CICHYM ŚCIGANY LOTEM
„I rzekł głupiec w sercu swoim: nie ma sprawiedliwości pod słońcem, póki woda nie zwróci tego, co głębia schowała.” – Stary walijski poemat marynistyczny
ROZDZIAŁ 1: Dom na krawędzi świata
Deszcz smagał szyby z taką siłą, jakby chciał wbić je do wnętrza salonu Blackwood Manor. Stara, kornwalijska posiadłość, wzniesiona na samym skraju bazaltowego klifu, drżała od uderzeń oceanicznych fal rozbijających się dziesiątki metrów niżej. W wielkim, wyłożonym ciemną dębiną salonie panował jednak półmrok, rozświetlany jedynie przez monumentalny kominek, w którym trzaskały kłody drewna.
Joe Alex stał przy oknie, trzymając w dłoni szklankę z bursztynową whisky. Jego szczupła, dystyngowana sylwetka odcinała się na tle spływającej po szybach wody. Obok niego, na niskiej sofie, siedziała Karolina Beacon, rozkładając na kolanach gruby zeszyt z rysunkami celtyckich artefaktów.
– Ta pogoda jest niemal zbyt melodramatyczna, Joe – odezwała się Karolina, nie podnosząc wzroku znad szkiców. – Jeśli zaraz wysiądą światła, uznam, że twój wydawca maczał w tym palce, by zapewnić ci inspirację do nowej książki.
Joe uśmiechnął się lekko, pociągając łyk trunku. – Mój drogi wydawca, Karolino, nie ma wpływu na atlantyckie niżowe fronty. Niemniej jednak, atmosfera w tym domu jest cięższa niż kornwalijski granit. Sir Arthur Vance nie zaprosił nas tutaj bez powodu. Ten stary człowiek potwornie się czegoś boi.
– Boi się własnej rodziny, Joe – rzucił głęboki, tubalny głos z głębi pokoju.
Z cienia wyłonił się potężny mężczyzna o gęstych, posiwiałych brwiach i zmęczonych oczach. Był to inspektor Ben Parker ze Scotland Yardu, który zamiast zapowiadanego urlopu, od momentu przekroczenia progu Blackwood Manor, nieustannie bacznie obserwował domowników.
– Rozmawiałem z jego bratem, doktorem Thomasem – kontynuował Parker, wyciągając z kieszeni fajkę. – Ten człowiek patrzy na sir Arthura nie jak na brata, ale jak na pacjenta w stanie terminalnym, który zdecydowanie za długo zwleka z odejściem. Z kolei młoda lady Eleanor spędziła całe popołudnie w bibliotece, nerwowo przeglądając wyciągi bankowe mężowskiej fundacji.
– A złoty naszyjnik? – spytała Karolina, ożywiając się. – Sir Arthur pokazał go wam?
– Jeszcze nie – odparł Joe, odwracając się od okna. – Posiadłość Vance’ów skrywa go w pancernym gabinecie na piętrze. Ten celtycki naszyjnik z IV wieku przed Chrystusem to nie tylko zabytek, Karolino. To obsesja Arthura. Twierdzi, że klątwa rodu Vance’ów mówi, iż złoto przyniesie śmierć temu, kto spróbuje je sprzedać. A sir Arthur dowiedział się, że ktoś z obecnych tu osób podjął już negocjacje z domem aukcyjnym w Nowym Jorku.
W tym momencie ciężkie, rzeźbione drzwi salonu otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Do środka weszła miss Beatrice Lane, sekretarka i guwernantka sir Arthura. Była to kobieta w średnim wieku, o nieprzeniknionej twarzy i nienagannych manierach, ubrana w surową, czarną suknię.
– Panie Alex, inspektorze Parker – powiedziała cichym, pozbawionym emocji głosem. – Sir Arthur prosi panów do gabinetu za godzinę, o godzinie jedenastej wieczorem. Pragnie dokonać ponownej wyceny zabezpieczeń naszyjnika. Prosił również, by przekazać, że... życzy sobie, aby nikt inny z rodziny nie wiedział o tym spotkaniu.
Gdy miss Lane wycofała się z pokoju, Joe Alex spojrzał na swój zegarek kieszonkowy. Była dokładnie dwudziesta druga.
– No cóż, Ben – mruknął Joe, przymykając oczy. – Wygląda na to, że przed snem przyjdzie nam zagrać w otwarte karty z naszym gospodarzem.
ROZDZIAŁ 2: Pokój bez wyjścia
Godzina jedenasta przyszła wraz z gwałtownym uderzeniem pioruna, który na ułamek sekundy rozświetlił całe Blackwood Manor upiornym, błękitnym blaskiem. Zgodnie z przewidywaniami Karoliny, światła w całym domu natychmiast zgasły.
Joe Alex, Parker i Karolina, zaopatrzeni w ciężkie, mosiężne świeczniki, ruszyli krętymi schodami na pierwsze piętro, wprost przed potężne, obite blachą drzwi gabinetu sir Arthura.
Parker zapukał twardo. Trzy razy. Cisza. Jedynym odgłosem było miarowe wycie wiatru za oknem.
– Sir Arthur? – zawołał Parker, naciskając klamkę. Drzwi były zaryglowane od wewnątrz. – Sir Arthur, to ja, Parker. Jesteśmy umówieni.
Wewnątrz gabinetu panowała głęboka, niepokojąca głusza. Joe Alex pochylił się nad dziurką od klucza. – Klucz tkwi w zamku od środka, Ben. Okna tego gabinetu wychodzą bezpośrednio na pionową ścianę klifu, sto stóp nad oceanem. Nikt nie mógłby tamtędy wejść ani wyjść bez skomplikowanego sprzętu alpinistycznego, który w ten sztorm byłby bezużyteczny.
– Coś jest nie tak – syknął Parker. Odsunął Joe na bok, oparł się potężnym ramieniem o futrynę i z całych sił uderzył w drzwi.
Dębowa ościeżnica pękła z głośnym trzaskiem za trzecim razem. Drzwi ustąpiły, a ciężki, metalowy rygiel z brzękiem upadł na parkiet. Wdarliśmy się do środka, unosząc świece.
Pokój był nienagannie uporządkowany. Okna były szczelnie zamknięte i zabezpieczone żelaznymi skoblami. Na potężnym, mahoniowym biurku wciąż tliła się dopalająca się świeca.
A w fotelu, z głową bezwładnie opuszczoną na piersi, siedział sir Arthur Vance. Jego skóra miała dziwny, lekko sinawy odcień, a z kącika ust sączyła się gęsta, ciemna strużka. Oczy, szeroko otwarte, wpatrywały się w pustkę. Na biurku, tuż przed nim, leżała otwarta, pusta skórzana kasetka. Bezcenny celtycki naszyjnik zniknął.
Parker natychmiast dopadł do ciała, przykładając palce do szyi starca. – Nie żyje. Od kilkunastu minut, może pół godziny. Ciało jest jeszcze ciepłe.
Karolina podeszła bliżej, osłaniając dłonią płomień swojej świecy. Jej wzrok padł na małą, kryształową szklankę stojącą obok kasetki. Na dnie lśniło kilka kropli ciemnego płynu. – Zapach... – szepnęła. – Gorzkie migdały i coś ostro ziołowego. To kurara, Joe. Albo jej rzadka, południowoamerykańska odmiana. Śmierć następuje przez paraliż układu oddechowego w ciągu kilku minut.
Ben Parker rozejrzał się po pokoju, jego policyjny umysł gorączkowo analizował sytuację. – Drzwi zamknięte na rygiel od środka. Klucz w zamku. Okna zabite skoblami. Na zewnątrz stuspadu klif i szalejący ocean. Joe... to jest niemożliwe. Morderca musiałby rozpłynąć się w powietrzu.
Joe Alex nie odpowiadał. Podszedł do biurka, ale zamiast badać ciało czy szklankę, podniósł z podłogi mały, niepozorny przedmiot, który leżał tuż obok pękniętego rygla drzwi. Był to długi, cienki kawałek mocnej, jedwabnej nici wędkarskiej, spleciony w dziwną pętlę.
Joe uniósł nić przed oczy, a w blasku świecy jego twarz przybrała wyraz absolutnego, chłodnego skupienia.
– Morderca nie rozpłynął się w powietrzu, mój drogi Benie – powiedział cicho Joe Alex. – Morderca siedzi teraz na dole, w salonie, pijąc herbatę i udając, że drży przed burzą. Zbrodnia została popełniona z iście matematyczną precyzją. Ben, każ miss Lane zebrać wszystkich domowników w bibliotece. Gra weszła w fazę, w której alibi staje się największym wrogiem tego, kto je przygotował.
ROZDZIAŁ 3: Gabinet cieni
W bibliotece na dole panowała atmosfera godna procesu sądowego. Trzy mosiężne świeczniki rzucały na ściany potężne, zniekształcone cienie zgromadzonych tam osób.
Inspektor Ben Parker, z rzadką u niego surowością, przechadzał się przed kominkiem, podczas gdy Joe Alex siedział z boku, z półprzymkniętymi oczami, rzekomo nieobecny, choć jego uwadze nie umykał żaden szczegół – od nerwowego drżenia dłoni lady Eleanor, po nienaturalny spokój doktora Thomasa.
– A więc twierdzicie, panowie, że sir Arthur został zamordowany w pokoju zamkniętym od wewnątrz? – odezwał się doktor Thomas, poprawiając mankiety koszuli. Na jego twarzy malował się chłodny, profesjonalny dystans. – Jako lekarz muszę zauważyć, że kurara działa niezwykle szybko. Arthur musiał wypić truciznę niemal natychmiast po tym, jak zamknął się w gabinecie. O godzinie dziesiątej rozmawiałem z nim przez zamknięte drzwi. Żył i kazał mi iść do diabła.
– To prawda – wtrąciła szybko lady Eleanor, tuląc się do futrzanego kołnierza. – Ja również słyszałam jego głos, gdy przechodziłam korytarzem około wpół do jedenastej. Wołał miss Lane, żeby przyniosła mu czystą szklankę do wody.
– Przyniosła pani tę szklankę, miss Lane? – Parker gwałtownie zwrócił się w stronę sekretarki.
Beatrice Lane, siedząca prosto jak struna, skinęła głową. – Tak, inspektorze. Postawiłam ją na tacy przed drzwiami, ponieważ sir Arthur nie chciał nikogo wpuszczać. Otworzył drzwi, zabrał szklankę i natychmiast przekręcił klucz oraz zasunął rygiel. Słyszałam ten dźwięk doskonale. To było dokładnie dwadzieścia pięć minut przed jedenastą.
– A więc mamy zbrodnię niemożliwą – podsumował młody Charles Vance, uśmiechając się ironicznie z kąta pokoju. – Wuj zamknął się sam, wypił truciznę z czystej szklanki i schował naszyjnik do kieszeni, po czym postanowił umrzeć, żeby zrobić nam na złość.
– Naszyjnik nie jest w kieszeni sir Arthura, młody człowieku – odezwał się nagle Joe Alex, otwierając oczy. Jego głos był cichy, ale natychmiast uciszył wszelkie szepty. – I nie ma w tym nic z samobójstwa. To była egzekucja.
W tym samym momencie drzwi biblioteki otworzyły się i do środka weszła Karolina Beacon. Była blada, a na jej dłoniach, mimo chłodu nocy, lśniły krople potu. W ręku trzymała grubą, skórzaną księgę – osobisty inwentarz archeologiczny sir Arthura, który potajemnie wyniosła z małego sejfu w biblioteczce.
– Joe, Ben... musicie to zobaczyć – powiedziała Karolina, kładąc księgę na stole przed detektywem. – Znalazłam zapiski sir Arthura dotyczące struktury celtyckiego naszyjnika. Mówiliśmy o motywie finansowym, ale prawda jest znacznie bardziej makabryczna.
Joe pochylił się nad stroną pokrytą gęstym, staromodnym pismem sir Arthura. Karolina wskazała palcem na dokładny rysunek techniczny artefaktu.
– Ten naszyjnik, wykonany z litego złota, nie był zwykłą ozdobą – tłumaczyła Karolina, a jej głos drżał z emocji. – To torques ceremonialny, używany przez celtyckich kapłanów. Składa się z grubego, plecionego sznura złota, który kończy się dwoma dużymi, pustymi w środku zapięciami w kształcie głów lwów. Sir Arthur odkrył, że wewnątrz tych złotych głów znajduje się miniaturowy, mechaniczny zatrzask ciśnieniowy.
– Zatrzask? – Parker zmarszczył brwi.
– Tak. Jeśli spróbujesz założyć naszyjnik w zwykły sposób, nic się nie stanie. Ale jeśli rozchylisz ramiona naszyjnika bez zwolnienia ukrytej blokady, z pyska jednego z lwów wysuwa się maleńka, ostra jak igła tytanowa szpila. Kapłani używali tego do uśmiercania skazańców podczas rytuałów. Sir Arthur napisał tutaj wyraźnie: „Oczyściłem mechanizm. Igła wciąż działa. Nasączyłem ją sokiem z kaktusa dla konserwacji”.
Joe Alex wyprostował się gwałtownie. W jego oczach błysnęło zrozumienie – ta ostateczna, lodowata iskra dedukcji, która zawsze zwiastowała koniec tajemnicy.
– Droga Karolino... – szepnął Joe, a na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. – Właśnie dostarczyłaś mi ostatni element tej układanki. Mechanizm obronny naszyjnika.
– Joe, o czym ty mówisz? – Parker spojrzał na przyjaciela. – Przecież naszyjnik zniknął z gabinetu! Sir Arthur nie miał go na szyi.
– Owszem, Ben. Bo sir Arthur nie zginął od naszyjnika. Sir Arthur zginął od szklanki wody – Joe Alex wstał, poprawił marynarkę i podszedł do środka pokoju, stając naprzeciwko podejrzanych. – Morderca sir Arthura jest w tym pokoju. To człowiek, który uważał się za geniusza technicznego, ale popełnił jeden, fatalny błąd językowy podczas naszej porannej rozmowy.
ROZDZIAŁ 4: Iluzja i sznur
– To absurd! – żachnął się doktor Thomas. – Drzwi były zaryglowane! Sam widziałeś pęknięty rygiel, Parker!
– Widziałem – potwierdził inspektor, patrząc jednak na Joe Alexa z rosnącym wyczekiwaniem.
– Konstrukcja zamkniętego pokoju była genialna w swojej prostocie – zaczął Joe, spacerując powoli po dywanie. – Morderca wiedział, że sir Arthur zamknie się w gabinecie o wpół do jedenastej. Trucizna została podana wcześniej. Nie w szklance wody, ale... na samej klamce drzwi od wewnątrz. Sir Arthur, wchodząc do pokoju, dotknął klamki, na której znajdowała się gęsta, oleista substancja z kurarą. Paraliż nie następuje natychmiast, potrzebuje kilku minut na wniknięcie przez mikrouszkodzenia skóry. Gdy Arthur zorientował się, co się dzieje, zdołał jedynie podejść do biurka i opaść na fotel.
– Ale jak morderca zasunął ciężki, żelazny rygiel od środka, będąc na korytarzu? – zapytała cicho miss Lane.
– Och, to najstarsza sztuczka mechaniczna, jaką opisano w literaturze, miss Lane – Joe wyciągnął z kieszeni kawałek jedwabnej nici wędkarskiej, którą znalazł na piętrze. – Wystarczyło owinąć tę niezwykle mocną nić wokół ramienia rygla, wyprowadzić oba jej końce pod drzwiami na korytarz, a następnie, po zatrzaśnięciu drzwi przez sir Arthura, pociągnąć za jeden z końców. Rygiel opadł na swoje miejsce z głośnym brzękiem, który pani, miss Lane, zinterpretowała jako działanie sir Arthura. Następnie morderca po prostu wyciągnął całą nić, ciągnąc za jej drugi koniec. Jeden z kawałków jednak pękł i został w szczelinie.
W bibliotece zapadła grobowa cisza. Słychać było jedynie trzaskanie ognia.
– Piękna teoria, panie Alex – odezwał się Charles Vance, choć jego głos stracił wcześniejszą pewność siebie. – Ale to wciąż nie wyjaśnia, gdzie jest naszyjnik. Jeśli wuj zamknął się sam i umarł, naszyjnik powinien być w pokoju. A pokój przeszukaliście.
– Naszyjnik opuścił pokój na długo przed śmiercią sir Arthura – Joe Alex zatrzymał się dokładnie przed jedną z osób. – Został skradziony wieczorem, przed godziną dziesiątą. Złodziej włamał się do gabinetu, gdy sir Arthur schodził na kolację. Ale złodziej nie wiedział o jednej rzeczy... Nie wiedział o celtyckim mechanizmie obronnym, o którym opowiedziała nam Karolina.
Joe obrócił się gwałtownie i wskazał palcem na doktora Thomasa Vance’a.
– Thomasie... Kiedy rozmawialiśmy przy śniadaniu, narzekałeś na ból w lewym przedramieniu, twierdząc, że uderzyłeś się o krawędź powozu. Ale Karolina wyjaśniła nam działanie torquesa. Gdy próbowałeś na siłę otworzyć zapięcie w kształcie lwich głów, by sprawdzić autentyczność złota, mechanizm wystrzelił. Tytanowa igła drasnęła twoje przedramię.
Doktor Thomas cofnął się o krok, a jego twarz przybrała barwę popiołu. Jego prawa dłoń odruchowo powędrowała do lewego rękawa.
– Jesteś lekarzem, Thomasie – kontynuował Joe, a jego głos brzmiał teraz jak wyrok. – Wiedziałeś natychmiast, co to za substancja. Rozpoznałeś kurarę. Zrozumiałeś, że masz zaledwie kilkanaście minut, zanim paraliż dotrze do twoich płuc. Wpadłeś w panikę. Jedyne antidotum, jakie miałeś w swojej lekarskiej torbie, to silny stymulant oddechowy, ale potrzebowałeś czasu. Wiedziałeś też, że jeśli sir Arthur odkryje kradzież, twoja kariera i życie będą skończone.
Thomas oddychał ciężko, a na jego czole wystąpiły krople potu.
– Podbiegłeś do gabinetu brata – mówił Joe, podchodząc bliżej. – Nasmarowałeś klamkę resztką trucizny, którą nosiłeś przy sobie do własnych celów eksperymentalnych, po czym użyłeś nici wędkarskiej, by stworzyć iluzję zamkniętego pokoju i zyskać czas na zażycie odtrutki w swoim pokoju. Chciałeś, by wszyscy myśleli, że Arthur zginął w zamkniętym pokoju znacznie później, gdy ty miałeś już żelazne alibi na dole.
– Nie masz dowodów... – wykrztusił Thomas, ale jego głos załamał się całkowicie.
– Dowód jest w pani kieszeni, miss Lane – Joe odwrócił się do sekretarki. – Jako wierna pracownica sir Arthura, widziała pani, jak doktor Thomas wybiega z pokoju, trzymając się za zakrwawione ramię. Schowała pani skradziony naszyjnik, który Thomas upuścił w korytarzu, myśląc, że zabezpiecza pani majątek pracodawcy. Ale ślad krwi na rękawie koszuli doktora Thomasa wciąż tam jest. I pasuje idealnie do jadu z celtyckiej igły.
Ben Parker postąpił naprzód, wyciągając z kieszeni kajdanki. – Doktorze Thomasie Vance, w imieniu Jej Królewskiej Mości, aresztuję pana pod zarzutem morderstwa sir Arthura Vance’a.
Thomas nie stawiał oporu. Opadł na krzesło, ukrywając twarz w dłoniach. Miss Lane powoli wyciągnęła z głębokiej kieszeni czarnej sukni lśniący, złoty naszyjnik i położyła go na stole, obok księgi Karoliny.
EPILOG
Trzy dni później sztorm nad Kornwalią w końcu ustał. Droga dojazdowa została uprzątnięta, a czarny policyjny powóz zabrał doktora Thomasa do aresztu w Bodmin.
Joe Alex i Karolina Beacon siedzieli w przedziale pierwszej klasy pociągu jadącego z Penzance do Londynu. Za oknem migały zielone, wilgotne wzgórza Anglii. Joe trzymał na kolanach swój ulubiony, skórzany notes, powoli zapisując pierwsze linijki nowej powieści.
– A więc to znowu była kwestia drobnego szczegółu, Joe? – spytała Karolina, opierając głowę o jego ramię.
– Zawsze chodzi o szczegół, moja droga – odparł cicho Joe, nie przerywając pisania. – Morderca może oszukać fizykę, może oszukać rygiel w drzwiach i stworzyć iluzję zamkniętego pokoju. Ale nigdy nie oszuka biologii własnego strachu.
Przerwał na chwilę, spojrzał na zapisaną stronę i dodał z uśmiechem: – A teraz, jeśli pozwolisz, muszę skończyć ten rozdział. Mój wydawca w Londynie z pewnością nie uwierzy, że ta historia wydarzyła się naprawdę.
KONIEC
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania