Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
CEGLANA ŚLICZNOTKA. (smutne opowiadanie o uczuciach)
CEGLANA ŚLICZNOTKA.
Zawiesiła spojrzenie w promykach słonecznego blasku, stanowiącymi nad jej głową prostokątnie ukształtowaną nadzieję. W całym swoim osiemnastoletnim życiu, nie pragnęła czegokolwiek więcej, jak jego trwania. Nie dlatego, że będąc zwyczajnie piękną, chciała karmić własną knąbrność jego ciepłą bliskością. Rozumiała, że kiedy dotknie ją samotność, zapadający mrok, pozostawi ją jedynie w towarzystwie łez, ciężko sunących po jej uroczych kościach policzkowych, wprost na dekolt koronkowego gorsetu, utrzymującego jej kulisty biust, w garsonce balowej sukni. Dotknęła jej swoimi delikatnymi dłońmi, jakby chcąc odegnać przeciągłą powolnością, wzbierającą w niej gorycz. Jedynym, czym jej zielonookie spojrzenie mogło się jednak obronić, przed zniewalającym je uściskiem zimnej dłoni ciemności, pośród chrobotliwie mokrego szurnięcia ostatniej z cegieł jej świadomości własnego życia, był żarliwy, krótki szloch, drgający jej wilgotnymi ustami, gdy tylko skąpał się w absolutnej ciemności. Nie chciała, aby dotknęła jej serca. Nie pozwalała jej na to, nawet czując ziemistą woń stygnącej zaprawy, która, zamiast przemijać... swym bezwiednym trwaniem, z każdą możliwe, że minutą, pogrążała ją w narastającej płytkim oddechem obojętności, gdzie mrok, zdawał się nie tyle panować nad jej spojrzeniem, co notorycznie stanowić wszystko, jeszcze do niedawna: zwane przez nią uczuciami, pozwalając zaznać ulgi, jedynie kojącym jej umysł odrętwieniem. Podciągając kolana ku piersią, skrzyżowała balowe trzewiki na wysokich obcasach, kurczowo obejmowane jej szczupłymi ramionami. Zawsze twierdzono, że... jest taka delikatna... co obecnie bolało ją jeszcze bardziej, przenikliwie mokrym chłodem kamiennej posadzki, jakby dla otuchy tulonej ciepłem jej wystawnej spódnicy. Przestając liczyć kolejne wstrząsające nią szlochy, zapadła w pozbawiony marzeń sen.
Kamila czaiła się na tą okazję od dawna. Owszem, mając rozległy, niczym asortyment dawnego pewex'u, wybór: dokonała go dalece przed upolowaniem niniejszej, kubaturalnej gratki. Przecież... wiktoriański dworek, w cenie niemożliwej do określenia inaczej, niż " pół darmo " nie jest objęty możliwością kupna zawsze, gdy ktoś o tym zamarzy. Co więcej, obecnie: trwał w jego zagraconych pokojach, czymkolwiek nie kryty, niczym ostatni ruch na szachownicy przemyśleń... remont. Można go zwać co najmniej małą inwestycją budowlaną, i to nie dla idei wzniosłości tego terminu, stanowiącej " lekkie odmalowanie ". Jako zbyty przez Konserwatora Zabytków machnięciem ręką, równoznacznego z wybrzmieniem lakonizmu: " Paani... a nawet sobie pani to wyburz ", obecnie: znajdowało to tak powszechne uznanie wobec ceglanych murów, jakby stanowiło kolejne zapałki w czeluściach kotłowni. Tu drzwi, tam połączyć pomieszczenia... realizując ujęty mrokiem plan zastanowienia jej samej, co pracy wynajętej przez nią Ekipy Budowlanej, paradoksalnie... zupełnie nie przeczyło, jakby zamurowanie świeżo wykutego miejsca na ościeżnice, napawało ją dumą. Dosłownie, gdy rosły, osypany mgiełką pyłu chłop, poprosił ją do prowizorycznie zorganizowanego biura, pełniącego ponadto wiele innych funkcji. Rozkładając na przetartym rękawem kawałku wiórowej płyty, wspartym na wezgłowiach dwóch krzeseł, sporej powierzchni arkusz papieru, zaprosił ją gestem utwardzonej latami mieszania zaprawy dłoni ku swojemu służbowemu biurku, jednocześnie wskazując grubym palcem, z kulturalnie przyciętym paznokciem:
- Tu... jest, Proszę Pani, trzy metry różnicy... - co skwitował bezwiednie rozłożonymi w niewiedzy dłońmi - i już Pani wyjaśniam... - dodał fachowo, nie spuszczając oczu z planu - jakbym nie liczył, a liczę od półtorej dekady... ta, a także ta ściana - przesunął palcem wzdłuż biegnących równoległymi parami ku sobie, prostopadłych do siebie symboli - ma grubość... niespełna metr. Więc: albo tam jest, nie wiem... murowana kostka, z którą jeszcze się nie spotkałem, albo... - zastanowił się, jakby nie chcąc ośmieszyć - jakieś... pomieszczenie... tylko... wszystko, jest wyczyszczone do gołej cegły... i... nie ma tam drzwi. Żadnej ościeżnicy, śladów jej istnienia... nic. Z zewnątrz tak samo, chociaż sam myślałem, że to zwyczajny wychodek, zamurowany, gdy przestał być potrzebny po przyłączeniu kanalizacji... jednak... - po raz kolejny zastanowienie, aż wyraził utkwieniem bezwiednego spojrzenia w przestrzeni - tej powierzchni... zwyczajnie: nie ma na planie. - co stwierdził tak nagle, iż zapadnięcie końca brzmienia jego wypowiedzi, zdawało się wyrywać serce.
- Więc... - rozpoczęła pogrążona w przemyśleniach Kamila - czyy... może Pan, hmm... jak to było?.. O!: " wyjebać japę ", żeby zobaczyć, o co w tym chodzi?
- Oczywiście. - stwierdził przytaknąwszy jej Szef Budowy, odchodząc jeszcze podczas docierania jego słów do umysłu Zleceniodawczyni.
- Radek! - dźwięk jego wrzasku spowodował, iż mimowolnie podskoczyła w miejscu - wypierdalaj tam w to dziwo na parterze! - po czym, znikając w pobliskim pomieszczeniu, podniósł z usłanej plamami zaprawy podłogi szpachelkę, wydrapując nią na ścianie krzyżujące się niedbale linie.
Światło ponownie zagościło w jej sercu, obsypując wystawnie zbutwiałą kreację, odłamkami jej doczesności. Wraz z którymi, na jej wysuszone śmiercią ciało, powróciła nadzieja oddechu codzienności. Gdyby żyła, mogłoby wydać jej się przykrym, że ostatnim dokonaniem w jej życiu, było podświadomie bezsilne wsparcie na niej swojej zdobionej złotymi pierścionkami dłoni pianistki, której muzyka... po dziś dzień wybrzmiewa w ciemności, tulącej każdy z pokoi, niczym niegdyś... pośród balowej sali, w ścianie której.. została przecież zamurowana żywcem, wraz ze swoim ostatnim oddechem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania