Było, jak było
Gdybym mógł cokolwiek obiecać, pewnie i tak nic bym nie zmienił z tego, co miało już miejsce. Teraz, gdy o tym myślę, całkowita akceptacja tego, że było to, co było, a na co wpływu nie miałem, to dość istotny krok, by przemianować w sobie nie tyle same wydarzenia, czy emocje, ale przeświadczenia, które na ich kanwie powstały. Dlatego przestałem uciekać lub świadomie utwierdzać się w przekonaniu, że jest inaczej. Finalnie, nie powoduje to nic więcej, niż napięcia, gdzie dwa, przeciwstawne sobie poglądy ścierają się we mnie, a ja ponoszę za to energetyczne, psychiczne i fizyczne koszty. Nie próbuję już zaprzeczać, ani też potwierdzać. Przestałem się na tym skupiać, ponieważ wcale nie o to chodzi. Chodzi raczej o zrozumienie tych mechanizmów, trybików, które nieustannie pracują, a odpowiedzialne są za produkcję określonych myśli. Jednak nie można zrozumieć tego, czego się nie akceptuje, dlatego pierwsze, co musiałem zrobić, to pogodzić się, że istnieje to, co istnieje, nawet, jeśli istnienia tego nie umiem ani przerwać, ani chwilowo zmienić. Co mogłem zrobić? Po prostu pogodziłem się, że to, co się kiedyś wydarzyło, faktycznie miało miejsce, a emocje z tamtym wydarzeniem powiązane, są dalej żywe. Co więcej, emocje, które mnie wtedy dotknęły, a które zinterpretowałem jako integralną część siebie, następnie mocno wpłynęły na to, jak w pewnych aspektach postrzegam siebie. I tak długo, jak żywe są emocje, tak długo świadomie nie zmienię swojego dogłębnego podejścia do własnej osoby, bo nie jest to kwestią świadomości, ale przeżyć.
Co mogłem następnie zrobić, by sobie pomóc? Jedynym, sensownym rozwiązaniem obok akceptacji wydawała się wdzięczność. W końcu jasno sobie powiedzieć, że pomimo trudów, bólów, niedogodności, wieloletniego cierpienia, człowiek dziękuję za traumatyczne wydarzenia, jest pewną, na pozór niewidoczną, ale istotną zmianą w jego ogólnym podejściu do doświadczenia, które jest tak bardzo trudne. Zmiana ta polega na tym, że przestaje siebie winić za coś, na co nie miał wpływu, zatem przestaje być odpowiedzialny za sytuację, której nie wykreował, a jego odpowiedzialność może się skupić na swobodniejszym radzeniu sobie ze skutkami, bo tam właśnie powinna się przejawiać realna odpowiedzialność. Tak długo, jak człowiek trwa w wyrzutach sumienia, bardziej siebie kara, niż sobie pomaga, tak długo też nie jest w stanie zaakceptować tego, co się wydarzyło, bo wyrzuty sumienia to również ciągłe wyparcie. Dopiero wdzięczność pozwala odwrócić bieg psychicznych wydarzeń i pozwolić na pierwszy, świadomy, kontrolowany oddech.
Komentarze (4)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania