Cienie utopi 1

Asfaltowa droga prowadziła na wschód. Chmury były tak gęste, że ledwie przepuszczały promienie słońca. Wypalona ziemia po obu stronach skrywała się w oparach kremowej mgły. Nieosłonięte części ciała – kark i nadgarstki – płonęły żywym bólem. Zapięcia ciężkiej maski gazowej wpijały się w skórę głowy. Marek jedną ręką podtrzymywał poparzonego cywila, a drugą osłaniał ich obu aluminiowym parasolem. Wydawało mu się, że wyszli już ze strefy opadów, ale mimo bólu w ramieniu nie opuszczał osłony. Dziury w drodze wciąż były wypełnione żółtym, pienistym szlamem. Bąble na twarzy młodego mężczyzny przypominały mydlane bańki. Szeregowiec z najnowszego zaciągu szedł ze spuszczoną głową, przytrzymując rękę kobiety owiniętą wokół jego ramienia. Opary kwaśnego deszczu odebrały jej włosy, wiek i wolę życia. Sierżant Bauer dźwigał na ręku kilkuletnie dziecko. Szeptał mu coś do ucha. Pocieszał. Chłopczyk nawet nie płakał. Dyszał tylko ciężko w filtr za dużej maski gazowej. Chłopiec przeżył tylko dlatego, że rodzice zdążyli osłonić go folią aluminiową i swoimi ciałami. Marek oceniał, że mężczyzna ma szanse przeżyć – o ile zdążą do transportera. Kobieta wyglądała jak żywy trup. Zabrali ją ze sobą tylko dlatego, że młody się uparł. Bojowy wóz piechoty torujący drogę bezgłośnie sunął przed siebie, migając z wieży niebieskim światłem.

Huk naddźwiękowych samolotów zagłuszył ponaglenia sierżanta. Oddział mimowolnie przyspieszył. Marek zaczął odliczać od pięciu. Deszcz ucichł dobrych kilka minut temu, ale nikt nie odważył się spojrzeć w niebo. Cztery. Szeregowiec o dziecięcej twarzy odrzucił osłonę, wziął kobietę na ręce i ruszył biegiem. Trzy. Marek spojrzał na Bauera, który wydawał właśnie jakieś polecenia, szepcząc do mikrofonu. Dwa. BWP przyspieszył, zostawiając oddział w tyle. Jeden. Marek przystanął nagle, powstrzymując młodego ojca przed wdepnięciem w żrącą breję. Zero. Pociski rozerwały chmury z głuchym plaśnięciem. W oddali potężny transportowiec o dziesiątkach śmigieł wznosił się do lotu. Młody żołnierz biegł i krzyczał, aby zaczekali. Kobieta bezwładnie zwisała na jego ramionach. Cały otaczający ich świat zastygł nagle w czerwonej poświacie. Chłopczyk uniósł głowę i wyciągnął rękę w stronę kuli ognia wypalającej toksyczne chmury. Poruszał ustami, ale huk myśliwców zagłuszył słowa.

Marek leżał na pryczy i przyglądał się chodzącemu od ściany do ściany szeregowcowi. Chłopak zastanawiał się na głos, dlaczego nie chcą mu powiedzieć, czy kobieta przeżyła. Na piersi błyszczał mu Order Męstwa trzeciego stopnia. Nosił go z dumą, nie zważając na kpiny kolegów. Przystanął i rozejrzał się po baraku. Szukał kogoś, kto przyznałby mu rację. "Musiała przeżyć, inaczej nie daliby mi tego medalu. Prawda?" zapytał w próżnię. Nikt nie odpowiedział. Potrząsnął głową i wznowił swój bezcelowy spacer. Personal Marka zadrżał wyraźnie, wyrywając go z zamyślenia. Odblokował ekran, wykonując skomplikowany, zamaszysty ruch i przeszedł do skrzynki odbiorczej. Przez chwilę czytał wiadomość, a potem zerwał się i wybiegł z baraku. Słońce stało w zenicie, a na niebie nie było najmniejszej chmurki. Podniósł personal do oczu i jeszcze raz odczytał wiadomość od kapitana Rotha. Wzywano go do bezzwłocznego stawienia się w Placówce Nadzoru Enklawy. Obejrzał się przez ramię, gdzie grupka starszych żołnierzy rzucała nad głową młodego jego order, szydząc i wyśmiewając. Chłopak biegał od jednego do drugiego, próbując przechwycić latający w powietrzu dowód na to, że to co zrobił miało sens. Marek przystanął, zacisnął pięści, ale się nie cofnął. Jeszcze raz spojrzał na zielony ekran osobistego komunikatora, a potem ruszył przed siebie w kierunku metaliczno-szarego budynku PNE.

 

Przeszedł przez stalową bramę i wkroczył do świata pełnego nieznanych mu barw i zapachów. Przed nim rozciągała się srebrzystobiała droga z ubitego żwiru, otoczona z obu stron gęstym lasem. Wielkie, masywne dęby sąsiadowały ze smukłymi drzewami iglastymi, których nie potrafił rozpoznać. Niektóre miały rozłożyste, puchate gałęzie, inne były wysokie i gołe niczym maszty. Uczył się ich nazwy ze starych książek, ale teraz mieszały mu się w głowie. Od czasu do czasu napotykał wzrokiem skarlałe, wyschnięte drzewka – zbyt słabe, by wygrać pojedynek o promienie słoneczne ze starszymi sąsiadami. Liście i szyszki gęsto opadały na drogę, zaburzając jej prostą linię. Uniósł wzrok i popatrzył w niebo. Słońce po tej stronie miało cieplejszą barwę, a bariera była niewidoczna.

Schylił się i zerwał z pobliskiego krzaczka kilka ciemnoczerwonych kulek. Miały gładką powierzchnię pokrytą nalotem i brudziły palce od samego dotykania. Rozgniótł w palcach jedną z jagód i posunął pod nos. Pachniała słodko i kusząco. Wciągnął ustami dwie inne i zaczął przeżuwać. Wypluł je prawie od razu, wykrzywiając twarz w kwaśnym grymasie. Wytarł dłoń leżącymi na drodze liśćmi, spluwając co chwilę bladoczerwoną śliną. Sięgnął do bocznej kieszeni plecaka, wyciągnął butelkę i przepłukał usta. Na palcach pozostał mu ślad po owocach, więc obmył je wodą.

Idąc żwirowym traktem, doszedł do leśnej polany naznaczonej pniami niedawno ściętych drzew. Nie był pewien, ile zajęła mu ta droga, może kwadrans, a może godzinę. Nie miało to dla niego znaczenia. Wciągnął głębiej powietrze i nasłuchiwał. Do jego uszu dobiegł ptasi śpiew. Szumy i stukoty, które brzęczały mu w uszach, odkąd przekroczył bramę, zamieniły się w leśny koncert. Stukanie dzięciołów nadawało rytm śpiewom zięb, którym wtórowały chóry najrozmaitszego ptactwa ze swoimi sopranami i basami. Poczuł ziemistą woń mchu i liści, tych świeżych, jak i dawno opadłych – gnijących. Leśne zioła mieszały się z żywicą, wypełniając nozdrza zapachami nieporównywalnymi z żadną symulacją. Rozglądał się na wszystkie strony, nie mogąc oderwać oczu od złocistych liści wirujących w podmuchach wiatru. Przystanął, zamknął oczy i oddychał głęboko odliczając od pięciu. Wkroczył na polanę, przyklęknął przy starym, grubym pniu i położył na nim dłoń. Przesuwał opuszki palców po słojach, starając się je policzyć. Skupiony na odczytywaniu lat, które to drzewo przeżyło, zanim zostało ścięte, usłyszał ludzki głos. Potrząsnął głową i nerwowo zamrugał. Ciężar plecaka zachwiał nim, kiedy próbował wstać.

*

– Pan Borowy, tak? – melodyjny, młody głos dobiegł do mnie niczym chłodny powiew wiatru w ciepły letni dzień, wyrywając z błogiego zamyślenia.

– Borowy? Dlaczego borowy? – odparłem ochryple, rozglądając się za duchem lasu, który do mnie przemówił.

– Przepraszam psze pana... Znaczy no... Pana stróża? – w tej odpowiedzi dało się zauważyć dziecięce zmieszanie i niepokój.

Głos nie należał jednak do żadnej z leśnych driad prosto z legend, które pochłaniałem z takim zapałem, szykując się do egzaminu na strażnika puszczy. Zza niewielkiej leśniczówki, wtopionej w ścianę lasu, wyłonił się młody, może czternastoletni chłopak. Nosił proste lniane spodnie i koszulę w tym samym jasnoszarym odcieniu. Na nogach miał liche, wielokrotnie łatane, skórzane buty, a na głowie słomkowy kapelusz. Trzymał się ode mnie na kilkanaście kroków i niespokojnie przestępował z nogi na nogę, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Jasne kosmyki nierówno obciętych włosów wystawały spod za dużego kapelusza.

– Wystarczy: Marek – powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie i przyjaźnie.

Chłopak zamrugał, uśmiechnął się i wyraźnie odetchnął. Nie przestawał jednak przyglądać się moim butom.

– Jeśli wolisz, możesz mówić mi pan strażnik – uśmiechnąłem się ironicznie, ale bez odrobiny złośliwości.

Chłopiec podszedł bliżej i wyciągnął swoją długą, kanciastą rękę, której mięśnie widocznie nie nadążały za szybko rosnącymi kośćmi. Przedstawił się z pełną powagą.

– Sławek jestem – powiedział rzeczowo, wbijając szaroniebieskie, przymrużone oczy w moją twarz.

Uścisnąłem jego kościstą, ale mocną dłoń i spojrzałem mu w oczy. Teraz wydały mi się raczej zielonoszare. Uścisk mnie zaskoczył, był silny i pewny, ale krótki i urywany. Ze wszystkich sił nie chciałem dać po sobie poznać, że poczułem ból. Oczekiwałem ledwo dotknięcia, podobnego do przybicia piątki, a to był prawdziwy męski uścisk. Gdyby próbował mnie sprawdzić, ściskając odrobinę dłużej, pewnie odpowiedziałbym podobnie – cztery lata w wojsku zahartowały mnie i wzmocniły. W moim świecie nie było miejsca na słabość. Jednak to nie był test. Widać tak tutaj wygląda zwykły uścisk dłoni. Pierwsza lekcja, którą odebrałem od – jak mi się zdawało – bajkowego świata. Wyobrażałem sobie tutejszych ludzi jako słabych i flegmatycznych. Już pierwsze spotkanie – i to z chudym nastolatkiem – pokazało mi, że się myliłem.

Kątem oka zobaczyłem starą, szeroką, płaską piłę ręczną, porzuconą przypadkiem w wysokiej trawie. Czerwone mrówki chodziły po niej setkami, w tę i z powrotem, obejmując ją we władanie.

– Dlaczego powiedziałeś do mnie borowy?

– Ojciec i matka tak mówią.

– O kim tak mówią?

– O takich jak ty – przeszedł ze mną na "ty" bez krztyny sztuczności.

– Czyli o kim?

– O stróżach... znaczy, ee... strażnikach?

– Co o nas mówią?

– No, że przychodzicie zza bramy i że łapiecie... – zawahał się przed dokończeniem.

Może nie chciał wyjść przede mną na wiejskiego głupka, a może ojciec zabronił mu za dużo mówić. Sięgał mi niewiele powyżej ramion i kiedy się do mnie zwracał, musiał zadzierać głowę, żeby patrzeć mi w oczy. Zupełnie się tego nie obawiał. W moim świecie byłoby to jak rzucenie wyzwania. Tutaj widać była to oznaka szacunku. Dla mnie kolejną cenną lekcją. Jego naturalność i prostota sprawiały, że poczułem się zaakceptowany, ale nie potrafiłem pozbyć się uczucia, że jednak jestem intruzem. Zupełnie jak ta porzucona piła, sztuczna i obca, ale jakimś odwiecznym prawem potraktowana przez mrówki jak coś naturalnego.

– No to, kogo łapiemy? – zapytałem przyjaźnie, ale lekko zaczepnie.

– Co... ee... kogo trzeba! – zakończył z zakłopotaną miną i ruszył przed siebie, spoglądając na mnie przez ramię, jakby oczekiwał, że za nim pójdę.

Poszedłem. Myślałem, że już się nie odezwie, kiedy sam szukałem w głowie odpowiednich pytań, które mógłbym mu zadać. Takich, które go nie speszą jeszcze bardziej, a jednocześnie przybliżą tutejsze zwyczaje i wierzenia. Bardzo chciałem wiedzieć co takiego łapią strażnicy puszczy w tym jego magicznym świecie. Po kilku krokach jednak nie wytrzymał i zadał najbardziej nurtujące go pytanie. Widziałem to po wyrazie ulgi, jaki spłynął z jego twarzy, kiedy w końcu się odważył.

– Marek, a ten... no... przyniosłeś czekoladę?

Uśmiechnąłem się pod nosem, lekko zaskoczony, skąd on w ogóle wie o czekoladzie, i ściągnąłem z ramion ciężki plecak.

*

Następne częściCienie utopi 2

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania