Poprzednie częściCień Areny - AKT I, rozdział 1.

Cień Areny - AKT I, rozdział 2.

Rozdział 2

W klasie w liceum Michał był raczej cieniem niż postacią. Nie miał zbyt wielu kolegów — raczej kilku znajomych, z którymi można było wymienić parę słów na korytarzu czy w ławce podczas lekcji. Był tym typem ucznia, o którym mówiło się: „spoko gość, ale cichy”. Znał większość z imienia, ale sam nie zdradzał zbyt wiele o sobie. A reszta? Kojarzyła go. Wiedziała, że dobrze się uczy, że rzadko się odzywa i że raczej nie chodzi na imprezy. Ale poza tym? Niewiele.

Był w klasie, ale jakby obok niej. Nie wzbudzał wrogości, nie był obiektem drwin, ale też nikt go nie zapraszał do wspólnych wyjść po szkole. Niektórzy próbowali nawiązywać z nim bliższe relacje, zarówno koledzy jak i koleżanki z sąsiednich ławek, ale szybko rezygnowali.

Po niedawnej śmierci bliskich zamknął się jeszcze bardziej. Nauczył się, że ludzie łatwo się oddalają, a ból jest czymś, co trzeba przeżywać samotnie. Kiedyś może chciał być częścią tej szkolnej wspólnoty — teraz raczej obserwował ją z dystansu. Jak ktoś, kto już wie, że pewne rzeczy nie są dla niego.

Michał Radecki wyróżniał się, choć sam zdawał się tego nie zauważać. Był szczupły, ale nie chorowicie — miał w sobie lekkość i pewną młodzieńczą sprężystość. Kruczoczarne włosy często opadały mu na czoło, a spojrzenie spod gęstych brwi bywało trudne do uchwycenia — intensywne, czasem zamyślone, czasem całkowicie gdzie indziej. Skóra jasna, niemal blada, kontrastowała z ciemnymi ubraniami, które zwykle wybierał — prosta bluza, czarny T—shirt, dżinsy. Zawsze stonowany, niewyróżniający się, ale mimo to przyciągał wzrok.

W klasie zajmował miejsce przy oknie, w jednej z ostatnich ławek. Obok niego — niezmiennie od pierwszej klasy — siedział Wiktor. Znali się od początku liceum. Wiktor był jego przeciwieństwem: wygadany, nieco rozkojarzony, z talentem do zapominania o sprawdzianach, ale też z dziwną zdolnością do zjednywania sobie ludzi.

— O, książę ciemności zaszczycił nas swoją obecnością — mruknął Wiktor z przekąsem rzucając torbę pod ławkę i od razu sięgnął do kieszeni po gumę do żucia. — Gdzie byłeś wczoraj po szkole? Znowu łaziłeś po lesie, co?

Michał bez słowa wyjął zeszyt, odsunął plecak i tylko lekko się uśmiechnął.

— Wolę to niż smażenie się pod blokiem — odparł cicho.

— A ja wolę nie wiedzieć, co znów będzie dzisiaj z matmy.

— Kartkówka, zapomniałeś?

— Tak myślałem.

Nie było w tej wymianie zdań nic wyjątkowego. Ale właśnie to było w niej najcenniejsze — zwyczajność, którą Michał cenił coraz bardziej. I może właśnie dlatego trzymał się Wiktora, choć czasem różnili się jak dzień i noc.

Na przerwie Wiktor i Michał przemykali przez zatłoczony korytarz w kierunku automatu z napojami, gdy nagle zza rogu wyskoczył znajomy cień.

— No siema, panowie! — rzucił Kuba, wpadając na nich z typową dla siebie energią. — Co tam, geniusze? Jak po kartkówce?

Kuba — czyli Jakub Doczyński — był przeciwieństwem Michała w niemal każdym aspekcie. Głośny, pogodny, zawsze gotowy do żartu. Lekko przy tuszy, ale nosił się z taką pewnością siebie, że nikt nawet nie pomyślałby, żeby to wytknąć. Trenował boks i lubił się tym chwalić, choć znacznie częściej opowiadał o dziewczynach niż o sparingach. Zawsze miał coś do powiedzenia, nawet jeśli temat był śmiertelnie poważny — z zasady próbował obracać wszystko w żart. Był lojalny, zaradny i bardzo towarzyski. Taki typ, który potrafił odnaleźć się w każdej grupie, a mimo to wciąż wracał do Michała, z którym znał się od przedszkola.

— Jeszcze nie było — odparł Wiktor, wzdychając. — Radi przypomniał mi dzisiaj rano.

— Radi? — uśmiechnął się Kuba, klepiąc Michała w ramię. — No tak, nasz żywy radar. Jak zawsze wszystko wie, ale nic nie mówi.

Michał tylko się uśmiechnął, nie protestując. Ksywka przylgnęła do niego gdzieś na początku gimnazjum — niby przez to, że „wyczuwał” nastroje innych, niby że ma „radiowy” głos. A tak naprawdę wzięła się od nazwiska. Po prostu. Została i już tak miało być.

— A wy co wczoraj robiliście? — zagadnął Wiktor, zerkając na Kubę.

— Ja? Same ważne rzeczy — rzucił z udawaną powagą Kuba. — Najpierw ustawiłem się z Kaśką z chemii, potem miałem z Magdą angielski poćwiczyć, no ale w końcu Marta zaprosiła mnie na wieczorne powtórki…

— Ta, jasne. Powtórki — parsknął Wiktor.

— Nie moja wina, że jestem człowiekiem renesansu — wzruszył ramionami Kuba. — I że dziewczyny to widzą.

W tej samej chwili do grupki dołączył Marcin — chudy jak patyk, z wiecznie zaciśniętym plecakiem i rozpiętą bluzą. Zawsze z książką pod pachą.

— Cześć — rzucił krótko. — Podobno nie działa tablica interaktywna w sali 22?

— My nie wiemy, my jesteśmy z marginesu edukacyjnego — powiedział Kuba, wskazując na siebie i Wiktora. — Radi! — krzyknął, wskazując Michała — On wie wszystko, tylko się nie dzieli.

— A jak już się dzieli, to zwykle po fakcie — dopowiedział Wiktor z lekkim uśmiechem.

— Taka karma — odparł Michał, pierwszy raz tego dnia szczerze się uśmiechając.

I przez moment wszystko było tak, jak kiedyś — prosto, zwyczajnie. Zanim świat się zachwieje.

Długa przerwa. Korytarz opustoszał, większość uczniów powłóczyła się do bufetu albo wygrzewała twarze na dziedzińcu. Michał, Wiktor, Kuba i Marcin przysiedli w niszy przy oknie, gdzie zwykle spędzali te cenniejsze chwile dnia — poza planem, z dala od nauczycieli i hałasu. Przynajmniej na chwilę.

— Słyszeliście, co dzisiaj mówiła pani Bagińska? — zagaił Marcin, wyciągając kanapkę. — Że na wschodzie jest już po wszystkim. Kijów otoczony, miliony ludzi uciekają.

Marcin Czerwiński był zupełnym przeciwieństwem Kuby — wysoki, bardziej z książką niż z hantlem w ręku. Typowy inteligent z ciętym dowcipem i spokojnym tonem. Interesował się polityką i historią, grał na gitarze i znał się na komputerach, a jego zdrowy dystans i dyscyplina sprawiały, że ludzie chętnie prosili go o pomoc. Jeszcze niedawno powątpiewał, czy wojna faktycznie może dotknąć ich kraju — teraz, choć nadal rzeczowy, w jego głosie pobrzmiewała wyraźna nuta niepokoju.

— Przesadza — rzucił Kuba z pełnymi ustami. — Jak zwykle.

— Myślę, że nie. Widziałem dziś rano artykuł. Rosjanie przesunęli wojska pod naszą granicę. I wiesz, co mówiła? Że w razie czego rząd ma rozważyć mobilizację. Może nie teraz, ale... wkrótce.

Zamilkli.

— Mobilizację? — powtórzył Wiktor cicho. — Super… Ciekawe, kto pierwszy spakuje torbę i pojedzie się dać odstrzelić.

— Ja pojadę — rzucił Kuba, prostując się. — Niech tylko spróbują przejść przez Bug. Damy im popalić.

— Jasne, bokserskimi anegdotami ich zasypiesz — parsknął Marcin, ale bez złośliwości.

— Lepiej to niż siedzieć na tyłku i czekać, aż nam się spalą domy.

— A ty, Radi? — odezwał się Wiktor, przenosząc na Michała spojrzenie. — Co sądzisz?

Michał przez chwilę wpatrywał się w widok za oknem — przejeżdżający samochód, kawałek nieba, ciemniejące chmury.

— Nie wiem — powiedział cicho. — Może to tylko kolejna gra. A może coś poważniejszego. Ale jak się zacznie, nikt nas nie będzie pytał o zdanie.

Nikt nic nie odpowiedział. Nie było już potrzeby.

W ich wieku wojna wciąż brzmiała jak coś abstrakcyjnego, mimo że była coraz bliżej. Gdzieś na granicy wyobraźni, ale nie na tyle daleko, żeby o niej zapomnieć.

— A co na to laski z twojej klasy? — rzucił nagle Wiktor w stronę Kuby — One zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia.

Kuba uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie na to czekał.

— A jakże! Dziewczyny mówią, że jak będzie mobilizacja, to też się zgłoszą. Normalnie w tym temacie siedzą cicho, ale jak się coś dzieje, to nagle patriotki pełną gębą. No… nie wszystkie.

— Na przykład? — podpuścił go Marcin.

— Na przykład Sandra — odpowiedział Kuba bez chwili zawahania. — Mówi, że najpierw chciałaby wiedzieć, czy ta cała „służba ojczyźnie” naprawdę oznacza pomoc ludziom, a nie robienie za mięso armatnie. I że nie chodzi jej o „gadanie o Polsce”, tylko o to, czy komuś realnie pomoże. Bo jeśli tak, to się nie waha.

Michał nie odezwał się ani słowem. Samo imię wystarczyło, żeby na ułamek sekundy zawiesił wzrok gdzieś daleko. Sandra Jastrzębska.

Wyróżniała się wśród innych — choć nie przez próbę zwracania na siebie uwagi. Była ambitna, wszechstronnie uzdolniona i pełna energii, ale nigdy nie nachalna. Trudno było ją nie zauważyć — wysportowana sylwetka, mocny krok, twarz o delikatnych rysach, w której najmocniejsze były oczy — przenikliwe, ale łagodne. Trenowała karate i to widać było w każdym jej ruchu: precyzyjnym, pewnym, sprężystym. Cieszyła się sympatią zarówno dziewczyn, jak i chłopaków — nie dlatego, że była idealna, ale dlatego, że była prawdziwa. Urodziwa, ale nie zmanierowana. Skromna, a jednocześnie silna psychicznie.

Dla Michała była kimś w rodzaju bezpiecznego punktu odniesienia — platonicznej fascynacji, która dawała ciche poczucie sensu, choć nigdy nie powiedział jej, co naprawdę myśli. Bo jak miałby to zrobić? On — wycofany chłopak w cieniu brata, w milczeniu zbierający myśli po lekcjach. Ona — jasna, żywa i pewna swojego miejsca.

— No proszę — mruknął Wiktor. — I ty chcesz powiedzieć, że taka dziewczyna z tobą rozmawia?

— A jak! — Kuba rzucił mu szelmowski uśmiech. — Nie uwierzyłbyś, kto z kim siedzi w jednej ławce.

Michał uśmiechnął się pod nosem. Krótko, niemal niezauważalnie. Potem znów spoważniał.

Sandra. Jasna twarz na tle coraz ciemniejszego świata.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania