Był późny wieczór
Był już późny wieczór. Dzieci dawno spały. Monika niepokoiła się. Nie mogła zasnąć. Leżała z zamkniętymi oczami. Czekała. Jarka nadal nie było. Nie wrócił, nie wiedziała w ogóle, gdzie jest. Uważnie nasłuchiwała tego co dzieje się na klatce.
Usłyszała dźwięczny trzask zamykanej z impetem windy.
Tak, to on, - energiczne, miarowe kroki. Głośne kroki. Nie sposób się pomylić. Każdy człowiek chodzi w specyficzny sposób. Każdego też po krokach można poznać. Każdego kogo się już dobrze zna. Każdego na kogo się długo czeka.
Wstała z łóżka i poszła otworzyć drzwi. Nie zapalała światła. Potem… Potem potoczyło się bardzo szybko. Nagle wbił ją w ścianę naprzeciwko. Uderzyła o nią głową. Ciosy spadały na twarz raz za razem. Pięści trafiały w szczękę, policzki. Coś przy tym gwałtownie mówił. Nagle wziął jej głowę w dwie ręce i tłukł nią o ścianę. Gdy przestał, stała nadal pod ścianą. Mówił coś do niej. Tyle, że nie rozumiała co mówił. Nie była w stanie. Jedyną myśl jaką miała, to taką, że bała się, iż dzieci się pobudziły i wszystko słyszały. Jarek był pijany. Nagle zostawił ją i potoczył się do dużego pokoju.
Monika położyła się na łóżku córki, lekko przytulia się do Kasi. Nie zapaliła światła. Bała się. Tak bardzo się bała… Nie rozumiała tej agresji. Bała się wstać, poruszyć głośniej. W panice myślała, że to mogłoby obudzić Jarka i koszmar by się powtórzył. Nie spała całą noc. O piątej rano wstała jak zwykle do pracy. W łazience próbowała się uczesać. Głowę miała pokrytą guzami. Czesanie sprawiało ból. Twarz w lustrze była dziwnie duża, nabrzmiała, szczęki były opuchnięte. Tak jakby miała kwadratową twarz.
Jak ja pójdę do pracy? – pytała samą siebie. Wstydziła się ludzi. Praktycznie się nie umyła i nie przygotowała do pracy. Chodziła po mieszkaniu od pokoju Kasi do kuchni. Tam i powrotem, po cichutku. Godzina, o której powinna wyjść do pracy, dawno minęła. Monika postanowiła.
Poszła do przychodni, poprosiła jednego z lekarzy, żeby ją przyjął. Gdy nadeszła jej kolej, weszła do gabinetu. Pokój był sterylnie czysty, biały. Wszystko w nim było białe, łącznie z fartuchem lekarza.
Usiadła przy biurku na krześle.
- Tak? Co panią sprowadza?
Nie podniósł głowy znad dokumentacji. Coś jeszcze pośpiesznie w niej uzupełniał.
-Słucham panią
- Panie doktorze… Mąż pobił mnie dzisiaj w nocy – nie miało sensu przed lekarzem wdawać się w wyjaśnienia, że nie mąż, a przyjaciel…
- Wstydzę się iść tak do pracy. Chciałam pana prosić o kilka dni zwolnienia.
Lekarz podniósł głowę znad papierów. Patrzył to na nią, to odwracał głowę do okna.
- Nie mogę na panią patrzeć... – Energicznie wyjął druki i zaczął wypisywać zwolnienie.
Wracając do domu, ukrywała twarz w kołnierzu kurtki. Modliła się by nikogo znajomego nie spotkać. Wstydziła się.
Od tamtej pory coś między nimi pękło. Jarek nadal nocował w dużym pokoju. Monika spała z Kasią w jej pokoiku. Po zwolnieniu wróciła do pracy. Jak co dzień. Przebywali w tym samym mieszkaniu, ale praktycznie niewiele się do siebie odzywali.
Nadeszła wiosna.
Komentarze (1)
Przerażające.
Nigdy nie zrozumiem kobiet, które kontynuują związki po brutalnej napaści ze strony partnera.
Jakby dobrowolnie godziły się na spadające ciosy, opuchnięte usta, a w końcu śmierć...
Jest tyle podobnych, realnych historii, że brakuje czasami łez.
Pozdrawiam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania