Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Być sobą

Jego mózg był jak włożony do blendera odpalonego w trybie turbo. Wszystko to przez bodźce odbierane zmysłami na skraju ekstazy. Vincent spalał się osiągając błogosławiony stan nirwany, zanurzenia w głębiny rozkoszy, sięgał skrzyni skarbów ukrytej na jej dnie. Po czym mieszał się z popiołem, by tylko ulepić się od nowa. Nowo narodzony mógłby połknąć świat niczym znienawidzony zielony groszek. Naubliżać czyjeś matce lub odtańczyć nagi moonwalk na masce radiowozu z skierowanymi do siedzących w nim policjantów dwoma środkowymi palcami. W końcu był sobą, w końcu był z kobietą marzeń. Krótko ścięte bursztynowe włosy, księżycowa cera, boskie krągłości, w które się wgryzał dziko, nie poznając samego siebie. Jednakże będąc bardzo dumnym z swojej wyzwolonej postaci.

 

Zanim jednak to się stało Vincent czuł się wiecznie małym chłopcem siedzącym w kącie, podpierającym ściany. Niezależnie czy był w pracy, w towarzystwie kolegów albo rodziny. Wcielał się w rolę przekonany o braku akceptacji otoczenia. Cierpiał na klaustrofobię we własnym umyśle. Pragnął być każdym, byle nie sobą. Z dnia na dzień zaniedbywał się coraz bardziej, nie odnajdywał motywacji by wstać z łóżka. Myśli o tym, że świat równie dobrze, a być może lepiej obszedł się bez niego zatruwały mu głowę podobnie do gęstego, smolistego smogu zaklejającego pęcherzyki płucne. Oddychał jedynie z biologicznego przymusu, z braku odwagi by zaprzestać.

 

Podczas jednej z wielu bezsennych nocy oglądając YouTuba natknął się na film coacha Cristiana zapewniającego, że z jego pomocą każdy zdoła zaakceptować siebie. Vincent po obejrzeniu pierwszego instrukcyjnego odcinka był sceptycznie do pomysłu skorzystania z usługi kosztującej sumę jego trzech pensji. Następnego dnia idąc na pół martwy na przystanek usłyszał slogan reklamowy nowopowstałego sklepu odzieżowego reklamowanego znanym piłkarzem. Aksamitny głos wydzierający się z tuby furgonetki zapewniał, że każdy powinien zawalczyć o siebie, a billboard Mcdonald's zachęcał do chwytania radości. Vincent po raz pierwszy poczuł smak nadziei. Kupił w ów sklepie strój, który miał mu w walce o siebie lepiej pomóc, po pracy zjadł w Mcdonald’s posiłek pomagający osiągnąć więcej według reklamy. Po tym wszystkim zapisał się na kurs coacha Cristiana. Ciągle uśmiechniętego się guru będącego synonimem szczęścia. Oprócz sesji z nim zalecił Vincentowi wizyty u swojego zaprzyjaźnionego psychoterapeuty gdyż wyczuł od Vincenta silnie negatywne wibracje. Do tego zachęcał go do zakupu książek pisanych własnym piórem o samorozwoju i wychodzenia z wewnętrznego więzienia. Po kilku latach ciągłego prania mózgu, sukcesywnego pokonywania kolejnych stopni na ściance wspinaczkowej ku zupełnego pokochania odbicia nękającego Vincenta w lustrze. Nie raz miał już tego dość, chciał to rzucić zrozpaczony.

 

Aż zdarzyła się dokładnie ta chwila, posiadł tą piękność instynktownie, nic go nie hamowało. Nieoczekiwana sposobność pojawiła się, gdy został po godzinach. Istniejące do tej pory mury odgradzające Vincenta od pełni bycia sobą runęły nie stawiając najmniejszego oporu. Jak pod naporem wojsk pancernych. W tym samym czasie z korytarza dobiegały kroki nocnego stróża Andrzeja. W swoim flegmatycznym zwyczaju robił obchód całego budynku. Liche wąsy upodabniające go do towarzysza Stalina nastroszyły się usłyszawszy jakieś hałasy w chłodni. Do szczytującego Vincenta nie dotarł dźwięk kluczy w drzwiach. Stróż stanął wryty w posadzkę, latka wypadła mu z drgającej dłoni. Zobaczył Vincenta rozświetlonego plamą światła z opuszczonymi do kostek spodniami, stojącego nad zwłokami biednej kobiety zmarłej po zatruciu gazem. Ich spojrzenia się skrzyżowały, Vincent nie stracił pewności siebie, rozgniewanym wzrokiem mierzył Andrzeja. Wściekły, że miał czelność mu przeszkodzić. Stróż zaś wpatrywał się tępo przed siebie, ruchy płyny ustrojowe w nim zmarzły.

Stali tak długo, w pewnym momencie stróż otrząsnął się z stuporu, ruszył w kierunku Vincenta, ten myśląc, że będzie chciał go siłą wywlec z kostnicy przybrał bojową postawę. Złapał szczotkę, wymierzył niczym szpadę w tęgiego Andrzeja. Milimetry od miotły padł na kolana, złożył ręce w geście modlitewnym.

-Dziękuję- szeptał

Andrzej również nie był na co dzień sobą, jednak zobaczywszy Vincenta przekonał się, że na próżno ulegał tyrani lęku. Rozpiął pasek i zaczął dobierać się do jeszcze rozgrzanego swoim nowym guru trupa. Wreszcie byli sobą.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Dekaos Dondi 7 miesięcy temu
    Vincent Vega↔No faktycznie wirus, skoro tak.
    Tekst o człowieku, który chce osiągnąć coś, za wszelką cenę,
    wyrwać się z siebie, z uwagi na przeszłość i brak akceptacji.
    Traci tożsamość i na końcu jest jak jest. Można też inaczej rozumieć. Dobrze opisane to całe "zakręcenie"
    Tak jakoś pierwsze skojarzenia.
    Obadaj:
    ''...albo rodziny, wcielał się...''
    ''...w lustrze, nie raz miał już tego dość...''
    Pozdrawiam:)↔5
  • Vincent Vega 7 miesięcy temu
    Dziękuję za bardzo ciekawy komentarz. Pozdrawiam :)
  • illibro 7 miesięcy temu
    No właśnie, ciekawe jakby wyglądał świat, jakby tak każdy zaczął realizować swoje najskrytsze fantazje i pragnienia?

    Dobry Twój tekst.
    Pozdro;)
  • Vincent Vega 7 miesięcy temu
    Dziękuję bardzo i pozdrawiam serdecznie:)
  • Monika Mara 7 miesięcy temu
    Dobry, szokujący tekst.
  • Vincent Vega 7 miesięcy temu
    Dziękuję bardzo za wizytę:)
  • Piotrek P. 1988 7 miesięcy temu
    Mocny, schizowy hardkor i oryginalny, przebojowy pomysł, 5, pozdrawiam :-)
  • Vincent Vega 7 miesięcy temu
    Dziękuję bardzo za przeczytanie :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania