoby, również cała brązowa w czarnej peruce i w wianku z liści na biodrach.

Chris poszperał w scenariuszu i po chwili odpowiedział

–Po; wybuch wulkanu to symbol przemian, jakie się dzieją...

–Dobra, nie musisz mi tego tłumaczyć i tak tego nie rozumiem. – powiedziała znów odchodząc

–Ona nie robi tego specjalnie. – powiedział do Marthy, która patrzyła na odchodzącą

–Wiem – westchnęła i powiedziała cicho – Daniel będzie znowu musiał się wziąć za robotę.

–Hm, a może ja bym tym razem spróbował? Dawno tego nie robiłem.

–Czego nie robiłeś? – wydyszał zasapany Robert

–Cześć, nic takiego; dobrze, że w końcu jesteś.

–Cześć, w ostatniej chwili zdążyłem, potworne są dzisiaj korki.

–Wiem, sami ledwo zdążyliśmy. – poparła go Martha

–Roksana też jest z tobą?

–Tak, parkuje samochód.

–Przecież ona jest w zaawansowanej ciąży. – powiedziała Martha

–Uparła się; że nie jest niepełnosprawna i tak dalej. Nie miałem czasu, żeby się z nią kłócić.

–Dobra, właź do garderoby i wskakuj w ciuchy.

–To kim mam być?

–Barbarzyńcą.

–Ok, to na razie. – Robert wyszedł

–A gdzie twoi rodzice? Mieli już tu być. – spytała Martha

–Pewnie dziś się wszyscy pospóźniają. Ale to nic, zaczniemy później; im się chyba nigdzie nie spieszy. – popatrzył na rozgadaną i rozsmakowaną w kurczakach i przyniesionych specjałach widownię

–Chris! Ile jeszcze mamy tu tak siedzieć?! – padło pytanie z widowni

–Przepraszam, ale dzisiaj są na ulicach korki i aktorzy się spóźnią! – odkrzyknął do widza

–Jak ci tu źle, to idź sobie stąd! – zawołał w odpowiedzi inny widz do poprzedniego, a Chris natychmiast rozpoznał Steviego, który machnął do niego ręką. Obok niego siedziała uśmiechnięta Deborah i również machnęła

–Dzięki! – zawołał z uśmiechem Chris i odmachnął do nich

W tej chwili weszli rodzice i Daniel

–Cześć Chris – powiedział ojciec – Chciałem jechać autobusem, żeby było szybciej, ale mama się uparła, żeby jechać samochodem i...

–Dobra, nie ma sprawy. Im tu jest ciepło i miło i nigdzie im się nie spieszy. Kostium niedźwiedzia czeka w garderobie.

–Dobra, idę. – odwrócił się i zaczął iść w stronę garderoby

–Zaczekaj, pomogę ci, ty mój niedźwiedziu. – zawołała za nim Rosa

–Sam sobie poradzę. – mówił ojciec odchodząc, ale matka szła za nim

–Wszystko gotowe? – spytał Daniel

–Tak, czekamy jeszcze na Jemmę, Adama, Angelikę i Davida. – odparł Chris

–Angelika i David są z nami, przyjechali ze mną bezpośrednio z hotelu. Zaraz tu będą.

–To dobrze; a Adam i Jemma?

–Tutaj! – usłyszeli głos Jemmy z daleka – Sorki Chris, ale złapaliśmy się w straszny korek!

–Nie wy pierwsi! A jak tak Adam Junior? – pogłaskał ją po dużym brzuchu, kiedy podeszła.

–W porządku. Tato nie może się doczekać, kiedy zobaczy wnuka.

–To tak jak nasz. – usłyszeli głos Roksany z tyłu – Cześć – przywitała się pocałunkiem ze wszystkimi – Zobaczyłam was na dole i chciałam was dogonić, ale mi uciekliście do windy.

–Zabraniam ci ganiać w twoim stanie. – zganił ją żartobliwie Chris

–Mój lekarz też tak mówi. – machnęła ręką – Summer też tu będzie za chwilę, dzwoniłam do niej, spóźni się trochę, korki… – „wiemy”, jęknęli wszyscy – Jedzie do nas taksówką z córką.

–O, jest moja ulubiona, nieposłuszna synowa. – wszyscy odwrócili się, żeby z uśmiechami na twarzach obserwować Geoffreya w kostiumie niedźwiedzia ze sztucznego futra. Za nim szła uśmiechnięta Rosa razem z Robertem. Kiedy Geoffrey zobaczył Weronikę, podniósł do góry łapy i zaryczał, ale dziewczynka uśmiechnęła się tylko, podbiegła i przytuliła się do sztucznego futra, a Geoffrey zaśmiał się i przytulił ją wielkimi łapami.

–Hm, w ogóle się nie boi. – zauważyła cicho Roksana

–A wręcz ją ciągnie go gęstego futra i wielkiego ciała; przewiduję, że będziecie mieli w przyszłości kłopoty. – dostał kuksaniec od Daniela w bok – I to duże. – dokończył

W tym momencie wpadł Phillip z Cloe

–Cześć, gdzie jest... – zaczął, ale nie dokończył, kiedy zobaczył Weronikę, wtulającą się w Geoffreya przebranego w kostium – Aha, rozumiem, kolejna randka z niedźwiedziem.

–I ty też? – spytał go zdziwiony Daniel

–Co? Przecież to jasne, że ma krew po mamie, nie?

–Co to miało znaczyć? – zdziwiła się Martha

–Nie udawaj takiego niewiniątka, widziałem, jak na niego patrzysz. Ty i Roksana.

Obie zaczerwieniły się

–Dobra, nie męcz ich Philip, ty też nie jesteś ze szkła. – zganiła go Cloe

Philip już nic nie powiedział

–No, to chyba już wszyscy. Hej! Chodźcie tu! Musimy jeszcze raz omówić role i całą sztukę.

–Chwila, jeszcze my. – zawołał David i wszedł z ciężarną Angeliką – Cześć wszystkim, mały przystanek po drodze mieliśmy, ale już wszystko w porządku.

–Świetnie; będzie Karl?

–Niestety, żałuje, ale nie może być. Sprawy służbowe.

–Rozumiem.

–A gdzie Barbara? – spytał Daniel

–No właśnie, tylko jej brakuje. – potwierdził Chris – Barbara! Gdzie ty się podziewasz? Już tu wszyscy są!

–Idę, już idę, musiałam zapalić najpierw, żeby się wyluzować. – była cała brązowa, jak Chris i też miała na sobie tylko bikini i wianek z palmowych liści

–To ty możesz palić w ciąży? – zdziwiła się Jemma

–Nie jestem jeszcze w ciąży. – powiedziała, a wszyscy mężczyźni spojrzeli ze zdziwieniem na Chrisa

–No co? Do roli musiała być płaska, nie? – podszedł do Barbary z tyłu i objął ją w pasie – Ale obiecuję to nadrobić jeszcze dzisiejszej nocy. – pocałował ją w szyję

–Jak ci pozwolę. – powiedziała do niego z uśmiechem, wszyscy się roześmiali, a Chris udawał żartobliwie załamanie

–Czekaj, muszę jeszcze coś załatwić. – powiedział Daniel, zszedł ze sceny i poszedł do ostatniego rzędu. Stał tam przy kimś dłuższy czas, a potem wrócił zasmucony.

–O co ci chodziło? – spytał go Chris

–Nauczyciel tu jest. Chciałem go ściągnąć tutaj do nas, ale odmówił. Mówi, że lepiej będzie, jak zostanie z tyłu. – mówił smutno

–I wcale nie dziwię mu się. – szeptał mu na ucho Chris – Przecież tu jest Weronika i to w samych majtkach, pomyślałeś o tym? – Daniel dopiero teraz wszystko zrozumiał

–Dobra, dzięki Chris, powiedz mi tylko, – mówił na głos, kiedy inni rozmawiali między sobą – dlaczego zdecydowałeś się przemieścić Weronikę z tej śniegowej krainy do tropikalnej dżungli?

–Po pierwsze, więcej nagości, proste; po drugie, zainspirowała mnie wasza Weronika, jak zobaczyłem, jak ładnie radzi sobie z hula-hoop; po trzecie, śnieg jest może i biały i czysty, ale nudny i zimny i nikt go nie lubi; po czwarte, Weronika jest szlachcianką ale o tym nie wie; żyje wśród dzikich ludów na wyspach hawajskich, czyli gdzieś, gdzie wszyscy mniej więcej kojarzą, gdzie to jest i zawsze to jest dzikie, czyli... no wszystko może się wydarzyć. A poza tym, jej bogata rodzina jest z dalekiej, śnieżnej i czystej jak lód Rosji, ale nie podoba się jej ich chłód. W trakcie sztuki dochodzi do wniosku, że wybiera jednak swoją ubogą, dziką rodzinę z dżungli, bo może i są brudni, dzicy i nieokrzesani, ale za to na końcu już wie że naprawdę ją kochają i nie chcą, żeby od nich odchodziła, a bez niej będą czuli, że ubył im jakiś istotny kawałek... czegoś. – ostanie zdanie mówił patrząc Danielowi prosto w oczy.

Daniel jeszcze chwilę patrzył mu w oczy, zanim bez słowa pocałował go w usta i szepnął

–Dzięki.

–Pobrudziłeś się. – cicho zwrócił mu uwagę Chris

–To nie ważne i tak jestem brudny. – powiedział z uśmiechem i wytarł usta.

–Jak my wszyscy.

–Jak my wszyscy.

Chris zebrał wszystkich aktorów, honorowi goście usiedli na fotelach z przodu, światła pociemniały, operator reflektora rzucił na scenę duży, pojedynczy snop światła i zaczęło się przedstawienie.

KONIEC

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania