Canis Aureus

- Nie czekaj na mnie, będę rano – powiedział, wychodząc z domu. Zamykając za sobą drzwi, usłyszał stłumiony głos, który wydawał się mówić: „do zobaczenia”.

Zbliżał się już wieczór. Mimo to nie obawiał się, że się spóźni. Tylko w kilku budynkach wokół było zapalone światło. Szedł powoli przez miasto, wdychając zimne, jesienne powietrze. Było zimno. Miał na sobie dość cienki płaszcz, lecz nie przeszkadzało mu to. Lubił chłód. Uspokajał go i koił. I ze wszystkich dni potrzebował go dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. Dziś włamywał się do gwiezdnego domu.

Stary dom, niedaleko placu Świętego Mitolga, znany był każdemu, kto spędził odrobinę czasu w stolicy. Chociaż był bardziej kojarzony pod nazwą „Gwiezdny dom” ze względu na specyficzny wygląd, jaki przybierał w nocy.

Mimo złej pogody z daleka było widać mały tłum turystów, zebrany przed nim.

Jako że umówiony był dopiero po zmroku, postanowił do nich dołączyć. Stanął z tyłu, żeby mieć lepszy widok na dom.

Sam budynek, w trakcie dnia, nie wyróżniał się szczególnie. Pokryty był jasnym drewnem i był podobnej wielkości co większość innych budynków, z którymi sąsiadował. Miał cztery, może pięć pięter. Dom był otoczony dość wysokim kamiennym murem i miał tylko jedno wejście. Za dnia wydawał się być przeciętnym budynkiem w tej okolicy.

Z czasem tłum ludzi przed domem powiększył się. Gdy zaszło słońce, zaczął się spektakl. Powoli jasne drewno zaczęło ciemnieć, z wyjątkiem małych obszarów, które zaczęły intensywnie świecić. Po chwili dom wyglądał, jakby pokryty był kawałkiem nocnego nieba. Turyści wokół niego zaczęli klaskać i wiwatować.

Miał niecałe sześć lat, gdy pierwszy raz zobaczył ten widok. Matka przyprowadziła go tutaj tydzień po ich przeprowadzce do miasta. Pamiętał, że nie mógł przestać się uśmiechać i przez następne tygodnie codziennie chciał tu wracać. Dziś, mimo upływu lat, cały czas nie może się powstrzymać przed uśmiechem.

Po chwili poczuł, jak pierwsze krople deszczu spadają mu na głowę. Tłum wokół niego zaczął się szybko rozchodzić. Umówionym miejscem spotkania była alejka niedaleko domu. Obrócił się w jej stronę i szybko maszerował, próbując uniknąć deszczu.

Przed dzisiejszym wieczorem próbował znaleźć jakiekolwiek dodatkowe informacje na temat budynku. Przeszukał parę bibliotek i archiwów publicznych, i mimo że dowiedział się paru rzeczy, nie wydawało mu się, żeby to było coś przydatnego. Tylko jedna rzecz przykuła jego uwagę. Mimo że dom oficjalnie stał od paru setek lat, w żadnych publicznych dokumentach nie było właściciela – ani byłego, ani obecnego.

Rozmyślania przerwały mu dwa głosy dochodzące z alejki. Lascaux i Altamir czekali już na niego. Nie były to ich prawdziwe imiona. Każdy z nich używał jakiegoś pseudonimu.

Altamir był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną o ciemnych włosach i łagodnym uśmiechu. Lascaux wydawał się być jego przeciwieństwem. Był niskim, łysym i zadziwiająco chudym mężczyzną z absurdalnie dużymi jedynkami. Był też najstarszym z całej trójki.

- Patrz, to jeden z turystów zabłądził! – powiedział głośno Lascaux, klepiąc go w ramię. W tym samym czasie Altamir podszedł bliżej i podał mu dłoń.

Przywitał się z dwójką mężczyzn szybkim uściskiem ręki. Pracował z nimi parę ostatnich lat, wystarczająco długo, żeby dobrze się zaprzyjaźnili.

Gdy przywitał się z dwójką, zauważył za nimi trzecią osobę, siedzącą plecami do ściany. To był ich pracodawca, mężczyzna o imieniu Koll. Było w nim coś starego, mimo że nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat. Wzrostem dorównywał Altamirowi, choć w porównaniu do niego był chuderlawy. Zawsze miał ponurą minę i ogromne worki pod oczami.

Przyszedł do nich tydzień wcześniej. Podobno odziedziczył dużo informacji na temat domu od swojego dziadka. Wśród nich było to, jak dostać się do środka i jak otworzyć skarbiec, który się tam znajduje. Mimo że zatrudnił nas w ramach pomocy, nie chciał wyjawić więcej informacji.

Szybko podszedł do niego, żeby się przywitać, lecz Koll uznał to za znak, żeby wstać.

- Długo musieliśmy na ciebie czekać, Chauvet - oznajmił, podnosząc się z ziemi.

- Byliśmy umówieni na spotkanie po zmroku - Powiedział, patrząc jak chłopak wstaje i otrzepuje się.

Koll podszedł blisko.

- Byliśmy umówieni na spotkanie zaraz po zmroku. - oznajmił, po czym przeszedł obok niego. Dopiero teraz Chauvet zauważył że miał ogromny worek który brzmiał jakby został wypełniony śrubami.

Po przejściu obok całej trójki zatrzymał się i obrócił w ich stronę.

- Dobrze, dla powtórzenia. Gdy wejdziemy do środka, macie robić dokładnie to, co wam mówię. Chociaż wątpię, żebyście musieli robić coś bardziej skomplikowanego niż wynoszenie i podnoszenie rzeczy – stwierdził. – Jakieś pytania, czy możemy zaczynać?

- O której zjawi się transport? - powiedział cicho Altamir. - I co mamy robić, jeśli właściciel jest w środku?

Koll spojrzał na niego zirytowany.

- Transport zjawi się przed wschodem słońca. - odparł. - Właściciel zmarł parę miesięcy temu. Czy coś jeszczę czy możemy ruszyć?

Cała trójka odpowiedziała mu ciszą.

- Świetnie - powiedział, po czym wskazał na Altamira. - Duży, weź to.

Altamir ledwo złapał duży worek. Koll nie spojrzał, czy mu się udało, po prostu obrócił się i ruszył w stronę domu

 

Mur był duży. Musiałby stanąć Altamirowi na plecach, żeby mieć podobną wielkość. W dotyku mur był idealnie gładki, jakby wypolerowany, i pomimo swojej długości wydawał się być wycięty z tej samej skały. Jakby ktoś wyłupał całą górę i zostawił tylko kwadratowy mur.

Jedynym wejściem prowadzącym do środka były proste metalowe drzwi, przez które widać było, co znajduje się za murem. Przed domem znajdowało się zwykłe podwórko, wypełnione ogromną ilością świecących się kamieni. To było jedyne wejście do środka. Dlatego trójka mężczyzn zdziwiła się, gdy Koll przeszedł obok drzwi, nie patrząc nawet w ich stronę. Zamiast tego szli na tył domu. Kiedy tam dotarli, Koll zatrzymał się i obrócił w ich stronę.

- Okej, potrzebuję, żebyście mnie posadzili - powiedział, gdy wszyscy się zatrzymali. - Kiedy przeskoczę przez mur, macie szybko pobiec do bramy. Tam otworzę wam wejście kluczem. Wszyscy rozumieją?

Trójka mężczyzn spojrzała po sobie i każdy z nich cicho przytaknął.

Wejście na mur, nawet z pomocą, zajęło Kollowi chwilę, zwłaszcza że potrzebował, żeby podali mu jeszcze jego worek.

Gdy zepchnął podeszwą buta worek, przez chwilę tył domu rozbłysł. Koll bez zawahania przeskoczył na drugą stronę.

Chwilę później byli już na przeciwnym końcu muru. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle światło kamieni, znajdujących się na podwórku, zaczęło przygasać, aż w końcu kompletnie znikło. Zaraz po tym zobaczyli Kolla idącego w stronę drzwi z pękiem kluczy.

Kiedy się zbliżył, przystawił palec do ust, sygnalizując całej trójce, żeby byli cicho. Wyjął pęk kluczy i zaczął powoli otwierać drzwi. Chwilę później zamek wydał cichy klik i drzwi były otwarte. Koll od razu schował klucze i wyszeptał.

- Starajcie się trzymać chodnika i zamknijcie drzwi za sobą – po czym obrócił się i zaczął iść w stronę domu.

Stare metalowe drzwi lekko zaskrzypiały przy otwarciu. Poczekał, aż pozostała dwójka przejdzie pierwsza, i zamknął drzwi za nimi. Wąska ścieżka prowadziła całą czwórkę w stronę domu. Na samym początku był Koll, który przeszukiwał pęk kluczy w poszukiwaniu odpowiedniego.

Gdy zbliżył się do budynku, pierwsze, co zauważył, to jak normalnie wygląda z bliska. Cały czas dom był ciemny, lub w niektórych miejscach jasny, ale dopiero z tak bliskiej odległości było wiadomo, że to drewno. Poczuł się lekko rozczarowany.

Poczuł dłoń na swoim barku. Altamir wskazał w stronę otwartych frontowych drzwi, przez które akurat przechodził Lascaux.

Wnętrze było jasno oświetlone. Na każdej ścianie wisiały stare lampy. Co ważniejsze, w środku panował bałagan.

Wszędzie, gdzie spojrzeć, były książki lub dziwne szklane fiolki wypełnione płynem. Nie licząc pojedynczego stolika i dwóch krzeseł, nie było żadnych mebli. Wszystkie książki były losowo pozostawione na ziemi i stole lub ułożone w wieże sięgające od podłogi do sufitu.

Jedna z nich przykuła jego uwagę. Była bardzo mała, nie większa niż jego dłoń, mimo to była ciężka. Jej okładka wykonana była w całości z metalu, łącznie z tytułem, którego nie potrafił przeczytać.

- Zostaw to - powiedział Koll. Stał na schodach znajdujących się po prawej stronie wejścia i patrzył prosto na niego. - Cenniejsze rzeczy będą na górze. Nie mamy czasu, żeby przejrzeć wszystkie śmieci w środku

Chauvet w odpowiedzi położył książkę na stoliku. Koll odwrócił się i zaczął powoli wchodzić na górę. Altamir ruszył zaraz za nim.

Gdy tylko się obrócił, Chauvet od razu wziął małą książkę ze stolika i schował w kieszeni płaszcza. Lascaux, który stał obok niego, wysłał mu szybki uśmiech i zaczął wchodzić na górę.

Drugie piętro wyglądało znacznie inaczej od pierwszego. Zamiast bałaganu i wszechobecnych książek, było dwanaście szklanych gablot postawionych na wysokich piedestałach. Każda z nich zawierała w sobie coś innego. Od groteskowych, wypchanych stworzeń do przedziwnie zbudowanych metalowych przedmiotów. Sam pokój był oświetlony przez duże górne światło. Po obu jego stronach były ogromne okna, prawie niewidoczne z ulicy.

Poza tymi rzeczami, piętro było puste. Koll nie zatrzymywał się. Po prostu dalej szedł na kolejne piętro. Chauvet miał ruszyć za nim, lecz czyjaś ręka go zatrzymała.

-Poczekaj chwilę -wyszeptał Lascaux. -Tobie też się wydaje, że Koll…

-Coś ukrywa? -przerwał mu Chauvet. -Tak, na pewno nie mówi nam całej prawdy.

-To może… no wiesz? - Przejechał palcem po swojej szyi. – Tak dla bezpieczeństwa.

-Jak na razie najlepiej będzie robić to, co mówi. -Powiedział Chauvet. Wiedział, że Lascaux się go posłucha. Zdarzało mu się skakać do pochopnych wniosków, ale tak jak on nie lubił polegać na tak skrajnych rozwiązaniach. - Powinniśmy iść, pewnie czekają na nas.

Trzecie piętro również różniło się od pozostałych. Jedyne, co na nim było, to pięć zamkniętych drzwi, które wydawały się prowadzić do mniejszych pokoi.

Dopiero na tym piętrze zauważył, jak budynek był brudny w środku. Wszędzie, gdzie spojrzeć, był kurz. Co miało sens, jeśli od paru miesięcy nie żył właściciel. Co było dziwne, to nie widział żadnych oznak gryzonii, które zwykle lubiły takie opuszczone budynki.

-Wydaje mi się, że powinniśmy przeszukać te pokoje – powiedział cicho Altamir.

-Nie! - Krzyknął Koll, stojący obecnie na schodach. - Pod żadnym pozorem macie tam nie wchodzić, rozumiecie?! - Krzyk Kolla bardziej zdziwił trójkę mężczyzn niż przestraszył. Chauvet podszedł do Altamira i wyszeptał:

-Poczekamy, aż będzie zajęty i wejdziemy. - Altamir uśmiechnął się i przytaknął.

Czwarte piętro było ostatnim. Już na pierwszy rzut oka było oczywiste, że jest to gabinet. Książki, które leżały luzem na pierwszym piętrze, tutaj były ułożone na półce. Było też ogromne biurko, stojące przy dużym okrągłym oknie. Po drugiej stronie pokoju były duże złote drzwi. Przy nich stał Koll i zmagał się z zamkiem. Wyglądało na to, że od dawna nie były otwierane.

Lascaux podszedł bliżej.

-Pomóc ci z tym? - zapytał.

Koll go zignorował.

-Niektóre stare drzwi ciężko się otwiera - powiedział Lascaux. - Naprawdę mogę ci z tym...

-Jakbym chciał twoją pomoc - przerwał mu Koll - to bym poprosił o twoją pomoc.

Lascaux zrozumiał. Odstąpił do tyłu i pozwolił mu walczyć z zamkiem.

Parę minut później głośny klik wypełnił pokój.

Zamek w drzwiach został otwarty. Koll pchnął je mocno, zapominając kompletnie o zachowaniu ciszy. Przy otwarciu mocno zaskrzypiały.

Skarbiec nie był duży. Wystarczyły cztery duże kroki, żeby przejść od drzwi do ściany po drugiej stronie. Mimo to pokój był wypełniony rzeczami ze złota. Jabłka, książki i małe zwierzęta w całości zrobione ze złota. Nie umiał sobie wyobrazić, jak trudne było stworzenie tak realistycznie wyglądających przedmiotów z metalu.

Wszystko w środku było stworzone ze złota, oprócz dwóch rzeczy. Na samym środku, postawione na piedestałach, stały dwa duże gliniane garnce. Z tyłu do każdej z nich podpięta była rura, która prowadziła do ściany. Nad nimi w ścianie wyryty był napis: "CANEM AUREUM".

Koll podszedł do nich, pomijając wszystko inne w środku. Złapał za miejsce, gdzie rura wchodziła do garnca, przycisnął i odkręcił. Podszedł do drugiego i zrobił to samo.

-Najpierw garnce - powiedział cicho Koll. - One są priorytetem.

Zanim zdążył coś zrobić, Altamir już szedł w ich stronę. Z widoczną trudnością podniósł oba garnce i zaczął iść w stronę schodów.

- Wasza dwójka też powinna się wziąć do roboty - powiedział Koll.

Chauvet spojrzał na Lascauxa, który siedział na podłodze i sprawdzał, czy złote jabłko naprawdę jest zrobione ze złota.

Postanowił najpierw wziąć najcięższą rzecz, jaką mógł znaleźć. Po chwili znalazł posąg dużego złotego kota.

Mimo że niosło go dwóch dorosłych mężczyzn, obaj musieli zrobić sobie przerwę, gdy doszli do schodów.

Jakbym był młodszy, sam bym dał radę to znieść - powiedział Lascaux. Był najstarszym z całej trójki. Pomiędzy nim a Chauvetem było cztery lata, mimo to wyglądał na znacznie więcej. Zupełnie przypadkowo różnica wieku Altamira i Chauveta też wynosiła cztery lata.

-Jesteś gotów? - zapytał Chauvet.

Mimo że Lascaux cały czas wyglądał na zmęczonego, chrząknął i schylił się w stronę posągu.

Mężczyźni mieli już nieść go dalej, gdy nagle usłyszeli głośny trzask z dołu. Cała trójka popatrzyła po sobie. Chauvet wiedział, że musi coś zrobić.

-Zejdę na dół - powiedział. - Sprawdzę, czy coś się stało. Jeśli nie wrócę za parę minut lub usłyszycie coś dziwnego, to zejdźcie mi pomóc.

Lascaux mu przytaknął. Koll patrzył na niego obojętnym wzrokiem. Obrócił się w stronę schodów i zaczął powoli po nich schodzić.

Starał się poruszać jak najciszej, co okazało się dość trudne. Budynek był stary. Nie zauważył tego, jak wchodził, ale schody głośno skrzypiały pod naciskiem.

Gdy zszedł na niższe piętro, od razu zauważył, że jedne z drzwi były szeroko otwarte. Poczuł, że serce zaczęło mu mocniej bić. Ktoś jednak był w środku. Otwarte drzwi były naprzeciwko niego, po drugiej stronie korytarza. Gdy podszedł bliżej, zauważył, że pokój jest właściwie pusty. Jedyne, co było w środku, to pojedyncza rurka, znacznie cieńsza niż te na górze, która nie była do niczego podpięta. Chwilę później wyłączyło się światło w całym budynku. Wiedział, że ktoś pewnie był w środku i pewnie spotkał Altamira na dole. Może ta sama osoba wyłączyła światło? Postanowił schodzić dalej.

Na kolejnym piętrze nic się nie zmieniło. Gdy miał już schodzić na dół, coś zwróciło jego uwagę. Podszedł do okna, gdzie zobaczył coś dziwnego. Kamienie, które wypełniały podwórko, były z powrotem zapalone. Ktoś wyłączył światło w środku, ale włączył kamienie na zewnątrz?

Usłyszał nagle, jak ktoś wchodzi po schodach. Schował się za najbliższą gablotą.

Z każdą chwilą schody coraz głośniej skrzypiały. Zamknął oczy i próbował się uspokoić. To pewnie był Altamir, ale jakby nie był, musiał być gotowy.

Kroki były coraz głośniejsze i głośniejsze. Gdy w końcu była widoczna postać, Chauvet zamarł. Zamiast zobaczyć czubek głowy, na szczycie schodów zobaczył dłoń – jeśli można było to tak nazwać. Była kompletnie zrobiona ze złota. Miała cztery długie, przypominające noże, palce. Powoli postać przesuwała się coraz wyżej. Poruszała się na czworaka. Mimo to było oczywiste, że jest ogromna. Dopiero gdy padło na nią światło księżyca, Chauvet zauważył, że była w całości wykonana ze złota.

Poczuł, jak serce zaczyna mu szybciej bić. Nie był pewien, co zrobić, ale wolał, żeby ten stwór go nie zauważył. Przesunął się w taki sposób, żeby gablota go bardziej zasłaniała. Zaczął martwić się o Altamira. W końcu został sam na sam z tym stworem.

Ku jego przerażeniu, metalowy potwór zaczął się do niego zbliżać. Jego kończyny wydawały cichy dźwięk, który brzmiał jak obracające się koła zębate. To wszystko wydawało się snem. Maszyny nie powinny poruszać się w taki sposób. Nie wiedział, co myśleć. Ale na pewno musiał uciec.

Musiał odwrócić uwagę potwora. Obejrzał się wokół, szukając czegoś, co mogło mu pomóc. Już miał się poddawać, gdy przypomniało mu się coś. Sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł małą, obłożoną metalem książkę.

Bestia cały czas szła w jego stronę, powoli obracając głową w lewo i prawo. Poczekał na idealny moment, aż bestia się odwróci. Gdy tylko patrzyła w inną stronę, rzucił książką najmocniej, jak potrafił, w okno obok potwora. Głośny trzask rozpadającej się szyby został szybko zastąpiony przez szum wiatru i deszczu wpadającego przez okno. Bestia z niewyobrażalną prędkością rzuciła się w tamtą stronę, szukając winowajcy.

Zanim Chauvet zdążył pobiec w stronę schodów, ktoś inny wykorzystał tę chwilę. Lascaux biegł w dół najszybciej, jak potrafił, nie przejmując się, jak głośne są pod nim schody.

Potwór też to zauważył. Zanim Chauvet zdążył coś zrobić, bestia już biegła w stronę schodów. Chauvet odruchowo schował się za gablotą. Po paru sekundach przesunął się w taki sposób, żeby mógł zobaczyć, co się stało.

Potwór stał nad schodami. Przypatrywał się jednemu ze swoich palców, z którego ociekała krew. Potwór musiał zranić Lascauxa, gdy uciekał. Lecz zamiast go gonić, stał i zafascynowany patrzył na ociekającą krew.

Zareagował dopiero, gdy usłyszał skrzypienie drzwi wejściowych. Jego masywne ciało w dwóch szybkich ruchach pokonało całe schody. Chauvet podbiegł do rozbitego okna.

Na zewnątrz Lascaux powoli kuśtykał w stronę bramy. Po chwili zauważył, że kamienie wokół Lascauxa zaczęły mocniej świecić. Zobaczył cień potwora w drzwiach. Nawet nie próbował go gonić, po prostu stał i obserwował. Parę sekund później kamienie zabłysnęły, chwilowo oślepiając Chauveta. Gdy spojrzał z powrotem, Lascauxa nie było. W parę sekund mężczyzna kompletnie zniknął, nie zostawiając po sobie nic.

Chauvet poczuł ogromny ucisk w żołądku i gęsią skórkę na karku. Chwilę później usłyszał z piętra niżej cichy dźwięk zamykania drzwi. Z tym uświadomił sobie coś okropnego. Nie miał jak wyjść. Nawet jeśli udałoby mu się przejść obok potwora, te dziwne kamienie na zewnątrz blokowałyby mu ucieczkę. Musiał je jakoś wyłączyć. Koll jakoś wcześniej je wyłączył... albo wiedział, dlaczego się wyłączyły. Gdzie on właściwie był? Nie schodził na dół ze mną i nie biegł z Lascauxem, więc musiał być cały czas na górze.

Chauvet wstał i wolnymi krokami ruszył w kierunku schodów. Gdy spojrzał na górę, Kolla tam nie było. Zaczął powoli wchodzić na górę, uważając przy każdym kroku. Liczył przy tym na to, że bestia zostanie na parterze.

Gdy wszedł na wyższe piętro, od razu zauważył, że dwie dodatkowe pary drzwi były otwarte. Po uchyleniu bliższych zobaczył łóżko szpitalne. Na nim leżał człowiek. Z daleka przypominał nastoletnie dziecko. Po wejściu jednak zauważył, jak staro wyglądał. Miał ogromne zmarszczki i zarost. Jego oczy, mimo że otwarte, były szare i puste. Do jego rąk, nóg i brzucha podpięte były dziwne rurki, które prowadziły do ściany. Zbierało mu się na nudności. Wyszedł szybko z pokoju i zamknął drzwi za sobą. Spojrzał w stronę innych otwartych drzwi. Zobaczył tam cień stojącej osoby. Gdy wszedł do środka, zobaczył Kolla stojącego nad łóżkiem. Na nim leżała młoda kobieta. Nie wyglądała na więcej niż trzydzieści lat. Miała podłączone te same rurki, ale wyglądała inaczej. Zamiast się zestarzeć, wyglądała na nienaturalnie dobrze zachowaną.

Dopiero po chwili Koll zauważył, że wszedł do pokoju. Jego wyraz twarzy zmienił się z zamyślonego na zirytowanego. Chauvet podszedł najbliżej, jak mógł.

-Co to jest? – Zapytał. – Kim są ci ludzie? Musisz mi powiedzieć, co się tutaj dzieje!

Koll spojrzał w dół i potarł wolno oczy.

-To stary eksperyment. Właściciel domu eksperymentował z nieśmiertelnością. - Po chwili dodał. - Gdzie pozostała dwójka?

-Wydaje mi się, że nie żyją.

-Co się stało? - Zapytał.

-Na dole… jest jakiś metalowy stwór - Powiedział Chauvet, zastanawiając się, jak wyjaśnić, co się stało, nie brzmiąc przy tym jak wariat. - Altamir go spotkał, a potem zaatakował Lascauxa. Uciekł przed nim na zewnątrz, ale kamienie wokół niego zaświeciły i…

-I co? - Zapytał Koll.

-Po prostu… znikł.

Koll nie patrzył na niego jak na wariatę. Cicho przytaknął i po chwili zapytał:

-Czy wiesz, co się stało z garncami, które niósł ten duży?

Zajęło Chauvetowi parę sekund, zanim doszło do niego pytanie.

-Co, powiedziałeś?

-Garnce. Ten duży niósł obydwa. Wiesz, czy coś się z nimi stało?

Chauvet zacisnął mocno pięść. Musiał się uspokoić. Bez Kolla nie mógł się stąd wydostać.

-Nie wiem. Jak mamy się stąd wydostać? - Zapytał.

-Z tyłu domu jest dźwignia, można nią wyłączyć kamienie. Wyłączają się też chwilowo zaraz po użyciu.

-Jak mamy dostać się na tył domu? – Zapytał Chauvet.

-Ty dostaniesz się na tył domu – powiedział Koll. – I zrobisz to, trzymając się blisko ściany. Wtedy nie powinieneś być w zasięgu.

Koll odszedł od łóżka i zaczął iść do drzwi. Chauvet instynktownie poszedł za nim. Gdy zbliżali się do schodów, Chauvet zadał pytanie:

-Co mamy zrobić z tym metalowym stworem niżej?

Koll zatrzymał się.

-Nie przejmuj się tym – Powiedział. – Nie może mnie zaatakować, po prostu przejdę obok niego i go wyłączę.

Chauvet nie ruszył się.

- Co masz na myśli? – Zapytał. – Dlaczego…

Przerwał mu Koll.

-Już zadałeś wystarczająco dużo pytań. – Powiedział zirytowany.

Koll nie odwrócił się w jego stronę. Zamiast tego zaczął schodzić powoli po schodach.

Chauvet miał problem z ułożeniem wszystkich myśli krążących mu w głowie. Zaczął powoli iść w stronę schodów, cały czas zastanawiając się, co się tutaj właściwie dzieje. Gdy zaczął schodzić po schodach, zobaczył, że Koll stoi na drugim piętrze i rozgląda się w nonszalancki sposób. Miał ręce w kieszeni płaszcza i wyglądał na trawnik przez rozbite okno.

Gdy Chauvet podszedł do schodów, Koll zasygnalizował mu, żeby zachował ciszę.

-Jest na dole – wyszeptał. – Zejdę pierwszy i go wyłączę, ty w międzyczasie wyjdź na zewnątrz i wyłącz kamienie.

Chauvet cicho przytaknął. Dwójka mężczyzn ruszyła schodami w dół. Czuł się chory. Jakby miał zwymiotować. Do tego serce biło mu tak szybko, że miał wrażenie, że wyskoczy razem z żebrami.

Schody przy każdym kroku wydawały cichy dźwięk. Koll wydawał się ich nie słyszeć, ale Chauvetowi wydawały się głośniejsze niż kościelne dzwony. Z każdym skrzypieniem drewna przypominało mu się, jak szybka była bestia, gdy ścigała Lascaux.

W połowie schodów doskonale słyszał dziwne dźwięki dochodzące ze stwora. Stał, odwrócony do nich plecami, i z głową w dół.

Wokół jego stóp była duża kałuża krwi. Pośród niej leżało ciało wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny. Altamir leżał na podłodze otoczony swoją krwią i kawałkami zniszczonych garncy. Wokół niego była też dziwna, czarna maść w kolorze nocnego nieba, która wypływała z zniszczonych dzbanów. Chauvet starał się pogrzebać w sobie złe uczucia. Odwrócił wzrok i schodził dalej.

Koll nie spojrzał w stronę ciała. Zamiast tego zaczął powoli podchodzić do stwora. Wydawał się być bardziej skupiony niż przerażony. Potwór lekko obrócił głowę w jego stronę. Rzeczywiście, nie ruszył się tak, jak w przypadku Lascauxa; zamiast tego stał i patrzył się Kollowi w twarz przez dobre parę sekund.

Zaraz potem, jakby przerażony, stwór obrócił się i stanął z nim twarzą w twarz. Nigdy wcześniej potwór nie wydawał się Chauvetowi tak mały.

Koll powoli, jak gdyby nie chciał spłoszyć zwierzęcia, wyciągnął do niego rękę, próbując go dotknąć. Potwór zrobił krok do tyłu, jakby wiedział, co chce mu zrobić. Koll wydawał się być tym zdziwiony. Gdy podszedł krok bliżej, stwór ponownie się wycofał, aż w końcu miał za sobą ścianę. W międzyczasie Chauvet zszedł ze schodów i stał pod drzwiami wyjściowymi.

Gdy Koll w końcu położył dłoń na jego złotym ciele, potwór drgnął z przerażenia.

Koll obrócił się w stronę Chauveta.

-Na co czekasz? Wyłaź na dwór i wyłącz to! – krzyknął. Zaraz po tym obrócił się w stronę potwora i zaczął czegoś szukać obok jego głowy. – I wracaj szybko, musisz jeszcze resztę rzeczy wynieść ze skarbca.

Chauvet obrócił się do wyjścia. Na zewnątrz przestało już padać. Przechodząc przez drzwi, uważnie stanął na cienkim chodniku otaczającym dom. Zaczął powoli przesuwać się, uważając, żeby trzymać plecy najbliżej ściany, jak tylko mógł.

Nagle usłyszał głośny trzask, jakby coś spadło w środku. Przesunął się w stronę okna żeby zobaczyć co się stało. Po drugiej stronie zobaczył Kolla, leżącego na ziemi, trzymającego swoje gardło z którego tryskała krew. Cały czas żył i próbował przesunąć się w stronę ciemnej mazi, która leżała na podłodze. Chauvet chciał pobiec do środka i mu pomóc, ale szybki rzut oka w stronę wejścia mu wystarczył, żeby zobaczyć ogromne złote ciało skierowane w jego stronę. Czworonożna bestia ruszyła w jego stronę.

Była szybsza od niego, wiedział, że nie da rady przed nią uciec. Szybko uformował plan. Najszybciej, jak mógł, przeszedł za róg budynku i czekał. Czuł pot spływający mu po plecach, a jego serce biło tak mocno, że myślał, że zemdleje.

Gdy bestia wyłoniła się zza rogu, Chauvet, używając całego swojego ciała, rzucił się w stronę potwora, pchając go najmocniej, jak potrafił, w stronę trawnika. Bestia poleciała wprost na jeden z kamieni. Chauvet w bólu upadł na kolana i obserwował coraz bardziej jasne kamienie. Ich błysk chwilowo go oślepił. Gdy odzyskał wzrok, zobaczył ogromne złote ciało leżące nieruchomo na trawie. Nie tracąc czasu, wstał i najszybciej, jak potrafił, zaczął biec do wyłącznika. Nie wiedział, na jak długo kamienie będą wyłączone.

Dopiero podczas biegu poczuł, jak bardzo obolały był jego bark po uderzeniu nim bestii. Ciężko było mu poruszać lewą ręką, a gdy mu się udawało, odczuwał w nim ostry ból.

Za domem, w małym metalowym pudełku przyczepionym do ściany, zobaczył trzy proste dźwignie. Nie będąc pewien, która jest poprawna, przełączył wszystkie.

Chwilę później usłyszał cichy syk i zobaczył, jak kamienie tracą swój blask. Upadł na ziemię. Był zmęczony. Czuł, jak pot cieknie mu po całym ciele i jak bardzo go boli bark. Mimo to czuł ulgę. Był wolny, mógł w końcu wyjść i wrócić do domu.

Powoli wstał i zaczął iść w stronę bramy. Myśl o powrocie do domu go motywowała. Chciał już zasnąć w swoim łóżku i zostawić całą tę sytuację za sobą. Zwłaszcza ten przeklęty dom. Nie chciał go już więcej widzieć na oczy.

Myśl o domu przerwały mu cztery złote palce, uderzające nim o ścianę i zaciskające się na jego gardle.

Pulsujący ból przeszedł przez jego cały bark, gdy uderzył o ścianę. Nie mógł oddychać i czuł jak krew powoli mu cieknie z szyi.

Tracił przytomność. Wydarzenia z całego wieczoru przebiegały mu przez myśli. Czemu w ogóle myślał, że uda mu się uciec? Pieprzony Koll. Musiał akurat jego zatrudnić? Jedyny raz, jak był właściwie potrzebny, nie zdążył nawet wyłączyć tego metalowego potwora. Jak Koll mógł w ogóle myśleć, że może go wyłączyć?

Bestia uderzyła nim ponownie o ścianę. Ból z potłuczonego barku pomógł mu chwilowo się skupić. Koll szukał czegoś obok głowy potwora.

Chauvet spojrzał obok głowy bestii, zobaczył tam schowaną cienką rurkę prowadzącą od głowy do tułowia potwora. Używając całej swojej pozostałej siły, chwycił za nią i wyrwał..

Gęsty, czarny płyn zaczął wypływać z rurki. Bestia od razu go puściła i cofnęła się. Chauvet upadł na kolana i próbował złapać oddech. Jego szyja cały czas krwawiła i bark bolał bardziej niż wcześniej.

Stwór próbował przymocować z powrotem rurkę, lecz jego dłonie nie pozwoliły mu jej dobrze złapać. Po chwili z desperacją spojrzał na Chauveta. Próbował przejść w jego stronę, lecz po paru krokach padł na ziemię, bez życia. Chauvet wolno podniósł się z ziemi. Wydawało mu się, że jest to najcięższa rzecz, jaką zrobił w życiu. Powoli zaczął przesuwać się w stronę wyjścia. Gdy zobaczył w końcu bramę, był zbyt słaby, żeby okazać radość. Kątem oka zobaczył, że światło w budynku z powrotem się świeci, musiała to być jedna z dźwigni, które przełączył.

Brama była szeroko otwarta. Po przejściu przez nią upadł prosto na twarz. Nie mógł się ruszyć. Był zmęczony.

Odwrócił się na plecy. Gwiazdy, wszędzie widział gwiazdy wypisane na nocnym niebie. Powietrze było przyjemnie zimne, myślał nad tym, gdy wolno zamknął oczy.

 

Gdy się obudził, był gdzieś indziej. Leżał na obcym łóżku w obcym pokoju. Czuł w powietrzu sterylny zapach chloru. Był w szpitalu.

Później dowiedział się, że znalazł go młody mężczyzna, którego Koll zatrudnił w ramach transportu.

Po tygodniu w szpitalu jego stan poprawił się wystarczająco, żeby przenieść go do innego pokoju. Dostał mały pokój z dużym oknem. Widział z niego całe miasto, ale jego uwaga skupiała się tylko na jednym budynku. Nieważne, jak dobrze wtapiał się w tło, on go widział. Nieważne, czy dzień, czy noc, Chauvet patrzył na niego, jakby bał się, że się ruszy, gdy tylko odwróci wzrok. Czuł się zepsuty. Mógł tylko patrzeć i patrzeć, licząc, że dostanie odpowiedź. Mając nadzieję, że zdarzenia z tej nocy w końcu będą miały sens.

Parę tygodni później wypuścili go ze szpitala. Po drodze został zmuszony przejść obok tego domu. Wyglądał tak samo. Jakby nic się nie stało. Ale on znał prawdę, wiedział, co stało się w środku. Odwrócił się i zaczął iść w stronę swojego domu.

Tej samej nocy nie mógł spać. Czuł się obserwowany. Jakby odkrył sekret, który miał pozostać ukryty.

Parę godzin później znowu stał pod jego murem. Spojrzał na podwórko, które było ciemne i obce. Mimo to pociągnął za drzwi, licząc, że są zamknięte. Furtka wydała cichy pisk, gdy otworzyła się przed nim.

Nie sądził, że będzie tu z powrotem.

Przeszedł przez bramę i zamknął za sobą drzwi.

Ku jego zdziwieniu światło w środku cały czas się paliło.

Czuł, jak mocno bije mu serce. Gdy już tu był, musiał się upewnić. Wolno zaczął iść na tyły domu. Gdy skręcił za róg, zobaczył coś okropnego.

Nic.

Bestia znikła. Powinna tutaj być, jednak jej nie było. Pobiegł na tył. Nie było jej. Okrążył cały dom dwukrotnie, ale nigdzie jej nie było. Stanął przed drzwiami wejściowymi i próbował się uspokoić. Spojrzał w stronę domu. Drzwi wejściowe cały czas były lekko uchylone. Po drugiej stronie nic nie było.

Ciała dwóch mężczyzn i wszystkie przedmioty pozostawione tam znikły. Podobnie było na wszystkich piętrach. Chauvet przyszedł tu, licząc na odpowiedzi, ale miał tylko więcej pytań.

Następnego dnia wyjechał z miasta. Nie mógł tam dłużej żyć. Nie miał planu. Wsiadł na pierwszy statek wypływający z miasta. Jedyne, co miał, to szczątki nadziei - nie że zrozumie, liczył tylko, że zapomni i będzie mógł żyć tak, jak kiedyś.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania