Byle do mety... 1z2

Czasami nie warto narzekać na rutynę. Kiedy ta dziwka wkrada się do twojego życia, złość rodzi się sama. Każdy dzień staje się szarą, gęstą kroplą w garze jednolitej, niejakiej brei. Irytacja rośnie, w końcu zaczynasz się buntować, choć podświadomie wiesz, że wylewasz żale na próżno. Kolejne sylaby nikną w powietrzu, a ty czerwieniejesz ze złości. I tak do usranej śmierci. Zwykle twojej, bo ona nigdy nie umiera. Nawet kiedy myślisz, że w końcu wygrałeś. Czekają gorsze rzeczy, tak bardzo przeczące rutynie, ekscytujące i widowiskowe. Ale bynajmniej nie dla ciebie. Najgorzej jak dołożysz do tego chore ambicje. Szczególnie, kiedy nie są one w żaden sposób dostępne, za żadne skarby świata. Ale co ja tam wiem. Wszyscy inni wiedzą lepiej. Już się z tym pogodziłem.

 

*****

 

Susan Dolores Unbord, zanim postanowiła wywrócić swój świat do góry nogami, była chudą, nawet atrakcyjną blondynką o długich nogach, która zwykła należeć do grupy ambitnych kobiet raczkujących po szczebelkach kariery. W jej przypadku była to podróż od polerowania podłóg w sklepie odzieżowym, do obsługi klientów przy kasie w tymże sklepie. Podróż długa i kręta, pełna porażek i wzlotów. W sumie dwa i pół roku. Od tygodnia znosiła trudy sztucznego uśmiechania się do klientów i wciskania im promocyjnych skarpetek z zeszłego sezonu. Niemniej sprawowała się nieźle, a każdy zadowolony zakupoholik wychodził ze sklepu będąc w stanie upojenia odzieżowego. Ale wiecie, jak to jest. Ambicje rosły. Po kolejnych dwunastu tygodniach Susan Dolores Unbord zaczęła odczuwać potrzebę do aspirowania wyżej. Zwykłe kasowania kolejnych staników, spodni czy przecenionych bluz z nadrukami letnich krajobrazów — to było zbyt mało. Ten dzień zbliżał się nieuchronnie no i proszę. W końcu nadszedł. To był poniedziałek, gorący poniedziałek i słoneczny. Susan przyszłą do pracy trzydzieści minut wcześniej. Szefowa Ginny Horp siedziała w biurze. Rozmawiała przez telefon. Ton głosu wskazywał, że nie była zadowolona. Każde słowo, które wypowiadała, było naładowane rosnącą złością. W końcu rozmowa przerodziła się w małą kłótnię. Trwała ona krótko, bo Ginny zauważyła, że Susan stoi przed za uchylonymi drzwiami, tak jakby podsłuchiwała. Była lekko nachylona w odpowiednią stronę. No bez wątpienia robiła sobie szpiegowskie zabawy i to zaraz przed otwarciem sklepu. Ginny rozłączyła się i odłożyła telefon. Była wzburzona.

— Susan, co ty do cholery wyprawiasz?! — warknęła. — Podsłuchujesz mnie?

W pierwszej chwili ambitna blondynka zaniemówiła. To było tak przewidywalne pytanie, że aż nierealne. Akurat on, akurat w tej chwili, podejrzana o szpiegostwo. W sumie wyłapała tylko kilka nieznaczących nic informacji, zupełny bełkot bez ładu i składu.

— Nie, po prostu czekałam, aż pani skończy. Miałam…

— Nie masz ani krzty wyczucia i kultury. Przyszłaś wcześniej niż zazwyczaj. Chciałaś wyłapać garść istotnych informacji, żeby potem szantażować mnie? Już nie jedna próbowała. Każda kończyła jak pizda pod mostem. Ty też chcesz? — Ginny była oschłą, zawsze naszprycowaną złością lafiryndą. Ukrywała to, kiedy w sklepie było dużo ludzi. Ale prawda i tak sączyła się spod zbroi uprzejmości i ciągłych pohamowań swojego temperamentu.

— Ja tylko chciałam o czymś porozmawiać — wydukała nieśmiało. Jej pewność siebie uleciała nagle i teraz najchętniej wybiegłaby stamtąd i wróciła do swojego mieszkania. Cały dzień spędziłaby w łóżku, próbując sobie wmówić, że to wszystko to tylko zły sen.

— Nie poznaję cię, Susan Dolores. Brakuje ci czegoś? Masz długi? Nigdy się nie skarżyłaś. W przeciwnym razie rozważyłabym dwa razy twoje zatrudnienie. Nie potrzebuję cwanych pizdeczek. A już na pewno niezadłużonych pizdeczek. — Zmarszczyła krzaczaste brwi i przeszyła Susan wzrokiem. Widząc coraz bardziej trzęsące się nogi swojej wątpliwej jakości pracownicy pozwoliła, żeby ta usiadła w końcu na krześle.

Zimny oddech Ginny sprawił, że na ramionach Susan pojawiła się gęsia skórka. W rzeczywistości była to wina klimatyzacji, ale Susan trwała w stanie kompletnego odcięcia od racjonalnego myślenia. Z jednej strony spacer po szczebelkach „kariery” z drugiej paraliżujący stracha.

— Chciałabym awans. — Ona to powiedziała. Bez zawahania się jak szybka seria z karabinu. Nieostrożna i wydająca na ciebie wyrok.

Ginny najpierw lekko się uśmiechnęła. Zapewne czekała aż Susan wybuchnie śmiechem i powie, że to żart i w ogóle to przeprasza za to wszystko. Ale sekundy mijały, a Susan milczała. Jak grób. Wyczekiwała wyroku jeszcze z nikłą, ale dogasającą nadzieję. Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Tak szybko, bez namysłu, pomimo strachu. To był strzał, szybka piłka.

— A więc chodzi o awans. O to, o co chodzi zawsze. A ja za każdym razem nie potrafię tego przewidzieć. Moja odpowiedź jest chyba znana, Susan Dolores. Nie wiesz, jak bardzo sobie zaszkodziłaś przez ostatnie kilka minut. To jest przepaść. To jest pierdolona przepaść. — To jedno słowo zaakcentowała bardzo mocno. Przeciągnęła je i zakończyła twardą pauzą. Potem dopowiedziała resztę.

Ambicje, gdziekolwiek były, nadal żarzyły się jasnym płomieniem, chodź niejako w ukryciu. Nadal chciały zaistnieć, ale tym razem zrobiły kilka kroków w tył, żeby następnie dać duży skok naprzód. Typowa zmyłka, dla niepoznaki. Oby ta czarna, pofałdowana jak fale Dunaju krowa nie wybuchła do tego czasu od nadmiaru euforii. Ginny zdecydowanie wyglądała jak nabrzmiała beczka prochu. Wielowarstwowa, choć w swojej mentalności raczej płytka.

Wzięła głęboki oddech i spojrzała na zegarek. Za dziesięć minut sklep musiał być otwarty. Na szczęście w poniedziałki otwierała Linda, więc było jeszcze trochę czasu na ewentualne nieinwazyjne negocjacje.

*****

Problem polegał jednak na tym, że nieinwazyjne negocjacje były poza standardem myślowym Ginny. Jej pakiet był ograniczony i bardzo prosty. Nie tolerowała nadambicji. W jej rozumieniu było to coś absolutnie nieakceptowalnego. Susan z kolei była otwarta na wszelakie negocjacje, ale jej akurat nikt o zdanie nie pytał. Ginny poderwała się z siedziska i oparła na masywnych rękach, dociskając odłażącą od blatu biurka okleinę. Oczy przybrały nutę czerwieni, a z ust zaczęła sączyć się niewidzialna ślina. Tak naprawdę jej tam nie było, ale Susan wyobraziła sobie mimowolnie, że jej szefowa to zapieniona bestia, powolna, ale skuteczna, kiedy znajdziesz się w zasięgu jej rażenia. To były sekundy. Raptem kilka piekielnie szybkich i maksymalnie inwazyjnych sekund. Ginny załapała Susan za ramię. Uścisk był potężny i bolesny.

— Wiesz, co cię czeka? — zapytała, widząc jak Susan coraz bardziej zaczyna się szamotać, wręcz wyrywać z uwięzi.

— Mam nadzieję, że sowity awans — zachichotała. Ginny też nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.

— Ale jesteś uparta i ambitna. Cholernie ambitna. A ja uważałam cię za perełkę, za jedną z nielicznych pizdeczek, które są coś warte. Nie, żebyś była od razu ze złota. Na pewno byłaś warta sporo, zanim postanowiłaś to.

Z gabinetu zaczęły dochodzić ciche jęki i miarowe uderzenia czegoś ciężkiego o blat biurka. Linda, która właśnie otwierała sklep, słyszała to wszystko, ale zgodnie z poleceniem nie mogła już opuścić strefy, w której klienci znaczyli własne szlaki wonią śniadania i zmęczenia po ostatniej zarwanej nocy. Nasłuchiwała i nawet zaśmiała się kilka razy pod nosem. Na zewnątrz słońce prażyło przechodniów jak ziarenka kukurydzy. Tam wszystkie te dziwne dźwięki nie były słyszalne, szyby były grube, tak jak należy.

****

Dochodziła dziesiąta. Linda kończyła wydawać resztę podstarzałemu brunetowi, który oparł się stereotypom i obładowany ciuchami ledwo podszedł do kasy. Kiedy spytała z ciekawości dla kogo zrobił tak pokaźne zakupy, odparł, że dla siebie. Był emerytowanym nurkiem, który z dziewięćdziesiątym szóstym wygrał w loterii pół bańki. Przez te wszystkie lata trzymał te pieniądze do czasu, kiedy poczuje, iż jego czas powoli nadchodzi. Na ostatnie tygodnie życia. Powiedział z dumą, że ostatnie trzy noce przehulał w nocnych klubach.

— Zwykle obsługiwała mnie taka szczupła blondynka. Chyba wpadłem jej w oko, bo kiedy spojrzałem na nią, zaczerwieniła się. Jest gdzieś w pobliżu?

— Nie ma. Dzisiaj ma chyba wolne — odpowiedziała, próbując powstrzymać się od salwy oburzenia. Susan szczupła?! Przecież to był chodzący pasztet na szczudłach. Nieproporcjonalna i w dodatku opóźniona. Dziwadła w cyrku miały lepszą aparycję od niej.

— Trudno, ale niech pani jej przekaże, że George Horse czeka na telefon. — Wręczył Lindzie wizytówkę. GEORGE HORSE SZUKA CIĘ.

Stary, ślepy i równie głupi co Susan, pomyślała, kiedy wychodził obładowany torbami z dżinsami, koszulami i bawełnianymi bokserkami. Mimo wszystko sama zaczęła się zastanawiać, gdzie ta ruda małpa się podziała. Gdyby leżała w łóżku z czterdziestostopniową gorączką, to mógł być początek dobrej passy Lindy. Sygnał, że teraz jej kolej. Rozpływając się we własnych fantazjach, nie zauważyła, kiedy Ginny robiąc rudkę pomiędzy stosikami podeszła do kasy, przy której stała.

— Obudź się, zaspana księżniczko!

— Przepraszam… tylko się zamyśliłam — powiedziała, natychmiast otrząsając się z błogiego stanu rozmarzenia.

— Zaraz zamykamy.

Linda patrzyła na Ginny z lekkim niedowierzaniem.

— To znaczy, że resztę dnia mam wolną?

— Nic z tych rzeczy. Będzie show.

*****

To miało być show. Ale nie jakieś pierwsze lepsze z brzegu. Żadnych marnych połykaczy ognia, paskudnych platform paradnych ani wesołego miasteczka. Nic z tych rzeczy. To miało być show na poziomie, jaki jeszcze ludzie z Moneshare nie widzieli. Około jedenastej po obu stronach najdłuższej ulicy w mieście ¬¬— Long Street ustawiły się dwa sznury gapiów. Moneshare zamarło niecierpliwie, oczekując wyjątkowego widowiska. Supermarkety i centrum handlowe opustoszały. Sklepy zostały zamknięte. W szpitalu pozostali tylko pacjenci, ci umierający, zmarli przed minutą i jeszcze całkiem rokujący. Wszyscy. I nie pytajcie mnie dlaczego. Świat jest za stary, żeby dziwić się nad tym, zamyślać, próbować zrozumieć. Mimo letniego skwaru tłum był okazały. Ze szkól i przedszkoli przypełzły wijące się niepokornie mniejsze i większe grupki dzieciaków. Ustawiły się po obu stronach, radośnie wrzeszcząc. Ci starsi mając na względzie utrwalający się z wiekiem bunt, wyłamywali się z grup i biegali pomiędzy tłumem, sprzedając sobie dynksy, jedne słabsze inne całkiem siniakogenne. Atmosfera zniecierpliwienia i fascynacji nieznanym rosła. Nawet kobiety w ciąży, mimo zaawansowanego stanu, radośnie pokrzykiwały, czasami podskakiwały chcąc się upewnić, czy spektakl już trwa. Tradycyjnie miejsca w pierwszym rzędzie przywłaszczyli sobie ci najwyżsi. Bezbronne bąbelki rycząc jak syreny strażackie na barkach swoich rodziców, obserwowały często czubki głów przerośniętych kawalerów pełne łupieżu i potu. To był jeden z niewielu razy, kiedy faktycznie miały pod górkę. Aż się serce krajało… nie, wcale nie.

Gdy na zegarze w ratuszu wybiła jedenasta dwadzieścia, widowisko powoli zaczęło się rozkręcać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • fanthomas 3 miesiące temu
    Początek lekko dekadencki a potem... Zobaczę potem co będzie potem

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania