Cienie przeszłości...
Nowy Jork, Szpital Cook County General.
- Co mamy? – dr Carson wszedł na urazówkę wezwany przez pielęgniarkę oddziałową.
- Postrzał doktorze – usłyszał w odpowiedzi.
- Co, znowu porachunki gangów?
- Raczej nie, to młody biały chłopak, nie pasuje do gangu.
- To postrzał śródpiersia… - lekarz dokonał wstępnej analizy - … kto jest dzisiaj na chirurgii?
- Dzisiaj dyżur ma Johnson.
- No to już, wezwać go, bo ten biedak może nie dotrzeć na górę.
- Dobra, już po niego dzwonię.
Wezwany przez pager zjawił się w ciągu kilku minut.
- Co mamy? – zapytał na wstępie.
- Ratuj Alex, chłopak dostał kule przez pierś i nie wiem jak załatać jego serce.
- Kula uszkodziła serce?
- Drasnęła prawy przedsionek i utkwiła pod płucem.
- Kiepsko.
- Co kiepsko?
- Kiepsko dla niego. Już idę, umyje się i jestem. - Po chwili dosłownie wpadł do sali, stanął przy stole gotowy do operacji i znieruchomiał.
- Co jest Alex? Znasz go?
- Nie… - zawahał się - … nie – potrząsnął głową i przystąpił do działania.
Operacja trwała kilka godzin, ale wspólnymi siłami ustabilizowali stan pacjenta i mógł on trafić na OIOM.
- To co po piwku? – John Carson zapytał go.
- Chciałbym, ale…
- Wracasz do domu?
- Tak, miałem być już godzinę temu więc jak zaraz nie wyjdę to mogę zginąć śmiercią tragiczną.
- Uciekaj żonkosiu – roześmiał się.
- Zobaczymy jak ty…
- Ja już od 10 lat jestem żonaty.
- To wiesz co mnie czeka – uśmiechnął się. – A… - zagadnął go jeszcze gdy wychodził - … powiedz mi jak nazywał się ten nasz pacjent?
- Czekaj, Knight, Kendall Knight. Znasz go? Wyglądało na to jakbyś go kojarzył.
- Sam nie wiem. Po wypadku straciłem pamięć więc… - rozłożył ręce.
- No tak, potem był Nowy Jork, medycyna i błyskotliwa kariera tak?
- Coś w tym rodzaju – uśmiechnął się.
- Zmykaj bo Sarah cię powiesi.
- Do zobaczenia – pożegnali się i rozeszli.
Nowy Jork, Dolny Manhattan.
Coś mu nie pasowało, coś a raczej ktoś. Nie mógł się pozbyć obrazu twarzy tego chłopaka z ostatniej jego operacji. Wrócił do domu, ale nie przygotował się do ponownego wyjścia. Miał bowiem spotkać się ze swoją narzeczoną u niej w mieszkaniu, ale zamiast tego usiadł na kanapie, załączył laptopa i wpisał w przeglądarkę nazwisko swojego pacjenta. Po kilku sekundach miał mnóstwo odpowiedzi. Klikną w pierwszą z nich.
- "Kendall Knight, jeden z wokalistów młodzieżowej grupy Big Time Rush, którą tworzył z trójką przyjaciół z Minnesoty" – przeczytał w nagłówku. Minnesota… coś mu świtało, ale co? I gdzie? Chyba sporo czasu zajęło mu dumanie nad tym bo ocknął się z zamyślenia gdy zobaczył, że obok niego stoi Sarah. Nawet nie słyszał jak weszła do mieszkania.
- Kochanie, miałeś być u mnie godzinę temu. Martwiłam się.
- Spokojnie, zagapiłem się i straciłem poczucie czasu – usprawiedliwiał się.
- Co się dzieje? – spojrzała na laptopa.
- Sam nie wiem.
- Opowiesz mi? – usiadła obok niego.
- Miałem dzisiaj pacjenta z postrzałem.
- Uratowałeś go?
- Tak, ale…
- Ale?
- Mam wrażenie, że go znam.
- Wrażenie?
- Tak, nie potrafię pozbyć się wrażenia, że znam go i to nie tak ot bo znamy się tylko, tylko że ja z nim… że się przyjaźniliśmy?
- Co znalazłeś?
- Kendall Knight, wokalista młodzieżowej grupy Big Time Rush.
- Młodzieżowej?
- Tak tu pisze – wskazał artykuł.
- A ile lat miał ten twój pacjent?
- Był chyba w moim wieku.
- No, a ty ze swoimi 30 latkami na karku nie należysz do młodzieniaszków – dogryzła mu.
- Dziękuję bardzo – roześmiał się.
- Dobra, a co pamiętasz z przed wypadku?
- No właśnie niewiele. Jakieś urywki wspomnień. Wydaje mi się, że urodziłem się dopiero 10 lat temu.
- Spokojnie, poczekaj, pewnie ktoś do niego przyjdzie to może dowiesz się czegoś więcej.
- Jak zawsze masz rację.
- Wiem, dlatego mnie kochasz – uśmiechnęła się.
Tej nocy spał niespokojnie. Jakieś miasto… zima, przesłuchanie, ćwiczenia, scena. Wszystko przemieszane do czasu wypadku z którego ledwo wyszedł, poobijany z lukami w pamięci, ale wyszedł. Niestety w tym wypadku stracił praktycznie wszystko, całe swoje dotychczasowe życie. Długi czas spędził w szpitalu, wszystkiego uczył się od nowa, każda poznana osoba była dla niego nową osobą w katalogu jego pamięci. Był sam, całkowicie sam, ale dał radę. Po wyjściu ze szpitala podejmował się różnych prac, w końcu skończył też z wyróżnieniem medycynę i został lekarzem w nowojorskim szpitalu, a potem poznał Sarah. Powoli mu się układało choć jakaś cząstka jego wciąż tęskniła za tym co było. Obudził się niewyspany, a przed nim rysował się kolejny 24-godzinny dyżur. Podjechał pod szpital. Od razu udał się na OIOM. Był już spóźniony na obchód. Zostawił torbę w szafce, założył swój fartuch i wyszedł na korytarz.
- Logan? – ten głos tak… znany mu. Niepewnie odwrócił się w jego stronę. Naprzeciw niego stało dwóch chłopaków w jego wieku.
- Mnie pan woła? – zapytał tego który się do niego odezwał.
- Tak – potwierdził.
- Logan, to ty… - odezwał się drugi z chłopaków - … to ja, James.
- Logan? – zdziwił się. – Nie, jestem Alex Johnson, jestem lekarzem w tym szpitalu.
- Nie, to ty, prawda Carlos? – James zwrócił się do Latynosa.
- Tak, jestem pewien. Czekaj, zaraz będzie tu mama Kendalla…
- Przepraszam… - Alex wystraszył się - … muszę iść na obchód – wykręcał się swoimi obowiązkami.
- Zaczekaj… - Carlos nie odpuszczał, ale nie zdołał go zatrzymać.
Uciekł, tak nie zaprzeczał sobie. Tak bardzo chciał się dowiedzieć dlaczego ten chłopak nazwał go Loganem, ale przestraszył się. Jeszcze przed chwilą przeszłość była przeszłością, a teraz nagle pojawiła się w jego życiu i co więcej domagała się jego uwagi. Pośpiesznie wszedł do sali w której leżał operowany przez niego wczoraj pacjent – Kendall Knight. Spojrzał na monitory, lekka, ale stabilna linia na kardiomonitorze wskazywała, że jego serce wciąż pracowało, osłabione, ale nie poddawało się. Wziął do ręki kartę medyczną, zapisał na niej aktualne parametry, podpisał się, odłożył ją i wyszedł na korytarz.
- To naprawdę on… - usłyszał głos za sobą, a gdy się odwrócił zobaczył, że tym razem oprócz tych samych chłopaków przygląda mu się także kobieta w średnim wieku.
- Mówiłem – Latynos podkreślił dobitniej, że to właśnie on wspomniał tej kobiecie, że on… tu jest. A on to właśnie on… sam Alex, ale dlaczego?
- Kim pani jest? – zapytał podchodząc do niej.
- Nie poznajesz mnie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Nie, ich też nie, a jednak szepcą za moimi plecami.
- Bo oni doskonale cię znają, ja również Logan.
- Mam na imię Alex i nie wiem o czym pani mówi. Jesteście rodziną… - zerkną na tablicę informacyjną - … Kendalla Knighta?
- Tak, to mój syn.
- A nasz przyjaciel… - wtrącił się James - … i także twój – spojrzał na niego.
Odruchowo przełknął ślinę. – Jest stabilny, przetrwał noc więc jego rokowania znacznie wzrosły.
- Mówisz o nim jak o zupełnie obcym człowieku – zdenerwował się Carlos.
- Bo taki dla mnie jest, choć… - zawahał się - … jego twarz…
- Znasz go Logan, tak samo jak nas – James złapał go za rękę.
- Puść mnie – Alex zauważalnie podniósł ton głosu na co James od razu puścił jego dłoń. – Musicie być cierpliwi… - kontynuował po chwili - … jego stan jest poważny, jeśli przeżyje jego rehabilitacja będzie trochę trwała więc przygotujcie się na to, że czas będzie tu grał główną rolę. Za kilka godzin będzie kolejny obchód, do widzenia – pożegnał ich i szybko odszedł do dyżurki dla lekarzy.
Wrócił do domu z mieszanymi uczuciami. Usiadł na kanapie. Nie wiedział co o tym wszystkim sądzić. Nagle jakaś kobieta i dwoje chłopaków w jego wieku twierdzi, że jest jakimś Loganem, i że ich doskonale zna. Nie dawało mu to spokoju. Czemu teraz? Akurat teraz gdy wszystko zaczęło mu się układać, gdy za chwilę zyska nową rodzinę w osobie Sarah. A jeśli jego rodzina gdzieś tam jest? Jeśli tęskni za nim? Jeśli wciąż nie potrafi pogodzić się z jego zniknięciem? A co jeśli już go pochowali? Odruchowo sięgnął po laptopa. Załączył przeglądarkę i w Google ponownie wpisał nazwisko swojego pacjenta – Kendalla Knighta. Tym razem poszperał głębiej i znalazł bardzo ciekawy artykuł, który przykuł jego uwagę. Dowiedział się z niego, że w skład owego zespołu Big Time Rush wchodziło czterech chłopaków – Kendall Knight, James Diamond, Carlos Garcia i Logan Mitchell. Podniósł wzrok i spojrzał na zdjęcie przedstawiające zespół. Tak, to oni ci ze szpitala, był pewien i… on. Młodszy i ciut inny, ale tak to był on. Z artykułu tego dowiedział się też, że ponad 10 lat temu cały zespół uczestniczył w wypadku, a Logana Mitchella nigdy nie odnaleziono pomimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej. Podejrzewano, że udał się po pomoc, ale co się do końca z nim stało tego nie wiadomo. Zespół grał jeszcze kilka lat w okrojonym składzie, ale nigdy nie pogodziwszy się ze stratą jednego ze swoich członków ostatecznie rozpadł się.
- Alex? – Sarah ponownie zakradła się do mieszkania tak, że nie słyszał jak weszła do środka.
- Zobacz – podał jej wydrukowane zdjęcie zespołu.
- Ten ciemny to… ty – nie wierzyła w to co widziała.
- Też tak myślę – mruknął. – To niejaki Logan Mitchell, zaginiony członek zespołu.
- Zaginiony?
- Cały skład miał wypadek, a ten czarny, to znaczy… ja… zniknął.
- To by się zgadzało… - Sarah spojrzała na niego - … ty też miałeś wypadek mniej więcej w tym czasie, straciłeś pamięć.
- Tak myślisz? – spojrzał na nią.
- Musisz to sprawdzić.
- Nie wiem czy chcę.
- Chcesz, nigdy nie będziesz całkiem spokojny dopóki nie doprowadzisz tej sprawy do końca. Zwłaszcza teraz – uśmiechnęła się dodając mu otuchy. – Mówiłeś, że ten twój pacjent jest jednym z nich, i że jest w szpitalu, to pewnie przyjdzie do niego rodzina. Pogadaj z nimi – doradziła mu.
- Już rozmawiałem.
- I?
- Uciekłem.
- Ty? Nie wierzę. A poważnie jak chcesz mogę pójść z tobą jeśli będzie ci raźniej.
- Naprawdę?
- Tak – powiedziała.
- To jedziemy – pociągnął ją do wyjścia.
Pośpiesznie weszli do szpitala. Gdy dotarli na OIOM zauważyli, że obaj chłopcy spali oparci o ścianę, ale owa kobieta zauważyła ich. Alex niepewnie podszedł do niej i zapytał ją. – Naprawdę zna mnie pani?
- Dotknęła delikatnie ręką jego policzka. – Tak, Logan znam cię doskonale, poza tymi 10-cioma laty gdy zniknąłeś.
- Co się stało?
- Wierzysz mi?
- Nie wiem, ale nie mogę tego tak zostawić – podał jej zdjęcie zespołu które wydrukował w domu.
- Tak, to jedno z waszych fajniejszych i niestety ostatnich wspólnych zdjęć. Ale do rzeczy, Logan Mitchell, to ty. Pochodzisz z Mienssoty gdzie nadal mieszkają twoi rodzice i twoja siostra Sarah.
- Sarah – zapytała jego narzeczona.
- Jak ty – Alex uśmiechnął się do niej.
- 10 lat temu jechaliście na koncert, wasza czwórka, Gustavo i Kelly, wasz manager i jego asystentka. Pijany kierowca wymusił na was pierwszeństwo. Nie było możliwości uniknięcia wypadku. Kilkakrotnie dachowaliście. Na szczęście wszyscy przeżyli… choć nie byliśmy pewni co do ciebie. Zniknąłeś, najprawdopodobniej poszedłeś po pomoc, ale… - urwała. – Od 10 lat staramy się z tym pogodzić, aż tu nagle stajesz przed nami cały i zdrowy.
- Fizycznie tak.
- Co masz na myśli?
- To, że nic nie pamiętam. Od 10 lat jestem Alexem i to co było przed tymi 10-cioma laty stanowi dla mnie białą kartę.
- Spokojnie, musisz przyjechać do Minessoty, ale najpierw musimy zgłosić twoje odnalezienie.
- A jeśli to nie ja? Jeśli nawet to, że pani w to wierzy nie wystarczy?
- Musisz zrobić badanie DNA. Skontaktuj się ze szpitalem w Minessocie, poproś ich o pomoc albo bezpośrednio twoich rodziców o próbkę do badania, a potem skonfrontujesz wyniki.
- Dobrze… - westchnął - … wiem, że to konieczny pierwszy krok.
- Mogę do nich zadzwonić – pani Knight wyciągnęła telefon z torebki.
- Nie… - powstrzymał ją - … zrobię to oficjalnie. Nie chcę nikomu robić fałszywych nadziei, a już najbardziej sobie.
- Dobrze, zostawiam to tobie, ale nie zostaw tego samemu sobie. Przed swoim życiem nie uciekniesz.
- Uciekam od 10 lat, a raczej ono przede mną i nagle ma się wszystko odmienić?
- Jesteś sceptykiem… - uśmiechnęła się - … teraz pamiętam dlaczego z Lucy stanowiliście taki wspaniały duet.
- A kto to jest ta Lucy? – zapytał.
- Twoja narzeczona, to znaczy była chyba, bo widzę tu przy twoim boku…
- Sarah, miło mi… – przedstawiła się - … narzeczo… - urwała speszona.
- Narzeczona? – Alex zdziwił się. – A jest jeszcze coś co mnie w tym wszystkim zaskoczy? – zapytał panią Knight.
- Jest mnóstwo takich rzeczy Logan, nie chcę cię straszyć, ale im szybciej wszystko wyjaśnimy tym widzę, że będzie lepiej.
- Minęło 10 lat… - wziął głęboki oddech - … czy jest jakaś szansa na powrót do tego co było?
- To zależy od ciebie… - spojrzała mu w oczy. - Na razie radzę ci wstrzymać się z konkretnymi zobowiązaniami, aż nie będziesz wszystkiego pewien. Będziesz teraz potrzebował dużo czasu żeby to wszystko sobie poukładać, ale wiedz, że wszyscy twoi bliscy ci w tym pomożemy.
- A ile ich jest? – zapytał może trochę nieskromnie.
- Tych tu dwóch i Kendall… - spojrzała smutnie na salę w której leżał jej syn - … no i ty byliście najlepszymi przyjaciółmi. W Minnesocie razem graliście w hokeja aż pewnego dnia gdy Gustavo przyjechał to przez Jamesa którego zatargaliście na przesłuchanie wylądowaliśmy w Los Angeles. W Minnesocie została twoja siostra Sarah, a w L.A. czekają moja córka Katie, i wasi znajomi.
- Zespół się rozpadł… - usłyszała jego głos.
- Tak, ale chłopcy nie chcieli wracać do Minessoty. Każdy próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie po rozpadzie BTR-u, to trochę grali, to gdzieniegdzie śpiewali, ale bez ciebie to już nie było to samo. Pamiętam jak przekazywałam twoim rodzicom informacje o wypadku i twoim zniknięciu, myślałam, że to ich zabije… - urwała spoglądając na niego - … ta niepewność czy nic ci się nie stało, czy przeżyłeś, a jeśli tak to gdzie jesteś? Albo czy… Stracili cię w najmocniejszym znaczeniu tego słowa Logan, nawet nie mogli cię pochować bo… cię nie było. Zniknąłeś, jak kamień w wodę.
- Nie pamiętam niczego z tego co pani opowiada. Jedyne co wiem to to, że ponoć ktoś mnie znalazł i przywiózł do szpitala, ale nawet nie pamiętam tej miejscowości gdzie to było, bo tu do Nowego Jorku przeniesiono mnie po jakimś czasie na konkretny oddział gdzie dochodziłem do siebie. I jedyne co prawie dokładnie pamiętam to właśnie Nowy Jork. Tygodnie spędzone w szpitalu, miesiące rehabilitacji, a potem wszystko byle tylko dać sobie radę w tym wielkim mieście.
- Wiem, że to może być dla ciebie szok.
- To mało powiedziane… - dotknął ręką skroni.
- Kochanie co jest? – Sarah spojrzała na niego martwiąc się.
- Nie, nic… to tylko ból głowy, zaraz przejdzie.
- Mam nadzieję, że…
- Nie, spokojnie, to nie to samo co wtedy… - spojrzał na nią - … na pewno – uspokajał ją. – Dopilnuję Kendalla, proszę być spokojną… - zwrócił się do pani Knight - … a co do… proszę dać mi trochę czasu.
- Rozumiem, zapisz sobie mój numer telefonu. Zawsze możesz zadzwonić.
- Dziękuję i do widzenia – pożegnali się i wyszli ze szpitala.
Szli wolnym krokiem w stronę parkingu do samochodu. Szli w milczeniu jedno obok drugiego, razem, a jednak osobno. Sarah miała wrażenie, że Alex był teraz o miliony kilometrów świetlnych gdzieś dalej od niej. Powiedzieć, że była zaskoczona to mało. Była całkowicie rozbita. Cieszyła się, że Alex miał w końcu szansę poznać swoją przeszłość, ale świadomość, że jej ukochany miał, nie ma narzeczoną mocno nią wstrząsnęła. Kochała go, był dla niej wszystkim, a w tej sytuacji… co dalej? Czy go straci? To najgorsza z możliwych opcji, ale niestety musiała wziąć ją pod uwagę. Po kilku minutach dotarli do samochodu.
- Może ja poprowadzę? - zapytała go.
Zamyślony podniósł głowę i spojrzał na nią. - Co mówiłaś?
- Że może to ja powinnam teraz poprowadzić samochód.
- Nie... - zaprzeczył - … to nie jest konieczne.
- Na pewno? Może tak będzie…
- … lepiej?
- Tak - przyznała cicho.
- Nic nie będzie lepiej… - naskoczył na nią - … miało być lepiej, a wszystko się pieprzy, a ty chcesz mnie jeszcze uczyć jak prowadzić samochód?
- Alex… - spojrzała na niego zaskoczona jego wybuchem.
- Przepraszam… - zorientował się, że ją zranił - … nie chciałem - podszedł do niej i wziął jej w dłonie w swoje ręce. - Masz rację… - wcisnął jej kluczyki - … nie powinienem teraz prowadzić.
Kiwnęła twierdząco głową i uśmiechnęła się delikatnie. Pocałowała go i zamieniła się z nim miejscami. - Jedziemy do mnie? - zapytała go po dłuższej chwili gdy byli już na głównej ulicy.
- Sarah… - zaczął.
- Rozumiem, chcesz być sam - odpowiedziała patrząc na drogę.
- Gniewasz się - bardziej stwierdził fakt niż zapytał.
- Nie, nie gniewam się.
- Przecież widzę.
- Alex… - spojrzała na niego - … to dla mnie też jest trudne.
- Dlaczego?
- Pytasz poważnie? - a kiedy kiwnął twierdząco głową odpowiedziała. - Kocham cię, rozumiesz? Kocham, jesteśmy zaręczeni, a teraz dowiaduję się, że już masz narzeczoną.
- Której nie pamiętam.
- Co z tego?
- Masz mi to za złe? To, że nie wiem kim jestem? To, że tkwię zawieszony pomiędzy dwoma światami?
- Nie…
- Przez tyle lat usiłowałem się z tym wszystkim uporać i kiedy wydawało mi się, że w końcu stanąłem na nogi okazuje się, że jednak nie jestem sam, że mam rodzinę, przyjaciół, narzeczoną, że gdzieś tam ktoś na mnie wciąż czeka i… powinienem się z tego cieszyć, naprawdę, a zamiast tego boję się jak diabli. Nie wiem co się stanie gdy ich zobaczę, nie wiem zresztą czy to wszystko do końca jest prawdą. Badanie DNA mnie nie minie, ale przy tym co nas łączy myślałem, że przynajmniej ty będziesz mnie wspierać.
- Wątpisz w to?
- Nie wiem - odwrócił głowę w stronę okna.
- Odwiozę cię do domu i zadzwonię sobie po taksówkę.
- Sarah…
- Nic nie mów… - przerwała mu - … skontaktuj się ze szpitalem w Minnesocie i zrób to badanie jak najszybciej, bo ono powie ci co dalej robić.
Zaparkowała pod jego mieszkaniem. Wysiedli z samochodu, a kiedy bez słowa oddała mu kluczyki złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Przepraszam cię jeśli poczułaś się zraniona. Wiem, że nie pisałaś się na to.
- Tego nie możesz wiedzieć… - spojrzała mu w oczy - … wiążąc się z tobą wiedziałam, że jesteś facetem bez przeszłości która może cię w każdej chwili dopaść albo której ty sam będziesz szukać i zaakceptowałam to, tylko teraz… - urwała. - Boję się, że cię stracę.
- Nie biorę takiej opcji pod uwagę - uśmiechnął się chcąc dodać jej otuchy.
- A powinieneś - powiedziała cicho.
- Co masz na myśli?
- Ona tam gdzieś jest Alex, nie wiem może czeka na ciebie, może… nie pewnie nadal cię kocha, ty pewnie… - zawiesiła głos spuszczając głowę.
- Hej, hej, od kiedy jesteś taką pesymistką? - dwoma palcami uniósł jej brodę tak by na niego spojrzała.
- To nie pesymizm Alex, stwierdzam tylko fakty.
- Nie wiem co mam ci na to odpowiedzieć, po prostu nie wiem - przyznał szczerze.
- Na razie nie mów nic. Ta kobieta w szpitalu ma rację, musisz wstrzymać się na razie ze wszystkimi zobowiązaniami i wyjaśnić to wszystko co wyjaśnienia wymaga.
- Wiesz, że to ciebie kocham - zapewniał ją o swoim uczuciu.
- Nie mów nic na pewno dopóki wszystkiego nie sprawdzisz.
- Nie pamiętam jej…
- Ale ona ciebie zapewne tak… - powiedziała dobitnie - … i zwykła przyzwoitość… - stonowała głos - … wymaga przynajmniej tego, żebyś wszystko z nią wyjaśnił. Zrozum, jesteś z nią po słowie, a nie sądzę znając cię, że zostawisz akurat to swojemu własnemu biegowi. Idź już - odsunęła się od niego puszczając go do klatki schodowej.
- Sarah…
- Idź, im wcześniej ułożysz swoją przeszłość tym szybciej będziemy mogli pomyśleć o przyszłości - odwróciła się i poszła w kierunku dworca.
- A taksówka? - zawołał jeszcze za nią.
- Zaraz złapię jakąś - zapewniła go.
- Jesteś pewna?
- Tak - przytaknęła i zniknęła za rogiem najbliższego budynku.
- Jak on może twierdzić, że nas nie zna? – Carlos był oburzony gdy pani Knight relacjonowała im przebieg ich rozmowy którą to przespali.
- On sobie jaja robi – James był tego samego zdania co Carlos.
- On w tym wypadku stracił pamięć… - uświadomiła ich - … niczego nie pamięta.
- Niczego? – zapytał James.
- Kompletnie niczego, jakieś urywki zdarzeń, ale jego życie składa się w zasadzie z ostatnich 10 lat.
- Nie wierzę, znaleźć go po 10 latach, niemal umrzeć z radości, a ten niczego nie pamięta – Carlos usiłował poukładać sobie ostatnie wydarzenia związane z Loganem. – A Lucy? Pamięta ją? Pamięta, że mieli wziąć ślub zaraz po tym koncercie?
- Nie… - pani Knight pokręciła głową - … co więcej wygląda na to, że ma dziewczynę która jest jego narzeczoną.
- Cicha woda… - roześmiał się James - … nie sądziłem, że nasz Logan będzie bigamistą, co prawda na razie tylko narzeczeńskim, ale stąd droga już niedaleka do małżeńskiego.
- Prawnie wszystko gra… - zauważył Carlos - … on teraz jest kimś innym, ma…
- Co ty gadasz stary? - fuknął James. - To jest nasz Logan, nasz stary Logan tylko trochę zagubiony, a już nasza w tym głowa żeby go teraz sprowadzić do domu.
- Hhmmm i myślisz, że te 10 lat zniknie ot tak gdy tylko strzelisz palcami? - Carlos spojrzał sceptycznie na niego. - James, 10 lat to szmat czasu, a on przez cały ten czas ma tą amnezję, nic mu się nie przypomina, żadnych przebłysków czy tego podobnych rzeczy. To tylko w filmach zdarzają się takie cuda - zrezygnowany usiadł na krześle.
- I co? Mamy się tak po prostu poddać? Zostawić go teraz gdy go znaleźliśmy? Teraz gdy mamy szansę…
- Na co James? Na co mamy szansę? Big Time Rush już nie istnieje… - Carlos się oburzył - … to nasza przeszłość i niech tą przeszłością pozostanie.
- O nie Carlos, nie możemy tego tak zostawić i nawet nie mam tu na myśli tylko albo i wyłącznie zespołu. I wiedź, że Kendall zgodzi się ze mną. Stary… - podszedł do niego i położył mu ręce na ramionach spoglądając mu w oczy - … tu nie chodzi wyłącznie o zespół, tu chodzi o niego, o naszego przyjaciela. Doskonale wiesz co przeżywaliśmy po tym wypadku i jak długo potrzebowaliśmy by się z tym wszystkim pogodzić, i doskonale też wiesz, że pomimo że upłynęło już tych 10 lat tak naprawdę nigdy się z tym nie pogodziliśmy i nie pogodzimy.
- Rozgrzebujesz to co już dawno powinno zostać zamknięte.
- Nie wierzę…
- Myślisz, że nie wiem o czym mówisz? - wstał i stanął naprzeciw niego. - Przez długi czas trzymałem się nadziei, tej cholernej nadziei, która pomimo tych okoliczności w jakich się znaleźliśmy trzymała mnie w pionie i pozwalała na to bym jakoś się po tym wypadku pozbierał, ale ja już straciłem tą nadzieję James, straciłem ją już dawno temu, a widząc teraz jego… Ucieszyłem się, nawet pomyślałem sobie, że może ten cud o który się tak modliłem w końcu się zdarzył, ale to nie prawda. On niczego nie pamięta, nie wie kim są jego rodzice, jego siostra, kim jesteśmy my ani tym bardziej Gustavo, Kelly czy nasi przyjaciele z Palm Woods.
- Carlos…
- Ja już dłużej tak nie mogę James.
- Nie możesz się poddać, nie teraz… - potrząsnął nim - … jestem tu i w każdej chwili służę ci pomocą, jestem do twojej dyspozycji i wiedz też, że będę walczył o niego, a ty i Kendall mi w tym pomożecie.
- Skoro tak stawiasz sprawę - Carlos spojrzał na niego.
- Tak, tak ją stawiam.
- W porządku… - zgodził się w końcu - … i dziękuję ci James - dodał na koniec.
- Nie ma za co - uśmiechnął się do niego.
Alex niechętnie wszedł do mieszkania, bez niej było ono smutne i ciche, ale wiedział, że Sarah mówiąc ostatnie słowa dotyczące jego tak naprawdę postawiła mu ultimatum - albo wszystko wyjaśni co tyczy jego osoby, albo koniec z nimi. Ściągnął kurtkę i rzucił ją na krzesło stojące w pokoju, usiadł na kanapie pochylając się oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach. Po chwili wstał przeszedł do kuchni gdzie z lodówki wyciągnął piwo, odkorkował je i pociągnął z butelki solidny jego łyk i już po 15 minutach poczuł, że morzy go sen. Nic dziwnego, był po 24-godzinnym dyżurze, do tego cała tak akcja związana z jego przeszłością i alkohol - mieszanka, która już niejednego siłacza powaliła na łopatki. Wrócił do pokoju i położył się na kanapie, a po kilku minutach zasnął.
W ciągu kilku dni załatwił wszystkie swoje najpilniejsze sprawy w Nowym Jorku. Tak jak obiecał to pani Knight dopilnował Kendalla, ustabilizował jego stan tak, że już po krótkim czasie chłopak odzyskał przytomność i powoli, ale sukcesywnie dochodził do siebie. Nie ujawnił mu się, to on kierował jego leczeniem, ale gdy ten odzyskał świadomość kierował wszystkim 'z zewnątrz' celowo nie chcąc zaburzać jego rekonwalescencji. Dużo rozmawiał z panią Knight natomiast unikał trochę Jamesa i Carlosa. Wydawało mu się, że mają do niego żal za to co się stało i na razie chciał uniknąć konfrontacji z nimi. Dowiedział się, że Kendall znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Stanął w obronie dziewczyny, którą jakiś chłopak szarpał na ulicy. Nie spodziewał się tylko, że ten wyciągnie pistolet i strzeli do niego. Na szczęście wszystkim już zajęła się prokuratura, a Kendall po tygodniu został przeniesiony z OIOM-u na normalny oddział i był już na tyle w dobrym stanie, że pani Knight zgodziła się polecieć na kilka dni do Minnesoty żeby przygotować państwa Mitchellów na jego wizytę. Załatwił wszelkie formalności w szpitalu, wziął tygodniowy urlop, zapakował się w małą walizkę i w poniedziałkowy poranek stawił się na lotnisku.
- No, do dzieła… - dodawał sobie otuchy - … co ma być to będzie.
Przeszedł przez odprawę i wsiadł do samolotu mającego go przetransportować do 'ponoć' rodzinnego miasta.
Minnesota
- Jennifer, jeśli żartujesz to wiesz, że to jest bardzo kiepski dowcip - pan Mitchell sceptycznie odnosił się do jej rewelacji o jego synu.
Podobnego zdania była jego żona. - Wiesz, że minęło już 10 lat, to nierealne.
- Znacie mnie - … pokiwali głowami - … czy byłabym na tyle okrutna żeby robić wam nadzieję na jego powrót żartując sobie o tym?
- Jen, ja już w to nie wierzę - pan Mitchell usiadł na krześle w kuchni.
- To uwierz, bo on będzie tu dzisiaj.
- Co? - pan Mitchell aż wstał.
- To co słyszałeś… - pani Knight potwierdziła swoje słowa - … myśmy go rozpoznali jakieś dwa tygodnie temu.
- I nic nie mówiłaś?
- On sam chce to załatwić, sam też chce was poprosić o badanie DNA.
- Po co? - nie rozumieli.
- W tym wypadku… - zaczęła im powoli wyjaśniać - … stracił pamięć.
- Co? - pani Mitchell była wstrząśnięta.
- Stąd jego zaginięcie. Nie pamięta niczego z przed wypadku, jego jedyne życie to te 10 lat które właśnie minęły.
- To straszne - pan Mitchell ze zdenerwowania chodził po całej kuchni.
- Nazywa się Alex Johnson i jest chirurgiem w Nowym Jorku…
- Zawsze chciał być lekarzem - wtrąciła Pani Mitchell.
- … i ma narzeczoną.
- A co z Lucy? Wie o niej? - zapytała jeszcze pani Mitchell.
- Tak, ale też jej nie pamięta. Dlatego przylatuje tu żeby wszystko wyjaśnić
- Musimy powiedzieć o tym Sarah - pan Mitchell skierował się do pokoju ich córki.
- To czekamy na niego - pani Mitchell uśmiechnęła się niepewnie.
Wysiadł z samolotu, przeszedł przez odprawę, odszukał swój bagaż, wyszedł przed lotnisko i zatrzymał się tuż za jego drzwiami.
- Już nie ma odwrotu… - mówił do siebie - … muszę to zrobić żeby dowiedzieć się kim jestem.
Powoli miał wrażenie, że zaczynał wariować. Musiał sam się motywować do działania, nie nawet nie do działania, najpierw musiał zacząć od samego ruchu. Musiał się zmuszać do zrobienia fizycznego ruchu w tym tak trudnym dla siebie kierunku. Był zdeterminowany, to fakt, ale bał się, pomimo że był dorosłym facetem odczuwał potworny strach przed konfrontacją ze swoją przeszłością. W końcu jednak po kilku minutach wahania ruszył z miejsca i złapał taksówkę. Zapakował się w nią, podał kierowcy adres i oparł się o siedzenie jednak już po chwili zmienił zdanie. Poprosił taksówkarza aby przed tym docelowym miejscem podjechał jeszcze do centrum miasta. Chciał bowiem zorientować się czy może pamięta coś z czasów które tu spędził, a gdy kierowca spełnił jego prośbę wysiadł na rynku i rozejrzał się dookoła.
- Proszę chwilę poczekać, dobrze? – poprosił taksówkarza.
- Dobrze, będę czekał tam – ten wskazał mu parking po lewej stronie rynku.
- Dziękuję – uśmiechnął się, zarzucił plecak na ramię i ruszył przed siebie. Szedł wolnym krokiem rozglądając się dookoła. Usilnie wytężał umysł, próbował sobie przypomnieć jakieś elementy, szczegóły, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Budynek dworca kolejowego, ratusz, poszczególne sklepy – niczego nie poznawał. Nawet fontanna stojąca pośrodku placu nie wydawał mu się ani trochę znajoma, ale zauważył, że ludzie najprawdopodobniej rozpoznają jego. Słyszał szepty kierowane pod swoim adresem, widział jak każda mijana osoba obraca się za nim, jak inni wskazują go palcami. W duchu skarcił się za ten swój nagły pomysł zobaczenia najpierw miasta zamiast jechać od razu pod wskazany przez panią Knight adres. Pośpiesznie zawrócił więc i wrócił na parking do taksówki, którą pojechał prosto do domu państwa Mitchellów.
- Już jest - pani Knight wyglądając przez okno zobaczyła podjeżdżającą pod dom taksówkę.
- Naprawdę? – pani Mitchell była nad wyraz zdenerwowana.
- Tak, chodź zobacz – zawołała ją do siebie.
Kiedy podeszła wraz z mężem do okna zobaczyli jak drzwi taksówki się otwierają i wychodzi z niej młody mężczyzna. Po chwili wyciąga z bagażnika walizkę i płaci kierowcy. Z tyłu wyglądał jak typowy mężczyzna po 30-stce. Dopiero gdy odwrócił głowę w ich kierunku zobaczyli jego twarz.
- O boże, to on – pani Mitchell zachwiała się.
- Ann? – jej mąż podtrzymując ją posadził ją na krześle w kuchni.
- Adam, to on naprawdę on – była roztrzęsiona.
- Wygląda jak on – przyznał pan Mitchell.
- Wygląda? Adam, znam go, to mój syn, moje dziecko.
- Spokojnie kochanie, musisz wziąć się w garść, on zaraz tu wejdzie. Dasz radę?
- Tak… - pokiwała głową - … muszę – wstała i podeszła do drzwi.
Odstawił walizkę pod najbliższe drzewo. Wyprostował się i głęboko odetchnął. Sam nie wiedział co teraz robić. Jedyna przeszkoda dzieląca go od poznania całej prawdy o sobie to drzwi jego rodzinnego domu. Zamknął oczy, dwa wdechy, dwa wydechy i już miał ku nim ruszyć gdy usłyszał głos pani Knight.
- Poznajesz coś?
Rozejrzał się dookoła siebie. – Mam mówić…
- Prawdę, nie musisz kłamać by być miłym – ktoś przerwał mu w pół zdania.
- Skąd pani… - urwał gdy spojrzał na panią Mitchell.
- To jedno z twoich ulubionych haseł – uśmiechnęła się i podeszła do niego. Przyglądała mu się długo i uważnie, ale uśmiech nie zniknął z jej twarzy bo… rozpoznała go. Wiedziała i bez badań DNA, że ten stojący przed nią chłopak to jej syn, ten na którego tak długo czekała, ten który wystawił jej serce i cierpliwość na ciężką próbę, ale teraz już jest wszystko w porządku, teraz on jest tu, z nimi. Wrócił do domu, nareszcie wrócił do domu. Nie patrząc na nic przytuliła go do siebie. Przez chwilę czuł się trochę nieswojo, ale odwzajemnił jej gest i o dziwo poczuł się dobrze. Jakby wreszcie trafił na swoje miejsce.
- Przepraszam jeśli nie powinnam – puściła go w końcu.
- Nie musi mnie pani… - zawahał się nie wiedząc jak się do niej zwracać - … przepraszać.
- Logan… - zaczął pan Mitchell.
- Alex… - zaczął w tym samym momencie chcąc się przedstawić.
Chwila konsternacji. - Wiem, że w tej chwili bliżej ci do Alex`a niż Logana… - pan Mitchell uśmiechnął się rozładowując napięcie - … ale proszę nie gniewaj się jeśli my pewnie będziemy się zwracać do ciebie dwojako.
- Nie ma problemu… - odwzajemnił uśmiech. – Nie wiem czy pani Knight…
- Mówiła, że chcesz zrobić badanie DNA – przyznał pan Mitchell.
- To prawda, wiem, że to może być dla państwa krępujące, ale muszę mieć pewność kim jestem.
- Ja wiem kim jesteś… - odezwała się pani Mitchell - … ale oczywiście zgadzamy się na wszelkie formalności.
- Dziękuję – uśmiechnął się.
- Napijesz się czegoś? – zapytała. – Kawy? Herbaty?
- Mamy ich wszelaki wybór – roześmiał się pan Mitchell.
- Dziękuję, poproszę herbatę, jak można to żurawinową.
- … winową – dokończył z panią Mitchell.
- Jest pani niesamowita… - uśmiechnął się - … jakby czytała pani w moich myślach.
- Mówiłam, że cię znam – odwzajemniła uśmiech.
- A… - zawahał się.
- Pytaj, nie krępuj się – pan Mitchell zachęcał go.
- Mógłbym się trochę rozejrzeć? Może…
- Oczywiście… - zgodzili się - … śmiało.
Wstał i przeszedł na drugą stronę domu. Czuł się w nim dobrze, po raz pierwszy od czasu tego zamieszania z jego osobą poczuł coś na kształt spokoju.
- Jesteś już!!! – usłyszał dziewczęcy głos, a po chwili ktoś rzucił mu się na szyję. Omal go nie udusiła. Dopiero gdy go puściła zobaczył jej twarz i to, że pozostali im się przyglądają. – No nareszcie, nawet nie wiesz jak tęskniłam… - wyrzucała mu. – I to się nazywa brat.
- Sarah, ty… jesteś Sarah? – zapytał chcąc się upewnić.
- Nie pamiętasz mnie? – zapytała z oczami pełnymi łez. – Jak mogłeś o mnie zapomnieć? – krzyknęła i wybiegła z domu zostawiając go w osłupieniu,
- Cholera! – zaklął siarczyście, ale zaraz zmitygował się, bo przypomniał sobie, że nie jest sam.
- Nie obwiniaj się, musisz dać jej trochę czasu… - tłumaczył mu pan Mitchell - … ona zrozumie, ale też musi to sobie poukładać.
- To nie był dobry pomysł – żachnął.
- Ale co? – zapytała go pani Mitchell.
- Cały ten przyjazd tutaj. Nic nie jest tak jak powinno być.
- To nie twoja wina. Wszyscy musimy dać sobie czas – pocieszała go.
- Ciągle to słyszę, czas, daj sobie czas i co z tego wynika? Nic, wszystko gmatwa się jeszcze bardziej.
- I naprawdę mógłbyś to tak zostawić? – zapytała go pani Knight. – Żyć w takiej niepewności?
- Nie… - przyznał po chwili zastanowienia - … ciągle nie byłbym w pełni sobą.
- Chodź, napijesz się herbaty…
- Dziękuję, ale przejdę się. I tak muszę się zameldować w hotelu.
- Zostaniesz u nas – pan Mitchell co do tego nie miał wątpliwości.
- Przyjmiecie pod dach obcą osobę?
- Nie obcą – pani Mitchell uśmiechnęła się.
- Do końca tego jeszcze nie wiemy – zauważył.
- To tylko formalność, ale jeśli masz ochotę się przejść to oczywiście nie zatrzymujemy cię.
- Dziękuję – uśmiechnął się i wyszedł na dwór. – W którą stronę teraz? – zastanawiał się głośno. Coś ciągnęło go w lewo za dom, a gdy poddał się temu czemuś po kilku minutach marszu zobaczył przed sobą małe jezioro. Uśmiechnął się do siebie zadowolony z wyboru miejsca, gdy nagle podchodząc bliżej zauważył, że nad owym jeziorem stała dziewczyna. Wpatrywała się w taflę jeziora więc od razu nie zauważyła go dlatego też podszedł do niej i delikatnie dotknął jej ramienia by jej nie przestraszyć swoją obecnością, ale zamiast tego skutek jego zabiegu był zupełnie odwrotny. Zobaczył, że dziewczyna na jego widok gwałtownie pobladła, a oddech…
- Oddychaj – przypomniał jej tak konieczną do życia czynność.
- To niemożliwe – usłyszał w końcu jej głos.
- Oddychanie? – zapytał. – To całkiem naturalna czynność – uśmiechnął się.
- Nie, to tylko…
- Tylko?
- Boże, to ty… - dotknęła ręką jego policzka - … jakim cudem?
- Ty… to znaczy kto? – zapytał ją.
- Żartujesz?
- Nie… - zaprzeczył - … od jakiegoś czasu mam ze sobą problem dlatego proszę cię o tę odpowiedź.
- Nie rozumiem co masz na myśli Logan, ale…
- No, to już wiem o co chodzi.
- Dobrze się bawisz? – zapytała rozdrażniona jego żartami.
- Nie bawi mnie to, możesz być pewna, ale… sądząc z twojej reakcji na mnie ty jesteś…
- Lucy – przerwała mu. – To, że mnie zostawiłeś już samo w sobie bolało i nadal boli jak diabli, nie musisz dodatkowo podkreślać, że zdołałeś o mnie zapomnieć – ruszyła przed siebie.
- Ale to nie tak – ruszył za nią.
- A jak? Oświeć mnie – spojrzała na niego. – Tak myślałam – ruszyła dalej gdy milczał zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Ja… nie pamiętam niczego! – krzyknął za nią.
- Super… - odwróciła głowę - … a ja wyobraź sobie, że wszystko.
- Lucy, stój! – pobiegł za nią.
- Czego ty jeszcze chcesz ode mnie? – zatrzymała się.
- Wyjaśnić ci wszystko.
- A co tu jest do wyjaśniania?
- To, że nazywam się Alex i po wypadku… mam całkowitą amnezję – nazwał w końcu rzeczy po imieniu.
- Co?
- Nie pamiętam niczego z przed wypadku i wiedz, że absolutnie mnie to nie śmieszy. - Zaskoczył ją tą odpowiedzią. Czegoś takiego się nie spodziewała. Brała niemal wszystkie możliwości pod uwagę, ale nie tę. – Proszę cię, muszę z tobą porozmawiać.
- Dobrze… - usiadła pod najbliższym drzewem - … słucham.
Usiadł obok niej. Zauważył, że ze zdenerwowania bawiła się pierścionkiem na swojej lewej ręce. – To ode mnie? – zapytał.
- Tak… - przyznała - … chciałam go oddać pani Mitchell, ale nie chciała go przyjąć z powrotem.
- Dlaczego chciałaś go oddać? – zapytał zdziwiony.
- Bo kiedyś należał do twojej mamy. Twój tata dał go jej gdy się jej oświadczył, a potem twoja mama dała go tobie byś ty mógł… - zawiesiła głos.
- Myślałem, że przyjazd tu pozwoli mi odnaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, ale niczego nie poznaje.
- Co się stało? – zadała mu to tak główne pytanie.
- Uwierzysz mi jeśli powiem ci, że nie wiem? – spojrzał na nią. – Niczego nie pamiętam, wszyscy mnie rozpoznają, wskazują mnie sobie palcami, mówią mi jaki jestem, co kiedyś robiłem, co lubiłem, a ja niczego z tego nie pamiętam.
- A… co pamiętasz? – spojrzała na niego.
Odwrócił głowę i spojrzał przed siebie, wziął głęboki oddech i zaczął mówić. – Pamiętam wypadek, oślepiające światło, poślizg, czołowe zderzenie samochodów, dachowanie, a potem…
- Co potem? – zapytałam cicho.
- Szpital, nie wiem gdzie. Powiedziano mi tylko, że jacyś ludzie mnie znaleźli i odwieźli nieprzytomnego do szpitala. A co pamiętam już konkretnie to późniejsze przeniesienie do nowojorskiego szpitala i wszystko to co się zaczęło w Nowym Jorku.
- Twoje nowe życie – podsumowała jego wywód.
- Wiem, że ty też możesz czuć się z tym źle…
- Nic nie wiesz… - przerwała mu - … i i tak jesteś w lepszej sytuacji niż my wszyscy, niż ja.
Spojrzał jej w oczy. – Tak myślisz?
- Tak… - kiwnęła głową - … wiem, że na pewno jest ci trudno, nie zaprzeczam temu, ale Logan… ja wszystko pamiętam, wszystko, każde twoje spojrzenia, każdy uśmiech, twój pocałunek, dotyk… - urwała spoglądając na niego. – Wszystko… - szepnęła - … podczas gdy ty masz przed sobą nowe życie. Ja wciąż tkwię w przeszłości.
- Wygląda na to, że chyba wszystkim byłoby łatwiej gdyby żadna ze stron w dalszym ciągu nic o sobie nie wiedziała – powiedział zrezygnowany.
- Nie możesz tak mówić… wstała i stanęła naprzeciwko niego na co on również wstał - … nie wiem jak wybrnąć z tego wszystkiego, ale… - zawiesiła głos spoglądając mu w oczy. Podniosła rękę i dotknęła jego policzka, a gdy poczuła jak przeszedł go dreszcz uśmiechnęła się lekko widząc jak wciąż na niego działa. On sam odruchowo zbliżył się jeszcze bliżej do niej biorąc jej drugą rękę w swoje dłonie. Nie odrywali od siebie wzroku, atmosfera z sekundy na sekundę gęstniała. Stali nieruchomo jedno naprzeciw drugiego gdy po krótkiej chwili nachylił się ku niej i pocałował ją. Jakby świat się zatrzymał. Wszystko to co myślała, że utraciła na zawsze wraz z jego zaginięciem powróciło w tym momencie w jego osobie.
- Przepraszam cię… - szepnął po chwili - … nie powinienem, ale coś mówiło mi, że muszę to zrobić.
- Nie musisz przepraszać – uśmiechnęła się lekko skrępowana.
- Pomóż mi – poprosił ja niemal bezgłośnie.
- Wszystko będzie dobrze – przytuliła się do niego.
- Gdzie on się podziewa? – pani Mitchell martwiła się o swojego co dopiero odnalezionego syna.
- Spokojnie… - uśmiechnęła się pani Knight - … za chwilę wróci, a w razie co ma mój numer komórki. Dałam mu ją jeszcze w Nowym Jorku żeby nie stracić z nim kontaktu – wyjaśniła im obojgu, ale to ich wcale nie uspokoiło, powinno, ale w ich sytuacji w tym momencie potrzebny był on, sam on, a nie tylko zapewnienie o tym, że zaraz wróci. Zobaczyli go już fizycznie, był z nimi tu w Minnesocie i teraz… jego wyjazd bez żadnego słowa czy co gorsza ponowna jego utrata nie wchodziły w grę, i oni teraz, a zwłaszcza pani Mitchell odchodzili od zmysłów czekając na niego. – Ann usiądź – poprosiła ją gdy ta krążyła od jednego okna do drugiego wyglądając go.
- Jak mam… - urwała, bo usłyszeli ciche pukanie do drzwi, a po chwili zza nich ukazała się głowa Lucy.
- Dzień dobry pani Mitchell… - uśmiechnęła się - … można?
- Też zadajesz pytania kochana… - obruszyła się - … oczywiście, że tak, chodź i nawet nie pytaj – podeszła do niej i uścisnęła ją serdecznie.
- Widzę, że już się spotkaliście – zauważył pan Mitchell widząc Alexa, który wszedł tuż za nią.
- Tak… - przyznała Lucy - … spotkaliśmy się nad jeziorem.
- Trafiłeś nad jezioro czyli coś tam pamiętasz? – zapytał go pan Mitchell.
- Nie… - pokręcił głową - … ale gdy tylko wyszedłem z domu coś kazało mi przejść za niego na lewo, a tam już po kilku minutach spaceru było to jezioro i ona – wskazał ręka na Lucy.
- Wiesz, że ona to… - pani Mitchell spojrzała na niego.
- Tak… - przerwał jej - … rozmawialiśmy i…
- I? – zapytała pani Knight.
- I ustaliliśmy, że robimy wszystko powoli… - Lucy spojrzała na Alexa, który z ulgą odetchnął i przesłał jej ciche ?dziękuje? - … a potem zobaczymy co dalej.
- Pierwsze co muszę zrobić to badanie DNA w tutejszym szpitalu.
- Już myślałem o tym… - odezwał się pan Mitchell - … jeśli chcesz to jutro możemy to załatwić.
- Może być… - zgodził się - … im szybciej tym lepiej.
- No to ustalone… - pani Mitchell podeszła do nich - … a teraz zjecie coś? Jesteście głodni?
- Ja… - zaczął Alex.
- Założę się, że nic nie jadłeś od rana… - wtrąciła mu się w zdanie - … nie odmawiaj tylko dlatego, że czujesz się niezręcznie – spojrzała na niego.
Uśmiechnął się do niej. – Skoro tak stawia pani sprawę.
- Tak i nie masz wyjścia – odwzajemniła uśmiech.
- To w takim razie przyznam, że jestem potwornie głodny – roześmiał się.
- No, to chodźcie do salonu, Lucy… - spojrzała na dziewczynę - … zostaniesz, prawda?
- Ty jej nie pytaj tylko goń do stołu – wtrącił pan Mitchell.
- Nie chciałabym… - zaczęła.
- Zostań, proszę… - Alex złapał ją za rękę i spojrzał na nią.
- Dobrze… - zgodziła się po chwili wahania - … zostanę. Dziękuje za zaproszenie – uśmiechnęła się i przeszła wraz ze wszystkimi do salonu.
W ciągu godziny zjedli wyborny obiad w trakcie którego rozmawiali na różne tematy, dyskutowali, wymieniali opinie, śmiali się – jednym słowem spędzali wspólnie czas i podobało mu się to, naprawdę podobało, bo po raz pierwszy od tych 10 lat poczuł co to znaczy mieć rodzinę, co znaczy być częścią czegoś większego, a nie tylko samotną jednostką żyjącą z dnia na dzień. Tu nie był sam, dookoła siebie miał ludzi, którzy go kochali chociaż nie do końca jego, ale… Logana. A co jeśli on nim jednak nie był? Próbował nie dać tego po sobie poznać, ale trapiło go to. Z jednej strony chciał nim być, a tym samym chciał odzyskać te 20 - ścia ostatnich lat, które życie tak nagle mu skradło, ale z drugiej strony nie wiedział gdy jego tożsamość rzeczywiście się potwierdzi jak je połączyć z tymi 10-cioma, które przeżył będąc Alexem.
- Logan? – pani Mitchell spojrzała na niego. – Alex… - powtórzyła zawołanie, ale już jego drugim aktualnym imieniem bo na pierwsze nie zareagował.
- Tak? – spojrzał zamyślonym wzrokiem na nią.
- Wszystko w porządku? – zapytała go.
- Tak, chyba tak – powiedział powoli dobierając słowa.
- Na pewno? Wyglądasz na zagubionego.
- Aż tak to widać?
- Co najmniej na kilometr – uśmiechnęła się.
- Ma pani rację, znowu – posmutniał.
- Co cię trapi? – zapytała go.
- To nic takiego – pokręcił głową.
- Jeśli będzie ci łatwiej… - zaczęła.
- Nie będzie… - przerwał jej - … nie jest i nie będzie.
- Dlaczego?
- Bo… jeśli… - spojrzał na nią - … co jeśli nie jestem nim? – wydusił w końcu. – Co jeśli usiłuje odzyskać coś co nie istnieje? Że chcę wrócić do czegoś czego nie ma, albo co gorsza nie należy do mnie? Co…
- Przestań się zadręczać… - teraz ona przerwała potok jego słów - …jutro się wszystko wyjaśni, a teraz nie myśl o tym, daj nam się nacieszyć sobą, a i ty może choć odrobinę poczujesz, że nie jesteś już sam.
- I właśnie o to chodzi – jęknął. – Tego się boję. Jesteście cudowni… - spojrzał na nich - … ale jeśli nie jestem Loganem…
- Jesteś nim – powtórzyła pani Mitchell.
- A jeśli nie? – zapytał dobitniej. – Jeśli nim nie jestem to… znowu zostanę sam – wstał i podszedł do okna.
- Wiem, że to trudne… - podeszła do niego - … ale nie poddawaj się. Jesteś już tak blisko rozwiązania, masz je na wyciągnięcie ręki.
- Tak i coraz więcej wątpliwości – odwrócił się i spojrzał na nią.
- Masz do nich pełne prawo, a my pomożemy ci je rozwiać – uśmiechnęła się do niego. – Zmęczony?
- Tak… - przyznał - … to był długi dzień.
- Na piętrze, drugi pokój po prawej jest twój. Przygotowałam ci już wszystko, możesz się położyć.
- Mój pokój?
- Tak, niewiele tam zmieniliśmy po twoim zaginięciu.
Spojrzał na Lucy. – Pójdziesz ze mną? – zapytał ją.
Kiwnęła lekko głową. – Tak, jeśli chcesz.
- Tak – potwierdził.
Podeszła do niego, wyciągnęła do niego rękę, którą złapał i oboje skierowali się na schody prowadzące na piętro. Szli powoli. Czuła jego zdenerwowanie, które narastało z każdym kolejnym pokonanym przez nich stopniem, a kiedy w końcu stanęli pod drzwiami, złapała za ich klamkę, ale nie otworzyła ich od razu, tylko zapytała go. – Jesteś gotowy? - Odetchnął głęboko i skinął głową na znak potwierdzenia. Policzyła cicho do trzech, nacisnęła lekko klamkę i drzwi ustąpiły bezszelestnie ukazując jak to określiła pani Mitchell – jego pokój w całej okazałości.
- Wejść czy nie wejść - wahał się. Nie wiedział co zrobić. Bał się, ale… chciał do niego wejść tylko coś go powstrzymywało. Walczył ze sobą i już, gdy już miał wejść, już zrobił jeden krok do przodu za sekundę wycofał się przestraszony robiąc dwa kroki w tył. Nadal trzymała go za rękę, którą to teraz widząc jego niezdecydowanie pociągnęła mocniej do przodu tym samym zmuszając go do przestąpienia progu tegoż pokoju, a gdy w końcu to zrobił stanął w jego drzwiach i rozejrzał się dookoła. Po lewej stronie stało łózko, tuż obok niego biurko z komputerem i szafa, po przeciwległej stronie znajdowała się mała meblościanka i oparte o nią z boku kij hokejowy i gitara. Trochę już uspokojony wszedł głębiej do pokoju i usiadł na łóżku. Tuż za nim ona zrobiła to samo.
- I jak? – zapytała go. – Tego się spodziewałeś?
- Nie wiem… - uśmiechnął się - … ale widzę tu dobrą rękę – zażartował rozładowując stres i napięcie które się w nim nagromadziło.
- Tak… - odwzajemniła uśmiech - … poza kilkoma drobiazgami niewiele się tu zmieniło. Państwo Mitchell zadbali o to by jakaś cząstka ciebie ciągle tu była.
- Wciąż wierzą, że Logan wróci – powiedział cicho.
- Już nie muszą bo tu jesteś – spojrzała na niego.
- Sam nie wiem – pokręcił smętnie głową. – Gitara? – zapytał po chwili spoglądając na oparty o mebel instrument.
- Twoja… - wyjaśniła mu - … dostałeś ją na 18-ste urodziny od nas wszystkich. Była robiona na specjalne życzenie.
- Nie potrafię grać na gitarze, w ogóle jestem nie instrumentowy. Ponoć słoń nadepnął mi na ucho – uśmiechnął się przypominając sobie swoje instrumentowe próby.
Wstała, wzięła gitarę, wyciągnęła ją z futerału i podała mu ją, a przejął ją z jej rąk ostrożnie, niemalże jak relikt.
- I co mam z nią zrobić? – zapytał patrząc na nią.
- Zagrać… odpowiedziała - … zagrać i zaśpiewać – uśmiechnęła się.
- Nie…
- Przestań to mówić… - roześmiała się - … mogę pomóc ci zacząć - przysunęła się ku niemu. – Złap gitarę jak trzeba i zagraj melodię.
- Jak ta? – zagrał kilka akordów, które o dziwo utworzyły się w melodię. – O rany… - zdziwił się, bo złapał owe akordy na chybił trafił, a okazało się, że odruchowo pamięta ich przebieg w konkretnej piosence.
- Widzisz… - uśmiechnęła się - …mówiłam, że tego się nie zapomina.
- A… - zaczął śpiewać.
- A… - dołączyła się.
- A…
- Aaagr… Hey baby won't you look my way, I can be your new addiction…
- Hey baby what you gotta say? All you're giving me is fiction…
Zaśpiewali wspólnie całą piosenkę, całkowicie razem od początku do samego końca i dobrze się przy tym bawili, on się dobrze bawił.
- To było coś – pochwaliła go.
- Nie przesadzaj… - roześmiał się - … ale było fajnie – przyznał.
- Fajnie?
- Tak… - potwierdził - … i chyba to lubiłem – spojrzał na nią.
- Kochałeś to i nadal kochasz… - również spojrzała na niego - … dla muzyki poświęciłeś hokeja, a i po części jeszcze wtedy medycynę.
- Nie rozumiem.
- Gdybyś nie śpiewał byłbyś lekarzem.
- I tak się stało – spoważniał. Odłożył gitarę na miejsce i podszedł do biurka na którym stało kilka zdjęć. Wziął jedno ze wspólnych zespołu do ręki i pokazał je jej. – Widać, że byliśmy zżyci? – powiedział trochę pytająco nadal nie do końca będąc pewnym swojej tożsamości.
- To prawda… - przyznała - … ekipa jedyna w swoim rodzaju.
- A to? – pokazał jej drugie zdjęcie, ich zdjęcie. Wstała i bez słowa podeszła do okna. – Nic mi nie powiesz? – zapytał cicho. – Wyglądasz… wyglądamy… - poprawił się - … na szczęśliwych – podszedł do niej i stanął tuż za nią.
- Wierzysz zdjęciom… - odwróciła się do niego - … a nie wierzysz ludziom, którzy mówią ci jak jest?
- Obrazy nie kłamią…
- A my? – w jej oczach zaszkliły się łzy.
- Lucy… - westchnął - … nie twierdzę tego, ale wszyscy, ty… wciąż wierzysz, że Logan wróci i…
- … widzę to, co tak bardzo chcę zobaczyć, tak? Uważasz, że nie jestem obiektywna?
- Pytasz, a znasz odpowiedź.
- Zrozum, ja to wiem i bez twoich badań DNA, wiem, że jesteś Loganem, że jesteś nim… - podeszła do niego i położyła mu rękę na piersi - … czuje to i wiem też, że… nigdy nie przestałam cię kochać… – spojrzała mu w oczy - … ale żebym mogła ruszyć z miejsca musisz…
Nie dał jej dokończyć, bo przywarł do niej namiętnie ją całując. W tej chwili nie liczyło się nic, tylko ona. Czuł, że pomimo jego wątpliwości związanych z jego osobą to ona jest mu niezwykle bliska, jakby znał ją od zawsze. – Lucy… - szepnął po chwili spoglądając na nią - … muszę ci coś powiedzieć.
- Tak?
- Jeśli się okaże, że… - urwał - … jeśli się potwierdzi, że rzeczywiście jestem Loganem… - nie wiedział jak jej to powiedzieć. – W Nowym Jorku mam kogoś – powiedział w końcu to co leżało mu na sercu. Od razu odsunęła się od niego wpadając na szybę okienną. – Lucy… - wyciągnął do niej rękę.
- Nie… - nie pozwoliła mu się dotknąć - … zobaczysz, że jutro wszystko się potwierdzi, ale co dalej… to już zależy od ciebie – wybiegła z pokoju szlochając zostawiając go samego.
Zrezygnowany usiadł z powrotem na łóżku. Oparł łokcie na kolanach i schował głowę w dłoniach. – Co robić? Co robić? – powtarzał jakby miał nadzieję, że dzięki temu szybciej uzyska odpowiedzi na dręczące go pytania i problemy które stworzył swoim przyjazdem do Minnesoty. Chciał odnaleźć swoją przeszłość, swoją tożsamość, miał na myśli siebie, a tymczasem swoim pojawieniem się przewrócił życie do góry nogami każdemu kto w jakikolwiek sposób był w przeszłości z nim związany.
- Od zawsze byliście razem… - po dłuższej chwili usłyszał dziewczęcy głos - … wszyscy byli pewni, że będziecie razem i nie mylili się, ja także.
- Sarah, ja… - spojrzał na nią.
- Przepraszam, że tak zareagowałam na twoje pytanie o moje imię… - uśmiechnęła się niepewnie - … już wszystko wiem choć przyznam, że to dla mnie niemały szok – usiadła obok niego.
- Nie tylko dla ciebie – odwzajemnił uśmiech.
- Wiesz dlaczego mnie to tak zabolało? – zapytała go. – Bo byłeś dla mnie kimś więcej niż tylko bratem, byłeś moim bohaterem – uśmiechnęła się.
- Bohaterem?
- Trzymaliśmy się razem, zawsze byłeś przy mnie gdy cię potrzebowałam, opiekowałeś się mną, swoja małą siostrzyczką.
- To miłe co mówisz.
- Nie mówię tego tylko dlatego żeby było ci milo… - wyjaśniła - … mówię prawdę i chcę żebyś wiedział, że to zawsze było odwzajemnione, może wcześniej mniej mogłam ci pomóc, ale teraz, więc… wiedz, że gdybyś chciał porozmawiać, gdzieś pójść, coś zobaczyć to jestem do dyspozycji – uśmiechnęła się.
- Dziękuje ci… - odwzajemnił uśmiech - … jutro zobaczymy co dalej, może okaże się, że nie jestem Loganem i wszyscy będą mieli mnie z głowy – powiedział pesymistycznie.
- Jesteś, to pewne, ale papier pozwoli ci pokazać światu, że to nie tylko domysł stęsknionej rodziny, ale prawdziwa prawda. No, a teraz odpocznij… – wstała i… zawahała się - … mogę cię uściskać?
- Jasne… - uśmiechnął się – … będzie mi bardzo miło.
Zbiegła po schodach i od razu dopadła drzwi.
- Lucy? – pan Mitchell zauważył jak próbuje ukradkiem uciec. – Lucy! – zawołał i wybiegł za nią.
- Nie teraz panie Mitchell, nie teraz – zatrzymała się po chwili usiłując złapać oddech.
Kiedy do niej podbiegł zauważył jak bardzo była roztrzęsiona i, że płacze. – Powiedział ci? – zapytał ją.
- Tak… - przyznała - … jak on może? – spojrzała na jego tatę. – Pojawia się po 10 latach i wszystko wywraca do góry nogami. Niech go szlag… – rozpłakała się na nowo, a on nie wiedząc co jej na to odpowiedzieć po prostu przytulił ją do siebie.
- Wiem, wiem, że to trudne dla wszystkich i nie wiem co mam ci powiedzieć moja droga, nie wiem, a powinienem, ale jestem bezradny – spojrzał na nią. – Przyjdziesz jutro, do szpitala na nasze badanie.
- Nie… - odpowiedziała szybko - … nie mogę…
- Może on…
- Proszę do niego wrócić… - otarła łzy - … to wasz syn, już go nie stracicie, a ja… ja już jestem jego przeszłością.
- Nie mów tak…
- Taka jest prawda… - przerwała mu - … do widzenia panie Mitchell.
- Do widzenia kochana – patrzył jak schodzi doliną do drogi by wrócić do swojego domu.
- Co dalej? – zastanawiał się wracając do siebie.
Obudził się wczesnym rankiem. Nie mógł spać, kręcił się z boku na bok dlatego po dłuższej chwili takiego stanu rzeczy postanowił wstać, co też zrobił. Pośpiesznie ubrał się i wyszedł z domu. Chciał się trochę przewietrzyć, na spokojnie przemyśleć ostatnie wydarzenia. Był mocno poddenerwowany, a powodem tego nie było jak mogłoby się zdawać zaplanowane na dzisiaj badanie DNA przesądzające tak naprawdę w jego mniemaniu o wszystkim, ale fakt, że mówiąc Lucy o Sarah zranił ją. Inaczej sobie to wyobrażał. Przyjeżdżając tu, do Minnesoty nie brał pod uwagę uczuć jakie go ogarnęły będąc już tu na miejscu. Chciał szybko i rzeczowo zweryfikować swoją tożsamość i… wrócić do normalnego życia tylko zważywszy na to co teraz faktycznie czuł czym było to normalne życie? Albo inaczej - które z tych dwóch w których teraz brał udział było tym normalnym? Na początku wydawało mu się to proste, przyjedzie, sprawdzi, wszystko potwierdzi bądź wszystkiemu zaprzeczy i wróci do Nowego Jorku, ale teraz był coraz bardziej rozdarty pomiędzy Nowym Jorkiem a Minnesotą. Bo to tu, w Minnesocie mieszkali jego 'prawdopodobni' rodzice wraz z jego siostrą, stąd pochodzili jego równie 'prawdopodobni' przyjaciele, tu też była ona, ta którą 'prawdopodobnie' pokochał ponad wszystko. Kim w takim razie była dla niego Sarah? Nie była mu obojętna to wiedział na pewno, ale jak przed wyjazdem zapewniał ją o swojej miłości tak teraz nie był jej już tak do końca pewien. Nie, nie zmienił nagle swoich uczuć, ale wiedział, że zarówno ona, jak i Lucy, obie były mu bliskie, obie darzył uczuciem tylko jak teraz miał sobie odpowiedzieć na pytanie, którą rzeczywiście kochał? Obie, ale to niestety nie było możliwe by tak pozostało. Zatem, którą miał wybrać? Lucy czy Sarah? A tak naprawdę to główne jego pytanie na które przede wszystkim musiał sobie odpowiedzieć brzmiało - kim był on sam, Loganem czy Alex`em? Jeśli Alex`em wszystko zapewne wróci do normalnej normy. Będzie miał tylko o kilkoro znajomych więcej, ale jeśli, a najprawdopodobniej jest Loganem to jak ma dalej wyglądać jego życie? Czy ma wrócić tu do Minnesoty, do Lucy i żyć jakby nie było tych 10 lat w Nowym Jorku czy właśnie skupić się na tych 10 latach i wrócić do Sarah do Nowego Jorku? Sytuacja patowa. Zdawał sobie sprawę, że jakkolwiek postąpi, jakąkolwiek podejmie decyzję ktoś będzie cierpiał, niektórzy już cierpią. Zatrzymał się w końcu zarówno fizycznie jak i w swoich rozmyślaniach i zauważył, że dotarł na skraj miasta. Spojrzał na zegarek, dochodziła 8.30, a w szpitalu miał być na 9.40. Zawrócił więc by tą samą drogą wrócić do domu, ale zorientował się, że chyba zabłądził. Rozejrzał się dookoła, ale nie zauważył nikogo, kto mógłby mu wskazać kierunek marszu. Odrobinę przestraszony sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął telefon komórkowy, który na szczęście przezornie przed wyjściem ze sobą zabrał. Wybrał numer pani Knight i już po chwili czekał na połączenie.
- Gdzie ty się podziewasz? - usłyszał pytanie z nutą wyrzutu w głosie. - Zniknąłeś, coś się stało?
- Wszystko w porządku… - chciał ją uspokoić - … wyszedłem się przewietrzyć i… zabłądziłem - przyznał się.
- Gdzie jesteś?
- Żebym to ja wiedział.
- A co widzisz? Jakieś szczególne budynki, nazwa ulicy?
Rozejrzał się dookoła. - Jestem chyba na skraju miasta, jest tu mała fabryka, chwileczkę… - podszedł bliżej ku ulicy - … Company Alister, tak tu pisze - powiedział.
- To już wiem gdzie jesteś, poczekaj chwilę… - usłyszał jak cicho ustala coś z panem Mitchellem - … dobra, Adam jedzie do szpitala, weźmie ci coś do jedzenia, a ty poczekaj tam gdzie jesteś, za 10 minut będziesz miał transport, dobrze?
Nie miał innego wyjścia jak się zgodzić, co też zrobił nie pytając o szczegóły. - Dobrze, będę czekał - rozłączył się.
Podjechała pod fabrykę, wysiadła z samochodu rozglądając się za nim.
- Przyjechałaś po mnie… - spojrzał na nią - … dziękuję ci, Lucy.
- Chodź, jesteś umówiony w szpitalu na…
- 9.40, wiem, chciałem się tylko przewietrzyć, ale zabłądziłem.
- Odwiozę cię do szpitala i tam oddam twoim… - urwała - … państwu Mitchell - poprawiła się.
- Zostaniesz?
- Nie…
- Lucy, proszę cię.
- O co mnie prosisz? - spojrzała na niego.
- O dotrzymanie słowa… - wyjaśnił - … obiecałaś mi pomóc.
- Myślisz, że to jest takie proste? - zapytała go. - Miałeś rację, czekałam na ciebie, wierzyłam, że wrócisz, że jeszcze cię zobaczę, przytulę. Coś w środku ciągle kazało mi w to wierzyć, a tymczasem ty mówisz mi, że kogoś masz. Wiesz jak to boli? Czułeś kiedyś, że odzyskałeś kogoś by dosłownie za krótką chwilę go ponownie stracić? - wyrzuciła z siebie. - Nie życzę ci tego.
- Wiem jak się czujesz…
- Nie wiesz, ty zyskujesz rodzinę, przyjaciół mając już tyle w Nowym Jorku, a ja miałam cię przez 5 minut. I nic już nie mów… - poprosiła go widząc, że nadal zamierza prowadzić z nią dyskusję - … muszę skupić się na jeździe - wsiedli do samochodu, który zapaliła i wjechała na główną drogę.
Wszedł do szpitala i od razu wpadł w wir działania.
- Cholera, jak mam go tutaj operować? - usłyszał jakiegoś lekarza stojącego na urazówce przy stole z pacjentem. - Nikogo u góry nie ma? On nie może czekać - zobaczył jak wydaje dyspozycje pielęgniarce.
Zadziałał instynktownie widząc jaka jest sytuacja. Wpadł do tej sali. - Rękawiczki - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu na co pielęgniarka od razu wykonała jego polecenie. Dodatkowo ubrała go w fartuch ochronny i tak stanął przy stole operacyjnym. Pośpiesznie rozeznał się w sytuacji i przystąpił do chirurgicznych czynności. - Skalpel - wydał kolejne polecenie i już za chwilę otwierał klatkę piersiową pacjenta. Przeprowadził zabieg odbarcznia jego lewego płuca i zatamował przerwane tętnice. Już po 15 minutach było po wszystkim, a pacjent mógł spokojnie trafić na OIOM. - Alex Johnson, chirurg z Nowego Jorku - przedstawił się lekarzowi.
- Jim McCarty… - odwzajemnił się tym samym - … a głowę bym dał, że jesteś…
- Loganem Mitchellem? - zapytał. - Proszę tak nią nie szafować bo wszyscy są tego pewni z wyjątkiem mnie.
- Nie rozumiem - spojrzał na niego.
- Właśnie chcemy sprawdzić czy ten jegomość to nasz Logan, Jim - pan Mitchell dołączył się do rozmowy. - Robimy badanie DNA i gdybyś to mógł maksymalnie przyśpieszyć będę ci dozgonnie wdzięczny.
- DNA? - zapytał zdziwiony. - Ale po co? Przecież widzę, że to on, że to twój Logan. Po co badania DNA?
- Wszyscy to widzą… - żachnął Alex - … z wyjątkiem mnie - spojrzał na Jima. - Po wypadku niczego nie pamiętam.
- Amnezja?
- Całkowita.
- A robiłeś badania?
- Chyba wszystkie możliwe.
- A masz jakieś wyniki?
- W Nowym Jorku tak.
- To zrobimy nowe.
- Ale…
- Jim jest neurologiem, może coś ci poradzi… - wyjaśnił mu pan Mitchell - … a na razie idź korytarzem w lewo i tam w gabinecie nr 3 czeka pielęgniarka. Ja już zrobiłem co trzeba.
Kiwnął głową, ale nie ruszył z miejsca we wskazanym kierunku. Zrobił to dopiero gdy poczuł w swojej dłoni jej rękę. - Dziękuję - szepnął cicho. W ciągu kilku minut podobnie jak pan Mitchell zrobił badanie i teraz trzeba było tylko poczekać na wyniki. Wyszedł z Lucy na korytarz, a tam już ponownie przejął go Jim.
- Chodź… - zawołał go - … mam pomysł na kilka badań.
- Ale ja już robiłem chyba wszystkie.
- A pamiętasz co tam ci wyszło?
- Obrzęk płata skroniowego i czołowego czyli w dużej mierze tej części mózgu odpowiedzialnej za pamięć i inne procesy poznawcze. Kiedy się obudziłem ze śpiączki niczego nie pamiętałem.
- A próbowałeś hipnozy?
- Hipnozy? - niemal roześmiał się.
- A co ci szkodzi? - zapytał go jak najbardziej poważnie.
- Przecież to…
- Nie medycyna? Zdziwiłbyś się jak daleko posunęły się nad nią badania.
- Dobra… - zgodził się - … i tak nie mam nic do stracenia.
- No właśnie.
Nie puścił jej ręki, trzymał ją wciąż mocno w swojej dłoni. Bał się, że gdyby ją puścił ona mogła by go zostawić, odejść, a czuł że to właśnie ona jest dla niego podporą tak silną, że tylko dzięki niej zgadza się na kolejne badania, które i tak jego zdaniem podobnie jak poprzednie nie wniosą zbyt wiele do jego sprawy. Już przechodził przez ten etap, przed 10-cioma laty obiecał sobie, że jeśli nie będzie sobie w stanie pomóc medycznie to da sobie z tym spokój i nauczy się żyć z tym co mu przyniósł los. A teraz zgodził się tylko przez wzgląd na nią… Weszli do sali, Jim posadził go na krześle obok stołu, a sam usiadł nieopodal niego. Pan Mitchell stał w rogu pokoju, a Lucy obok niego wciąż trzymana przez niego za rękę.
- Lucy, ciebie poproszę o… - zaczął Jim.
- Nie… - Alex gwałtownie zaprotestował.
- Dobrze - zgodził się widząc jego reakcję. - W takim razie… - zwrócił się do niej - … kontroluj sytuację, trzyma cię za rękę więc będziesz wiedziała gdyby w którymś momencie trzeba było przerwać zabieg.
- Dobrze - kiwnęła głową i usiadła na drugim krześle obok Alex`a.
- Alex… - Jim zwrócił się już bezpośrednio do niego - … zamknij oczy, odpręż się, rozluźnij. - Niepewnie wykonał jego polecenie. - Policzę do trzech, a ty powiesz mi co się dzieje, ok?
- Dobra - przytaknął.
- 1… 2…3… - pstryknął lekko palcami. - Słyszysz mnie Alex? - zapytał go po chwili. - Alex? - ponowił zawołanie gdy ten nie zareagował na pierwsze.
- Co się dzieje? - zapytał pan Mitchell, ale Jim uciszył go ręką.
- Alex słyszysz mnie?
W końcu zareagował, kiwnął lekko głową na znak potwierdzenia.
- Gdzie jesteś? - zapytał go Jim.
- W domu - odpowiedział.
- A gdzie jest twój dom?
- W Nowym Jorku, mieszkam na Manhattanie.
- Dobrze, to cofnijmy się o 10 lat wstecz, dasz radę? - Nie odpowiadał dlatego kontynuował. - Przypominasz sobie coś? Wypadek?
- Śmiechy… - usłyszeli jego cichy głos - … jasne światło… - zmarszczył czoło - … krzyki, a potem… - urwał.
- Co potem? - zapytał go.
Poczuła jak mocniej ścisnął jej rękę co od razu zasygnalizowała Jimowi.
- Alex, co potem? - kiwnął jej głową, że wie o co jej chodzi, ale ponowił do Alex`a to samo pytanie.
- Nie wiem…
- Alex, co widzisz?
- Jest ciemno, ktoś… krzyczy… Podniosłem głowę, ale… - urwał krzywiąc się na wspomnienia, które próbował odnaleźć w swojej pamięci.
- Jim, wystarczy - zasugerował pan Mitchell. - To nic nie da.
- Alex, spokojnie. Pomyśl o czymś przyjemnym, o czymś co cię rozluźnia, o miejscu gdzie czujesz się bezpieczny, o kimś kogo kochasz - zauważalne, widoczne na jego twarzy napięcie powoli ustępowało, rysy złagodniały. - Policzę do trzech i obudzisz się. 1… 2…3… - pstryknął palcami.
Otworzył oczy i spojrzał na Lucy. Po jej minie zorientował się, że omal nie zmiażdżył jej dłoni. - Przepraszam - puścił ją w końcu.
- Nie musisz… - uśmiechnęła się - … przeżyję.
- I co? Jak seans? - spojrzał na lekarza.
- Niewiele danych - pokręcił głową.
- Mówiłem, już mi tak zostanie - zażartował.
- Spokojnie i tak cię tak szybko nie puszczę.
- Nie rozumiem - zdziwił się.
- Chodź, chcę zrobić rezonans magnetyczny.
- Ale to niekonieczne - zaprotestował.
- Posłuchaj, mamy jutro tu światowej klasy neurochirurga i chciałbym żeby zobaczył twoje wyniki.
- I co to da?
- Kto wie, może uzyskasz w końcu wszystkie odpowiedzi?
- Nierealne.
- Nigdy nic nie wiadomo.
- Dlaczego pan to robi?
- Bo on… - wskazał ręką na pana Mitchella - … jest moim przyjacielem, a sprawa jego syna bardzo leży mi na sercu.
- Alex, proszę cię… - pan Mitchell spojrzał na niego.
- Dobrze, niech pan robi co chce ze mną - spojrzał mu w oczy - … będę miał przynajmniej czyste sumienie.
Wrócili dopiero po kilku godzinach. Zmęczeni, Alex przebadany wzdłuż i wszerz, ale nie narzekali. Pan Mitchell był zadowolony choć już dawno nie spędził takiego długiego czasu w szpitalu, ale dzięki temu, dzięki tym wydarzeniom w jakimś stopniu znowu odżyła w nim nadzieja, że może teraz rzeczywiście odzyska swojego syna.
- Jak się czujesz? - usłyszeli pytanie pani Knight. Alex nawet zastanawiał się czy to ona czasem nie jego pyta, ale przecież co dopiero weszli do domu i jeszcze nie zdążyli się zadenuncjować. Po chwili jednak wszystko stało się jasne.
- Dobrze - odpowiedział Kendall.
- Cieszy mnie to… - uśmiechnęła się pani Knight - … bałam się o ciebie.
- Niepotrzebnie - mruknął zły.
- Zgodziłeś się żebym tu przyjechała, żeby w szpitalu doglądali cię Carlos i James.
- Tak, ale i tak jestem zły.
- Dlaczego?
- Bo nie powiedziałaś dlaczego przyleciałaś do Minnesoty, a przynajmniej nie całą prawdę. Zataiłaś coś takiego - złapał się za głowę.
- Sam o tym zdecydował.
- A ty się potulnie zgodziłaś.
- Kendall, to on uratował ci życie, leczył cię, tym samym nie chciał zaburzać twojej rekonwalescencji. Zobowiązał mnie i chłopaków do milczenia.
- To prawda - odezwał się James.
- I dlatego powiedzieliście mi o tym, że się znalazł dopiero gdy wyszliśmy ze szpitala?
- Tak… - potwierdził Carlos - … obiecaliśmy mu to.
- Nic tylko was zabić - Kendall spojrzał na nich mrożącym wzrokiem. - A on co?
- A on niczego nie pamięta - Alex wszedł do pokoju i spojrzał na niego.
- Logan…
- Alex, jeszcze Alex Johnson - podał mu rękę, którą Kendall uścisnął.
- Co tak długo? - do pokoju weszła pani Mitchell. - O boże, co się stało? - zapytała wystraszona widząc krew na jego koszuli.
- Nic, to nic… - wyjaśnił - … miałem szybką operację, nawet nie zauważyłem, że się tak upaćkałem.
- Uratował pacjenta Jima… - uśmiechnął się pan Mitchell - … wiesz, on neurolog, a akurat nikogo z chirurgów nie było na dyżurze. Operowali go razem, a potem jak Jim go przejął… - wskazał na Alex`a - … to umarł w butach.
- A co Jim ma do Alex`a? - zapytała pani Knight.
- Chciał mu zrobić i zrobił kilka badań.
- Kilka? Chyba kilkadziesiąt - wtrącił Alex.
- Jutro w ramach kongresu ma być u nas jakiś światowej sławy neurochirurg i Jim chce mu pokazać wyniki tych badań.
- Zaraz zaraz… - wtrącił Kendall - … o co tu chodzi? Logan?
- To się dopiero okaże - wyjaśnił Alex.
- Zrobiliście badanie DNA? - zapytała pani Knight.
- Jakie badanie? - Kendall usiłował to wszystko ogarnąć.
- Nie powiedzieliście mu? - pani Knight zapytała chłopaków.
- Zdołaliśmy tylko, że Logan się odnalazł, ale potem nie dał sobie nic wytłumaczyć.
- Wszystko zaczęło się przez ciebie… - Alex spojrzał na Kendalla - … przywieźli cię na mój oddział w Nowym Jorku z postrzałem. Operowałem cię, ustabilizowałem, a oni… - wskazał ręką Jamesa i Carlosa - … jak nawiedzeni twierdzili, że jestem jakimś Loganem. Potem twoja mama tak samo…
- Przestań… - przerwał mu - … przyznaj się, że robisz sobie jaja i wytłumacz nam czemu zwiałeś na 10 lat zostawiając nas bez słowa wyjaśnienia.
- Myślisz, że zrobiłem to specjalnie? - zapytał go zdziwiony jego atakiem. - Że zaplanowałem to wszystko? Nawet nie wiadomo czy to do końca jest prawdą. Ech… - spojrzał na panią Knight - … nie ma co… - pokręcił głową - … świetnych miałem przyjaciół.
- Wątpisz w nas? - Kendall zapytał go wyraźnie podniesionym głosem.
- Owszem… - Alex spojrzał mu prosto w oczy - … przyjaciele nie oskarżają cię o coś na co nie miało się wpływu.
- A ty na to wszystko wpływu oczywiście nie miałeś? - zapytał ironicznie.
- Zważywszy na to, że cię nie pamiętam, to fakt nie miałem.
- Panowie… - pani Knight usiłowała stonować sytuację.
- Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć - Alex odwrócił się i chciał zrobić krok w stronę drzwi, ale Kendall złapał go za nadgarstek tym samym zatrzymując go.
- Nie musisz? Zniknąłeś, rozpieprzyłeś zespół, wszystko co do tamtej pory zbudowaliśmy poszło się rypać. I śmiesz mówić, że nie należą się nam wyjaśnienia?
- Kendall - pani Knight spojrzała na syna.
- Niech powie co robił - spojrzał na nią. - Czemu go nie było wtedy gdy go potrzebowaliśmy? Nawet zmieniłeś nazwisko żeby trudniej było cię znaleźć - powiedział do niego z wyrzutem.
- Puść mnie - Alex nakazał mu jeszcze spokojnie.
- Nie dopóki nie usłyszę wyjaśnień.
Nie widząc innego wyjścia wyszarpnął swoją rękę z jego uścisku. - Nie mam zamiaru ci niczego wyjaśniać. - Spojrzał na panią Mitchell. - Dziękuję za gościnę, ale jutro wracam do Nowego Jorku, to i tak nie ma sensu.
- Nie możesz… - pani Mitchell wystraszyła się - … nie teraz Alex…
- Logan - powiedział głośno Kendall.
- Nie pamiętam Logana, nie rozumiesz?! - wykrzyczał mu w twarz. - Niczego nie pamiętam. 10 lat temu po wypadku zamiast mnie dobić ktoś zadał sobie trud i wspomógł mnie na tyle, że stanąłem na nogach, fakt z pustką w głowie, ale żyłem i przez ten czas dostosowałem się do życia i nie masz prawa mnie oskarżać… - urwał bo zachwiał się.
- Alex… - Lucy złapała go pod rękę - … co się dzieje?
- Nic… - drugą ręką uciskał skronie - … to zaraz przejdzie.
- Na pewno? - zapytała zmartwiona. - Usiądź, pani Mitchell można szklankę wody?
- Już dam… - przeszła do kuchni i za chwileczkę wróciła z kubkiem, który podała Alex`owi.
- Co się dzieje? - zapytała go pani Knight gdy już doszedł do siebie.
- Nie ważne - machnął ręką.
- Ważne, Alex… - pan Mitchell spojrzał na niego - … robisz komplet badań, powiedz o tym Jimowi.
Kiwnął lekko głową. - Od czasu wypadku miałem… - zawahał się - … chyba, bo nie wiem czy wcześniej, napady bólu głowy, ale po jakimś czasie przeszły. Dopiero od niedawna… - skrzywił się - … powróciły.
- Skonsultujemy to jutro z Jimem koniecznie… - powiedział pan Mitchell - … a teraz idź do góry i się połóż, odpocznij i ani mi myśl jutro wyjeżdżać.
- Ale…
- Ani słowa, choćbym miał cię związać i zakneblować… - uśmiechnął się - … nigdzie się stąd nie ruszysz.
- Dobrze, skoro tak - odwzajemnił uśmiech.
- Kendall, czyś ty zwariował? - zapytała go pani Knight.
- No co?
- On niczego nie pamięta, żyje tak naprawdę dopiero od 10 lat, wszystko to co było wcześniej… tego nie ma, rozumiesz?
- Niczego? Czyli to co oni… - wskazał na Carlosa i Jamesa - … usiłowali mi wmówić…
- To prawda… - wtrąciła Lucy - … ma całkowitą amnezję, a po wypadku wiele rzeczy musiał uczyć się od nowa.
- Czyli to prawda… - jękną - … a ja…
- Naskoczyłeś na niego jakby zrobił to wszystko celowo i z premedytacją.
- Dureń ze mnie - przyznał.
- Nie da się ukryć kochany synu - pani Knight uśmiechnęła się.
- Pójdę do niego i pogadam z nim.
- Dobra myśl.
Powoli wszedł po schodach na piętro. Wiedział, że niepotrzebnie tak gwałtownie wybuchnął, ale tych 10 lat oczekiwania na jakikolwiek znak o nim dało mu się już we znaki, a teraz gdy on w końcu się znalazł to okazuje się, że niczego nie pamięta. Tego było już za wiele dla jego nerwów i wyładował się na nim, zwyczajnie wyładował, a nie powinien był tego robić. Przede wszystkim dlatego, że to był jego przyjaciel, a po drugie sam z siebie na pewno nie zniknąłby ot tak, musiał być ku temu jakiś solidny powód i był, jego amnezja, a on nawet nie dał mu szansy niczego wytłumaczyć. Stanął pod drzwiami jego pokoju i lekko w nie zastukał, a gdy nie usłyszał żadnej odezwy otworzył je lekko i wsuwając w ich szparę głowę chciał zobaczyć czy aby z nim wszystko w porządku. Zobaczył go opartego obiema rękoma o szafę. Stał tak z zaciśniętymi oczyma najprawdopodobniej usiłując zignorować ból głowy, który jak podejrzewał przez niego tylko się nasilił.
- Alex? - zawołał usiłując jak najbardziej stłumić swój głos. - Wszystko w porządku?
Przez chwilę trwała cisza przerywana jedynie dźwiękiem tykania zegara wiszącego na ścianie.
- Nic nie jest w porządku - odpowiedział cicho. - Cokolwiek robię wszystko się sypie, sam to powiedziałeś.
- To nie prawda… - zaprzeczył - … byłem zły.
- A co? Już nie jesteś? - zapytał go spoglądając już na niego.
- Nie dałem ci szansy wytłumaczenia się.
- Tylko, że nie wiem jak miałbym się tłumaczyć i dlaczego.
- I w tym problem… - Kendall usiadł na łóżku - … chciałbym się tyle od ciebie dowiedzieć, a ty…
- … a ja niczego nie pamiętam - usiadł obok niego. - To wszystko nie ma sensu - jęknął krzywiąc się z bólu.
- My po wypadku trafiliśmy do szpitala w Pasadenie… - Kendall zaczął cicho wspominać konkretne, dotyczące wypadku fakty - … byliśmy solidnie poobijani, wstrząs mózgu miał każdy z nas, a dodatkowo James miał złamaną nogę, Carlos wybity bark i pęknięte dwa żebra, ja złamane obie ręce, a ty… zniknąłeś. Długo o tym nie wiedzieliśmy. Żaden z naszych rodziców nie miał serca by nas o tym poinformować. Przez trzy tygodnie dochodziliśmy do siebie w całkowitej niewiedzy co z tobą. Mówili nam, że zabrali cię do innego szpitala bo było kiepsko z tobą. Dopiero po jakimś miesiącu prawda wyszła na jaw. To był jak cios w co dopiero uleczone serce. Gdy ledwo co pozbieraliśmy się po wypadku to nagle dowiadujemy się o twoim zaginięciu. Cios za ciosem. Szukaliśmy cię wszędzie, każdymi możliwymi środkami. Gustavo postawił na nogi wszystkie swoje znajomości i nic. Zniknąłeś jak kamień w wodę. Byliśmy wściekli na siebie za tę bezsilność, nieustannie się kłóciliśmy, obwinialiśmy, a potem prościej było obwinić ciebie… - spojrzał na niego - … przede wszystkim dlatego, że cię nie było więc nie miałeś szansy się obronić. Uznaliśmy, że to najlepsze rozwiązanie, zrzucić ten ciężar z siebie i przerzucić wszystko na ciebie, obarczyć wszystkim ciebie. Że to ty uciekłeś, zostawiłeś nas bez słowa wyjaśnienia, że zaprzepaściłeś wszystko co zbudowaliśmy, wszystko… Po jakimś czasie zaczęliśmy w to wierzyć.
- Ale to ty jesteś najbardziej na mnie zły - słusznie zauważył. - Carlos i James byli bardziej… namolni - uśmiechnął się.
- Bo po 10 latach nawet najtrwalsza wiara może się zachwiać - usłyszeli Carlosa. - Gdy go operowałeś… - wskazał na Kendalla - … długo rozmawialiśmy, ja z Jamesem. Sam nie wiem - pokręcił głową.
- Czego nie wiesz? - zapytał go Kendall.
- Ja już się poddałem, długo wierzyłem w to, że w końcu cię odnajdziemy… - spojrzał na Alex`a - … ale po tylu latach trzeba było porzucić tę płoną nadzieję i nawet złość na ciebie zaczęła mnie męczyć więc i ją sobie darowałem.
- A ja się nie poddałem… - odezwał się James - … i widzisz… - zwrócił się do Carlosa - … on jest, naprawdę jest tu z nami - wskazał ręką Alex`a.
- Ty, Kendall byłeś zły, Carlos się poddał, a James uparcie trwał w nadziei na odnalezienie Logana - Alex podsumował ich wypowiedzi.
- Ciebie - podkreślił James.
- Tego jeszcze nie wiemy - przymknął oczy bo światło potęgowało ból głowy. - Zobaczymy co wykażą badania.
- Naprawdę nic nie pamiętasz? - zapytał go Carlos.
- Nic, kompletne zero - przyznał.
- Los Angeles, hotel Palm Woods… - Carols wymieniał po kolei znajome miejsca czy przedmioty na co Alex pokręcił przecząco głową - … Bitters, Gustavo i Kelly - ta sama jego reakcja. - A czy w ogóle coś?
- Twoja twarz… - spojrzał po chwili zastanowienia na Kendalla - … kiedy zostałem wezwany na oddział i kiedy już dotarłem na miejsce to wtedy zobaczyłem cię na stole. Nawet John, drugi z lekarzy zauważył, że najprawdopodobniej musiałem cię znać bo mocno zareagowałem na twój widok. Ale dopiero po waszej interwencji… - spojrzał na Carlosa i Jamesa - … chociaż nie, pani Knight zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać na poważnie.
- Czyli jest szansa na odzyskanie przez ciebie pamięci - zasugerował James.
- Przez 10 lat się to nie udało i sądzisz, że teraz jest to możliwe? - Alex spojrzał na niego.
- Zawsze jest nadzieja - powiedział dobitnie James.
- Może masz rację… - mruknął - … może jutro się czegoś dowiemy.
- Jak tam chłopaki? - w drzwiach stanęła Lucy. - Wszystko wyjaśnione?
- Wszystko to co na razie możliwe - uśmiechnął się James. - Rany Lucy, jak ja cię dawno nie widziałem - przytulił ją mocno do siebie.
- Udusisz mnie wariacie - odwzajemniła jego gest śmiejąc się.
- Ja też chcę ją potulać - Kendall wstał i stanął tuż za Jamesem. który gdy ten tylko ją puścił również ją mocno przytulił do siebie i pocałował w oba policzki. Podobnie też przywitał się z nią Carlos, który potem stanął obok niej i oznajmił wszem i wobec. - Stara dobra ekipa znowu razem - uśmiechnął się.
- Dajcie mu odpocząć… - spojrzała na Alex`a mając go na myśli - … a i wy zmykajcie… - zwróciła się do chłopaków - … jesteście rekonwalescentami do tego po podróży, też powinniście odpocząć - zasugerowała im.
- Dobrze mamo - uśmiechnął się Carlos.
- Już idziemy - James stanął obok siedzącego na kanapie Alex`a. - To co? Jutro dzień prawdy? - spojrzał na niego.
- Jutro dowiemy się wszystkiego - potwierdził Alex.
- Zatem… - odezwał się Kendall - … oby wszystko się wyjaśniło.
- To wyniki tego twojego pacjenta? - dr Evans zapytał Jima trzymając w ręku i oglądając pod światłem kliszę ze zdjęciem mózgu.
- Tak… - potwierdził Jim - … Alex`a Johnsona, a raczej Logana Mitchella bo badania DNA wykazały całkowitą kompatybilność.
- Tu w płacie skroniowym uszkodzonych jest kilka nerwów… - wskazał Jimowi ciemniejsze punkty na zdjęciu - … podobnie jak tu, czołowa część mózgu też nieźle oberwała.
- Jest pan pewien? - zapytał go chcąc mieć całkowitą pewność jego diagnozy.
- Mówię to co widzę - odpowiedział mu pewnym głosem.
- A czemu wcześniej tego nie sprawdzili?
- Bo pewnie skupili się na ratowaniu mu życia pomijając konsekwencje silnego wstrząsu, a co za tym idzie obrzęku mózgu. Pewnie liczyli na samoistną regenerację.
- A ma teraz jakieś szanse na odzyskanie pamięci?
- Niczego nie wykluczam - odpowiedział mu trochę wymijająco.
- Jim, i jak? - pan Mitchell zapytał przyjaciela gdy następnego dnia całą grupą zjawili się w szpitalu.
- Co jak? - lekarz zdziwiony podszedł do nich.
- No co jak? Jeszcze pytasz? - pan Mitchell był tak zdenerwowany, że nie bardzo łapał żartobliwe aluzje swojego przyjaciela.
- Uspokój się… - Jim uśmiechnął się do niego - … mam wszystkie wyniki, ale te chyba na razie interesują was najbardziej - podał Alex`owi kopertę z wynikami badania DNA.
Wziął ową kopertę drżącymi dłońmi z jego rąk, ale nie otworzył jej. Zdenerwowany kilkakrotnie obrócił ją w dłoniach raz z jednej raz z drugiej strony.
- Alex… - pani Mitchell spojrzała na niego.
- Sekunda… - uśmiechnął się - … potrzebuję jeszcze sekundy - również spojrzał na nią.
- Nawet jeśli, w co nie wierzę, nie jesteś nim, wiedz, że nie zostaniesz już sam - odwzajemniła uśmiech.
Kiwnął lekko głową. - Dziękuję. - Wziął głęboki oddech i otworzył kopertę. Powoli wyciągnął z niej kartkę z wynikami, rozłożył ją i przeczytał co następuje. - 'Alex Johnson - DNA kompatybilne w 100% z Adam Mitchell'. Co to znaczy? - zapytał Jim`a. - Czy…
- Tak, jesteś synem Mitchellów, a to znaczy, że…
- Jestem Loganem - uświadomił sobie.
- Tak, Loganem Mitchellem - uśmiechnął się Jim.
- To cudowna wiadomość - pani Mitchell przytuliła go do siebie, podobnie jak pan Mitchell. Powoli w końcu do nich docierało, że nareszcie odzyskali swojego syna. Po 10 latach udało im się to. Był nim, był Loganem i choć niczego nie pamiętał był nim i teraz musieli skupić się na tym by miał choć cień szansy na odzyskanie pamięci.
- W szoku? - zapytał go Jim.
- I to nie małym - uśmiechnął się. - Nie sądziłem, że to się uda po takim czasie.
- No, a teraz ciąg dalszy - spojrzał na niego.
- Jest ciąg dalszy?
- Dr Evans chce z tobą porozmawiać.
- Tak… - korpulentny pan w średnim wieku podszedł do nich - … widziałem twoje wyniki - … spojrzał na Alex`a - … i sprawy mają się następująco. Na zdjęciu zaobserwowałem kilka uszkodzonych nerwów najpewniej w wyniku obrzęku mózgu.
- Wiem, ale nie ma szansy na ich regenerację, już to sprawdziłem.
- Na naturalną nie, ale mechanicznie możemy o tym pomyśleć - spojrzał uważnie na niego.
- Mechanicznie?
- Musiałbym cię operować.
- Dlaczego nikt wcześniej tego mi nie zaproponował?
- Bo to ryzykowne.
- Jak bardzo?
- Może uda nam ci się pomóc.
- A jeśli nie? Jeśli się nie uda, jaka jest druga opcja?
- Możesz stracić to co do tej pory udało ci się wypracować.
- Ryzykowne - żachnął.
- I to bardzo, dlatego ty podejmujesz decyzję, do niczego cię nie przymuszam.
- Dlaczego chce się pan tego podjąć?
- Maiłem podobny przypadek.
- I co? Udało się… - spojrzał na niego z nadzieją.
- Niestety nie… - przerwał mu - … co nie znaczy, że z tobą ma być tak samo i jeśli potrzebujesz czasu…
- Zgoda - podjął szybko decyzję.
- Alex... - pani Mitchell spojrzała na niego.
- Muszę, jeśli chcę uzyskać wszystkie odpowiedzi to muszę podjąć to ryzyko.
- Jesteś pewien? - zapytał go pan Mitchell.
- Tak - potwierdził. - Doktorze, kiedy?
- Jutro, zostanę tu kilka dni żeby cię monitorować.
- W porządku, stawię się jutro z samego rana.
- To jesteśmy umówieni - uścisnęli sobie dłonie.
Kiedy wrócili do domu od razu bez słowa poszedł na piętro do swojego pokoju. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi po czym oparł się o nie z ich wewnętrznej strony. Miał mętlik w głowie. Zdawał sobie sprawę, że właśnie zgodził się na bardzo ryzykowną operację, a w dodatku to on sam miał być owym operowanym pacjentem, ale wiedział też, że albo to albo życie w dalszej niepewności kim jest. To znaczy miał już potwierdzenie, że był Loganem Mitchellem, ale jak na razie ten dowód stanowiła jedynie ta kartka papieru, którą trzymał w dłoniach. To była teoria, a on potrzebował ku temu namacalnego dowodu, czyli w jakiś sposób musiał odzyskać pamięć. W naturalny sposób nie udało mu się to przez ostatnich 10 lat, w takim razie nie pozostało mu nic innego jak ta operacja. Odłożył trzymaną kartkę z wynikiem na biurko i usiadł na łóżku. Przeciągnął się rozprostowując kości i położył się na nim zamykając oczy. Był zmęczony. Stres i napięcie związane z tym wszystkim dawało mu się już nieźle we znaki i już prawie odpłynął w krainę Morfeusza gdy usłyszał ciche pukanie do drzwi, a po chwili do pokoju weszła Lucy.
- Martwią się o ciebie – spojrzała na niego.
- Kto? – zapytał z powrotem wracając do pozycji siedzącej.
- Twoi rodzice – uśmiechnęła się.
- Chodź, usiądź… - pokazał jej gestem ręki, żeby usiadła obok niego, a gdy to zrobiła powiedział jeszcze - … dobrze to brzmi… - odwzajemnił uśmiech - … rodzice.
- Tak, tak naprawdę nigdy nie byłeś sam tylko… - spojrzała na niego - … zgubiłeś się na trochę.
- Na trochę… - żachnął - … 10 lat to szmat czasu.
- Ale jesteś, dotarłeś tu, do swoich źródeł.
- Tylko, że nic nie pamiętam i dla mnie ten wynik to tylko teoria. Nie zrozum mnie źle… - spojrzał na nią - … ciesze się i to bardzo tylko chciałbym to wiedzieć tutaj – stuknął się palcem w głowę.
- I stąd ta operacja?
- Jedyne konkretne rozwiązanie.
- Podejmujesz olbrzymie ryzyko, jesteś tego świadom?
- Jestem lekarzem.
- A do tej pory sam się tego nie podjąłeś.
- Nie brałem tego rozwiązania pod uwagę, po prostu po pewnym czasie poddałem się – posmutniał.
- A teraz?
- To moje ostatnie wyjście Lucy – spojrzał na nią.
- Może być ?całkiem? ostatnim i… - dotknęła ręką jego policzka wyczuwając pod palcami lekki zarost – ... nie chcę żebyś…
- Umarł?
- Tak… - pokiwała głową - … już raz cię straciłam, nie chcę… - urwała bo ją pocałował.
- Logan – spojrzała po chwili na niego.
- Nic nie mów… - szepnął - … nie teraz…
- Musisz ją powiadomić – nie ustąpiła gdy poprosił ją o milczenie. W tej chwili nie mogła.
- Lucy…
- Posłuchaj… - ujęła jego twarz w swoje dłonie - … masz w Nowym Jorku wielu przyjaciół, znajomych i… narzeczoną i nie możesz poddać się tak ryzykownej operacji nie informując o tym nikogo stamtąd.
- To się dzieje tak szybko – żachnął.
- I dlatego tym bardziej musisz do niej zadzwonić.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? – zapytał ją zdziwiony.
- Bo wiem co ona czuje – odpowiedziała patrząc mu w oczy.
Nie wiedział co jej na to odpowiedzieć. Czuł, że ma rację, że ją i Sarah postawił w tej samej tak bardzo niewygodnej dla nich sytuacji. Obie były mu nad wyraz bliskie. O Sarah wiedział niemal wszystko, byli w końcu ze sobą już 3 lata i planowali ślub, a Lucy? Ją znał ponoć od dziecka tylko, że coś, a mówiąc ?coś? miał na myśli wypadek, wymazało o niej wszystkie wspomnienia z jego pamięci. Ale gdy była obok niego, gdy dotykała jego twarzy, gdy go całowała, wszystko mówiło mu, że ją kochał. Jego odczucia, reakcja jego ciała na nią były dla niego jednoznacznym argumentem za tym.
- Nie sądziłem, że znajdę się w takiej sytuacji – powiedział cicho.
- W jakiej?
- Że nie będę potrafił dokonać wyboru…
- … pomiędzy nami? - zapytała wtrącając się w jego zdanie.
- Wstyd się do tego przyznać, ale… - niepewnie spojrzał na nią.
- Nie sądziłeś, że możesz nadal mnie kochać? – bardziej stwierdziła owy fakt niż go o niego zapytała.
- Lucy…
- Wiesz co jest najgorsze? Że nawet nie mogę mieć ci tego za złe bo to nie jest zależne od ciebie – wstała i skierowała się do wyjścia.
- Zostań… - złapał ją za rękę chcąc ją zatrzymać.
- Musimy zejść na dół, bo będą się o ciebie niepokoili – spojrzała na niego.
- Masz rację… - również wstał podchodząc do niej.
- Najpierw zadzwoń… - zatrzymała go - … powiem, że zaraz zejdziesz – odwróciła się i wyszła zostawiając go samego w pokoju.
Przez chwilę stał nieruchomo zastanawiając się do kogo zadzwonić. W Nowym Jorku tak naprawdę nie miał nikogo na tyle bliskiego, że mógł powiedzieć, że jakieś konkretne osoby zastąpiły mu rodziców czy najbliższych. Miał sporo znajomych ze studiów i z pracy, kilkoro bliższych przyjaciół i ją, Sarah, której oddał całe swoje dotychczasowe, to które pamiętał, życie. Wyciągnął z kieszeni telefon i wystukał na klawiaturze jej numer po czym przyłożył komórkę do ucha, a w międzyczasie też podszedł do okna i w oczekiwaniu na połączenie rozglądał się po okolicy. Jeden sygnał, dwa, trzy…
- "Cześć, tu Sarah… - usłyszał jej nagrany głos - … nie mogę teraz odebrać, ale jeśli zostawisz wiadomość i swój numer to postaram się oddzwonić. Życzę miłego dnia".
- Sarah… - zaczął - … to ja A… - urwał, ale zaraz dokończył nie chcąc wdawać się w szczegóły przez telefon - …lex. Jestem tu, w Minnesocie już od dwóch dni i jak dotąd sporo się wydarzyło - krążył wokół tematu i konkretnych zagadnień. – Już wiem, że mam tu rodzinę, wiem to teoretycznie, a jutro… - urwał. – Jutrzejszy dzień wiele wniesie do sprawy, może wszystko wyjaśnić albo wszystko zakończyć. Trzymaj kciuki, pozdrów rodziców i… do zobaczenia – pożegnał się niepewny spełnienia tej obietnicy.
Nowy Jork, Szpital Cook County General.
- To dziwne – Carmen Grates, pielęgniarka oddziałowa przyglądała się właśnie przysłanemu z Minnesoty fax-owi.
- Co jest dziwne? – zapytał ją dr Carson.
- Minnesota – powiedziała wciąż patrząc na fax.
- Co Minnesota?
- Szpital w Minnesocie przesyła nam aktualizację danych Alex`a. Nie rozumiem o co tu chodzi – podała mu fax.
Przez chwilę uważnie go studiował. Wszystkie dane zawarte w nim dotyczyły Logana Mitchella pochodzącego z Minnesoty. Na samej górze kartki było przekreślone imię i nazwisko Alex`a, na dole zaś odręcznie była sporządzona notatka służbowa lekarza prowadzącego, Jima McCarty`ego, iż badanie DNA wykazało, że Alex Johnson to zaginiony Logan Mitchell stąd do wszystkich instytucji z nim związanych przesłana zostaje aktualizacja jego danych.
- A więc jednak – John uśmiechnął się do pielęgniarki.
- Co jednak? Co ma Alex do jakiegoś Logana Mitchella? – ponownie spojrzała na kartkę, którą podał jej John.
- Alex i Logan to jedna i ta sama osoba – wyjaśnił jej. – Alex został przywieziony do szpitala po wypadku jako nn. Gdy obudził się ze śpiączki okazało się, że ma całkowitą amnezję i żeby jakoś funkcjonować w świecie po zgłoszeniu swojej sytuacji zarówno na policji jak i w różnych urzędach przybrał imię i nazwisko Alex`a Johnsona. Teraz po 10 latach wiadomo, że to Logan Mitchell z Minnesoty. Wyjaśnił w końcu kim jest, stąd fikcyjny Alex ustępuje pola prawdziwemu Loganowi.
- Dla mnie Alex nigdy nie był fikcyjny – mruknęła.
- Wiem, dla mnie też nie, ale nie może on figurować pod dwoma tożsamościami dlatego proszę skoryguj jego dane.
- Już to robię – załączyła komputer i uruchomiła kadrową bazę danych szpitala.
Minnesota.
Powoli schodził na dół. Tak naprawdę wolał być teraz sam, ale jeśli jutro miał umrzeć… - potrząsnął głową - … chciał spędzić ze swoją nową – starą rodziną jak najwięcej czasu.
- Jesteś… - pani Mitchell uśmiechnęła się na jego widok. – W porządku?
- Tak… - westchnął - … będzie dobrze.
- Tak myślisz? – zapytał go pan Mitchell, gdy ten usiadł obok niego przy stole w jadalni.
- Muszę być dobrej myśli – uśmiechnął się.
- Niczego nie musisz, Alex, ale do twojej sytuacji jak najbardziej należy zastosować wyjątek – pani Knight spojrzała na niego uśmiechając się.
- Logan… - zasugerował jej niepewnie swoje "prawdziwe" imię - … chyba powinienem się przyzwyczajać.
- Jesteś przekonany do tej operacji? – zapytał go Carlos.
- Jesteś w końcu lekarzem więc co nieco na ten temat wiesz – wtrącił James.
- Im szybciej tym lepiej – rozwiał ich wątpliwości.
- Ale Logan… - odezwał się Kendall.
- Podjąłem już decyzję… - przerwał mu stanowczym tonem - … zakończmy w końcu ten temat, dobrze?
- On, Logan najprawdopodobniej dopiero się rozpoczął – Lucy spojrzała na niego i skinieniem głowy wskazała jemu i pozostałym by spojrzeli na telewizor.
Usłyszeli najświeższe wiadomości.
- "A teraz najnowsze wieści – mówił dziennikarz. - Świat obiegła muzyczna sensacja. Po 10 latach odnaleziony został Logan Mitchell. Tak, dobrze państwo słyszą. Logan Mitchell, jeden z wokalistów świetnego niegdyś zespołu Big Time Rush, który kilka lat temu właśnie po jego zaginięciu rozpadł się. Nie znane nam są jeszcze koleje losu Logana, ale wiemy, że jako Alex Johnson pracuje w jednym z nowojorskich szpitali. W wyniku wypadku doznał całkowitej amnezji stąd jego nowa tożsamość. Czy czeka nas reaktywacja zespołu? Kto to wie. Więcej w tej sprawie w kolejnych wiadomościach. Zapraszamy".
- Który z was? – Logan zapytał groźnie spoglądając na chłopaków.
- Nie ja – zaprzeczył James.
- Ani ja – Carlos mu wtórował.
- Mnie o to też nie oskarżaj – Kendall też nie miał z tym nic wspólnego.
- To pewnie Jim – odezwał się pan Mitchell.
- Ale dlaczego? – Logan był zdziwiony. – Dla taniej sensacji?
- Nie… - uspokoił go - … w wyniku potwierdzenia twojej tożsamości musiał wysłać zawiadomienie o tobie na policję i do centralnej bazy danych, a tam pismaki zawsze maja dostęp.
- Czyli wszystko wychodzi na światło dzienne – mruknął.
- To było do przewidzenia – stwierdził tylko pan Mitchell.
- Jesteś głodny? – zapytała go po chwili pani Knight. – Zaraz będzie kolacja tylko uwiniemy się z twoją mamą z naczyniami.
- Nie… - zaprzeczył - … nie jestem głodny, dziękuję… – wstał i podszedł do schodów prowadzących na piętro - … pójdę się położyć, jutro… - spojrzał na nich.
- Nawet tak nie myśl… - Lucy od razu wiedziała o co mu chodzi - … musisz być…
- Dobrej myśli? – roześmiał się bo wciąż krążyli wokół tego tematu.
- Tak, żebyś wiedział – również roześmiała się.
- To chodź i mi w tym pomóż – wyciągnął ku niej rękę, którą niemal natychmiast złapała. Jednym mocniejszym ruchem pociągnął ją tak, że po chwili znalazła się przed nim na schodach. Nie sposób było nie zauważyć reakcji pozostałych na ten widok.
- Co teraz? – zapytała go gdy zamknął za nimi drzwi pokoju.
- Nie wiem… - spojrzał na nią - … ale musiałem się stamtąd wyrwać.
- Chciałeś zostać sam, a ciągniesz mnie za sobą?
- Nie sam… - zaprzeczył - … z tobą – podszedł do niej.
- Powinieneś się położyć… - powiedziała z troską w głosie - … musisz być wypoczęty na jutro.
- Przecież i tak nic w szpitalu nie będę robił… - uśmiechnął się trochę wymuszenie - … tylko leżał. Nic nie będzie zależne ode mnie, znowu. U mnie to już chyba norma – żachnął.
- Nieprawda… - zaprzeczyła - … zależy, teraz już tak.
- Od szpitala, lekarza, jego eksperymentalnej operacji, ale nie ode mnie – nie zgadzał się z nią.
- Spójrz na mnie… - podeszła blisko do niego - … pozytywne nastawienie i myślenie zawsze miało wpływ na przebieg choroby i rekonwalescencji pacjenta, a ty jesteś silny i przeżyjesz tą operację, rozumiesz? – spojrzała mu w oczy. – A potem…
- Potem? – wpatrywał się w nią jak zaczarowany.
- Potem będziesz żył pełnią życia… - uśmiechnęła się - …i kładź się, zobaczysz, że jutrzejszy dzień będzie tym, który będziemy wspominali jako ten, który pozwolił ci ponownie odnaleźć siebie.
- A ty? – zapytał cicho. – Będziesz też, w szpitalu?
- Będę… - kiwnęła głową - … i będę trzymała za ciebie kciuki – uśmiechnęła się. – Zobaczysz, będzie dobrze – wspięła się lekko na palcach i pocałowała go w policzek. – Śpij dobrze – szepnęła mu do ucha.
- Ty też… - uśmiechnął się lekko - … i dziękuję.
- Nie ma za co – odwróciła się i wyszła z pokoju.
Żałował, że wyszła. Tak bardzo chciał żeby została przy nim i nadal trzymając go za rękę wciąż go uspakajała i podtrzymywała na duchu. Choć powiedziała, że będzie trzymała za niego kciuki, i że będzie dobrze, ale chciał to jeszcze raz usłyszeć z jej ust, chociaż nie, nie tylko raz, ale tak naprawdę wiele razy. Chciał żeby była z nim tu i teraz, a tymczasem ona wyszła zostawiając go samemu sobie. Spojrzał na zegarek, było już po 22.00. Wyjrzał za nią przez okno, ale ciemność nocy skutecznie zamaskowała jej osobę. Zrezygnowany poszedł więc do łazienki i po szybkiej toalecie położył się spać.
Obudził go intensywny dźwięk. Znał go, aż za dobrze, a co najważniejsze wiedział, że jako lekarz nie mógł go zignorować. Po omacku sięgnął ręką na nocną szafkę, złapał swój pager, podstawił go sobie pod nos i spojrzał na wyświetlacz. - "Jak tam? Żyjesz? Co się z tobą dzieje? Daj znać, John."
- By cię cholera, John - mruknął. Zerknął na zegarek, było trochę po 7.30 rano. – A planowałem pospać co najmniej do 8.00 – jęknął przeciągając się. Poziewał kilka razy dotleniając swoje szare komórki i usiadł na łóżku. Napisał przyjacielowi kilka zdań w odpowiedzi i wysłał wiadomość. – "Dobrze, jeszcze żyje. Trzymaj kciuki, Logan". – Dopiero po wysłaniu zorientował się, że John może nie wiedzieć o nim i Loganie, ale po pierwszych tak zwanych "próbach naprawczych" tej wiadomości dał spokój wiedząc, że John to inteligentny facet, który zna jego sytuację i na pewno się wszystkiego domyśli. Odłożył pager na szafkę i wstał. Wziął szybki prysznic, ubrał się i zszedł na dół. Myślał, że wszyscy domownicy jeszcze śpią, a tymczasem jak się dowiedział dom już od ponad godziny tętnił życiem. Pani Mitchell z panią Knight i Sarah uwijały się w kuchni przygotowując śniadanie. Przez chwilę się im przyglądał i coś mu nie pasowało, to znaczy kogoś w tej gromadce kobiet mu brakowało.
- Szukasz kogoś? – ktoś klepnął go w ramię.
- Chyba, kogoś tu brakuje… - zaczął odwracając się w stronę owej osoby, a gdy ją zobaczył… znieruchomiał. Stała przed nim dziewczyna może w wieku jego siostry. Szczupła, wysoka brunetka. – Katie? – zapytał nieśmiało.
- No jasne, głupku – roześmiała się.
Znał ten śmiech, już wiele razy go słyszał, był tego pewien. Nim zdążył się głębiej nad tym zastanowić Katie rzuciła mu się na szyję.
- Wiesz jak nam ciebie brakowało? – po chwili usłyszał jej pytanie, które zadała głosem pełnym wyrzutu ku niemu.
- Tego mam zamiar się dzisiaj dowiedzieć – odpowiedział uśmiechając się lekko co nie uszło jej uwadze.
- No proszę, jaki widok – usłyszeli Sarah na co oderwali się w końcu od siebie.
- Cała rodzinka znowu w komplecie – podsumował pan Mitchell.
- I nie – rodzinka też… - Logan usłyszał mocny męski głos - … choć po tylu latach ja czuje się jej częścią – Gustavo podszedł do niego i uścisnął go mocno. – Pamiętasz mnie? – zapytał go. Logan kiwnął lekko przecząco głową. – Stary, mnie się nie zapomina… - upomniał go śmiejąc się - … Gustavo Rocque, coś ci to mówi?
- Po twoim wyglądzie wnioskuję… - zaczął od innej strony - … że z tobą lepiej nie zadzierać – uśmiechnął się.
- I tu masz rację – Gustavo odwzajemnił uśmiech.
- No, a to jest Kelly… - Kendall pchnął ku niemu ciemnoskórą kobietę, która podała mu rękę.
Odruchowo uścisnął ją odwzajemniając jej gest. – Miło mi was… poznać? – uśmiechnął się niepewnie. – A skąd…
- Przylecieliśmy od razu kiedy dowiedzieliśmy się o tobie – wyjaśnił Gustavo.
- Media… - żachnął - … aż dziw, że ich do tej pory tu nie ma – rozejrzał się dookoła jakby miała zaraz zobaczyć jakiś ukrywających się w domu dziennikarzy.
- Logan… odezwała się Kelly - … jesteś osoba publiczną, przed mediami dzisiaj niczego się nie ukryje, a co do teraz, to pewnie będą tylko zorientują się gdzie faktycznie przebywasz.
- Zaraz zaraz… - spojrzał na nią - … jak osobą publiczną?
- Chodź, coś ci pokażę – pociągnęła jego i pozostałych do salonu. Usiadła na kanapie, z torby wyciągnęła swojego laptopa i załączyła go, a po chwili z pulpitu odpaliła jeden z wielu jak zauważył plików filmowych. Na ekranie monitora pojawili się… oni, chłopaki, a wraz z nimi i on. – To wasz koncert na Times Square… - spojrzała na niego - … zobacz jaki jesteś, jak się zachowujesz, kim tak naprawdę jesteś.
Wpatrywał się uważnie w monitor. Dziwnie się czuł widząc siebie jak śpiewa i tańczy. Do tej pory uważał się za totalnego łamagę w obu tych dziedzinach, a tymczasem fantastycznie śpiewał, no… nie był skromny, ale widząc reakcję tłumu na ich osoby i to co robili to mógł tak twierdzić.
- Po dzisiejszej operacji… - odezwał się - … mam trzy opcje. Albo do tego wrócę… - wskazał ręką na monitor - … albo zostanie tak jak jest, albo…
- Przeżyjesz tą operację – usłyszał głos pani Mitchell.
- Jest pani… - urwał - … jesteś tego pewna, mamo? – zapytał spoglądając na nią, a gdy zauważył łzy w jej oczach natychmiast zmitygował się. – Przepraszam, nie chciałem nikogo doprowadzić do płaczu – podszedł do niej.
- Nic się nie dzieje… - przytuliła go - …. tylko myślałam, że już tego nie usłyszę z ust mojego syna.
- W takim razie cieszę się z tych łez – uśmiechnął się patrząc jej w oczy. – No, a teraz będę się zbierał.
- A śniadanie? – zapytała go.
- Narkoza, muszę na jakiś czas ogłosić głodówkę – żachnął.
- To poczekaj na nas, pojedziemy razem – poprosił pan Mitchell.
- Taka chmara luda żeby odwieźć jednego do szpitala? – ruszył brwiami.
- Rodzina zawsze trzyma się razem – uśmiechnął się Kendall.
- A… Lucy? – zapytał ich. – Widział ją ktoś?
- Nie było jej jeszcze dzisiaj u nas – powiedział pan Mitchell.
- Powiedziała, że będzie w szpitalu – mruknął do siebie.
- I będzie - Kendall położył mu dłoń na ramieniu na co ten lekko się wzdrygnął bo nie sądził, że to co powiedział ktokolwiek usłyszał.
- Tak myślisz? – zapytał go biorąc go na stronę. – Może ma inne zobowiązania, obowiązki.
- Jeśli chodzi o ciebie…
- Nawet teraz? – przerwał mu. – Nawet teraz gdy powiedziałem jej, że w Nowym Jorku mam kogoś, że przylatując tu nie zakładałem powrotu do "starych" uczuć, które teraz w tak zmasowanym ataku bombardują mnie ze wszystkich stron, że mam taki mętlik w głowie, że nie wiem co dalej?
- Dalej… - Kendall spojrzał na niego - … to na razie musisz skupić się na operacji. I Lucy to wie, dlatego usunęła się w cień, bo chociaż jej ciężko, bo cię kocha, to nie ulega wątpliwości, to wie, że najważniejszą dla ciebie teraz kwestią jest czekająca cię operacja, a z nią twój powrót do zdrowia.
- A potem?
- Potem to zobaczysz, ale jak sam powiedziałeś "potem". Zaczekaj na swoją reakcję po zabiegu. Nie wiesz jak zareagujesz po tylu latach na chirurgiczną ingerencję, na ewentualne podane ci leki i tak dalej bo nie jestem biegły w kwestiach medycznych – uśmiechnął się.
- Całkiem nieźle ci idzie – odwzajemnił uśmiech.
- Musisz dać sobie trochę czasu i wiem, że to utarty slogan, ale tu jak najbardziej się sprawdza. Masz szansę odzyskać pamięć czego ci życzymy wszyscy. Najlepiej by było żebyś mógł pamiętać i nas i Nowy Jork, a wtedy decyzja co do dalszego ciągu twojego życia będzie zależała wyłącznie od ciebie, a nie będziesz zdany na łaskę i nie łaskę swojej pamięci. Wiedź jedno, my znamy cię jako naszego Logana, nie wiemy kim byłeś w Nowym Jorku co nie znaczy, że nie możemy się tego od ciebie dowiedzieć, poznać cię na nowo. Jedno co musisz zrobić zaraz po operacji to wybrać.
- Wybrać? Które życie? Was czy Nowy Jork?
- Nie, to można połączyć. Oczami wyobraźni już widzę jak w kitlu śpiewasz nasze największe przeboje na nowojorskich scenach. Stanowił byś hit wielu sezonów… - uśmiechnął się - … mówiąc o wyborze miałem na myśli Lucy albo…
- Sarah… – dopowiedział - … nazywa się tak jak moja siostra – wyjaśnił widząc jego zdziwioną minę.
- Otóż to… - potwierdził - … Lucy albo Sarah.
- Cokolwiek nie zrobię będzie źle.
- Wsłuchaj się w swoje serce… - położył mu dłoń na piersi - … ono ma wszystkie odpowiedzi.
- I tyle? To twoja rada?
- Najlepsza jaką mogę ci dać – uśmiechnął się. – No i chodźmy w końcu bo się spóźnisz.
- Tylko, że…
- Że co?
- Przed tym wszystkim chciałbym ją jeszcze zobaczyć.
- Jeśli powiedziała, że będzie w szpitalu to będzie, możesz być spokojny.
- Dobra, no to jedźmy – wrócili do pozostałych i po chwili na dwa samochody pojechali do szpitala na wyznaczoną 9.00 godzinę.
Wszyscy ulokowali się w poczekalni szpitala. Logan jako dorosły musiał sam wypełnić niemały stosik dokumentów, a to, że zgadza się na operację, że w razie konieczności zgadza się na ratowanie mu życia, że zgadza się na podawanie mu wszelkich potrzebnych leków czy też podtrzymywanie go za pomocą sztucznej aparatury. Nad tym ostatnim jeszcze trochę się zastanawiał, ale w jego sytuacji po chwili postanowił anulować swój wcześniejszy dokument DNR i zgodzić się na taka ewentualność. Uznał, że w jego przypadku gdy po 10 latach ma szansę na odzyskanie pamięci to kto wie, może jakiś cud się zdarzy. Zresztą już raz był w śpiączce i obudził się, co prawda było to jedynie kilkanaście dni, ale jednak. Po uzupełnieniu wszystkich rubryczek na każdym formularzu oddał je pielęgniarce w dyżurce, a dr Evans zaprosił go na blok operacyjny i już miał przekroczyć jego próg gdy poczuł jej rękę w swojej.
- Chcesz uciec bez całusa na szczęście? – spojrzała na niego z uśmiechem, ale zauważył, że walczyła ze sobą by się znowu nie rozpłakać. Znowu… bo widział wcześniejsze ślady łez na jej policzkach.
- Myślałem, że na szczęście daje się kopniaki? – również uśmiechnął się chcąc dodać jej otuchy.
- Też możesz dostać - przytuliła się do niego. – Nie daj się… - usłyszał przy swoich uszach jej cichy szept - … obiecaj, że cokolwiek będzie się działo, że się nie poddasz, że będziesz walczył do końca – trzymała się go kurczowo.
- Obiecuję… - odszepnął w odpowiedzi. Na nic więcej nie pozwolił mu głos, który uwiązł mu w gardle.
Spojrzała na niego. – Kocham cię – powiedziała jeszcze, pocałowała go mocno i puściła go.
Gdy tylko przeszedł za drzwi bloku operacyjnego zatrzasnęły się one za nim z hukiem. Wiedzieli teraz, że ten dzień zmieni wszystko.
Jedna godzina, dwie, trzy… Czas płynął, a oni czekali. Żadnemu z nich ani przez myśl nie przeszło, że mogliby wyjść ze szpitala zanim jego operacja dobiegnie końca. Robili wszystko byle tylko nie myśleć o najgorszym, by tylko nie poddać się zwątpieniu. Jedni czytali, inni słuchali muzyki, jeszcze inni prowadzili optymistyczne rozmowy licząc, że ich przesłanie spełni się w 100%. Mimo to nad niektórymi zmęczenie wzięło górę. Lucy zasnęła oparta o ścianę co dopiero po jakiejś godzinie zauważył Kendall i by ułatwić jej odpoczynek w tej tak trudnej dla nich sytuacji złożył razem dwa krzesła, ułożył na nich prowizoryczne posłanie z ich swetrów i marynarek po czym przeniósł ją z krzesła pod drzwiami bloku operacyjnego na owe polowe łóżko. A gdy po chwili wyprostował się rozejrzał się jeszcze raz dookoła po krzesłach na korytarzu i gdy na jednym z nich zauważył jeszcze jedną marynarkę, która jak się okazało gdy ją podniósł była Logana wziął ją i okrył nią śpiącą Lucy, która chyba wyczuwając jej właściciela szczelnie się nią otuliła.
- Ktoś chce kawy? - zapytała ich Sarah.
- Dla mnie czarna - pan Mitchell podniósł rękę.
- Dla mnie też - Gustavo też był chętny.
- I ja poproszę - dodała pani Knight. - Dasz radę?
- Tak, spokojnie - uśmiechnęła się. Zeszła na parter gdzie stał automat z kawą i zaczęła zamawianie tych jakże teraz pożądanych mocnych trunków.
- Dzień dobry, szukam Alex`a Johnsona - usłyszała damski głos przy recepcji.
- Alex`a Johnsona? - zapytała pielęgniarka chcąc się upewnić co do nazwiska szukanego.
- Tak, Alex`a Johnsona - powtórzyła kobieta.
- Ale tu nie ma takiego - pielęgniarka spojrzała na nią.
- Jak to nie ma? Skierowano mnie tutaj…
- Jest… - wtrąciła się Sarah - … chodzi o mojego brata pani West, Logana - wytłumaczyła pielęgniarce.
- Nie… - zaprzeczyła kobieta - … chodzi mi o Alex`a, ja szukam Alex`a Johnsona - zdawała się już być trochę zdezorientowana.
- Proszę pójść ze mną, zaraz wszystko pani wytłumaczę.
- Dobrze - zgodziła się w końcu acz nie bardzo chętnie.
Sarah wzięła cztery kupione kawy i ruszyła z nią na oddział chirurgiczny.
- Dlaczego pani mówi, że chodzi o pani brata? - zapytała ją.
- Bo Alex to Logan, mój zaginiony brat - wyjaśniła Sarah.
- Czyli to co powiedział mi gdy się nagrał na pocztę głosową jest prawdą, że odnalazł tutaj swoją rodzinę.
- Tak, badania to wszystko potwierdziły choć wcale nie musiał ich robić.
- Dlaczego?
- Bo my i bez nich wiedzieliśmy, że to on.
- Co u niego?
- A kim pani tak w ogóle jest?
- Sarah Jensen, jego narzeczona - przedstawiła się.
Zamurowało ją, przystanęła i spojrzała na panią Jensen.
- Coś nie tak? - ta zapytała ją widząc zdziwienie na jej twarzy. - A… - zorientowała się - … chodzi o tę narzeczoną.
- Też - odpowiedziała Sarah.
- Powie mi pani co z nim? Dlaczego jesteśmy w szpitalu? Gościnnie operuje kogoś?
- Nie kogoś, on sam jest operowany.
- Operowany? Jak to? Dlaczego? - tym razem to ona się zatrzymała niemal żądając odpowiedzi.
- Proszę, wszystkiego dowie się pani na górze.
I w końcu dotarły. Sarah przedstawiła się wszystkim z imienia i nazwiska i… ze swojej 'funkcji' i bez rozwlekłych wstępów ponowiła zapytania co do sytuacji Alex`a.
- Dlaczego jest operowany? Miał wypadek?
- Nie… - odezwał się pan Mitchell - … nie miał żadnego wypadku, a tej operacji poddał się z własnej woli.
- Ale dlaczego?
- Ma szansę odzyskać pamięć, nie jest to pewne, ale szanse są - wyjaśnił jej Carlos.
- Jak duże?
- Nie wiemy… - wtrącił James - … tak naprawdę to eksperymentalna operacja, Logan jest drugim który został jej poddany.
- A co się stało z pierwszym śmiałkiem? - zapytała wystraszona.
- Zmarł krótko po niej - powiedziała cicho pani Mitchell.
- To dlaczego Alex się na nią zgodził? - ich Logan dla niej był cały czas Alex`em.
- Bo chce się dowiedzieć kim jest, nie tylko mając to na papierku, ale chce mieć odpowiedzi na nurtujące go pytania, chce odzyskać wspomnienia - wyjaśniła rzeczowo pani Knight.
- Jakie jest ryzyko?
- Bardzo duże, w najgorszym razie…
- To już wiem, a jeśli przeżyje, ale coś się nie uda, wszystko będzie po staremu?
- Niekoniecznie… - wtrącił pan Mitchell - … może stracić wszystko co osiągnął do tej pory.
Tego było dla niej za wiele. Blada usiadła na krześle ciężko opierając się o ścianę. Widząc jej reakcję na te wszystkie nowiny uznali w końcu, że powinna porozmawiać z Lucy. Wiedzieli, że dla nich obojga nie będzie to łatwa konfrontacja, ale prędzej czy później i tak musiały się spotkać. Kendall podszedł do śpiącej Lucy i delikatnie by jej nagle nie wystraszyć dotknął jej ramienia.
- Lucy… - zawołał ją - … Lucy - powtórzył zawołanie.
Leniwie otworzyła oczy, a gdy tylko przypomniała sobie gdzie i z jakiego powodu tu jest od razu zasypała Kendalla pytaniami. - Co z nim? Coś się dzieje, prawda? - złapała go za ramiona.
- Spokojnie Lucy, dalej nic nie wiemy, wciąż jest na bloku, a lekarze jeszcze nie przekazali nam żadnych informacji.
- Która jest godzina?
- Kwadrans po 13-stej - odpowiedział spoglądając na zegarek.
- Już tyle to trwa - żachnęła. Podniosła się ze swojego 'łóżka' i usiadła na jednym z tworzących go krzeseł.
- Załóż tę marynarkę… - doradził jej Kendall widząc, że rozgrzała się pod nią, a teraz marznie - … jest cieplutka - uśmiechnął się tajemniczo.
Posłuchała jego rady odwzajemniając uśmiech. - To… - spojrzała na niego - … co się dzieje?
- Ta pani… - odezwał się James i wskazał na Sarah - … to narzeczona Alex`a - wyjaśnił celowo akcentując 'poprzednie' imię przyjaciela.
- Narzeczona Alex`a - Lucy powtórzyła bezwolnie.
- Tak… - potwierdziła - … Sarah Jensen, a pani?
- Lucy Coventry, narzeczona Logana - powiedziała niemal bezgłośnie.
- Czyli to pani… - Sarah usiadła obok niej - … zastanawiałam się jak pani wygląda i… jaka pani jest.
- Naprawdę? Dlaczego? - spojrzała na nią.
- Bo on… - zawahała się - … on wciąż może cię kochać - przeszła na 'ty' w ich relacjach.
- To nie jest aż tak pewne - Lucy pokręciła głową.
- Myślę, że tak, nawet wydaje mi się to bardziej niż pewne.
- Niby skąd? Nie znasz mnie, ja ciebie też nie.
- Ale znam Alex`a, to znaczy Logana. Przez chwilę cię obserwowałam kiedy on… - wskazała na Kendalla - … cię budził, jesteście z Loganem tacy podobni do siebie.
- Powiedział mi o tobie…
- Tak?
- Tak, nie wiem czy chciał mieć czyste sumienie, czy może nie był pewien, że może wciąż mnie kochać, ale powiedział mi, że w Nowym Jorku ma kogoś. Wiedziałam o tobie i miało mnie tu nie być, ale ta operacja jest tak poważna…
- Nie odciągnęłaś go od niej?
- Nic bym nie zdziałała. Rozmawialiśmy o niej, podjął taką, a nie inną decyzję, a ja mogę go tylko wspierać na tyle na ile potrafię. On też cię kocha… - spojrzała na nią - … dlatego wahał się i dlatego zdecydował się na tą operację. Chce wszystko wiedzieć jasno i wyraźnie, a nie jak za mgłą gdzie do tej pory błądził po omacku. Ty miałaś i masz go teraz, teraźniejszość to ty i on, a ja… ja jestem gdzieś tam w zakamarkach jego pamięci - wstała żeby rozprostować kości.
- Co dalej? - zapytała ją Sarah.
- Kochasz go?
- Tak… - potwierdziła - … a ty?
- Także - przyznała Lucy.
- Sytuacja patowa - żachnęła Sarah.
- Wszystko zależy od tego czy on… - Lucy spojrzała na drzwi sali operacyjnej.
- Przeżyje Lucy… - pani Mitchell podeszła do niej - … doskonale wiesz, że przeżyje.
Usiadły wszystkie na krzesłach i wciąż wszyscy razem oczekiwali na jakiekolwiek wieści.
- Cholera Mark, on tego nie wytrzyma - asystujący dr Evansowi anestezjolog dr Anderson spojrzał na niego.
- Potrzebuję jeszcze chwili i skończę w tej części mózgu - odpowiedział manewrując narzędziami chirurgicznymi.
- On zaraz nie będzie miał nawet tej chwili - odpowiedział dr Anderson i… nie pomylił się bo w ciągu kilku sekund na ekranie każdego z podłączonych do Logana monitora zobaczyli płaski wykres, długą ciągłą linię.
- No dalej Logan, dasz radę - Jim, który również uczestniczył w operacji próbował go motywować, ale ten niewiele robił sobie z jego usilnych próśb. - No Logan, walcz…
- Logan… - usłyszał jak ktoś go wołał - … Logan, słyszysz mnie?
Poruszył się niespokojnie. Czuł, że leży na czymś twardym i było mu nad wyraz niewygodnie. Otworzył więc oczy, usiadł i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu tego, który go wołał. Przed sobą zobaczył wysokiego mężczyznę w średnim wieku.
- Kim jesteś? – zapytał go wstając.
- Twoim przewodnikiem – wyjaśnił mu owy mężczyzna.
- Przewodnikiem? – zdziwił się. – Gdzie ja jestem?
- Spokojnie, tutaj już nic ci nie grozi.
- Nie będę spokojny dopóki nie powiesz mi co się tutaj dzieje? – był coraz bardziej zdezorientowany.
- A co chciałbyś wiedzieć?
- Gdzie jestem? – powtórzył dobitnie pytanie.
- Poza czasem i przestrzenią.
- Słucham?
- Jesteś w zaświatach.
- Gdzie?
- Tu, gdzie wszystko staje się jasne.
- Czy ja…
- Tak, umarłeś, poddałeś się choć komuś obiecałeś, że tego nie zrobisz.
- Nie poddałem się… - zaprzeczył gwałtownie - … po prostu czasami tak jest, takie jest życie, raz jest, a raz go nie ma.
- Słyszysz sam siebie? Jesteś lekarzem, przysięgałeś za wszelką cenę chronić życie, a sam je sobie odebrałeś.
- Takiś mądry? – zapytał go wzburzony jego oskarżeniami. – Potrafisz tylko tak stać i oskarżać. Pożyj trochę tam skąd mnie zwinąłeś, a wtedy pogadamy.
- Żyłem i cieszyłem się życiem.
- I też tu jesteś… - słusznie zauważył - … sam odpuściłeś, a oskarżasz mnie.
- Walczyłem do końca…
- To dlaczego tu jesteś!!! – krzyknął.
- Bo nie zdołałeś mnie ocalić – wyjaśnił mu spokojnie przyczynę swojej obecności w tym miejscu.
Zatkało go. Spojrzał raz jeszcze w twarz temu mężczyźnie i rozpoznał go. To był on, jeden z jego pierwszych pacjentów. Próbował ratować go każdym możliwym sposobem, ale nie udało mu się to, rak mózgu po raz kolejny zgarnął swoje żniwo. Ciężko to przeżył. Był on jego pierwszym pacjentem, którego stracił, któremu nie zdołał ocalić życia.
- Nie mam do ciebie żalu… - usłyszał go po chwili - … chcę żebyś o tym wiedział.
- To po co tu jesteś? Czemu ze mną rozmawiasz? Po co to wszystko?
- Żeby ci powiedzieć, że to jeszcze nie twój czas.
- Gdyby tak było nie trafiłbym tutaj.
- Trafiłeś tylko dlatego, że sam odpuściłeś. Przyznaj… - spojrzał uważnie na niego - … ta chwila gdy ból znika, z głowy ulatują wszelkie troski, gdy nie czuje się już nic, zupełnie nic, pociągnęło cię to. Stwierdziłeś, że to jest lepsze, przyjemniejsze niż twoje obecne życie.
- A jeśli tak to co? To moje życie.
- Tak, twoje, ale splecione z ich nad wyraz mocno – ukazał mu czekających na korytarzu jego bliskich. – Obiecałeś Lucy, że cokolwiek będzie się działo, że będziesz walczył.
- Walczyłem…
- Więc dlaczego przestałeś?
- Bo nie mam już siły… - spojrzał na niego - … jestem zmęczony tym co się dookoła mnie dzieje.
- Już raz cię stracili, pozwolisz by spotkało ich to po raz kolejny?
- Poradzą sobie.
- Jesteś tego pewien? Zdajesz sobie sprawę, że niektórzy są na granicy wytrzymałości.
- To co mam zrobić?
- Walczyć, nie poddawać się i walczyć.
- To… wypuść mnie stąd, a postaram się to zrobić.
- Dla nich? Dlatego, że obiecałeś? Dlatego, że trafiłeś tutaj?
- Tak… - przyznał - … nie mogę dopuścić by coś się im stało.
- A ty?
- Co ja?
- Chcesz wrócić tylko z tego jednego powodu?
- Nie… - spojrzał na niego - … nie tylko z tego jednego.
- Mów – zachęcał go widząc jego niepewność.
- Chcę żyć… - odpowiedział po chwili zastanowienia - … już tak wiele przeciekło mi przez palce i chcę to nadrobić.
- I to chciałem usłyszeć – uśmiechnął się.
- Wypuścisz mnie?
- Ja nie potrafię tego zrobić – odpowiedział szczerze.
- A kto?
- Ty sam, znajdź w sobie siłę by przeciwstawić się śmierci… - cofnął się, a jego postać zaczęła się delikatnie rozmazywać - … do zobaczenia znowu, kiedyś tam.
- Czekaj! – zawołał go.
- Walcz… – usłyszał jeszcze w tle jego zanikający głos – walcz…
- No Logan, walcz - Jim podawał mu kolejne środki pobudzające.
- Doktorze Evans – Carl Anderson próbował jeszcze apelować do głównego lekarza przeprowadzającego tę operację.
- Nie mogę teraz przestać… - ten spojrzał na niego - … jeśli teraz przerwę on… - ruchem głowy wskazał leżącego Logana – … może się już nigdy nie obudzić. Jakie ma ciśnienie? – zapytał go.
- 90/65 i ciągle spada.
- Jim, podaj mu jeszcze dawkę endorfiny, 5 mlg, zobaczymy czy i jak zareaguje – nakazał podanie mu kolejnej dawki leków. – Jak długo trwa akcja zatrzymania serca?
- 1 minuta, 20 sekund – odpowiedział szybko Jim.
- No Logan, testujesz mnie? – znowu zwrócił się bezpośrednio do niego. – Wiesz, że się nie poddam i tobie też to radzę. Tam za drzwiami czekają na ciebie bliscy i ta, która jeśli faktycznie się poddasz… zabije cię bez dwóch zdań – uśmiechnął się lekko.
- Jest… - krzyknął dr Anderson - … częstoskurcz komorowy, czyli serce próbuje podjąć pracę.
- No Logan, postaraj się trochę bardziej… - mruknął do niego Jim - … musisz nam pomóc.
I chyba to ich ?opieprzanie? go spełniło swoją funkcję bo faktycznie serce podjęło pracę, a ciśnienie i saturacja podniosły się na tyle, że dr. Evans mógł kontynuować operację, którą zakończył po 6-ciu długich godzinach. Wyszli na zewnątrz do czekających na wieści o nim bliskich i przyjaciół i od razu zostali zasypani pytaniami, na które skrupulatnie odpowiadali.
- I jak? – zapytał ich pan Mitchell.
- Może być – odpowiedział dr. Evans.
- Może być? Co to znaczy? – zapytała Lucy.
- Wszystkiego dowiemy się jak się wybudzi – wyjaśnił.
- Kiedy? – zapytała pani Mitchell.
- To już zależy od niego… - powiedział Jim - … podczas operacji też stawiał nam swoje warunki.
- Mówiłam – powiedziała się Lucy.
- Co? – zapytała ją pani Mitchell.
- Kłócił się, że znowu nic nie jest zależne od niego – uśmiechnęła się. – Możemy go zobaczyć?
- Zaraz przewozimy go na OIOM, tam już nie wpuszczę nikogo… - powiedział Jim - … tak że macie kilka sekund na zobaczenie go w trakcie przewózki.
- Doktorze… - Lucy już chciała go prosić o zmianę decyzji.
- Nie… - nie dał jej dokończyć pytania - … jutro. A dzisiaj sami odpocznijcie bo ledwo stoicie na nogach.
- Dobrze, ale będziemy tu jutro z samego rana – zastrzegł pan Mitchell.
- Nie śmiem w to wątpić… - uśmiechnął się do niego Jim - … wtedy zapraszam.
- Ale wiesz… - chciał jeszcze dodać.
- Wiem, wiem, znam twoją komórkę na pamięć.
- No właśnie, dzięki.
Pojechali do domu. Byli zmęczeni owszem, ale gryzło ich to, że było ich teraz o jednego mniej. Zdawali sobie sprawę, że operacja ta była na tyle poważna, że on nie byłby w stanie zaraz po niej wraz z nimi wrócić do domu, ale już brakowało im go. Państwo Mitchell przyjęli teraz także Sarah pod swój dach wiec Lucy czuła się tam trochę niezręcznie. Dlatego też postanowiła wrócić do swojego domu.
- Już wychodzisz? – próbę jej ukradkowego wymknięcia zauważył Kendall.
- Nic mnie tu…
- … nie trzyma? – wtrącił się w jej zdanie. – A Logan?
- On jest w szpitalu, a ona… tutaj.
- Wiem, że jest ci niezręcznie, ale nie możesz go tak zostawić.
- Nie zostawiam go Kendall, bo nie jesteśmy razem.
- Jak to nie? Jesteś jego narzeczoną.
- Byłam…
- Nigdy nie zerwaliście zaręczyn.
- A ona? Co z nią?
- Poczekajmy aż Logan się wybudzi wtedy podejmiecie decyzję. Daj mu szansę na rozważenie tej sytuacji i zabranie w niej głosu.
- Nie mogę Kendall, nie mogę – rozpłakała się.
- Musisz – przytulił ją.
- Jedyne co muszę to teraz wyjść stąd bo zaraz zwariuję.
- Odprowadzić cie do domu?
- Nie musisz, poradzę sobie.
- Obiecaj mi, że będziesz jutro rano w szpitalu.
- Nie wiem…
- Obiecaj mi – nalegał stanowczym tonem głosu.
- Dobrze – zgodziła się w końcu i po chwili wyszła na zewnątrz.
Przez chwilę jeszcze patrzył za nią chcąc choć w ten sposób mieć nad nią i jej powrotem do domu pieczę.
- Wyszła przez mnie? – usłyszał Sarah, która podeszła do niego.
- To dla niej trudny czas… - spojrzał na nią - … odświeżanie ledwo co zabliźnionych ran do tego ty jako jego narzeczona.
- Jest twoją przyjaciółką – powiedziała.
- Tak… - potwierdził - … z dziewczyn najlepszą.
- Tworzycie zgraną drużynę… - uśmiechnęła się - … wy i ona.
- Znamy się od dziecka. Logan nam na trochę zniknął, ale mam nadzieje, że teraz nadrobimy ten czas.
- A co jeśli wyjedzie?
- Gdzie?
- Z powrotem do Nowego Jorku.
- Nie wiem, ale odnalazł się i nawet jeśli wyjedzie to już mamy ze sobą kontakt. Wiemy gdzie jest i co się z nim dzieje. To nad wyraz wiele w porównaniu z tym co było.
Odwróciła się i spojrzała na towarzystwo. – Nie lubią mnie – powiedziała.
- Skąd ten wniosek?
- Widzę to, ich miny, słowa… ty też nie, mam rację?
- Nie znam cię, jesteś dla mnie osobą zupełnie obcą w przeciwieństwie do Lucy, którą kocham jak siostrę. Pamiętam jak się jej oświadczył, zaraz po tym jak się zgodziła z wrażenia wpadł do rzeki. Wyglądał jak zmokła kura… - uśmiechnął się na samo wspomnienie tego wydarzenia - … takich rzeczy się nie zapomina.
- Sam by o tym nie zapomniał… - mruknęła - … wypadek wszystko zmienił i wiem, że był on straszny, ale gdyby nie on nie poznałabym go.
- Tak… - przyznał - … wszyscy ciężko go przeżyliśmy i nie było dnia żebyśmy nie myśleli co z nim, a Lucy…
- Powinnam się usunąć?
- Nie wiem… - spojrzał na nią - … ale poczekajcie na Logana, dajcie mu szansę wypowiedzieć się w tej kwestii.
- A jeśli nadal będzie chciał być ze mną zaakceptujecie mnie?
- Nie wyprzedzajmy wydarzeń…
- Kendall, nie jestem potworem który rozwala czyjś związek, jestem jego częścią.
- Wiem - przytaknął.
- Na pewno?
- Posłuchaj, szczerze? – kiwnęła głową, że jak najbardziej szczerze. - Naprawdę będę się cieszył jeśli Logan wróci do Lucy i w końcu się pobiorą…
- Wiedziałam…
- … ale jeśli on wybierze ciebie to mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi i tego będę wam życzył.
- Nawet kosztem Lucy?
- Zobaczymy co będzie dalej… - usiłował uniknąć dalszej dyskusji - … chodź, pójdziemy na kolację.
Wróciła do domu, ale długo w nim nie pobyła. Wystarczyło bowiem kilka chwil by stwierdziła z całą słusznością, że teraz irytowało ją w nim niemal wszystko, każda rzecz położona nie tam gdzie powinna, każdy dźwięk dobywający się czy to z radia, telewizora czy też z zza okna jak również, a może przede wszystkim wspomnienia z nim związane zarówno te napływające z pamięci jak również te odświeżone zdjęciami, pamiątkami i owym pierścionkiem który wciąż nosiła na palcu lewej ręki. Przez 10 lat nie udało jej się zabić uczucia którym go darzyła. Był dla niej wszystkim, kumplem, przyjacielem, ukochanym, a wtedy w niedługim czasie miał się też stać mężem i… ojcem. Była wtedy w ciąży, chciała mu to powiedzieć zaraz po powrocie z tego koncertu, ale… nie zdążyła. Wypadek przeszkodził jej we wszystkich planach i zamierzeniach z tym związanych. Pod wpływem stresu w ciągu miesiąca straciła je, dwu i pół miesięczne dziecko. Może teraz mając jego syna czy córkę byłoby jej trochę łatwiej bo miałaby jakąś cząstkę jego, a tracąc je została zupełnie sama. Do tej pory nie wyzbyła się poczucia winy, że to przez nią ich dziecko straciło życie. I nikt o tym nie wiedział, nikt poza panią Mitchell. Chłopaki po wyjściu ze szpitala zajęli się jego poszukiwaniami, a potem wyjechali do Los Angeles. Ona tymczasem została w Minnesocie chyba tylko na wszelki wypadek gdyby Logan czasem nie wrócił w rodzinne strony, ale z każdym dniem jej nadzieja topniała jak śnieg na wiosnę. Tym bardziej jego teraźniejszy powrót rozbudził na nowo w niej tą nadzieję co prawda trochę przytłumioną z powodu przyjazdu jego ?drugiej? narzeczonej, ale zawsze. Wiedziała, że żył, że nie uciekł i nie zostawił jej z powodu ?jej? jakkolwiek to brzmi. Nie lubiła jej, tej Sarah. Wiedziała, że tak w zasadzie gdyby nie Logan mogłyby się nawet zaprzyjaźnić, ale fakt, że ona miała go przy sobie podczas gdy ona zamartwiała się o niego i poprzez to straciła ich dziecko napełnił ją swego rodzaju nienawiścią do wszystkich i wszystkiego co związane było z jego ?nowym? życiem. Po długim namyśle pojechała do szpitala, a gdy Jim ją zobaczył stwierdził tylko, że wiedział, że nie odpuści, a po chwili podał jej fartuch i poprowadził ją do sali w której leżał wciąż nieprzytomny Logan. Usiadła na krześle obok łóżka i rozejrzała się dookoła. Była to mała sala, w której panowała całkowita cisza przerywana jedynie dźwiękami aparatury medycznej. Jej wyposażenie stanowiło jedynie mały stolik, dwa krzesła i łóżko, w który leżał pacjent, w tym przypadku Logan. Spojrzała na niego, wyglądał jakby spał, a jedyny ślad po przebytej co dopiero operacji stanowił opatrunek głowy zabezpieczający ranę.
- Jest stabilny… - usłyszała za sobą głos dr. Evansa - … w trakcie operacji zatrzymał się na dłuższą chwilę… - spojrzała na niego przerażona - … ale to twardy gość… - uśmiechnął się - … nie poddał się. Ktoś tam u góry czuwa nad nim – położył jej dłoń na ramieniu.
- Myśli pan, że operacja się udała? – zapytała go.
- Jestem dobrej myśli, naprawiliśmy uszkodzone nerwy, mam nadzieje, że odzyska wspomnienia, ale i że będzie pamiętał te ostatnie 10 lat, fakt może mieć pewne braki z powodu mechanicznej ingerencji, ale nie takie jak całkowita amnezja.
- Jest szansa, że obudzi się dzisiaj?
- Nigdy nic nie wiadomo… - uśmiechnął się - … jest ci bliski?
- Tak – przyznała.
- Widać to na pierwszy rzut oka – uśmiechnął się. – Proszę… - podał jej mały koc - … żebyś nie zmarzła w nocy.
- Nie wygoni mnie pan? – zapytała zdziwiona.
- A dałabyś się wygonić?
- Nie.
- A no właśnie… - uśmiechnął się - … a ja jestem zbyt zmęczony by się z tobą siłować.
- Dziękuję – odwzajemniła uśmiech.
- Gdyby coś będę w dyżurce, będę przychodził na zwiady co pół godziny, ale jak coś to krzycz – poprosił ją.
- Oczywiście, że będę.
Ocknął się cały obolały. Otworzył oczy i usiłował się poruszyć, ale każdy nawet najdrobniejszy ruch sprawiał mu ból dlatego też postanowił, przynajmniej przez chwilę leżeć tylko i wyłącznie i to całkowicie nieruchomo. Długo tak jednak nie wytrzymał bo z natury był facetem niecierpliwym i ciekawskim, dlatego widok samego sufitu, który był tak jednolicie biały w tej chwili absolutnie go nie zadowalał. Teraz, bo to było najważniejsze, chciał się jak najszybciej zorientować w swoim położeniu. W tym też celu przekręcił lekko głowę w lewą stronę i zobaczył niewyraźnie kogoś siedzącego przy łóżku.
- Lucy… - szepnął cicho mając nadzieję, że to ona - … Lucy… - powtórzył jeszcze ciszej, ale nikt mu nie odpowiedział. Nie mając więcej sił zasnął.
- A nie mówiłem, że tu będzie? – usłyszała nad sobą Kendalla. On, Carlos i James wraz z Sarah weszli do sali, w której leżał Logan.
- Lucy, byłaś tu całą noc? – zapytał ją James podchodząc do niej.
- Co? Prawie… - zaczęła podnosząc głowę i spoglądając na nich.
- Lucy? – Kendall zmierzył ją groźnym wzrokiem.
- No co? – zapytała go. – Jakieś obiekcje?
- Dobrze wiesz, że nie… - spojrzał na nią - … wiem, że się o niego martwisz, tak jak i my – uśmiechnął się do niej.
- Przepraszam… - zmitygowała się - … jestem zmęczona, wystraszona i…
- Kochasz go… - odezwała się Sarah - … to zrozumiałe, że tu jesteś.
- Coś się działo? – Carlos zapytał Lucy zmieniając tor dyskusji. – W nocy?
- Nie… - spojrzała na niego - … jest stabilny, ale bez większych zmian – posmutniała.
- To musi potrwać, dobrze o tym wiesz – James podszedł do niej i ją przytulił.
- Wiem… - pociągnęła nosem - … tylko ten cholerny czas tak wolno biegnie – wtuliła się w niego.
- Posiedzimy wszyscy przy nim, a za jakieś 2-3 godziny zmienią nas rodzice – Carlos usiadł na wolnym krześle.
- To czekamy – mruknął James i usadowili się wszyscy dookoła jego łóżka.
Pół godziny później.
- Kendall… - Carlos szarpnął go za rękę - … Kendall, zobacz – wskazał ręką na Logana.
Ten poderwał się z krzesła. – Lucy… - wziął przykład z Carlosa i tak samo złapał ją za rękę i pociągnął ją z krzesła. – Logan? Słyszysz mnie? – zwrócił się do leżącego przyjaciela.
Zmarszczył czoło, a po chwili otworzył oczy i powoli rozejrzał się dookoła ogarniając każdego z nich spojrzeniem, a gdy jego wzrok zatrzymał się na Jamesie, który stał jako ostatni z lewej strony uśmiechnął się lekko. – James… - zwrócił się do niego cicho - … wisisz mi 50 dolarów, pamiętaj żeby… - urwał i znowu przysnął.
- Nie rozumiem… - Carlos spojrzał na nich - … jakie 50 dolarów?
- Wiem… - odezwał się Kendall - … pamiętasz? – spojrzał na Jamesa.
- Niby co?
- Przed koncertem pożyczyłeś od niego 50 dolarów na nowy…
- Grzebyczek… - przypomniał sobie James.
- O czym wy mówicie? – niecierpliwił się Carlos.
- Nie pamiętasz? – Kendall spojrzał na niego.
- Ale co?
- Przed samym koncertem złamałem swój ulubiony grzebyczek… - uśmiechnął się James - … i w internecie znalazłem identyczny.
- No tak… - roześmiał się Carlos - … to cały ty.
- No co? – James zarumienił się. – Wtedy to było dla mnie ważne. Niemal jak rytuał przed każdym koncertem.
- I nie tylko przed koncertem – wtrąciła Lucy.
- Co proszę? – James spojrzał na nią.
- Przyznaj się, byłeś uzależniony od tego grzebyczka – roześmiała się.
I tego im było trzeba, odrobiny zmiany atmosfery. Każdy z nich wierzył, że Logan się obudzi cały i zdrowy więc taka chwila wytchnienia była dla nich jak najbardziej na miejscu.
- Stary… - po tym ataku śmiechu Carlos spojrzał na Jamesa bardzo poważnym wzrokiem - … jedno mnie w tym niepokoi.
- Co mój drogi przyjacielu? – zapytał go podniośle James.
- Wiesz ile jesteś mu winien?
- 50 dolarów, skoro pamięta – uśmiechnął się.
- Nie James, 50 dolarów plus odsetki za 10 lat.
- Łał… - wydobył z siebie uświadamiając sobie aktualną kwotę pożyczki - … to chyba muszę wybrać się do banku po pożyczkę – uśmiechnął się niepewnie.
- Spokojnie… - Kendall klepnął go po plecach - … może ci daruje – roześmiał się.
- Lucy… - usłyszeli jego cichy głos.
- Leć po lekarza – Kendall pchnął Carlosa ku drzwiom.
Wrócili w przeciągu kilku minut.
- I jak doktorze? – zapytał go James.
- Zaraz się dowiemy – dr Evans podszedł do Logana i sprawdził jego podstawowe parametry. – Jest lepiej – uśmiechnął się.
- Co to znaczy lepiej? – zapytała Sarah.
- Parametry się poprawiają, oddycha samodzielnie do tego płynnie.
- Pamięta wydarzenia sprzed 10 lat – Carlos spojrzał na niego.
- Czy to znaczy, że zapomniał wszystko z ?teraz?? – zapytała go Sarah.
- Spokojnie… - lekarz spojrzał na nich - … jeśli pamięta jakieś wydarzenie przeszłe to znaczy, że w tej części operacja się udała, a co dalej to musimy zobaczyć. Dajmy mu trochę czasu – uśmiechnął się do nich.
- Dobrze… odezwał się Kendall - … chodźcie, zjemy obiad, a teraz rodzice przy nim posiedzą. Dajmy im też na to szansę – poganiał wszystkich do drzwi.
Wymienili się z ?dorosłymi? na posterunku, a sami przeszli do szpitalnego bufetu na obiad. Po jakiejś pół godzinie dołączyli do nich rodzice z racji tego, że Logan miał kolejny obchód.
Dwie godziny później.
Otworzył oczy i spojrzał na kogoś kto siedział przy jego łózko. – John… - uśmiechnął się - … co ty tu robisz?
- Czyś ty zwariował? – nowojorski przyjaciel spojrzał na niego z wyrzutem. – Postradałeś zmysły?
- Skąd te wyrzuty? – bagatelizował jego obiekcje.
- Alex, zawsze miałem cię za rozsądnego faceta.
- Logan – poprawił przyjaciela. Skrzywił się usiłując się podnieść ciut wyżej na poduszce. – A co? – zapytał gdy opadł z powrotem na łóżko. – Już nie masz?
- Po tym co zrobiłeś?
- A co zrobiłem? Sam mi radziłeś żebym szukał, żebym nie bał się przeszłości i jeśli tylko mam szansę to mam się dowiedzieć kim jestem.
- Ale nie kosztem…
- Żyje John, żyje choć łeb boli mnie jak cholera i widzę cię odrobinę podwójnie, ale żyję, tego jestem pewien.
- A osiągnąłeś to czego oczekiwałeś?
- Szczerze to… nie wiem jeszcze. Ciebie pamiętam – uśmiechnął się.
- A spróbowałbyś zapomnieć – odwzajemnił uśmiech.
- John, jesteś – przywitała go Sarah gdy wszyscy wrócili do sali.
- Witaj kochana… - uścisnął ją - … pozwoliłaś temu baranowi… - wskazał na Logana - … podłożyć się pod nóż?
- W tej kwestii nie miałam na niego wpływu – wyjaśniła mu.
Nie czekając na oficjalna prezentację nowego gościa Lucy podeszła do łóżka. – Logan, jak się czujesz?
Spojrzał na nią i zamarł. Nie odezwał się, nie odpowiedział na jej pytanie, tylko na nią patrzył i to tak jakby widział ją po raz pierwszy. I tak naprawdę teraz czuł, że widzi ją po raz pierwszy od bardzo bardzo bardzo dawna. Że widzi ją tak jak kiedyś, tak jak w przeszłości kiedy ją… kochał. I teraz to wszystko czuł, wszystko. Już nie był niepewny swoich uczuć, wszystkie one wróciły, a może inaczej, nabrały takiego samego jak niegdyś przed wypadkiem znaczenia. Wiedział, że siedząca przed nim dziewczyna to Lucy Coventry, ta z którą się niemal wychował, ta której się oświadczył, z którą chciał związać się na dobre i złe, z którą chciał mieć dzieci… którą kochał tak bardzo, że to aż bolało.
- Logan… - wystraszona dotknęła jego policzka - … powiedz coś. – Ale zamiast tego wziął ją za rękę, nachylił się i pocałował ją lekko i delikatnie.
- Pamiętam… - szepnął odrywając się od niej i spoglądając na nią - … pamiętam, nie wiem czy wszystko, ale pamiętam wiele, pamiętam co czuję…
- A nas? – zapytał go Carlos.
- Też… - uśmiechnął się - … co nieco zamazanie, ale tak, sporo pamiętam – powiedział przejęty.
- A Nowy Jork? – usłyszał Sarah.
- Mnie pamięta… - John spojrzał na nią - … ciebie też powinien.
- Tak… - przyznał - … pamiętam.
Lucy wysunęła swoją dłoń z jego ręki, którą puścił niechętnie i wstała robiąc przy nim miejsce Sarah, a sama stanęła w rogu pokoju.
- Co pamiętasz? – zapytała go Sarah siadając przy nim.
- Nie zapomniałem, że jesteś mi bliska… - uśmiechnął się do niej - … że nie jesteś mi obojętna.
- Mówisz to co czujesz czy chcesz być miły? – zapytała patrząc mu w oczy.
- Jedno i drugie się pokrywa…
- Przestań… - przerwała mu - … co teraz? – zapytała go.
Przymknął na chwilę oczy, odetchnął głęboko kilka razy. – Pytasz mnie o to co będzie dalej?
- Hhhhmmmm… - chrząknęła niepewnie.
- Nie wiem… - westchnął - … jeszcze nie wiem…
- Masz sporo czasu przed sobą żeby się tego dowiedzieć – dr Evans wszedł do sali. – Wszystko wygląda nieźle… - pokazał im jego kartę z wynikami - … za dwa dni cię wypuszczę, ale nie do domu.
- Tylko? – zapytał go dziwiąc się jego słowom.
- Dr Carson powiedział, że przypilnuje cię w Nowym Jorku. Ponoć obaj pracujecie w najlepszym szpitalu na całym świecie – uśmiechnął się.
- Już chcesz wyjechać? – pani Mitchell podeszła do niego.
- Wrócę… - uśmiechnął się do niej - … wrócę mamo. Tylko się trochę zrekonwalescencjuję.
- Co zrobisz? – zapytała pani Knight.
- No wiecie o czym mówię – roześmiał się.
- Wiemy, wiemy – przytaknęli zgodnie.
Dr Evans nie był gołosłowny. Dopatrzył wszystko przy swoim niejako ulubionym pacjencie zadowolony, że tym razem operacja przebiegła całkowicie pomyślnie, zaopatrzył dr. Carsona we wszelkie zalecenia dotyczące jego dalszego prowadzenia i sam wyjechał do Chicago. John w ciągu dwóch dni załatwił przeniesienie Logana do nowojorskiego szpitala, chciał bowiem zapewnić mu jak najlepsze warunki do jego rekonwalescencji. Dzień wyjazdu z Minnesoty, to jest dzień pożegnania był dla nich niezwykle ciężki choć jego rodzina i bliscy wiedzieli już gdzie on jest, gdzie mieszka i mogli się z nim swobodnie kontaktować, to w przeciwieństwie do nich Lucy czuła, że teraz będzie miała z nim gorszy kontakt. Zwłaszcza, że teraz był on na terytorium Sarah. Nowy Jork był jej światem, to ona wiedziała co? Gdzie? I jak? To ona miała tam znajomości, to ona wiedziała gdzie najlepiej coś zjeść, gdzie coś zobaczyć czy posłuchać jakiejś muzyki. Nowy Jork to był ich świat, nie jej. Dlatego pożegnała się z nim w szpitalu i by nie robić nikomu kłopotu… zniknęła z jego życia.
- Gdzie ona jest? – Carlos po tym jak nie znalazł Lucy pytał o nią Jamesa, a ten tak samo, bo jej też nie znalazł zadał identyczne pytanie Kendallowi.
- Nie wiem… - ten spojrzał na Logana, który czekał już przy taksówce gotów do powrotu do Nowego Jorku.
- Logan, musimy jechać inaczej spóźnimy się na samolot – Sarah wychyliła głowę z samochodu.
- Powiedz jej Kendall, że muszę z nią porozmawiać… - Logan spojrzał na przyjaciela - … powiedz jej to dobrze?
- Możesz być spokojny, przekaże jej o ile nie wyjechała.
- Wyjechała? Gdzie?
- Nie wiem, ale nie dziwię jej się.
- Jak możesz? – Logan spojrzał na niego.
- Sam pomyśl, jesteście uwikłani w ten dziwaczny trójkąt, jak ona ma się czuć? Kocha cię, czekała na ciebie 10 długich lat, opiekowała się tobą gdy tu przyleciałeś i byłeś… zagubiony, tak samo po operacji nie zostawiła cię samego, a teraz znowu cię traci myślisz, że jest jej łatwo? Zróbcie z tym jakiś porządek i ustalcie co i jak.
- Muszę sobie to wszystko poukładać – spojrzał na niego.
- Zrób to jak najszybciej i wracaj do nas, my też o dziwo… - uśmiechnął się - … tęsknimy za tobą.
- O dziwo – odwzajemnił uśmiech. Uściskali się jeszcze raz po czym Logan wsiadł do taksówki, która po kilku minutach ruszyła w stronę lotniska.
- O dziwo – mruknął jeszcze do siebie Kendall.
Nowy Jork, Szpital Cook County General.
- Ale ja byłam zapisana na dzisiaj do doktora Johnsona – starsza pani w recepcji domagała się swojej zarezerwowanej wizyty.
- Ale rozumie pani co mówię? - pielęgniarka po raz już kolejny cierpliwie tłumaczyła. – Doktor Johnson czyli Mitchell sam jest w tej chwili pacjentem naszego szpitala i nie przyjmuje pacjentów.
- Ale ja nie chcę doktora Mitchella tylko Johnsona – staruszka nie ustępowała.
- Carmen… - na schodach pojawił się Logan - … przyjmę ją. Spokojnie pani Nathanson – zwrócił się do staruszki. – Idziemy powoli do gabinetu.
- A nie mówiłam? – staruszka spojrzała na pielęgniarkę oddziałową.
- Alex…
Logan tylko machnął ręką i wciąż prowadził panią Nathanson do swojego gabinetu.
- Logan, ty naprawdę jesteś stuknięty… - po kilku minutach do jego gabinetu wpadł zdenerwowany John - … masz leżeć i odpoczywać, a ty się bierzesz za praktykowanie?
- John uspokój się, wystraszysz panią… - Logan spojrzał na niego i ze stoickim spokojem kontynuował badanie.
- Nie pojmuję… - John złapał się za głowę - … czy ty próbujesz coś udowodnić? Tylko komu? Mnie?
- Momencik, zaraz o tym pogadamy, ale najpierw wpisz tu w kartę podwojoną dawkę emerydoksyny i podpisz się.
- Czemu ja?
- Przecież ja na zwolnieniu nie mogę… - spojrzał na niego - … to chyba oczywiste.
- To uważasz za oczywiste, ale to że powinieneś leżeć to już nie?
- Pani Nathanson, my widzimy się za dwa tygodnie, jeśli nie ze mną to z dr. Carsonem.
- Tylko z panem… - staruszka uśmiechnęła się do niego - … tylko do pana mam zaufanie.
- Wszyscy dbamy o pani zdrowie… - odwzajemnił uśmiech - … do zobaczenia przy następnej wizycie.
- Chodź baranie… - John złapał go pod rękę gdy tylko pani Nathanson wyszła z gabinetu - … zaprowadzę cię do twojej sali.
- Baranie? Czemu baranie? W Minnesocie też mnie tak tytułowałeś.
- A jak mam inaczej? Zachowujesz się jak baran to tak też cię nazywam.
- A co ja złego zrobiłem? – nie rozumiał jego obiekcji.
- Nie wiem do czego zmierzasz… - John spojrzał na niego - … być może chcesz doprowadzić do jakiejś sytuacji poprzez którą w jakiś sposób twoje życie będzie znowu poukładane bez jakiegoś bezpośredniego twojego udziału, ale musisz zrozumieć, że to właśnie od ciebie wszystko zależy. Nie od przypadku, ale od ciebie.
Weszli do sali, w której miał leżeć. Miał, bo całymi dniami szwendał się po szpitalu doprowadzając Johna i Sarah do białej gorączki.
- To co mam zrobić? – zapytał go siadając na łóżku.
- To co uważasz za dobre dla ciebie – usiadł obok niego.
- Dla mnie…
- Będąc te dwa dni w Minnesocie poznałem twoją rodzinę i twoich znajomych, są wspaniali… – uśmiechnął się - … ale widziałem, że z Lucy łączy cię coś więcej niż tylko przyjacielskie stosunki.
- Właśnie o to chodzi…
- Kochasz ją? – przerwał mu.
- Tak… - odpowiedział - … kocham, wiem to na pewno. Czułem, że nie jest mi obca, że wiele mnie z nią łączy, a po operacji….
- Przypomniałeś sobie to co sprawiło, że ją pokochałeś?
- Tak… - przyznał - … w jakimś sensie to wszystko było we mnie, ale teraz widzę to jak na dłoni. Wspominam dni z nią przeżyte, wszystkie te chwile, w których była przy mnie, podczas których sprawiła, że czułem się najszczęśliwszym facetem na świecie.
- A Sarah?
- Sarah… - westchnął - … też ją kocham.
- Mówisz to z mniejszym przekonaniem.
- Bo tak też czuję, kocham ją, ale…
- Bardziej kochasz Lucy?
Kiwnął głową potwierdzając jego słowa. – Nie chcę zranić Sarah, tyle jej zawdzięczam.
- I chcesz być z nią z poczucia obowiązku? Bo tak powinieneś? Nie pójdzie na to.
- O niczym nie musi wiedzieć.
- Powiedź jej prawdę jak wygląda sytuacja, nie okłamuj jej bo nie tędy droga.
- Nie zamierzałem jej okłamywać.
- A to?
- Częściowe zatajenie prawdy.
- Tak sobie to tłumacz – uśmiechnął się do niego. - Dlaczego chcesz być z Sarah, nawet z obowiązku skoro kochasz Lucy? Co więcej możesz z nią być?
- Bo Lucy jest silniejsza, gdy zniknąłem na 10 lat dała sobie radę.
- I myślisz, że teraz też da? Że będzie taka silna wiedząc, że żyjesz i że jesteś z inną? Pomyśl trochę, dla dziewczyny to tortura.
- Nie wiem… - przeciągnął się lekko rozprostowując kości - … nie wiem co zrobić – jęknął.
- A co ci podpowiada serce? Tylko mów szczerze, beż żadnej ściemy.
- Kocham… Lucy. Kiedy byłem w Minnesocie każda cząstka mnie pragnęła być z nią bo kiedy była przy mnie… świat stawał się rajem - uśmiechnął się. - Chciałem by zawsze była przy mnie żeby nigdy mnie nie opuszczała, bo kiedy tylko wychodziła z domu do swojego, zaledwie kilkanaście metrów dalej czułem jakby wyjechała na drugi koniec świata. Wtedy z całych sił powstrzymywałem się żeby za nią nie pobiec.
- A teraz? – usłyszał Sarah.
- Teraz… podobnie - spojrzał smutno na nią. – Sarah, jesteś mi niezwykle bliska... – chciał wstać i podejść do niej, ale powstrzymała go podchodząc do niego i siadając na miejscu które obok niego zrobił jej John.
- Nie chcę być z tobą jeśli ty miałbyś być ze mną tylko z obowiązku.
- Słyszałaś? – spojrzał na nią zdziwiony. – Ile…
- Nieważne…
- Ważne…
- Tyle ile powinnam… - wzięła jego twarz w dłonie - … posłuchaj, kocham cię, to nie ulega wątpliwości, ale chcę być z kimś dla kogo będę całym światem – uśmiechnęła się smutno. – Nic na pół gwizdka. Lucy ma szczęście bo ona jest taka dla ciebie. Kochasz ją, a ona ciebie i powinniście być razem. Los i tak zabrał wam już 10 lat, teraz powinieneś jej to zrekompensować.
- Sarah…
- Z tego co wiem John chce się wypuścić ze szpitala w przyszłym tygodniu. Ty po tak groźnej operacji radzisz sobie całkiem nieźle więc... jedź do domu, do niej. A i może już niedługo usłyszę jak pan doktor fantastycznie śpiewa – spojrzała na niego.
- A ty?
- Dam radę… - uśmiechnęła się lekko - … pojadę na wakacje może kogoś poderwę – przygryzła lekko dolną wargę.
- Zasługujesz na wszystko co najlepsze – pocałował ją na pożegnanie.
- No pewnie… - uśmiechnęła się - … zostaniemy przyjaciółmi? – przytuliła się do niego.
- Jasne… - odpowiedział - … bez dwóch zdań.
- No to będę leciała… - spojrzała na nich - … do zobaczenia wam obu – uśmiechnęła się i wyszła.
Minnesota.
Przyjechał bez zapowiedzi, chciał wszystkim zrobić niespodziankę i udało mu się to. Znowu wokół niego zaroiło się od bliskich mu ludzi, ale… jej brakowało.
- Dawno nie było jej tutaj - wyjaśnił mu Kendall gdy zapytał go o Lucy.
- Rozmawiałeś z nią po moim wyjeździe?
- Tak, ale nie chciała mówić o tobie. Zbyt wiele ją to kosztowało.
- Gdzie może być teraz? Wyjechała jak mówiłeś?
- Logan…
- Kendall proszę cię, powiedź mi gdzie ona jest?
- A po co?
- Co?
- Chcesz ją jeszcze bardziej zranić?
- Kendall wiem, że chcesz ją chronić, ale ja… - urwał - … kocham ją… - spojrzał na niego - … kocham i chcę być z nią bo jeszcze chwila i oszaleję z powodu jej braku.
- Jesteś pewien?
- Tak… - uśmiechnął się - … jak nigdy w życiu.
- A Sarah?
- Rozmawialiśmy i…
- I?
- Zostaliśmy przyjaciółmi.
- Tak po prostu?
- Nie po prostu, to była ciężka decyzja, ale podjęliśmy ją wspólnie i tak będzie lepiej dla nas obojga.
- Widziałem ją dzisiaj nad jeziorem – powiedział mu w końcu to co tak bardzo chciał wiedzieć. Wybiegł bez słowa. – Ale nie wiem czy tam jeszcze jest! – krzyknął za nim.
- Kto? – zapytał go James słysząc jak krzyczy.
- Lucy, nad jeziorem – wyjaśnił mu.
- Szczęśliwe zakończenie? – James spojrzał na niego.
- Na to wygląda – uśmiechnął się Kendall.
Całą drogę biegł, przeskakiwał każdą napotkaną przeszkodę nie zważając na to, że kilkakrotnie się potknął i że ze dwa razy wylądował w błocie. Nie patrząc na nic pośpiesznie otrzepywał się i biegł dalej, a gdy był już na miejscu zdyszany oparł się o drzewo próbując uspokoić oddech. Po chwili zauważył ją, stała kilka metrów od niego wpatrzona w taflę jeziora.
- Piękne miejsce, prawda? – zagadnął ją.
Słysząc jego głos odwróciła się w jego stronę. – Logan, jak ty wyglądasz? – zauważyła, że był cały umorusany błotem.
- Śpieszyłem się do pewnej pięknej damy – uśmiechnął się.
- I co? Znalazłeś ją? – zapytała.
- Tak… - podszedł do niej - … nie tylko znalazłem, ale i już nie pozwolę jej odejść.
- Co? – spojrzała mu w oczy.
- Kocham cię Lucy, zawsze kochałem i przepraszam, że na trochę o tym zapomniałem, ale już jest wszystko w porządku, już wszystko pamiętam.
- Naprawdę?
- Tak… - przytaknął - … wszystko jest tak jak należy – nachylił się ku niej i ją pocałował namiętnie i zachłannie jakby chcąc tym jednym pocałunkiem nadrobić te wszystkie stracone lata.
- Myślałam, że tego nie dożyję – roześmiała się przytulając się do niego.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał mimochodem.
- Co?
- To co słyszałaś… - spojrzał na nią gdy stali już twarzą w twarz - … nigdy nie zerwaliśmy zaręczyn więc już najwyższy czas żeby…
- Tak… – wtrąciła mu się w zdanie i ponownie przytuliła - … po stokroć tak.
Postcriptum.
Ślub był piękny, zorganizowany jak przystało z przepychem i wielką pompą. Znajome dziewczyny z Los Angeles, Camille i Jo wraz z Kelly zostały druhnami, a chłopaki z Gustavo na czele drużbami gdzie Kendall pełnił rolę drużby honorowego. Nareszcie, po 10 latach sztandarowa para Minnesoty powiedziała sobie "tak" wśród bliskich i znajomych. Nie obyło się bez łez. Rodzice, a zwłaszcza mama Logana nie mogła się powstrzymać, ale płakała tym razem ze szczęścia więc nikt jej tego nie wzbraniał. Co więcej dołączyły się do tego pani Knight z pozostałymi mamami, a i było jeszcze parę osób też w ten sposób przeżywających tę doniosłą dla tej dwójki chwilę. Wesele trwało jak przystało na porządne wesele kilka dni. Już dawno Minnesota nie przeżywała takiego wydarzenia. Nie dość, że odnalazł się Logan, nie dość, że w końcu ożenił się z Lucy to jeszcze… rekreacyjnie reaktywowali zespół. Wydarzenie na skale światową – Big Time Rush w pełnym składzie powróciło na scenę. Może nie na pełen etat, ale przypomnieli sobie jak bardzo kochali muzykę, a i dali tym samym radość ogromnej rzesze fanów na całym świecie. A co do ich dalszego życia… to jak mawiają co niektórzy… tajemnica lasu :) Nie, żartuję. Żeby zacząć wszystko od nowa, a raczej kontynuować ciąg dalszy swojego życia przeprowadzili się do Los Angeles co najbardziej ucieszyło chłopaków. Logan został ordynatorem oddziału chirurgicznego w szpitalu Saint Merci w L.A. i pozostał w kontakcie ze swoim pierwszym medycznym miejscem pracy to jest ze szpitalem Cook County General w Nowym Jorku i jego pracownikami. Sarah w niedługim czasie poznała wspaniałego mężczyznę, którego pokochała i po roku wyszła za niego za mąż, a na jej ślubie Logan i Lucy byli honorowymi druhną i drużbą. Jako zespół od czasu do czasu grali i śpiewali, a gdy Lucy po kilku miesiącach powiedziała Loganowi, że ponownie spodziewa się jego dziecka… jego radość była nieogarniona. Wszystko było tak jak powinno, nareszcie… po 10 latach tułaczki poczuł, że w końcu ma kontrole nad swoim życiem.
THE END
Komentarze (10)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania