Chłopiec z ulicy Braci Pillatich

Numery padną dopiero za tydzień. Dni dłużyły się niemożliwie. W niedzielę wstałem o piątej, ubrałem się, usiadłem na dywanie pod balkonem. Ojca nie było, bo znowu coś im nie wyszło i na noc poszedł do swojej kawalerki. Podskoczyłbym, żeby mu przypomnieć, to tylko kilka kroków, ale matka nie pozwalała. Ostatnim razem zastałem go w towarzystwie jakiejś kobiety. Na wzmiankę o niej, matka dostała spazmów i odtąd zabroniła mi tam zaglądać. Na szczęście ojciec przyszedł wczesnym popołudniem. Oznajmił, że zabiera nas do kolegi, gdzie będę mógł obejrzeć wyniki lotto w telewizji. Ma tam być Stefan i już wyobrażałem sobie jego minę, gdy lekką rączką odpalę mu kilkadziesiąt patoli. Ojciec był w wyśmienitym humorze. Na jego widok matka odzyskała chęć do życia. Zanosiło się na cudny dzień, jakich dawno nie miałem. Nawet betką jechało się szybciej niż zazwyczaj. Kierowca zmienił pas, wyprzedzał maruderów, jakby i jemu śpieszyło się na losowanie. Pasażerom również, przecież każdy chce wygrać. Na wszelki wypadek zanotowałem numer obok kierowcy. Dostanie tysiąc za dobrą jazdę.

 

W mieszkaniu przywitał nas komplet gości. Mężczyźni grali w karty przy stole, ściśnięte na kanapie pod ścianą kobiety, plotkowały o czymś zawzięcie. Stefan siedział po turecku na podłodze, z wzrokiem wlepionym w ekran telewizora, jakby w ogóle go tam nie było. Usiadłem obok niego, lecz przygody braci Cartwright zupełnie mnie nie wciągały. Zerkałem co chwila na zegar na ścianie, ręką dotykałem kieszeni spodni, gdzie na blankietach była zapisana przyszłość mojej rodziny. Gęsty dym z papierosów zawisł pod sufitem, skąd dalej nie miał dokąd lecieć. Matka Stefana uchyliła okno, ale nasza gospodyni zaraz szczelnie je zamknęła, bo z dworu szło przenikliwe zimno. Nie nadążałem za akcją filmu. Wolałem już obserwować grających, komu dopisuje karta, kto się trzyma metody. Bączek pasował, Tułowski robił minę, jakby w zanadrzu trzymał same atuty, mój stary podkładał plichtę, a ojciec Stefana wszystko ciął z góry asem. Trzaskało, jakby kto biczem przejechał po stole, aż mi ciarki chodziły po plecach, na samą myśl, żeby dostać taką ręką.

 

Żal mi było Stefana, bo obrywał często, za byle co, pasem, kablem od telefonu, co tylko ojcu wpadło w garść. Darł się wniebogłosy, ale ojciec nie przestawał bić, dopóki Stefan się nie uspokoił i normalnym głosem nie wyliczył, ile mu tym biciem ojciec rozumu zadał. W takich chwilach matka Stefana zamykała się w ubikacji. Z bezsilności gryzła palce, aż do krwi. Synowi nie pomoże, poderwie autorytet ojca, a na końcu sama jeszcze dostanie. Po odebraniu kary Stefan musiał się odmeldować, po wojskowemu. Następnego dnia w szkole czytał z trudnością, jąkał się nieustannie, litery tańczyły mu przed oczami. Kolejna dwója, w domu manto i tak w kółko. Od tego bicia tracił grunt pod nogami, aż stał się przedmiotem docinków. Koledzy z klasy zaczepiali go z byle powodu, najczęściej starszy z braci Horychów, ten co zimował już drugi rok. Codziennie po lekcjach okładał Stefana pięściami, na klatce schodowej, przed jego domem. Skoczyłbym mu z pomocą, gdyby napadli go we dwóch, ale w solówce przecież idzie o honor. Jednego dnia zauważył to jego ojciec. Zawołał Stefana na górę i tam dołożył mu pasem. Stefan w ryk.

— Wiesz, za co?

Stefan nie potrafił odpowiedzieć, no bo czy to jego wina, że kolega z klasy go sobie upatrzył.

— Za to, że dajesz się bić — łajał go ojciec. — Masz się bronić, a ty stoisz jak oferma!

Pokazał mu, jak ma stopami balansować ciężar ciała, łokcie trzymać do środka, ręce u góry, lewą na wysokości policzka, prawą pod podbródkiem, a podbródek nisko, przez cały czas. Ponoć sam kiedyś boksował, więc chyba wiedział co mówi.

 

Odtąd Stefan obrywał dwa razy — wpierw od Horycha pięściami, potem od ojca pasem. Nie miał bokserskiej duszy, ale ojciec nie ustępował, aż Stefan zrozumiał, że lepiej podjąć walkę, choćby po to, żeby nie dostawać podwójnie. Dlatego, kiedy następnym razem Horych zaczaił się na ulicy, Stefan nie uciekał, tylko stał w miejscu, tak jak go uczył ojciec. Horych podszedł bliżej, ramiona odchylił do tyłu, głową uderzył Stefana w nos, z którego momentalnie popłynęła strużka krwi. Stefan padł na ziemię, ale powoli, z widocznym trudem, usiłował się podnieść. Nim stanął na nogi, znowu dostał z głowy, w to samo miejsce. W jego nosie coś zachrzęściło, upadł, jęczał, ale już się nie podniósł.

 

Nazajutrz Horych próbował tej samej sztuczki. Nie wiedział tylko, co takiego Stefanowi poradził ojciec. Szedł na pewniaka, spodziewając się szybkiego rozstrzygnięcia. Z całej siły zamachnął się głową, lecz Stefan zdążył minimalnie zejść z linii ataku, wyminął napastnika, prawą ręką złapał go za szyję, lewą uderzył w plecy. Horych stracił równowagę i poleciał na chodnik. Natychmiast poderwał się na nogi, ale u góry natrafił na pięść Stefana. Podniósł się ponownie, lecz za każdym razem witała go zaciśnięta pięść, raz z lewej, to znowu z prawej strony.

 

Od tego dnia, walki trwały dłużej, przybierały na zaciętości, aż stały się swoistym rytuałem. Pół szkoły waliło na podwórko, żeby obejrzeć kolejny sparing. Walczących bractwo otaczało kręgiem, niektórzy z boku siedzieli na tornistrach, obgryzając skórkę z chleba i popijając oranżadę. Nawet przyszło kilka dziewczyn, popatrzeć jak chłopakowi leci krew i obija się mu gały. Stefan wciąż przegrywał, ale Horych stracił łatwy cel. Raz wrócił do domu z podbitym okiem, innego dnia Stefan tak go gruchnął pod szczękę, że wybił mu zęba. Radził sobie coraz lepiej. Ojciec już go nie bił, tylko udzielał wskazówek, jak ma blokować ciosy, wyprowadzać uderzenia. Szczególnie zwracał mu uwagę na pracę nóg oraz oszczędność ruchów. Horych dostawał coraz większe wciry, gotów był nawet odpuścić Stefanowi, ale że to największy chojrak w szkole, głupio mu było się wycofać na oczach całej paczki. Stawał do walki dopóki Stefan nie starł jego pryszczatego nosa w homogenizowaną papkę. Na ulicy zaświeciły latarnie, nadając przedmiotom i ludziom złowieszczych kształtów. Horych skulony leżał na śniegu, Stefan stał nad nim, z podniesionymi rękami, na chwiejących się nogach, bez tchu, zmaltretowany, ale zwycięski. W szkole mówiono o nim: „To ten co powalił Horycha z trzeciej A, na ulicy Braci Pillatich”. Nad Stefanem nikt się więcej nie znęcał, nawet jego ojcu jakby zelżała ręka. Wyrósł na człowieka budzącego respekt, ukończył akademię wojskową, doszedł do stopnia pułkownika.

 

Po wielu latach zaprosił mnie do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein, gdzie pełnił jakąś ważną funkcję. Poszliśmy na piwo, zaczęliśmy wspominać dawne czasy. Jakoś napomknąłem o tym dniu, kiedy po walce z Horychem odprowadzałem go do domu. Wówczas Stefan zaczął się trząść, złapał mnie za rękę i zapłakał szczerymi łzami. Znowu było mi go żal, lecz z drugiej strony cieszyłem się, że wciąż jest tym samym człowiekiem, którego znałem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (15)

  • laura123 2 miesiące temu
    Piękne opowiadanie. Rozumiem, że metody wychowawcze ojca Stefana, nie odniosły skutku. Wrażliwości nie da się w sobie zabić.
    A jak te numery lotto?

    Zostawiam 5
  • Narrator 2 miesiące temu
    To jest fragment dłuższego opowiadania, o chłopcu co wierzył, że wymyślił niezawodny system lotto, oczywiście tylko do chwili pierwszego losowania. Później jest o jego marzeniach, co by zrobił z wygraną. Cieszy mnie, że się podobało.
  • Manuel del Kiro 2 miesiące temu
    No właśnie, co z tym totkiem? No, ale tak na poważnie. Opowiadanie czyta się lekko, chociaż prawa dłoń jakoś tak sama się zaciska przy spotkaniu z Horychem.
    Mój kolega który mieszkał po sąsiedzku, często obrywał takie lanie od ojca, paskiem moczanym wcześniej w wodzie. Jego krzyk pamiętam do dziś. Różnica między moim sąsiadem a bohaterem opowiadania jest taka, że ojciec mojego kolegi był tylko wykonawcą woli surowej matki.
    Pozdrawiam i zostawiam 5
  • Narrator 2 miesiące temu
    Kiedyś takie lanie było na porządku dziennym. Dziś za rzucenie klapkiem w dziecko ojciec ląduje w więzieniu lub dostaje AVO. Ojciec Stefana to był mądry i ciekawy człowiek, niestety życie pokazuje, że nawet najmądrzejsza osoba może się dopuszczać strasznych czynów. Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Niestety jest dużo dysfunkcyjnych rodzin i tak pewnie będzie, tylko odchyły będą nieco inne. Dobry tekst.
    Pozdrawiam
  • Narrator 2 miesiące temu
    Dlatego chciałbym, żeby ktoś napisał o normalnie funkcjonującej rodzinie. Ciekawe, czy by się spodobało. Pozdrawiam serdecznie.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Narrator Może kiedyś się podejmę:)
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Z obserwacji wiem, że biją tchórze, życiowe kaleki, które nie radzą sobie z frustracją. Jeszcze nikt przemocą autorytetu nie zbudował. Przykre, że wtedy nikt za bardzo nie reagował na bestialstwo rodzica w myśli idiotycznego przekonania, że to rodzinne sprawy.
    Kiedyś do mnie typ wyskoczył właśnie z taką gadką, że to jego sprawa, gdy obija żonę, tjaaaaaaaaaaaaa.

    Mocny i życiowy kawałek, ano tacy jesteśmy - przemocowi, wredni i źli, dobrze, że nie wszyscy, piątak 👍
  • Narrator 2 miesiące temu
    Trudno nie podzielać twoich spostrzeżeń. Jednak chyba zgodzisz się, że w jednym jego ojciec miał rację — jeśli się nad tobą znęcają, to walcz w obronie własnej, nie zostawiaj tego szkole, władzy, autorytetom, bo to jest twoje życie, a przepisy w niczym ci nie pomogą. Sprawca zawsze wybiera łatwy cel, wystarczy się postawić. Ten punkt chciałem szczególnie wyeksponować. Dziękuję za tyle gwiazdek, mam ich już od ciebie ładną kolekcję :)
  • Szpilka 2 miesiące temu
    Narrator

    Walczyć trzeba, ale czy zawsze na pięści? Chłopcy są inaczej skonstruowani psychicznie, aczkolwiek łzy głównego bohatera w zakończeniu świadczą o czymś innym, ból i żal tkwił w nim mimo upływu lat.
    Twój bohater nie lubił przemocy, takich ludzi nie zmusza się do walki, nie powinno się robić nic przeciwko własnej naturze, bo nie wychodzi nam na zdrowie.

    Wyeksponowałeś, w ogóle bardzo ładnie eksponujesz różne cechy i aspekty 😉
  • Narrator 2 miesiące temu
    Szpilka Doskonale rozumiem Twój punkt widzenia. Gdybyś myślała inaczej raczej powątpiewałbym w Twoją... kobiecość :) Ale wierz mi, w pewnych sytuacjach pięści są najlepszym wyjściem, jak długo reguły walki są jasno określone i przestrzegane. Młody lew nie powinien rosnąć w klatce, musi walczyć, takie jest jego przeznaczenie.
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Jeśli to fragment większej całości, to jak najbardziej może być. Jako osobne opowiadanie nie kleiłby się początek z końcem, bo nie ma za bardzo punktów wspólnych.
    Ale losy Stefana ciężkie i interesujące zarazem. Uwielbienie ojca do przemocy przynajmniej znalazło jakieś pożyteczne ujście, gdy zaczął trenować syna, zamiast go lać. Tak swoją drogą, czy w pewnym momencie postawy ojca Stefana i Horycha nie były takie same? Obaj znaleźli sobie łatwy cel na którym mogli się wyżywać wyładowując życiowe frustracje. W końcu jednak postawy się rozeszły i ojciec wybrał jakby mniejsze zło, a Horych poległ pod naporem źle rozumianego honoru, czyli walczę, póki nie padnę. A zresztą skoro widział że Stefan jest coraz lepszy, czemu sam nie poprawiał swych umiejętności. Może myślał, że coś jest dane raz na zawsze, natomiast ojciec Stefana zrozumiał, że coś jednak się zmienia.
  • Narrator 2 miesiące temu
    Tak, dwa pierwsze paragrafy nie pasują, bo są częścią dłuższego opowiadania. Wprawdzie napisałem nowy początek, może i nie najgorszy, lecz tak się przyzwyczaiłem do oryginału, że go zostawiłem. Może kiedyś opublikuję całość, około 3500 słów, ale to wymaga redakcji, czasu, a tego ostatniego coraz mniej.

    Podobają mi się twoje refleksje na temat Horycha, którego ja potraktowałem marginesowo, jednostronnie, a przecież to też ofiara, zasługująca na odrobinę sympatii. Jesteś wnikliwym czytelnikiem, a takich cenię najbardziej :)
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Ciężko się skupić na czymś innym, niż tym laniu (domowym). Skóra cierpnie. Owszem, kiedyś było inaczej, nie zwracało się (aż takiej) uwagi, był to element wychowania ogólnie akceptowany. Dziś jest inaczej, choć obecne rządy momentami przemoc domową wspierają.
    Ojciec Stefana... Żałuję, że nie dałeś czytelnikowi poznać go też z innej strony. Nikt nie ma samych wad, a przemoc najczęściej rodzi się z przemocy.
    Końcówka przejmująca. I daje do myślenia.
    Znów dobre pisanie.
  • Narrator 2 miesiące temu
    Masz rację co do ojca Stefana. Szekspir pisał o tym tak pięknie, że już nie sposób napisać nic piękniejszego:
    No beast so fierce but knows some touch of pity.
    But I know none, and therefore am no beast.

    Dziękuję za czas i uwagę :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania