Ciekawska
Wracałem ze sklepu z niewielkimi zakupami, szedłem niedaleko przystanku komunikacji miejskiej i między przechodniami dostrzegłem stolik zapełniony używanymi książkami. Nikt z idących chodnikiem nawet nie zbliżał się w pobliże wyłożonej literatury, prawdopodobnie przez zerowe zainteresowanie innych. Obsługa prowizorycznego straganu nie stała przy stoisku. Zrezygnowana, lub zniechęcona usiadła na pobliskiej ławce i z oddali obserwowała przyszłych klientów. Widocznie właściciel, albo właścicielka woluminów nawet nie musieli się wysilać w zachęcaniu do kupowania, towar ten sądząc po zachowaniu ludzi musiał parzyć. O takiej obawie, świadczyło przyśpieszanie kroku na widok wyeksponowanych książek.
Jednak na mnie stolik zadziałał jak magnes, może, dlatego, że antykwariaty zmieniły rodzaj oferowanego towaru. Teraz na próżno szukać w takim sklepiku starych książek, często białych kruków, lub niewznawianych tytułów. Nowoczesny antykwariat to taki sklep, który oferuje tylko używane podręczniki szkolne. Niczego innego starszego niż rok w nim się nie znajdzie, nie licząc zatrudnionej ekspedientki.
Kilka kroków przed stoiskiem dostrzegam spory napis informujący o akcji społecznej, która zaprasza osoby chętne do wzięcia sobie za damo książek i przynoszenia z domu niepotrzebnych. Pierwszy człon informacji bardzo mi się spodobał, natomiast drugi już mniej, a wynika to z mojej pazernej chęci posiadania dużej domowej biblioteczki. Spoglądam na tytuły i autorów, szczerze mówiąc wszystkie, jakich nie posiadam bardzo by się przydały. Jednak nie wypada dobrze wychowanej osobie ogołocić stolika. Przez to zmuszony jestem ograniczyć się do dwóch egzemplarzy, więc pochylam się nad książkami i mam problem z wyborem. Przebiegam wzrokiem po grzbietach i okładkach, co trwa bardzo długo. Moje wielkie zainteresowanie i podniecenie udziela się innym przechodniom. Powoli, lecz systematycznie przy stoliku tworzy się spory tłum. Książki już nie leżą spokojnie, zaczynają przechodzić z rąk do rąk. Pośpiesznie biorę dwie, jedną jest poradnik domowy, bardzo chętnie kiedyś kupowany. Zawarto w nim przepisy kulinarne, które radziły jak z prostych ogólnie dostępnych produktów, zrobić prawdziwe cuda gastronomii. Były też porady rozpoznawania chorób i sposoby leczenia ich domowymi sposobami, oraz cała masa innych przydatnych wskazówek.
Druga cienka książeczka była ze starymi bajkami, które czytano i opowiadano mi w dzieciństwie. Miała do każdej bajeczki inny kolorowy rysunek. Przeszedłem z moimi skarbami do najbliższej wolnej ławeczki. Usiadłem wygodnie, a reklamówkę z zakupami postawiłem obok. Ręką sięgnąłem do środka, wyciągnąłem suchą bułkę. Gryząc ją i czytając bajeczkę, przeniosłem się do czasów dzieciństwa.
Moje bujanie w obłokach długo nie trwało, gdyż przyjemność czytania zakłóciły mi wibracje ławeczki, którą mocno trzęsło, przez to zostałem przywrócony do świadomości i sprowadzony na ziemię. Uniosłem głowę z nad książki i spojrzałem na źródło zakłóceń. Przed moimi oczami zobaczyłem piegowatą buzię w pełnym uśmiechu z brakującymi przednimi ząbkami. Widocznie mój wzrok był nieprzyjemny, ponieważ około sześcioletnia dziewczynka zapytała.
- Nie lubi pan dzieci?
- Bardzo lubię do czasu jak mi nie dokuczają.
Kolejne pytania dotyczyły, czy mam żonę, dzieci i jestem bogaty. Prawie natychmiast przypomniał mi się stary dowcip, który po takich pytaniach tworzył pytaniem puentę.
- Mamo, o co mam jeszcze zapytać?
Dziewczynka nie mogła przyjść sama, więc rozglądnąłem się za matką dziecka. Pragnąłem pozbyć się małej dręczycielki. Dlatego wzrokiem poszukałem ratunku, i wypatrywałem toksycznej kobiety, gotowej obedrzeć mnie ze skóry, gdy skrzywdzę jej córeczkę. Jednak nikogo nie wypatrzyłem i odsiecz również nie nadeszła.
Postanowiłem spróbować zainteresować małą bajką, jaką czytałem.
- Akurat czytałem bajkę z mojego dzieciństwa, może chciałabyś posłuchać? – zapytałem.
Odpowiedzią było kiwniecie głowy na tak, więc pokrzepiony sukcesem edukacyjnym zacząłem czytać na głos. Początkowe zainteresowanie dziecka po kilku zdaniach znikło. Widocznie język, jakim została napisana bajka jest dla dziewczynki nie zrozumiały. Udając, że czytam, zacząłem opowiadać własnymi słowami. Efekt moich wysiłków był podobny jak wcześniej, pociecha szybko przestała słuchać i ponownie tłukła nogami o ławeczkę. Ostatnia moja desperacka próba w zwróceniu uwagi na siebie.
- Zobacz, jaki piękny rysunek jest do tej bajki – powiedziałem i wyciągnąłem książkę z ilustracją w stronę dziewczynki.
Spojrzała na otwarta książkę i powiedziała.
- A następny?
- Do każdej bajeczki jest tylko jeden rysunek, a reszta obrazków powstaje w główce dziecka. Właśnie w taki sposób rodzi się wyobraźnia.
Mała panienka pomimo licznych moich prób opowiedzenia o wyobraźni i jej wielkiej sile w rozwoju człowieka, nie zrozumiała mnie. Ona niczego sobie sama w myślach nie tworzyła, zapamiętywała tylko to, co widziała w telewizorze, tablecie i smartfonie mamy. Jedyną korzyść, jaką uzyskałem swoim ględzeniem to taka, że przegoniłem pociechę z ławeczki. Zaledwie przez ułamek sekundy zastanawiała się jak stanęła na chodniku, gdzie ma iść i skierowała się tam gdzie było najbardziej kolorowo. Niedaleko z lewej strony kobieta przebrana za klowna puszczała duże bańki mydlane, a na prawo stał stolik z książkami, który ponownie był pełny, a obok niego nikogo nie było.
Chwilę patrzyłem na puszczanie baniek i gromadę dzieci, które próbowały złapać kolorowe mydlane balony. Ponownie ręką sięgnąłem do reklamówki, wyciągnąłem nową suchą bułkę i pogrążyłem się w świecie bajek.
Moja wyobraźnia pracowała bez zarzutu, nawet długo nie trwało jak widziałem trolle, piękne księżniczki i dzielnych królewiczów, złe baby jagi, dobre czarodziejki oraz smoki. Las pachniał żywicą, trąbki sygnalistów grzmiały z wież zamkowych, słyszałem ryk bestii i szczęk rycerskiego oręża. Były tam dobre elfy, wspaniałe bale i dzielne dziewczynki.
Często jak odrywam się od lektury, lub kończę książkę, zostawiam w tamtym świecie cząstkę siebie i tak było tym razem.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania