Chłopiec w opakowaniu męszczyzny.
On wiedział, że to będzie dziś. Zbyt długo chodził zgarbiony. Choć pod nosem golił namiastkę męstwa, jego serce tęskniło za karuzelą pełną uśmiechów od ucha do ucha.
Zapach tornistra był częstym bywalcem na jego tarasie — częstszym niż zapach popielniczki, którą nosił ze sobą całymi latami.
Dziś na tarasie świeci słońce. Wieje delikatny wiatr, a klaksony z oddalonej drogi przekomarzają się z gawronami. Lubił te ptaki — w dni parzyste. W nieparzyste wziąłby z tornistra procę i wystrzelał je wszystkie, co do jednego, tupiąc przy tym starymi trampkami o podłogę, która niejedno widziała. W lutym była jak nowa — żabki z karnisza można było liczyć w jej odbiciu. A potem długo, długo nic.
Och… znowu zapachniało.
— Czujecie? Hej… czujecie? — powtórzył, przełykając ślinę.
I tym razem, nikt nie odpowiedział.
Wyjrzał nieśmiało zza firanki na karuzelę. Stała bez ruchu, jak przyspawana. Wystarczyło zamknąć oczy, a napędzały ją uśmiechy, wrzaski, oklaski i kolorowa kreda. Ale tym razem ich nie zamknął. Nie miał ochoty na zabawę.
Deszcz zaczął pukać o parapet. Obraz zza firanki rozmazał się, a zapach zniknął.
Po co ja się ciągle pytam, czy oni czują? — pomyślał. Odpowiedź zostawił sobie na później.
Krzyś to był kumpel. On zawsze czuł.
Procę dostałem od jego mamy. On miał taką samą. Kupiła mi kiedyś na odczepnego, bo ciągle ją pożyczałem, a potem były problemy, żebym ją oddał. Ale i tak było fajnie.
Kiedyś, jak nocowałem u Krzysia, a nasi starzy słuchali głośno muzyki, wzięliśmy telefon do pokoju i wezwaliśmy z dziesięć taksówek naraz. Ale był ubaw.
Krzyś był słabszy ode mnie, więc zwalił wszystko na mnie. Dostał zakaz zadawania się ze mną.
Teraz w końcu mogłem robić, co chcę. Ile można niańczyć tego słabeusza, skarżypytę… wyrzucam go z mojej bandy.
(A karuzela jak stała, tak stoi.)
Chociaż ta proca niech się na coś nada — pomyślał.
Wymknął się z domu niepostrzeżenie. Choć „wymknął” to tylko słowo, które lubił — w jego domu drzwi były niemal obrotowe.
Nazbierał kamieni odpowiednich wielkością i rozprawił się z szybami w piwnicach jak prawdziwy gangster. Wiedział, że żaden mamin synek nie odważyłby się tak krzyczeć na ludzi, którzy nie słyszą.
Nie pamięta, jak doszło do pogodzenia z Krzysiem. Jakby spał całe wieki. Dopiero w szkole przebudził się na chwilę — żeby utrwalić karuzelę, która niby zarosła, a ciągle była świeża. Po każdym deszczu wyrastały nowe listki, a z nimi nowy, intensywny zapach.
Choć ledwo nauczył się czytać, swoje pierwsze zakupy zrobił w aptece.
Poprosił pana za ladą o coś, po czym ta karuzela będzie się kręcić — z tymi buziami, oklaskami i w ogóle.
Nie wiedział, że zaciska sobie na szyi prawdziwą pętlę, rodem z horroru. Wiedział, nie wiedział — jakie to ma znaczenie dla chłopca, który dziś, w opakowaniu mężczyzny, boi się usiąść na tarasie?
Bo są zapachy, które bolą. Obrazy, które odcinają. Dźwięki, po których wnętrzności kurczą się do rozmiaru tych z tamtego chłopca.
Opowieść jest o tym, że nic nie było prawdziwe. Szyby wybijali gangsterzy. Skarżypyta wylatywał z bandy. A w aptece było lekarstwo.
A ty?
Jaka jest twoja prawda?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania