Cień Wiatru

„Cień wiatru”

Mała dziewczynka stała na środku łąki. Ubrana była w najdroższe markowe ubrania. Jeszcze kilka minut temu cieszyła się, że rodzice zabrali ją do lasu, na piknik. Ale coś poszło nie tak. Ponieważ teraz stała sama, a jej rodzice zniknęli razem z kocem, koszykiem i wszystkimi innymi rzeczami.

Przerażona nową sytuacją, nie mogła wydobyć z siebie głosu, żeby wezwać pomoc. Stawiała niepewne kroki w stronę ściany lasu. Chciała znaleźć się w znajomym, dla siebie, otoczeniu. Znowu poczuć się bezpiecznie. Lecz teraz nie mogła. Nie miała władzy nad własnym ciałem, była tylko marionetką w rękach czarnoksiężnika, który przyzywał do siebie jej czystą i niewinną duszę.

Próbowała walczyć z siłą, która nią kierowała, ale była zbyt słaba. Chciała myśleć, że to tylko zły sen. Próbowała zrobić cokolwiek, ale moc czarnoksiężnika była ogromna. Ciągnęła ją w różne strony, aż w ostatecznym rozrachunku dziecko wylądowało przyciśnięte do jednego z drzew.

Z ust wydobyło się ciche stęknięcie. Niedosłyszalne dla kogoś, kto stał w odległości większej niż 2 kroki. Kruche kości pękły pod wpływem siły uderzenia. Pojawiające się znikąd liny, poczęły okręcać się wokół małego ciałka, przymocowując je do pnia starego drzewa.

Polana pogrążyła się w ciemności. Ciemności będącej znakiem żałoby za niewinną ofiarę. Dramat sytuacji był wyczuwalny dla każdego źdźbła trawy. Los tej ofiary został już przypieczętowany. Mimo że nad lasem unosiły się lampiony, to jedno miejsce było jakby całkowicie oderwane od rzeczywistości. Możliwym było, że pochodziło z innego wymiaru. Całkowicie inne, niepasujące, wyjątkowe i... złowrogie.

Dziewczynką wstrząsnął szloch. Jej ciało zadrgało, zmagając się ze łzami, zbierającymi się pod powiekami. Oddech był świszczący i urywany. Mała była astmatyczką. Ciężka sytuacja, w której brała udział, tylko przyspieszała jej śmierć. Chociaż, może i lepiej byłoby, gdyby zmarła z powodu choroby. Rytuał, który miał wykonać czarnoksiężnik był bolesny. Ból, cierpienie, bezradność, nienawiść i złość. Tylko to wiązało się z tym aktem ofiarnym. Czy pięcioletnie dziecko mogło go wytrzymać? Czy jednak zmarłoby w trakcie? To, jak potoczyłaby się sytuacja, zależało od wielu czynników. Siły ofiary, czarnoksiężnika, przyzywanych potworów.

Mała dziewczynka przywiązana do drzewa zaczęła płakać. Bezgłośnie, w samotności, całkowicie bez walki oddała swoje życie.

Jedno uderzenie i dąb zamienił się w stół ze żłobieniami, aby krew mogła spokojnie spływać.

Drugie uderzenie przymocowało ją tak, aby nie mogła się ruszać.

Z trzecim pojawił się czarnoksiężnik.

- Witaj moja mała Caroline. Jeśli będziesz grzeczną dziewczynką, będzie mniej bolało. Jeśli będziesz się szarpać zaboli bardziej. Nie utrudniaj mi zadania, twój los został już przesądzony. – Głos wcale nie dobiegał od strony postaci. Raczej pochodził z przestrzeni wokół. Był całkowicie obojętny. Nie było w nim ani krztyny chłodu, rozgoryczenia, zniecierpliwienia czy pogardy. Nie wyrażał kompletnie nic, choć z pewnością należał do istoty żywej.

Czarnoksiężnik nie był wysoki, miał może około 160 cm wzrostu. Pulchny, przygarbiony, mógł uchodzić za całkowicie przeciętną istotę. Nie był człowiekiem. Jego twarz składała się z macek. Ciemne, klejące się, jak u ośmiornicy. Na wysokości oczu znajdowały się 4 dziurki. Każda w innym kształcie. Zupełnie, jakby do każdej z nich potrzebny był klucz. Nos był po prostu kulką, usta zwykłą nitką. Uszów nie miał wcale. A jednak słyszał ciche łkanie swojej ofiary. Kiedy podniósł ręce, okazało się, że są stworzone z zielonkawej substancji. Podobną konsystencję uzyskiwało się po roztarciu niektórych ziół. Krzywo uformowane, poruszały się bardzo sprawnie. Bez żadnego zastanowienia przygotowywały nóż rytualny do powierzonego im zadania. Uciszył zaklęciem swoją ofiarę i skoncentrował się.

Stopniowo wszystko zbliżało się ku najważniejszej części. Pierwsze cięcie musiało być idealne. Przeciąć płuco, między żebrami, tuż pod sercem. Jednak czarnoksiężnik był przyzwyczajony do chirurgicznej precyzji. Ciało ludzkie było dla niego przejrzyste, nic nie zasłaniało mu widoku miejsca, gdzie musiał wbić nóż. Zrobił to w jednej chwili, wypowiedział inkantację i wyjął narzędzie.

Krew zaczęła wypływać z małego ciałka. Spływała po żłobieniach do ziemi. Wracała do pierwotnej Matki.

Drugie cięcie zostało wykonane wzdłuż uda. Wystarczyło rozszerzyć mięśnie i spokojnie można było wyjąć nieco pękniętą kość. Nowa inkantacja zamieniła ją w pył. Następnie oprawca złamał rękę dziewczynki w łokciu. Rozciął policzek oraz szyję. Z dziąseł wyrwał zęby.

Cięcie, szarpanie, wyszarpywanie trwało nieprzeliczoną ilość czasu. Ciało małej Caroline wyglądało strasznie, ona sama utrzymywała życie jedynie dzięki zaklęciu. Wszystko ją bolało, piekło jakby palone żywym ogniem. Czy to było piekło? Dlaczego to musiała być ona? Czemu trafiła w tak okropne miejsce, jak to, gdzie królowała ciemność? Jasne były tylko okręgi na ziemi, które pojawiały się z każdą inkantacją czarnoksiężnika. Gdy było ich dziesięć, istota skończyła rytuał. Przyzwane demony rozszarpały duszę dziewczynki, zjadając po części. Niewinna ofiara została złożona. Ta część przymierza została wypełniona.

***

W innym świecie, panowała szarość. Różne odcienie wypełniały wszystko, co się w nim znajdowało. Przedmioty o niezidentyfikowanych kształtach, niezwykłe rośliny i istoty, które tam mieszkały. Istoty te były podobne do ludzi, ale każda z nich miała w sobie coś ze zwierzęcia. Mogły to być łapy, skrzydła, pazury czy pysk. Jednak wszystkie były szare.

Mała dziewczynka stała na środku tego dziwnego świata. Zamiast rąk miała szczypce skorpiona. Rozglądała się wokół, ale nie mogła dostrzec niczego znajomego. W którymś momencie została potrącona przez mężczyznę z grzywą lwa. Upadła na podłoże i spojrzała przestraszona na mieszkańca. Jednakże ten tylko się uśmiechnął i poszedł dalej. W całym świecie panowała nieprzerwana cisza. Nie było słychać oddechu, szumu krwi czy bicia serca. Dziewczynka rozejrzała się ponownie i postanowiła podejść do starowinki z kocimi uszami, która przesiadywała na ławce niedaleko.

- Bardzo przepraszam, ale gdzie ja się znajduję? – zapytała szeptem. Babcia spojrzała na nią i poklepała dłonią miejsce obok siebie, dając znak, aby dziecko tam usiadło.

- Biedna, mała Caroline. Świetlana przyszłość była przed tobą, ale skończyłaś jako "Cień Wiatru". Jesteś takim biednym dzieckiem – powiedziała staruszka, nie wpatrując się w coś, co przypominało fontannę. Zaciekawione dziecko pociągnęło ją za rękaw, aby zwrócić na siebie uwagę.

- Przepraszam, ale co to znaczy? Gdzie jestem i jak się tu znalazłam? Bo nic nie pamiętam – przyznała się, patrząc w oczy staruszki.

- Skarbie, słoneczko kochane. Wylądowałaś w krainie Wiatru. Tutaj lądują ci, którzy zostali ofiarami magicznych rytuałów. Dobry "Wiatr" porywa te cząstki dusz, które zawierają nasze "Jestestwo". Reszta duszy zostaje pożarta przez diabły piekielne, a miły "Wiatr" stworzył ten świat dla tych części, które z nas zostały. Nazywamy się Cieniami Wiatru, ponieważ przygarnął nas "Wiatr", a w chwili naszej śmierci umieramy we wspomnieniach wszystkich ludzi. Dlatego zostajemy tylko "Cieniami".

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Redfiled 28.04.2015
    Dla mnie tekst świetny. Ale jest jedna powżna wada. Chciałoby się znacznie więcej. Opowiadanie świetnie się sprawdza jako przynęta do sięgnięcia po dłuższy tekst w tym stylu. Brawo, piąteczka jak najbardziej zasłużona. Brawa za niebanalny pomysł i wykonanie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania