Choroba

— Hej…! Nie uciekaj, sukinsynu… Łapy za plecami, ale już! Forward! Tylko ze spokojem…

— Jeszcze jeden?

— Jeszcze. Ten całkiem bojowy, jak mniemam. Gdzie trzymasz te łapska, co…? — dźwięk uderzenia. — Spokojnie, już zaraz się przywitasz ze swoim Panem.

— Arthur… Wykończ go.

Młode niebieskie oczy szeregowego, wcielonego na dniach do ósmego oddziału piechoty miasta LUNA, zapłonęły nie strachem, lecz wstydem. Miał zabić tego człowieka? Niewinnego obdartusa? Wierci się niczym żmija pod uściskami jego dwóch kompanów, z wycelowanymi pistoletami prosto w skronie. Ma zabić… ją?

Kobieta płakała, a w brudnej twarzy dostrzegał lęk przed tym, co i tak musiało nadejść.

— No, Arthur — głos dowódcy, Leo, zagrzmiał wśród kolorowych błyskawic elektronicznych świateł. — Na co czekasz.

— Chłopak się zląkł, hę? — zaśmiał się Paul, również młody żołdak, ale służący w oddziale już od dobrych paru lat. — Strach cię obleciał? — twarde spojrzenie Leonarda zamknęło mu usta.

Arthur wymierzył karabin między ślepia Wyrzutka. Wyglądem zasługiwał na tę nazwę. Ale drżał nie jak ktoś, kogo los pozbył się bez żalu. Wiądł na kolanach jak każdy.

Leo opowiadał mu trochę o całej akcji, gdy zanosili ciała do naczepy.

— Tak wygląda każdy dzień. Dostajemy namiary, jedziemy, pozbywamy się wesołej zgrai, a potem zabieramy ciała na granicę i zwalamy do dołu. Proste? Proste.

— A zyskowne — dodał Mauris przechodząc tuż obok. — Dają nam 50 Fantów za każde ciało. Można co nieco zarobić.

— To zależy. Kasę dostajemy z góry, a premię przyznają uznaniowo. Zresztą, już wiesz.

— To specjalna robota — Mauris podszedł do niego z szyderczym uśmiechem i polizał palec. — Strzał jeden na milion.

— Nie słuchaj go, Arthur. To jeszcze dzieciak — obaj tylko się zaśmiali.

— Kim oni właściwie są? — zapytał kładąc ostatnie ciało.

— Wyrzutkami. Parszywcami w religijnej ekstazie.

Wóz ruszył, a przysiadł się do nich Ygor jedząc właśnie spleśniałą kanapkę.

— Podobno efekt jakiejś nieznanej choroby genetycznej.

— Wydawali się całkiem… dziwni — przez gardło nie przeszło mu inne słowo.

— To abominacje, Arthur. Mamy ich zabijać. Właśnie tego potrzebuje miasto.

Mimo że osiemnaście lat skończył dopiero dziś rano, znał Leo wystarczająco długo, żeby nie dać się złapać na jego gry. Dlatego właśnie uwierzył mu, że w tej chwili zachowuje absolutną szczerość.

— Widziałeś jak się zachowują — powiedział, znacznie poważniej, zbliżając się do niego jak prawdziwy ojciec. — Pierdolenie o jakimś Panu, co oto ma przybyć na świat… Potem inni nabywają ten syf. Miasto cierpi, młody.

— A jeśli Pan istnieje?

— Skąd ci takie pytania przychodzą?

— Jesteśmy!

Dotarli do granicy. Rex zatrzymał wóz. Słychać było jego rozmowę ze Strażnikiem.

— Identyfikacja.

— Rex Dummersby. Tu moje dokumenty.

— Reszta oddziału?

— Nie możemy sobie tego darować?

— Nie. Nie możemy.

Do ich sekcji wszedł wtedy jeden ze Strażników. Ubrany w niebieski pancerz i hełm z wyświetlaną twarzą, wylegitymował każdego.

— Leonard Lannskorsy, tak?

— Zgadza się — nic nie odpowiedział.

— Jeszcze sprawdzimy naczepę… — przerwa. — Wyrzutki?

Wkrótce już przenosili ciała z jednej naczepy na drugą. Wyglądało to jak dostawa towaru, jak wymiana handlowa. Jeden był tylko jej adresat: śmierć.

LUNA prezentowała się zjawiskowo. Wielkie, 84-piętrowe miasto wznosiło się ku górze jak wieża sięgająca gwiazd. Nazwa nie była przypadkowa: każdy powtarzał, że kiedyś zbliży się do księżyca.

Zewsząd uderzał blask neonów i kolorowych świateł. Ludzie chodzili podświetlanymi uliczkami, gdzieś grała muzyka ze starych winylowych płyt (dzisiejszy rarytas), kiedy pochodzenia tych melodii nikt już nie znał.

Ich samochód potykał o asfalt niczym o nierówne wzniesienia. Zresztą, nie ma co się dziwić — nikt nie jeździł tutaj podobnymi wehikułami. Królowało metro, podniebne windy, a nie kilkukołowe opancerzone wozy.

LUNA była piękna. Tylko ludzie w niej zdolni do innych czynów.

Dojechali do bazy w dzielnicy Santaville pod wieczór. Pierwszy wysiadł zza kierownicy Rex.

— HA! Kocham tę robotę.

— Nie ekscytuj się tak — utemperował go Mauris. — Jeszcze zobaczymy, ile za to wszystko dostaniemy. Wielu ich tam nie było.

— Za ósemkę powinniśmy zarobić wystarczająco dużo — odparł Gregory - zastępca kapitana, tego dnia zachowujący się nad wyraz cicho. Wtedy jednak krzyczał już z gracją nestora.

— Nie traktuj ich radości zbyt personalnie. Ani żadnych ataków w twoją stronę — Leo pouczał Arthura jeszcze w zaciszu wozu. — Im tylko pieniądze w głowie.

— Dziwisz się, kapitanie? Bez kasy trudno żyć.

— Tak, tylko… Widziałem, jak dzisiaj patrzyłeś na tego Wyrzutka. Następnym razem masz się nie zastanawiać, tylko strzelać.

— Po co? — Arthur rozszerzył oczy. — I tak się nie bronią, nie mówiąc o ataku.

— To, że zwykle są bierni, nie znaczy, iż tacy będą zawsze. Już, idziemy!

Obaj wyszli na zewnątrz idąc prosto do środka. Rex nazwał ten dzień chrztem Arthura, a on tylko uprzejmie się uśmiechnął. Słowa Leo wbiły mu się głęboko w czaszkę. Lubił cały swój oddział, choć ich zawadiackie podejście czasem… nie trafiało w jego gusta.

W bazie czekał już na nich przewodniczący całego pułku — Franz. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany łysy mężczyzna z sięgającym od ucha do ucha wąsem. Teraz uśmiechał się na ich widok równie szeroko.

— W tym tygodniu osiągacie jakiś rekord! — pochwalił każdego. — A jak sobie poradził nasz nowy adept?

— Znakomicie — przyznał Leo. — Ma zmysł stratega i świetne oko — na te słowa reszta drużyny zaczęła się śmiać. Arthur nie zwrócił na to większej uwagi.

— Doskonale. Chodźmy w takim razie świętować.

Domyślał się, o co może chodzić, i tym razem on sam przyznał sobie prawo do szczerego uśmiechu.

Długa tradycja pułku w obchodzeniu urodzin swoich kompanów, była jedną z tych rzeczy, jakie Arthur szczególnie cenił. Teraz jednak nie świętował przy piwie tak, jak prawdopodobnie powinien swoje osiemnaste urodziny. Zmęczony po całym dniu, myślał przede wszystkim o Wyrzutkach. Nurtowało go pytanie: kim ma być ten cały… Pan, o którym tak ochoczo rozpowiadali.

— Oto i Pan przyjdzie, by rozpocząć nową erę świata. Miasto spłonie krwią swoich mieszkańców, gdy rewolucja pochłonie każdą dzielnicę, uliczkę i mieszkanie. Ludzie będą spadać z okien. A Pan później nadejdzie ze swym orszakiem oplecionym w niebiańskie skóry i osądzi tych, którzy rewolucję wzniecili. Jeden będzie taki, kto w niej udziału nie weźmie. Ten oto zwać się będzie Mesjaszem - płomieniem nadziei.

Rozważania na szczęście zostały mu przerwane wbrew jego woli.

Ludwik von Molovitz, który teraz wszedł do sali zgodnie z zapowiedzią Franza, był szlachetnie urodzonym przywódcą korporacji Incorporated Technology na piętrze szóstym. Ubrany w czerwony płaszcz, z szyją opasaną szalem i długimi, brązowymi włosami, sprawiał wrażenie magnata królującego nad poddanymi. I kto wie, może nawet za kogoś takiego się uważał.

Przywitał się ze wszystkimi, po czym przeszedł do rzeczy.

— Przepraszam najmocniej tu zebranych za nader pewne siebie wtargnięcie. Jednakowoż przychodzę z informacją wagi najwyższej, a przede wszystkim - bezpośrednio tyczącej się waszych osób.

Rex splunął, a Leo tylko patrzył na jego twarz mrużąc nerwowo oczy.

— Jestem świadom waszego wielkiego wkładu w oczyszczanie miasta z ludzi, zwanych Wyrzutkami. Wiem też, że nie każdy z was traktuje owe społeczne byty jako ludzi w ogóle. W pełni filozofię tę akceptuję i rozumiem. Z uwagi jednak na rosnące zagrożenie…

— Odtąd nie zabijacie Wyrzutków — dokończył zdanie Franz.

Na oczach każdego z oddziału rysowało się zdziwienie lub pogarda. Niewzruszony pozostawał tylko Arthur, patrzący na reakcje Leo. Ten wstał i powoli podchodził do dwójki.

— Proszę mi więcej nie przerywać, panie Franz — skarcił go surowo, lecz wciąż zachowując pozornie miły wyraz twarzy, von Molovitz.

— Nie będę słuchał zawszonego korpa — splunął mu pod nogi Leonard. — Niby po co wam oni?

— To są sprawy korporacji, panie Leonardzie.

— Ha! Przynajmniej podali wam moje imię.

— Naturalnie. Wiem też, że jeden z pańskich podwładnych dzisiaj świętuje wkroczenie w świat dojrzałości. Przynajmniej w metrykalnym kontekście.

Ruszył w kierunku Arthura, który wtedy również wstał. Leo próbował zablokować mu drogę, lecz Franz szybko przywrócił go do porządku.

Z bliska Ludwik, dotykający dłonią jego twarzy, zdawał się być jeszcze przyjemniejszy z uosobienia. Gdyby nie wyraźnie pogardliwe spojrzenia dowódcy i części drużyny, możliwe, iż zachowywałby się jak Ygor czy Mauris — całkiem nie rozumiejąc rosnącego w pomieszczeniu napięcia.

— Takich jak ty nam potrzeba, Arthurze — powiedział do niego po chwili przerwy. — Dzielnych młodych, którym płynącej w żyłach werwy na pewno nie brakuje.

— Nie zajmuj młodego bzdurami — palnął Leo, szybko żałując swoich słów. Uderzenie w ramię Franza to jedno, lecz von Molovitz rzucił mu spojrzenie niczym z piekielnych otchłani.

— Nasza decyzja sprawi, że LUNA osiągnie wyższy stopień rozwoju niż kiedykolwiek wcześniej — tłumaczył spokojnie korpos. — Mogę waszmość zapewnić.

— Nic mi nie zapewniaj tylko odpierdol się od Arthura.

Główny protagonista tej rozmowy wyszedł przed szereg i chwycił Leo za rękę.

— Wiem, co robić. Nie musisz mnie niańczyć.

— Nie daj mu sobie niczego wmówić.

— Jesteś nadzieją, młody żołnierzu — odparł wprost do niego, a potem odwrócił się do wszystkich. — Tak jak każdy z was. Tworzycie miasto lepszym. A teraz stoicie przed szansą, aby dać mu zbawienie.

Na to słowo Arthur podekscytował się. Zobaczył to chyba tylko Mauris, który parsknął i zrobił kilka kroków wstecz.

— Po co wam abominacje? — zapytał, plecami do Leo.

— Nazywacie ich abominacją? Cóż, to zaiste ciekawe określenie. Niech LUNA będzie łaskawa dla was, byście nie wpadli w podobną chorobę.

— Gadają durnoty, które się filozofom nie śniły — rzucił nagle Rex. — Kto niby byłby na tyle głupi, żeby przyjmować ich język?

— Każdy. Każdy jest tak… głupi, panie Dummersby. We krwi każdego płynie zwątpienie w rzeczywistość i wiara w nieznane. Wystarczy tylko… osłabienie odporności — Rex nie przyjął tego wytłumaczenia najlepiej. — Nie będę panom już zabierać więcej czasu — von Molovitz machnął swoim płaszczem i ruszył w kierunku drzwi. — Decyzja jest nieodwołalna. Przed wejściem leży już stosowne wyposażenie i transport w najbliższym czasie. A, jeszcze jedno: wszystkiego najlepszego, Arthurze.

Nowego sprzętu było nad wyraz dużo. Noktowizory, snajperki, lepsze racje żywnościowe, do tego świeże mundury. Nader wszystko jednak opancerzony wóz i naczepy. Ich wygląd nie przypominał niczego, co już widzieli. Po wejściu do środka, nareszcie świecili profesjonalizmem żegnając dominującą dotychczas amatorszczyznę.

— Widzisz, co dostaliśmy? — mówił Franz do Leo, kiedy Arthur zdołał podsłuchać ich rozmowę. — Najnowocześniejszy sprzęt, a nie te graty sprzed wieku. Doceń to, Leo.

— Doceniam. Ale i tak nie wierzę, co słyszę. Myślisz, że dali to wszystko z dobroci serca?

— Myślę, że nareszcie zostaliśmy zauważeni. Między innymi dzięki twojemu oddziałowi. Bądź dumny z siebie i swoich żołnierzy.

Leo przybliżył się na niekomfortowy dystans między ich twarzami.

— Nie potrzebuję snajperek, żeby docenić własny oddział.

Po długich wieczornych rozmowach, wciąż pełnych napięcia zmianą wytycznych, Arthur położył się spać. Ostatnie noce miał niespokojne, a ta nie różniła się za wiele od poprzednich. Śnił głęboko, wyobrażając sobie łuny nad LUNĄ, widok z ostatniego piętra na górujący w szczycie księżyc wraz z iskrami dźwięków sąsiednich zakładów. Na dole był on. W samochodzie, wraz z ojcem.

Nie pamiętał go, a co rusz w snach wyobrażał sobie tę twarz inaczej. Raz była stara, pomarszczona. Innej nocy — młoda, gładka, wręcz lśniąca. Teraz nie potrafił jej nawet opisać. Zdawała się być zamglona światem i wymazana lodem.

Jechali na piętrze 31, jak zwykle. Miał wtedy jeszcze sześć lat, na kilka miesięcy przed wejściem w szkolne życie. Z tego co pamiętał, nie lubił swojego taty. Szorstki w obyciu i surowy wydawał się być już wtedy.

Nagle… Huk uderzenia. Pisk metalu trącego o asfalt. Kolejne uderzenie. Kakofonia dźwięków i świateł rozmazywała mu rzeczywistość.

Opadł wtedy w sen trwający kilka minut.

Wstał, cały drżąc, choć wokół było piekielnie gorąco. Ogień żarzył się gdzieś obok, wznosząc płomień nad samochód. Pogruchotany wóz skamlał jak pies. Wokół była cisza — żadnej żywej duszy. Urok wjazdu na piętro 31.

Tę twarz ojca potrafi już sobie przypomnieć. Głównie dlatego, że mało co z niej zostało. Tylko czerwona farba rzucona bez ładu na żywe płótno. I galareta przyklejona na szybie.

Tułał się samotnie po piętrze przez kilka godzin szukając jakiejkolwiek pomocy. Niektórzy szli razem z nim, lecz na miejscu nie zobaczył już ani samochodu, ani swego ojca. Raczej kilka plamek na asfalcie i groźne odłamki szkła. Zaniepokojeni jego stanem psychicznym ludzie, odchodzili, pozostawiając dziecko na drogach i ulicach piętra.

Dwa dni zajęło mu, gdy doszedł do końca ulicy, włócząc się niezgrabnie. Wtedy spotkał człowieka o krótkich włosach z wyciętym znakiem L na prawej stronie i gęstej brodzie. Wyszedł z karabinem.

Dał mu jedzenie i nocleg. Dał mu… bezpieczeństwo. A tylko tego w tej chwili szukał.

Szybko okazało się, że pokochał nie ojca, a Leo. Człowieka, który przyjął go wtedy nielegalnie do wojskowego budynku, szkoląc na żołnierza wybrakowanej armii piętra 31, odrzuconej przez całe miasto.

Obudziło go wejście Leonarda.

— Wstajemy! Mamy Wyrzutków do zgarnięcia.

Okazało się, że Mauris, Rex i Ygor już byli na nogach.

— Wydajesz się nader podekscytowany — powiedział ten pierwszy. — Ile Fantów łapiemy?

— Wiadomość przyszła od Hansa. Arthur, wstawaj, do cholery! Mają odprawiać jakieś zebranie w starym magazynie przy Warner Street. Spodziewamy się… nawet i pięćdziesięciu.

Mauris oblizał wargę, co zobaczył już stojący obok drużyny Arthur.

— Żyj, stary. Wyglądasz jakbyś umierał — skomentował jego wygląd Ygor.

— Dajcie pięć minut.

— Zostały cztery. Za pół godziny mamy być na miejscu.

— Hans tak późno dał info?

— Znasz go, Rex.

— Nie cofaj strzału tym razem — szepnął do Arthura Gregory, podchodząc do niego, gdy ten zakładał właśnie spodnie. — Bo ja - na pewno na to nie pozwolę.

— Jeszcze zobaczymy, kto stchórzy bardziej.

— I nie pyskuj. Co, nakablujesz do Leo?

Gregory uśmiechnął się pewny siebie, lecz wzrok Arthura sprawił, że ten szybko znikł. Leo nauczył go jednego — jak razić samymi oczami.

W nowym wozie miejsca było znacznie więcej. Był też wygodniejszy, lecz wcale nie wprawiało to ich w optymizm. Ciągle w głowach mieli wątpliwości co do decyzji z góry.

— Na co im żywe Wyrzutki? — zapytał nagle Mauris. — Przecież to jest jakiś wirus. Co oni mogą z nich mieć?

— Chcą ich pewno zbadać — odparł Ygor między jednym a drugim kęsem tym razem nie spleśniałej kanapki. — Pod kątem tego wirusa.

— Niby po co?

— Nie wiem. Wyjmą im organy, powyrywają kości, potorturują jeśli trzeba… Zeskanują mózgi.

— Dowiedzą się może, o kim tak ciągle mówią — powiedział Arthur.

— Może i tak, kto wie.

— Dla mnie to wszystko śmierdzi zdechłą religią.

— Czy religia może wydawać jakiś odór? — odezwał się w końcu milczący dotąd Gregory.

— Zdechła na pewno.

— Leo? Co się z tobą dzieje?

Dowódca oddziału przez całą drogę się nie odzywał. Siedział wpatrzony w ścianę, z karabinem sięgającym mu do nosa. Na to pytanie prawdopodobnie nie wiedziałby, co odpowiedzieć, gdyby nie uratował go los.

— Wysiadamy — krzyknął głośno. — Idziemy w kupie. Pięćdziesiąt to już poważna liczba.

— I tak znowu będą potulni jak misie.

— Oby… — tę odpowiedź słyszał już tylko stojący obok Arthur.

Z zewnątrz magazyn wyglądał zwyczajnie. Wciśnięty między samotne tory kolejowe i silosy, nie wydawał żadnych dźwięków. Zza żelaznej bramy dobiegała tylko cisza.

— Wejdźmy lepiej bocznym wejściem — rozkazał Leo. Podczas akcji nikt nie śmiał kwestionować jego rozkazów - nawet Gregory.

Do drugich drzwi prowadziło podwyższenie. Kręte schody zdawały się w każdej chwili zawalić. Arthur rozpoznał magazyn jako byłe miejsce schadzek lokalnych przestępców. Opuszczony od dłuższych niż mógł sobie wyobrazić lat, okazał się idealny dla interesów o z pozoru wątpliwej moralności.

W środku panowała całkowita ciemność.

— Załóżcie noktowizory.

Świat uderzył zielenią umożliwiając im przedarcie się przez korytarz. Arthur był przekonany, że gdzieś po kątach krążyły szczury. Śmierdziało na tyle źle, iż powoli mógł uwierzyć w słowa Maurisa — że tak śmierdzi tylko zdechła religia.

Nagle usłyszeli strzał.

— Tutaj — bez jakichkolwiek emocji w głosie odezwał się Rex. — Wyskoczył nagle zza ściany.

— On ma… bombę?

— Co to, samobójca jakiś? — zapytał Mauris, od razu rozglądając się dookoła. — Chodźcie tu, skurwysyny, to wam pokażę!

— Cisza! — zawołał Leo, a wszyscy od razu stanęli na pozycjach. Dowódca obejrzał ciało Wyrzutka, przyglądając się szczególnie zapiętemu na brzuchu ładunkowi. Wyglądał gorzej, niż mógłby to zrobić początkujący. Albo nie mieli żadnej wiedzy, albo robili to w pośpiechu…

— Zwykle nie atakują — rzucił Ygor.

— Zwykle nie. Ale tego wolałem zastrzelić.

— Może mają to dla picu?

— Albo ich religia wymaga teraz poświęceń — Gregory nagle odwrócił się i opuścił broń. Wskazał palcem do przodu. — Tam jest wejście przez podłogę.

— Rozdzielimy się na dwie grupy. Ja, Mauris i Arthur w jedną stronę, Gregory, Ygor i Rex - w drugą. Ygor — zbliżył się, chcąc zobaczyć swoją twarz w odbiciu noktowizji. — Masz snajperkę. Będziesz nas osłaniać. Musimy ich otoczyć i znaleźć słabe punkty. Na razie nie wchodzimy z buta.

Każdy bez chwili namysłu przyjął rozkaz.

— Zabiłbym każdego Wyrzutka w tym mieście — szepnął Leo, spoglądając na Arthura. Czuł ból w głosie dowódcy, którego sam nie rozumiał.

Już kiedy przechodzili poluzowanym włazem, uderzył ich huk jakiegoś instrumentu. Organy sprawiły, że część z nich podskoczyła. Melodia brzmiała wzniośle, wręcz do przesady patetyczne, wzbudzając albo zdumienie, albo — żenadę. Wkrótce potem do organów dołączył się chór.

— Będą zajęci, hah! — ironicznie zadrwił Mauris, już głaszcząc swój karabin. Leo rzucił mu tylko spojrzenie, po którym porzucił sarkazm.

Arthur wsłuchiwał się w słowa chóralnych śpiewów chyba jako jedyny z oddziału. Chwytały go za gardło, przytrzymywały myśli liniami. Jakby całym sobą czuł ten syf, o którym mówił dowódca.

Zmiłuj się, Panie, w łasce swojej,

W ogromie tego, co nazywamy miłością,

Oczyść mnie z grzechu miasta,

Obmywając moje myśli, sumienie i czyny.

Pokrop mnie światłem krystalicznym,

A Słońce zza wieży się wzniesie,

Uczyń mnie blaskiem księżyca,

Łuną fabryk i biur,

Abym stał się tym, czego pragniesz,

W mieście zrodzonym z kłamstw i snów…

Położyli nogi na rampie, otaczającej cały magazyn, mając gęstą gromadę około pięćdziesięciu Wyrzutków tuż pod stopami. Każdy zdjął noktowizor, dostając zastrzyk sztucznych świateł dla ich źrenic.

— Raz tylko widziałem, żeby atakowali — tłumaczył dowódca. — Z dekadę temu. Od tamtej pory…

— Co? Co od tamtej pory? — nerwowo pytał ogólnie poddenerwowany Mauris.

— Nigdy się tak nie czułem. Tak… dziwnie.

Dla Arthura widok całego pomieszczenia wzbudzał jakiś dziwny zachwyt. Nie mogąc go okiełznać, pochłaniał neonowe światła w połączeniu z blaskiem dziesiątek świec, porozkładanych w różnych zakątkach. Widział stół nakryty białym obrusem, człowieka w złotych szatach przechadzającego się między tłumem. Nad nim — kryształowe organy, z którego jak płomienie buchają kolejne nuty.

Arthur zdawał się otępiały dla tego widoku, nie ruszając się z miejsca. Do przytomności sprowadził go dopiero Leo.

— Arthur! Żyj, do jasnej cholery.

— Tak jest — odparł lakonicznie.

— Ilu tam mamy? — powiedział i do przyglądającego się całej grupie Maurisa, i do Ygora w słuchawce.

— Trzech… Czterech… Pięciu… Pięciu z bombami.

— Stoją na rogach. Niech szef spojrzy.

Leo zajrzał przez lunetę i podał ją Arthurowi. W czterech rogach hali stało pięciu Wyrzutków z zapiętymi pasami ładunków wybuchów wokół brzucha. Obok siebie mieli postawione świece, a nad głowami zwisające żyrandole. Wyglądali niczym ofiara rzucona tłumowi na rzeź.

— Potwierdzam — powiedział przez słuchawkę Gregory.

— Dobra. Ściągamy po jednym. Bierzemy trójkę z przodu, wy macie ostrzelać tyły. Potem schodzimy prosto na nich i bierzemy tę zgraję do paki. Rex - zejdź na dół i zabezpiecz wejście.

— Tak jest.

— Arthur — zwrócił się bezpośrednio do niego. — Strzelać umiesz. Po prostu się nie posraj ze strachu, jasne? — kiwnął głową.

Czekali z wycelowanymi ku celów lufami na sygnał dowódcy. Leonard niecierpliwił się powolnością Rexa. Kiedy ten stanął wreszcie przed bramą na zewnątrz, rzucił tylko:

— Teraz.

Dźwięki strzałów zostały potwornie stłumione przez muzykę organów. Zdawały się perkusją dla melodii. Każdy z pięciu Wyrzutków padł od razu, liżąc martwy podłogę. Arthur również trafił idealnie między oczy, nie dając ofiarze szans na przeżycie. Chociaż nie był z tego dumny.

Szybko zapięli haki na bandzie i zjechali w dół, stając obok zabitych. Oczy mieli puste jak szkielety, a twarze zmęczone i otępiałe. Byli martwi na długo przed całą akcją.

Muzyka ucichła zaraz po tym, gdy oddali salwę ostrzegawczych strzałów w górę. Z sufitu poleciał kurz i trochę gruzu.

— Dobra, miejmy to już za sobą — szepnął Leo, a potem wydarł się już na cały głos. — Wiecie, kim jesteśmy. Dzisiaj żadnego z was nie zabijemy. Jeszcze. Możecie się tym pochwalić Panu. Macie wyjść przed bramę i ruszyć do przodu równym krokiem. Jeden fałszywy ruch i nie zdążycie nawet go sobie wyobrazić.

W tłumie Wyrzutków panował względny spokój. Większy niż zwykle. Stali w miejscu i posłusznie wykonywali rozkazy, jakby okazywali się nagle racjonalni w swoich poczynaniach, bojąc się śmierci z ołowianej kuli. Rex otworzył właśnie bramę, wpuszczając światło z ulicy. Wewnątrz magazynu wytworzyła się jakby tęcza, wiążąca lud kolorową wstęgą.

— Pan nas uratuje, nieważne, co planujecie — powiedział ten w złotej szacie.

— Nic nie planujemy, panie szlachecki — popchnął go Mauris.

Wyrzutki powoli opuszczały magazyn pod czujnym okiem nadal osłaniającego wszystkich Ygora. Wtedy Gregory zawołał Leo. Widział to Arthur, stojący z drugiej strony.

— Szefie — w małym pomieszczeniu za otwartymi właśnie żelaznymi drzwiami, leżał… stos bomb. Dynamitu. Ładunków wybuchowych kalibru szerszego, niż oni kiedykolwiek mogli sobie wymarzyć. — To… nie powinno tu być.

— Wiem — źrenice dowódcy skakały od jednej czerwonej flagi, do drugiej. — Absolutnie nie powinno. Arthur…!

Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nagle jeden z Wyrzutków wyjął coś z kieszeni. Arthur nawet nie przyjrzał się, jak podpalał laskę dynamitu. Widział jedynie iskrę na pokrywającym się błyskawicą loncie.

Próbował od razu strzelać.

I trafił. Za późno.

Precyzyjny rzut dotarł do ładunków. Zdążył jedynie ostrzec kompanię, żeby uciekali. Przedarli się z trudem przez tłum Wyrzutków, w ostatniej chwili padając na ziemię.

Huk — piekielny huk wbił ich głęboko w kostkę brukową chodnika.

Arthur słyszał tylko pisk w uszach. Wcześniej tęcza zamieniła się w żółto-czerwoną poświatę wysokiego ognika, paląc mu skórę twarzy nieprzyjemnym ciepłem. Grozę wzbudzało porozrzucane szkło i oderwana ściana.

Gdy wstał, wokół unosił się gęsty dym i czarna smuga. Podpierał się karabinem, kopiąc i deptając martwe, nadpalone ciała. Niektóre, te bliżej wejścia do magazynu, liczył w częściach. Galareta. Galareta przyklejona do ziemi.

Patrząc na magazyn widział płonące oczy w rozbitych szybach. A otwarta brama zdawała się z niego drwić, zapraszając do piekła.

— Wstanie?

— Nie mi to wiedzieć. Muszę już iść.

Po wyjściu Rexa, Arthur został sam w szpitalnej sali, siedząc nad łóżkiem Ygora. Najmądrzejszy z kompanii, jak często mawiali między sobą, a na pewno najspokojniejszy żołnierz, teraz leżał owinięty bandażami. Jego prawą nogę zbierano w magazynie, a kawałkami skóry owijano bronie.

Nikt nie wiedział, jak przeżył wybuch. A przede wszystkim pożar. Nikt też nie mógł powiedzieć, czy za miesiąc będzie się jeszcze odzywał. Na razie spał, głęboko zanurzając się w płonących wspomnieniach wczorajszego dnia.

— Ironia losu, co nie? — powiedział smutno Arthur. — Przepraszam.

Wtedy do sali wszedł Rex.

— Franz chce cię widzieć.

Arthur chwilę patrzył jeszcze na ledwie widoczną twarz Ygora, po czym wstał i opuścił sterylną trumnę.

— Mieliście załatwić to ze spokojem. Rozumiem zabić kilku groźniejszych. Ale wszystkich?

— Wybuch był nagły.

— Pierdolenie. Wyrażę się teraz jasno - tak, abyś moje słowa zakonotował sobie w swym krnąbrnym umyśle. Jako dowódca nie tylko sprawiłeś, że cała akcja spaliła na panewce, lecz nade wszystko, zagroziłeś zdrowiu i życiu własnych braci. Zachowałeś się nieodpowiedzialnie, Leonardzie Lannskorsy i spotkają cię konsekwencje.

Ludwik von Malkovitz był ubrudzony wściekłością. Jego płaszcz zdawał się nad nim unosić, podpalony iskrą nienawiści, otaczając dookoła rozmówców. Arthur słyszał te krzyki już zza drzwi.

— Biorę na siebie pełną odpowiedzialność za fiasko operacji.

Ludwik uderzył w biurko i odwrócił się stając przy oknie. Zdawał się cały drżeć, ale dłoń trzymał stabilnie przy ustach.

— Pięćdziesięciu Wyrzutków… Pięćdziesięciu — szeptał.

— Leo — zaczął Franz. — Co tam się do diabła stało?

Ludwik przybliżył się i ściszył głos, próbując przynajmniej umknąć uwadze szefa korporacji.

— Hans nie dał nam wszystkich informacji. Nie poinformował, że w magazynie znajduje się też skład broni. Popełniłem jednak błędy proceduralne i tego w żaden sposób nie mogę wytłumaczyć.

Wtedy właśnie Arthur zapukał do drzwi.

— Wejść!

Leo podpierał się laską. Z powodu niefortunnego upadku i uderzenia nogą o wóz, złamał ją w kolanie. Z bodaj wszystkich strasznych rzeczy, jakie mogły mu się przydarzyć, ta była na razie najmniej dotkliwa.

— Podejdź tutaj. Potwierdzasz słowa Leo… znaczy, generała? — dowódca powtórzył swoją wersję.

— Potwierdzam.

— Pamiętasz… coś więcej?

— Nie.

— Czyli tak jak reszta.

Von Molovitz parsknął, a Leo zacisnął twardo pięść.

— Arthur — Franz ponownie westchnął i spojrzał na odwróconego plecami Ludwika oczami zakorzenionej niechęci. — Wiem, że to ty strzeliłeś do tamtego Wyrzutka. Po co?

— Widziałem, że wyjmuje dynamit. Chciałem go powstrzymać.

Franz odetchnął głęboko i usiadł przy stole, kryjąc twarz w dłoni.

Von Molovitz podszedł do nich.

— Opcja jest jedna — powiedział. — Wykazałeś się brakiem cierpliwości. Ktoś mógł go obezwładnić. Wtedy - pochwycenie ładunku było już niemożliwe.

— Ale to Ygor powinien…

— Zachowaj resztki honoru, Arthurze — przerwał mu Ludwik. — Popełniłeś okrutny błąd. Oby się on nie powtórzył.

— Nie pozwolę na obarczanie Arthura winą — wtrącił się Leo, rzucając mu zimne spojrzenie. — Ani żadnego mojego żołnierza. Całość stoi po mojej stronie.

— Tak — von Molovitz odezwał się, jakby właśnie rzekł coś wyjątkowo oczywistego. — Nie wątpię. Lecz teraz to już nie są twoi żołnierze.

— Słucham?

— Panie Franz… Niech pan podejmie decyzję.

Ludwik von Molovitz wyszedł bez słowa zostawiając ich samych. Uderzająca nagle cisza zdała się głośniejsza niż tamten wybuch. Przenikliwa. Wbijająca się przez uszy jak igła powlekana nicią. Dusząca.

Franz odchrząknął.

— Arthur.

— Tak?

— Wyjdź.

— Chciałbym jednak…

— WYJDŹ.

Popatrzył chwilę na Franza. Usta mu drgały. Kiedy się odwrócił, Leo położył mu na ramieniu dłoń. Uśmiechnął się. I puścił, dając pozwolenie.

Strzał. Pisk. Drugi. Wybuch. Huk. Tarcie czegoś o asfalt. Uderzenie. Trzask. Pęknięcie szybu. Ogień. Skamlenie.

Znowu strzał. Seria.

Obłok nad sceną okrywa jej bohaterów bladym światłem niczym matka może objąć w ramiona własnego syna. Miasto płonie neonowym ogniem.

Na stołówce od tych trzech dni nikt się prawie nie odzywał. Mauris stracił swój humor, a Leo… Leo nie było w ogóle.

Arthur wyszedł od razu po jedzeniu. Za nim ruszył Gregory.

— Stój.

Odwrócił się powoli, spoglądając na rosnącą w oczach twarz kamrata.

— Teraz ja tu rządzę, pamiętasz?

— Będziesz się tak chełpić władzą?

— Nie wiem. Może. Na razie sprawia mi to frajdę — Gregory przysunął mu krzesło z korytarza. Usiedli naprzeciwko siebie.

Twarz Gregory’ego, w przeciwieństwie do całej reszty oddziału, nagle odmłodniała. Wydawał się tryskać energią, niecierpliwie wyczekując kolejnych akcji. Nawet oczy świeciły mu bardziej niż ledowe reklamy na umieszczonych przy granicy billboardach.

Piętro 31 potrzebowało ludzi. Ale nie takich, jak Gregory.

— Zjebałeś w tym magazynie, wiesz? — rzekł po chwili.

— Franz uznał inaczej.

— Franza tam nie było. Najpierw krzyczysz - potem strzelasz. Wiesz, co przez ciebie przeżywa teraz Ygor?

— Procedury mówią…

— W dupie mam procedury twoje i Leo — przerwał mu i splunął pod nogi.

— Sam kazałeś mi strzelać.

— Nie o tym jest rozmowa. Widziałem, jak patrzyłeś na tego Wyrzutka. Na nich — wyjął pistolet kładąc dłoń na stole. — Jeśli złapiesz ten syf… Jeśli znowu zobaczę u ciebie chociaż cień ekstazy… Zabiję.

— Grozisz mi?

Gregory uśmiechnął się, zawadiacko podnosząc wargę.

— Nie. Ostrzegam. Na tym piętrze dosyć mamy pojebów, żeby brać kolejnego pod skrzydła. Leo raz popełnił ten błąd - ja nie zamierzam.

— Mówisz o mnie?

Gregory chwilę milczał, a jego twarz spoważniała. Schował broń i wstał odłożyć swoje krzesło. Potem ruszył pustym korytarzem.

Arthur zdawał się otoczony winą, plączącą mu niedbale nogi. Na samym tym korytarzu mógł uderzyć głową o podłogę już kilka razy.

Dopiero po kolejnych kilku dniach pozwolono im pójść na kolejną akcję. Brak Leo i Ygora przykryła pozytywna myśl Gregory’ego. Zmienił się po otrzymaniu dowodzenia. Żartował i wdzięcznie panoszył się w wozie.

Arthur go nienawidził. Rex nie przepadał. Mauris — kochał.

Teraz ponownie znajdowali się w wozie kołyszącym się na nierównym asfalcie. Na zewnątrz brakowało już nawet świateł. Wszystko zakryła ciemność i dym z okolicznych fabryk. Płuca zapełniały kłamstwem.

— Nareszcie można się dorobić, panowie — mówił Mauris paląc papierosa.

— I to jak! — poklepał go po ramieniu Gregory. — A ty co, Arthur? Nie odezwiesz się?

Ostatnie, czego tego dnia chciał Arthur, to rozmawiać z oddziałem.

— Po prostu… — zaczął. — Zastanawiam się, po co Molovitzowi Wyrzutki.

— A na co nam to wiedzieć?

— Właśnie. Ważne tylko, że płaci.

— Tak powiedział.

— Przestań się wdawać w Ygora, dobra? — zaoponował Gregory. — Albo Leo. Idziemy na sprawną akcję bez zrzędliwego starca i ślepego snajpera.

— Wstrzymaj się ze swoimi komentarzami — Arthur chciał wstać, ale na miejsce przywróciło go uderzenie kół pojazdu o nierówną drogę.

— Oho, ktoś się broni — Mauris zaśmiał się, pocierając broń.

— Niezręcznie — wziął od niego szluga. — Po prostu ciesz się robotą. Tu przynajmniej jest całkiem spokojnie.

— Polemizowałbym.

— Arthur. Przez całe swoje nędzne życie widziałeś tylko ruiny piętra 31. Wyrzutki to najmniejsza kara, jaka może cię spotkać.

Do końca już się nie odzywał. Jego usta tylko drgały, a dłoń umieszczona na spuście świerzbiła. Opierał się brodą o lufę karabinu.

Wszystko wyglądało tym razem profesjonalnie. Sprawdzili każdy skrawek otwartego placu, na jakim znajdowały się Wyrzutki. Otoczyli ich. Poddali każdego inspekcji. Zabili też dwóch — żeby resztę nastraszyć. Na nic zdały się monologi Arthura o bezcelowości takich działań. I tak Gregory wydał mu ten rozkaz.

Dziewięciu pozostałych wchodziło leniwie do przyczepy.

Arthur czuł się… dziwnie. Słysząc proroctwa Wyrzutków, zdawał się jakby czuć dreszcze na skórze. Włosy naelektryzowały się, a w gardle coś zaczęło go drapać. Jakby złapał nagłe przeziębienie.

Ponownie patrzył kilkadziesiąt sekund na przemawiających do tłumu tych, ubranych w szaty.

Czuł zachwyt, pomieszany ze wstydem i gniewem.

Do siebie.

Do nich.

Do kompanii.

— Ty skurwysynu!

Rexa podrapał po twarzy jeden z Wyrzutków ostrymi i połamanymi paznokciami.

Kilka uderzeń kolbą.

Pchnięcie bagnetem.

Po chwili z tej istoty została już tylko krwawa breja na ziemi.

Dowódca syknął widząc to, a Rex przykuł wzrok na jego oczach. Napiętą linę złamał ten pierwszy, odchodząc po następnego chorego.

Gdy Arthur pchał jednego z nich do wozu, ten rzucił mu spojrzenie. W zabrudzonej i śmierdzącej twarzy widział trudne do pojęcia… szczęście. Jakby objawił mu się wyczekiwany Pan.

— Pojadę w przyczepie.

— Po co? — na to pytanie Gregory stanął w miejscu, ale kazał dwójce wsiadać.

— Popilnuję ich.

Poczuł zimno pistoletu przy skroni i suchość w ustach.

— Nie wiem, co planujesz — chrapliwy głos zza zaciśniętych zębów atakował jego plecy przeraźliwym chłodem. — Chcę tylko, żebyś wiedział, że mam na ciebie oko.

W środku wszystkie Wyrzutki szeptały do siebie modlitwy. Arthur przez panujący harmider mógł wyłapać ledwie pojedyncze słowa.

Szukał tego, który rzucił mu tajemnicze spojrzenie. Ich twarze… tak podobne.

Siedział na tyłach. Z trudem przerwał mu w szeptaniu. Wydawał się wyrwany z transu. Pytanie zadawały zaś już jego oczy.

— Chcę się czegoś… dowiedzieć — zaczął. — Czemu jesteście tym… Wiesz.

— Sługami? — Wyrzutek odpowiadał powoli, czasem otwierając usta jedynie dla alibi, jakby szukał słów. — Sługami Pana? Oddaliśmy mu siebie, bo on nas zbawi.

— Dlaczego? Czemu wierzycie w zbawienie?

Czuł znowu dreszcze i swądy.

— Bo tak On rzekł.

Czekał chwilę na kontynuację. Otrzymał tylko milczenie.

— Kim jest wasz… Pan?

— Nie zrozumielibyście. Oni nie zrozumieją. Ty… — chciał dotknąć jego twarzy, ale chwycił mu rękę. Poczuł suchość jej skóry. Była popękana. Kruszyła się pod palcami. Obrzydzała. — Ty może zrozumiesz.

— Oni?

— Oprawcy.

Spojrzał na prawo — w kierunku opancerzonego wozu. Gdzie Gregory właśnie śmiał się wraz z Maurisem. Ledwo słyszał ich słowa, zagłuszane przez wznoszone wokół modły.

Pot spłynął mu po plecach, a w głowie zaczęło się kręcić.

— Uwolnij nas — mówił dalej Wyrzutek, teraz dotykając kciukiem jego policzka. — Chcesz usłyszeć słowa Pana? On nie przyjdzie, jeśli nie będzie ofiar.

— Wy… boicie się? — spostrzegł układający się z marszczek strach.

— Tak… — westchnął w odpowiedzi. — Boimy się.

… w grzechu tego miasta …

… w miłości poddanych …

… w gniewie księżyca …

… w hałasie ulic i maszyn …

… w blasku świateł i ciemności słońca …

— Każdy z nas się boi. Wiesz o tym. I dlatego do nas dołączasz.

— Nie dołączam do was — dyszał ciężko. — Chcę tylko wiedzieć, kim jest Pan.

Czuł, jakby ściany wozu go przygniatały. Wyrzutki kładły się na nim. Przytulały w uścisku żądnym jego ciała. Próbując zastąpić nim swoje. Niedoskonałe.

Rzeczywistość mieniła się setkami barw. To nie była już tęcza, a niby pocisk z góry.

Opadł na ziemię. Chciał krzyknąć, ale nie mógł. Chciał odezwać się, ale nie mógł. Kaszlnął. Zacisnął dłoń w pięści, jak Leo.

Nagle zobaczył przed oczami czerwony przedmiot.

— Pójdź z nami — powiedział do niego.

Później Strażnicy mówili, że opancerzony wóz znaleźli oparty o ścianę tunelu. Drzwi zostały wgniecione, a sądząc po długości zarysowań, mógł toczyć się po ziemi przez kilkaset metrów. Jechali z ogromną prędkością, to pewne.

Ciała Gregory’ego i Maurisa znaleźli jeszcze w środku. Otwory w czaszce wynosiły około 51 milimetrów. Krew była już zaschnięta. Znajdowały się jednak z boku, a strzał musiał paść od strony przyczepy — przez wąski otwór, służący karmieniu więźniów w transporcie.

Zwłoki Rexa Dummersby’ego leżały nieco dalej. Musiał wypaść przez szybę i uderzyć twardo o ziemię. Został tylko postrzelony dwa razy w prawą rękę.

Pojazd wpadł w wymuszony poślizg. Wąski tunel i gabaryty samego wozu nie dawały jednak szans na wymanewrowanie toru jazdy.

Wokół leżała masa martwych Wyrzutków podziurawiona jak durszlaki. Niektórzy zginęli w momencie uderzenia, co można stwierdzić dzięki wgnieceniom w czaszkach. Inni — zostali zamordowani tuż po wypadku.

Franz wkrótce podał nazwisko zaginionego żołnierza ósmego pułku piechoty miasta LUNA na piętrze 31.

Arthur Kennings.

Stał teraz przed magazynem. Tym samym, który wcześniej brutalnie spłonął przez akt wymuszonego heroizmu.

Wszedł do środka i włączył latarkę przypiętą do karabinu. Cały czas kaszlał, wzdrygał się, miewał dreszcze i bolesne duszności. Teraz — w pomieszczeniu pełnym ciągle zawieszonego prochu, dymu i pokruszonego tynku — zdawał się wpadać w coraz gorszy stan.

Wnętrze nie zostało spalone, lecz całkiem zwęglone. A każdy mebel, przedmiot, książka, narzędzie — każdy element, który mógł wspomnieć o realności — odrzucony w inne miejsce.

Stał gdzieś, a w tej samej chwili po środku nicości. Jeśli nicość faktycznie przywdziewa kolor czerni.

W rogach już nikt nie stał.

Nie tłumaczył sobie, czemu ich tam zabił, w wozie. To choroba. Choroba go zmusiła. A żeby wyleczyć się z choroby, należy zrozumieć objawy.

W jednym miejscu prześwitywał promień z postawionego nad magazynem neonu. Wskazywał konkretne miejsce na tyle pomieszczenia, obok wcześniej nakrytego obrusem ołtarza.

Podniósł spod garści jeszcze całkiem nie spalonego drewna metalową tablicę.

Widniał na niej jeden napis, wyryty tępym narzędziem.

Jego imię — jego imieniem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania