Cicha próba samobójcza
Tabletki... leki... duża ilośc leków... antydepresanty i alkohol... Tak, to zadziała.
Mam przed sobą śmiertelną dawkę różnokolorowych pigułek. Każda z nich sprawia, że rzeczywistość staje się rozmazaną mniejszością, a ja powoli zaczynam śnić. Nigdy wcześniej tego nie próbowałem, ale nie boję się tego, co się stanie.
Godzinę temu połknąłem leki antydepresyjne, na poprawę humoru.
Bez wahania wziąłem pierwszą, zieloną, małą, opływową tabletkę. Przez pierwsze sekundy nie zauważyłem zmiany. Po chwili poczułem jak coś spływa po moich wargach. Niepewnie uniosłem prawą dłoń i dotknąłem ust. ,,To krew”. Dostałem krwawienia z nosa.
Delikanie otarłem twarz chusteczką i sięgnąłem po kolejną tabletkę.
Malutka, zółta, podobna do ,,relanium”. Tak łatwo się ją przełykało tym tanim winem. Nic się nie zmieniło. Jedynie krwawienie się nasiliło, a ja poczułem ucisk w głowie.
Tak, kolejna. Zwykła, biała, powlekana tabletka z czarnym napisem ,,täfš” otoczonym szarą pętlą (prawdopodobnie logo nieznanej firmy).
Po niej zrobiło mi się niedobrze... ,,Zaczyna się” - pomyślałem. Ręce opadły mi na kolana, a ja na oparcie krzesła. Chwyciłem kieliszek i pociągnąłem trzy duże łyki.
Przeczekałem kilka sekund i sięgnąłem po następną.
Nie pamiętam jakiego była koloru i jakiej była wielkości. Pamiętam, ze zaraz po połknięciu upadłem na podłogę z wielkim hukiem. Przez chwilę byłem świadomy, ale niedługo moje oczy zmrużyły się, a ja zasnąłem. Straciłem przytomność.
,,Gdzie ja jestem?”, ,,Co się dzieje?”, ,,Dlaczego ja tutaj do cholery trafiłem?”. Szpital. Cisza... Nagle usłyszałem kobiecy, delikatny, wysoki głos; ,,Panie doktorze! Pacjent... Way... obudził się.”.
Wysoki, przystojny mężczyzna podszedł do mnie.
- Jak się czujesz? - zapytał.
- Tak... świetnie! Naprawdę jest dobrze, a... co ja tutaj robię? - zapytałem głosem pełnym niewinności.
- Nic nie pamiętasz?
Zamyśliłem się. Nastała cisza.
- Czy mogę zadać Ci kilka pytań? - zaproponował.
- Jasne.
- Którego dnia, miesiąca i roku się urodziłeś?
Przez moje myśli przeleciały wspomnienia. Tysiąc widoków, nie związanych z pytaniem.
- Dziewiątego...
Lekarz przytaknął.
- Dziewiątego kwietnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku.
- Tak, zgadza się. Jak ma na umię Twoja matka?
- Moja matka nie żyje.
- Tak wiem, czyli pamiętasz.
- To pytanie było nie na miejscu.
Doktor spuścił wzrok i pokiwał głową na boki.
- Donna - odezwałem się. - Donna Lee. Czy mogę w końcu dowiedzieć się o co chodzi?
Mężczyzna w fartuchu, o niebieskich wodnistych oczach wszystko mi wyjaśnił. Próbowałem popełnić samobójstwo. Mam uszkodzony układ krwionośny wraz z sercem. Z moim zdrowiem nie jest najlepiej i cały czas jestem podłączony do kroplówek. Muszę zostać tutaj jeszcze przez tydzień, a potem wypiszą mnie do szpitala psychiatrycznego na czas nieokreślony.
Kiedy wyzdrowieję, zrobię to znowu, z porządanymi efektami. Samobójca niszczy się do skutku.
Komentarze (2)
Pięć, pięć i pięć.
Samobójca, który się obudził - to najgorsze dla żywego samobójcy. Wstyd, który mówi, że nawet tego nie potrafi zrobić porządnie. A jak się zabijać, to ze skutkiem, a nie na nastolatkowy pokaz, co to kładzie 6 lepszych tabletek w garść. Garści musi być tyle, żeby całości nie można było ogarnąć wieloma.
Pięć, kurwa, pięć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania