Brum Butterfly: Zapach Ognia Rozdział 1: Zapach Ognia (Część 1/2)
Rozdział 1: Zapach Ognia Część 1
Pustynne miasteczko przypominało setki innych osad rozsianych na tym spalonym słońcem pustkowiu. Kilka zniszczonych, drewnianych budynków rzucało długie cienie na piaszczysty trakt: sklep z zabitymi dechami oknami, bank z kratami z surowego żelaza i zakład grabarza, z którego bez przerwy unosiła się duszna woń sosnowych desek. Na samym końcu stał on – obskurny saloon, zza którego nieszczelnych ścian dobiegała piskliwa muzyka.
Brum Butterfly pchnął ciężkie, wahadłowe drzwi, wzbijając butami oblepiający rzemienie kurz. W środku panował chłodny półmrok, a w powietrzu unosił się gęsty, gryzący w gardło smród taniego tytoniu, rozlanego bimbru i ludzkiego potu. Przy starym, rozstrojonym pianinie siedział elegancki mężczyzna w czarnym, nienagannym garniturze, który swym czystym krojem kompletnie nie pasował do tego brudnego, zakurzonego miejsca.
Młody kowboj, całkowicie ignorując drapieżne spojrzenia nielicznych gości, podszedł zdecydowanym krokiem prosto do drewnianej lady. Zawadiackim ruchem przesunął rondo kapelusza na kark, odsłaniając rozbiegane, pełne pewności siebie oczy, i skinął głową barmanowi.
– Kieliszek whisky – rzucił krótko, starając się nadać głosowi dorosły ton.
Barman, siwy mężczyzna z gęstymi, pożółkłymi od dymu wąsami, z nabożnym spokojem przecierał właśnie szklankę szorstką, brudną ściereczką. Jego twarz była siatką głębokich bruzd i blizn; widać było, że ten człowiek spędził na pustyni większość życia i widział zbyt wiele trupów, by byle chłystek mógł go nastraszyć. Zmierzył wzrokiem młodego przybysza, na ułamek sekundy zatrzymując wzrok na jego znoszonym kowbojskim stroju, po czym parsknął cicho pod nosem.
– Nie jesteś na to za młody, synu? – mruknął barman, odstawiając naczynie.
Brum uśmiechnął się hardo, a jego poranione palce bezwiednie zsunęły się niebezpiecznie blisko pasa, gdzie w skórzanych kaburach spoczywały dwa ciężkie rewolwery. Dokładnie w tym ułamku sekundy klamra jego pasa w kształcie płomienia gwałtownie, niepokojąco zaiskrzyła w pomarańczowym blasku gazowej lampy, wydzielając słaby, metaliczny zapach spalenizny.
– Chyba nie wiesz, kim jestem, stary człowieku – odpowiedział przeraźliwie cicho, starając się opanować drżenie dłoni.
W najciemniejszym kącie sali skrzypnęły nogi krzesła. Siedział tam jegomość w głęboko nasuniętym kapeluszu kowbojskim, jeansach i krwistoczerwonej koszuli, z której unosił się delikatny aromat starego tytoniu. Nieznajomy nie zamawiał nic do picia, zamiast tego z absolutnym, lodowatym spokojem przyglądał się Brumowi. U jego pasa, zamiast tradycyjnego pistoletu, lśniła metalowa pochwa, z której wystawała rękojeść długiego miecza.
Barman nawet nie drgnął. Uniósł tylko prawą, grubą brew i uraczył go lodowatym, zmęczonym spojrzeniem.
– Nie, synu. Nie znam cię – burknął chłodno. – Pierwszy raz w życiu widzę twoją gębę.
Młody rewolwerowiec przesunął palcami po skórzanym rondzie, dumny z efektu, jaki zaraz zamierzał wywołać w tym sennym lokalu.
– Jestem słynny Brum Butterfly – oznajmił, prostując kręgosłup przy drewnianej ladzie.
Stary barman spojrzał na niego sceptycznie, rzucił wilgotną ściereczkę pod zlew i oparł obie, sękate dłonie o wytarty blat, z którego unosił się zapach zwietrzałego bimbru.
– No, to chyba jednak nie jesteś aż tak sławny, skoro nikt na tym pustkowiu o tobie nie słyszał, chłopcze – podsumował sucho.
Atmosfera przy barze momentalnie zgęstniała. Przy stolikach zapadła głucha cisza. Ktoś odstawił szklankę z głośnym stukotem, ktoś inny wypuścił z ust powolny, gęsty kłąb dymu. Nawet rzępolenie pianina w tle jakby odrobinę przygasło, uderzając w uszy fałszywymi melodiami.
Tymczasem w najciemniejszym kącie sali facet w krwistoczerwonej koszuli zamarł. Jego wzrok zatrzymał się na brązowoczerwonym pasie Bruma, tuż przy ciężkich rękojeściach pistoletów. W oczach nieznajomego błysnęło nagłe zrozumienie, ale nie zdradził się z tym ani jednym gestem. Siedział w absolutnym milczeniu, schowany pod rondem kapelusza, podczas gdy jego palce mocniej zacisnęły się na pochwie miecza.
Zuchwały uśmiech zrzedł na twarzy Bruma, ustępując miejsca wściekłości.
– Nikt o mnie nie słyszał, tak? – mruknął pod nosem, a w jego szorstkim głosie dotkliwe rozczarowanie mieszało się z czystym gniewem.
Wyprostował się momentalnie.
– To w takim razie zaraz wszyscy w tym pierdolonym miasteczku dobrze mnie poznają!
Zanim barman czy ktokolwiek z siedzących w półmroku gości zdążył w ogóle zareagować, chłopak odskoczył szybkim krokiem od kontuaru. Jego dłonie wystrzeliły w stronę bioder. Z głośnym, metalicznym kliknięciem wyszarpnął z kabur swoje dwa rewolwery i uniósł je wysoko nad głowę. Unikalna broń natychmiast zareagowała na buzujące w żyłach nastolatka emocje – z luf zaczął sypać się gęsty rój iskier, klamra z symbolem płomienia rozbłysła żółtym światłem, a w saloonie momentalnie rozszedł się ostry, duszący zapach siarki i palonego prochu.
– Zaraz zrobi się tu gorąco! – wrzasnął Brum, celując z obu luf prosto przed siebie.
Sceptyczna mina barmana zniknęła w ułamku sekundy. Starzec zamarł bez ruchu, z twarzą bladą jak ściana, i kurczowo, aż do białości palców zacisnął ręce na brudnej ściereczce. Wszyscy goście zgromadzeni w dusznej sali saloonu skamienieli na swoich starych, spróchniałych krzesłach, wpatrując się w nastolatka z mieszaniną paraliżującego strachu i głębokiego niedowierzania.
Rzępolenie urwało się natychmiast. Pianista zdjął dłonie z klawiszy, a w saloonie zapadła tak ciężka cisza, że słychać było tylko urwany oddech Bruma. I cichy, złowrogi trzask iskier, które wciąż sypały się z luf jego spluw. Nikt w lokalu nawet nie drgnął.
Z najciemniejszego kąta sali dobiegło leniwe westchnienie. Mężczyzna w krwistoczerwonej koszuli uniósł głowę. Spod zakurzonego ronda błysnęły zimne oczy.
– Ochłoń, chłopcze – rzucił. Jego niski, matowy głos przeciął ciszę jak uderzenie bicza. – Bo zrobisz krzywdę sobie albo komuś innemu tymi odpustowymi zabawkami.
Brumem aż szarpnęło. Wściekły, odwrócił się na pięcie i wymierzył dymiące lufy prosto w mrok. Zapach siarki stał się dławiący. Nastolatek mrużył oczy, desperacko próbując dostrzec twarz nieznajomego. Te drwiące słowa trafiły prosto w jego chorą dumę.
– Skoro jesteś taki odważny, to stań ze mną do pojedynku, śmieciu! – wycedził. Palce, choć skóra już syczała od rozgrzanych magią rękojeści, zacisnęły się mocniej na broni.
Mężczyzna w czerwonej koszuli nie drgnął. Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu wisiał tylko smród spalonego tytoniu i metaliczny posmak strachu. W końcu z głębi cienia padło krótkie:
– Ze mną? – W tym jednym słowie kryła się lodowata pewność siebie. Krzesło zatrzeszczało cicho, gdy facet poprawił się na siedzisku. – Dobrze. Wyjdźmy. Na zewnątrz jest więcej przestrzeni na umieranie. W trakcie przemowy wstał i pomaszerował w stronę wahadłowych drzwi.
Gdy mijali się w dusznym półmroku, nieznajomy nawet na niego nie spojrzał. Przeszedł obok tak, jakby Brum był tylko śmieciem leżącym w pyle. Młody rewolwerowiec poczuł nagłe uderzenie krwi do głowy. Stawy mu zbielały, a zaklęty w rewolwerach ogień niemal parzył dłonie. Z trudem powstrzymał ochotę, by strzelić facetowi w plecy. Uniósł dumnie głowę i ruszył za nim w stronę oślepiającego słońca.
Komentarze (2)
TECHNIKALIA:
pchnął ciężkie, wahadłowe drzwi (przecinek do wywalenia)
Uniósł tylko prawą, grubą brew (przecinek do wywalenia)
oparł obie, sękate dłonie o wytarty blat (przecinek do wywalenia)
i kurczowo, aż do białości palców zacisnął ręce na brudnej ściereczce (przecinka brak - pomiędzy "palców zacisnął")
Daję pięć gwiazdek, bo mnie ubawiłeś - rzadkość ;)
Dziękuję i pozdrawiam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania