Cień

Ona zawsze przychodziła wraz ze zmierzchem — pojawiała się tam, gdzie światła było coraz mniej. Kiedy miasto powoli tonęło w nocy, gdy ostatnie światełka gasły w oknach, on ją widział: cienką, wyrafinowaną postać, która szła obok, ale nie dotykała ziemi. Czasem zdawało się, że jest zirytowana, gdy nie dostrzegał jej od razu.

Jego Cień.

Ale nie była tylko odbiciem ciała. Była odbiciem jego duszy. Oddychała razem z nim, dotykała klawiszy fortepianu, gdy grał, stała obok w kuchni, gdy nalewał sobie kieliszek wina. Pochylała się bliżej, gdy próbował ją oszukać, smuciła się, gdy milczał, i drżała, gdy dotykał wspomnień — o niej, o tej, którą kiedyś kochał.

Nie było jej już od dawna. Ciało zniknęło, ale nie poczucie obecności. Czasem słyszał jej głos — w szelescie wiatru, w nocnej muzyce deszczu, w zgiełku miasta, w trzasku drewna w piecu, w odbiciach na wodzie. I za każdym razem, gdy myślał, że zapomniał — ona wracała.

Ona-Cień stała obok, jakby szukała jego spojrzenia, jakby błagała: „Spójrz na mnie… przypomnij sobie”.

Ale on chciał zapomnieć. Zapomnieć wszystko, co kiedyś dawało mu szczęście, radość i troski. Chciał wymazać z pamięci jej twarz, jej śmiech, nawet ten cichy oddech, który czasem jeszcze czuł obok w nocy. Pragnął uwolnić się od niej — od wspomnień, które kłuły w serce jak odłamki szkła. Wydawało mu się, że jeśli zapomni, wreszcie będzie mógł oddychać bez bólu. Ale Cień nie dawała mu spokoju. W nocy ożywała — rozlewała się po ścianach, pełzała po podłodze, wznosiła aż po sufit, wypełniając cały pokój. Bezmownie pochylała się nad nim, dotykała jego ramion i klatki piersiowej niewidzialnymi rękami, jakby chciała przytulić — tak jak kiedyś. Jakby błagała: „Przypomnij sobie… Poczuj…”

Jej dotyk był ledwie wyczuwalny — zimny, ale znajomy, ten sam, który kiedyś czynił go szczęśliwym. I choć starał się odwrócić, schować pod kocem jak dziecko uciekające przed nocnymi strachami, jego ciało zdradziecko pamiętało. Pamiętało te dotyki — lekkie, jak podmuch wiatru, i to ciepło, które kiedyś otulało go od środka. To ciepło, które dawno powinno zniknąć razem z nią… ale nie zniknęło. Żyło w nim — cichym ogniem, którego nie da się zgasić nawet zapomnieniem. Nagle wcisnął włącznik — światło rozbłysło, przecinając mrok jak ostrze. Poszedł do kuchni, nalał szklankę wody i łapczywie wypił. W środku paliło — nie od pragnienia, lecz od czegoś głębszego, piekącego, czego nie dało się nazwać.

By stłumić ten ogień, zapalił papierosa. Dym powoli unosił się ku górze, splatając w upiorne kształty. A wśród nich — ona. Cień.

Znów wyciągnęła się ku niemu, miękko i nieodwołalnie, jakby dym szukał swojego właściciela. Język dymu delikatnie musnął jego policzek — ciepły, ostrożny, niemal czuły.

I w tej chwili poczuł jej zapach. Nie tytoniowy, nie nocny — lecz prawdziwy, ten, który pamiętało jego ciało. Zapach skóry zmieszany z aromatem deszczu, kawy, kwiatów, lata i czegoś nieuchwytnego, znajomego — czegoś, co zawsze należało tylko do niej.

Jego serce zadrżało: Cień miała zapach życia. Jej życia.

— Kocham cię… słyszysz? — wyszeptał w ciemność, ledwie oddychając.

— Jesteś mi potrzebna… jak powietrze, jak oddech, bez którego wszystko zamiera. Bardzo potrzebna…

Jego głos drżał, mieszając się z dymem i ciszą.

— Pamiętam cię — powiedział niemal błagalnie. — To ty… czuję cię.

Cień zadrżała, słysząc te słowa. Jej sylwetka, jeszcze chwilę temu rozmyta i nieokreślona, stała się wyraźniejsza, niemal ludzka. Powoli wyprostowała się i ostrożnie dotknęła jego ramion — tak delikatnie, że bardziej przypominało to wspomnienie niż dotyk.

I wtedy się złamał. Łzy spłynęły po jego policzkach, gorące, prawdziwe, jak u dziecka, które po raz pierwszy zrozumiało, że ból może istnieć obok miłości. Nie wstydził się płakać — jedynie duszno wdychał jej obecność, obawiając się poruszyć, by nie rozwiać tego kruchego cudu.

— Przepraszam… — wyszeptał, ledwo powstrzymując drżenie głosu. — Przepraszam za wszystko… za to, że wtedy odsunąłem cię, zraniłem, pozwoliłem sobie zapomnieć.

Zrobił krok naprzód, jakby bał się, że zniknie niczym dym, wystarczy tylko mrugnąć.

— Ale proszę cię… nie odchodź. Nie zostawiaj mnie znów. Zostań. Bez ciebie wszystko wokół — puste i jałowe.

Od tego czasu żył w półmroku — bo jasne światło odbierało ją, a ciemność przywracała.

I wtedy była obok. Cień — ciepła i delikatna, niewidoczna dla innych, ale wyczuwalna każdym oddechem, każdym uderzeniem serca. Chodziła za nim, delikatnie dotykała jego ramion, otulała ciepłem i spokojem, niczym cichy wiatr, który przynosi wspomnienia o miłości, która nigdy nie znika. I on już nie bał się ciemności. Bo tam, w półmroku, czuł jej obecność silniej niż jakiekolwiek światło.

Każdego dnia, każdej nocy, w każdej chwili była z nim — cicha, niezauważalna dla świata, ale żywa dla niego. I wtedy zrozumiał: prawdziwa miłość nie znika. Zmienia formę, ale pozostaje blisko, nawet tam, gdzie nikt jej nie widzi.

I w tym półmrocznym świecie, gdzie światło i cień tańczyły razem, znalazł swój spokój. Bo ona była z nim — zawsze.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Cain 3 miesiące temu
    Klimatyczne, całkiem, całkiem.
  • Sokrates 3 miesiące temu
    Dla mnie wspaniałe na 10.
  • Szafir 3 miesiące temu
    Dziękuję
  • najmniejsza 3 miesiące temu
    To jest przepiękne ..bardzo ale to bardzo wzruszające i skojarzyło mi się z pewną piosenką która słuchać mogłabym godzinami .
  • Szafir 3 miesiące temu
    Dziękuję
  • najmniejsza 3 miesiące temu
    https://youtu.be/eNEJhZNhJVw?si=_HarI9UlcW7Td5EO
  • Szafir 3 miesiące temu
    Dziękuję! Sluchałam tej piosenki. Taka to miłość.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania