Poprzednie częściCień katowickiej damy.

CIEŃ NA CZTERNASTYM PIĘTRZE

PROLOG: Neon nad Skid Row

Czerwony, spękany neon Hotelu Cecil rzucał krwawy blask na brudne krawężniki Main Street. Duszne powietrze Los Angeles latami magazynowało smród spalin, taniego alkoholu i rozkładających się śmieci z pobliskiej dzielnicy Skid Row. W tym miejscu nikt nie zadawał pytań. Jeśli wchodziłeś do lobby w zakrwawionym podkoszulku, uznawano to po prostu za kolejny, nieudany wieczór.

Detektyw Thomas Miller poprawił skórzaną kaburę pod marynarką i wszedł przez obrotowe drzwi. Mosiężne wykończenia dawno straciły blask, a w powietrzu unosiła się stęchła woń środków dezynfekcyjnych i starego tytoniu.

Zza kontuaru spojrzał na niego portier – człowiek o twarzy jak pocięta mapa i oczach, które widziały już wszystko.

– Pokoje na godziny są na trzecim, detektywie – bąknął portier, nie odrywając wzroku od czarno-białego telewizora.

– Szukam pokoju 1419 – odpowiedział ostro Miller. – I nie interesuje mnie nocleg.

ROZDZIAŁ 1: Zapach siarki i miedzi

Pętla wokół „Nocnego Prześladowcy” zacieśniała się od tygodni. Morderca terroryzował całe Los Angeles – zakradał się do domów przez uchylone okna, mordował bez litości, zostawiając na ścianach okultystyczne symbole rysowane krwią ofiar. Prasa szalała, a policja miotała się w ciemnościach.

Aż do dziś, gdy anonimowy telefon doprowadził Millera do zardzewiałej windy Hotelu Cecil.

Gdy stary dźwig z zgrzytem zatrzymał się na czternastym piętrze, Miller wyciągnął swojego Smith & Wessona. Korytarz był wąski, oświetlony jedynie mrugającą, żółtawą żarówką. Podłoga skrzypiała pod obcasami, jakby cały budynek oddychał.

Gdy stanął pod drzwiami pokoju 1419, poczuł ten zapach – ten sam, który znał z miejsc zbrodni. Mieszankę świeżej miedzi, potu i spalonej siarki.

Pchnął drzwi ręką w rękawiczce. Nie były zamknięte.

ROZDZIAŁ 2: Pokój boga strachu

Wnętrze było nędzne. Wytarta tapeta odklejała się od ścian, a pojedyncze okno wychodziło na mroczny, wąski zaułek za hotelem. Na metalowym łóżku leżał porzucony, skórzany płaszcz, a obok niego – puszka po tanim piwie.

Na szafce nocnej leżały jednak rzeczy, od których Millerowi zesztywniał kark. Dwa zakrwawione noże, pentagram narysowany czarnym markerem na czystej kartce oraz kilka par kobiecej biżuterii, którą rozpoznawał z raportów operacyjnych.

– Nie powinno cię tu być, glino – dobiegł go chrapliwy, głęboki głos z cienia przy łazience.

Miller odwrócił się błyskawicznie, celując w stronę postaci.

Mężczyzna był wysoki, chudy, o zapadniętych policzkach i zepsutych, żółtych zębach. Miał na sobie jedynie czarne, poplamione spodnie i podkoszulek. W jego oczach nie było szaleństwa ani strachu – była tam po prostu czysta, czarna nicość. To był Richard Ramirez.

– Ręce na ścianę! Już! – krzyknął Miller, ale jego głos, choć mocny, brzmiał w tym małym pokoju dziwnie słabo.

Ramirez powoli uniósł dłonie, szczerząc zęby w potwornym, bezczelnym uśmiechu.

– Ten budynek jest mój, detektywie. On żywi się tym, co robię. Słyszysz, jak oddycha?

Miller zrobił krok w jego stronę, chwytając za kajdanki przy pasie. I wtedy popełnił błąd – na ułamek sekundy odwrócił wzrok, by nie potknąć się o rozrzucone na podłodze buty.

ROZDZIAŁ 3: Śmiertelny ruch na zardzewiałych schodach

Ramirez rzucił się do przodu z szybkością drapieżnika. Pchnął Millera z potężną siłą, ciskając nim o ścianę. Broń wypadła detektywowi z dłoni, uderzając o podłogę i wpadając pod łóżko.

Morderca nie próbował szukać pistoletu. Zamiast tego skoczył w stronę okna ewakuacyjnego, wybił ramę i wypadł na zewnątrz, na żelazne, zardzewiałe schody.

– Stój! – wykrztusił Miller, zbierając się z podłogi.

Dopadł do okna, czując na twarzy gorący, nocny wiatr. Ramirez pędził w dół schodów z niesamowitą zręcznością. Miller ruszył za nim, a metalowa konstrukcja chwiała się i zgrzytała pod ich ciężarem nad przepaścią ciemnego zaułka.

Trzy piętra niżej Ramirez zeskoczył na dach kontenera na śmieci, wydając głuchy odgłos. Miller zobaczył, jak morderca zrywa z siebie zakrwawiony podkoszulek, wrzuca go do otwartego śmietnika i jak gdyby nigdy nic – w samych spodniach – spokojnym, powolnym krokiem wychodzi ze zrujnowanego zaułka prosto na oświetloną neonami Main Street.

Miller dopadł do krawędzi schodów, wyciągając zapasowy pistolet. Chciał strzelić, ale przed hotelem kręciły się dziesiątki bezdomnych, uzależnionych i przechodniów. Ramirez natychmiast wmieszał się w ten zmęczony życiem tłum, stając się jednym z wielu duchów Skid Row.

EPILOG: Cień, który pozostał

Godzinę później ulica przed Hotel Cecil roiła się od policyjnych kogutów. Czerwone i niebieskie światła pulsowały na odrapanej fasadzie budynku.

Miller stał w zaułku, patrzył, jak technicy wyciągają ze śmietnika zakrwawioną koszulę Ramireza. Wiedział, że tej nocy morderca wymknął się z rąk, ale jego dni na wolności były policzone – zostawił w pokoju 1419 za dużo śladów.

Gdy detektyw spoglądał w górę, na czternaste piętro, stary neon znowu zamigotał. Hotel Cecil stał nieruchomo, jakby wiedział, że Ramirez był tylko jednym z wielu mrocznych gości, którzy przeszli przez jego drzwi – i że ta ściana zbrodni jeszcze nie raz przyjmie kolejną ofiarę.

KONIEC

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania