Poprzednie częściCienie utopi 1

Cienie utopi 2

Strażnik puszczy przehandlował więc jedyną tabliczkę czekolady za jagody, których młody przewodnik wyczarował w mniej niż kwadrans dwie pełne garści. A co ważniejsze, zyskał otwartość swojego towarzysza. Sławek opowiadał mu o owcach, które na co dzień wypasa i wilkach, przed którymi musi strzec stado. Wszystko to brzmiało nierealnie, a jednocześnie zupełnie prawdziwie. Wilki były dla niego do tej pory jedną z pirackich band grabiących osady po drugiej stronie bramy, tej, zza której przyszedł. Do ochrony tych osad potrzeba było setek żołnierzy z ich bronią palną i całą masą zaawansowanego ekwipunku.

Tutaj wystarczył czternastolatek z procą i kijem. I ze swoimi psami, o których opowiadał długo i namiętnie – kiedy już się rozgadał, nie przestawał mówić.

Czarny był największy i najstarszy w całej "watasze". Miał tylko połowę prawego ucha i czerwoną bliznę na karku, zdobiącą go jak order otrzymany za męstwo na polu walki. Psik był jego synem i kiedyś miał przejąć dowodzenie. Imię nadała mu matka Sławka "bo jako szczeniak często kichał po psiemu". Szysza była ulubienicą jego młodszej siostry. Aga rozpieszczała ją za bardzo i "pletła" dla niej wianki z mleczy i innych polnych kwiatów. Suczka uwielbiała dziewczynkę, ale nie cierpiała nosić niczego na głowie, przez co Aga miała mnóstwo pracy z pleceniem coraz to nowych wianków. Szczenięta Szyszy nie miały jeszcze imion, "bo były za młode i mogły zemrzeć". Miała dopiero "pińć" lat, więc nie musiała jeszcze oporządzać krów. Jednak o koniczynę dla królików musiała już zadbać, żeby nauczyć się, co to obowiązek. Króliki w ogóle nie miały imion "bo przecież będziemy je jeść".

Chłopak mówił w miarę poprawnie, tylko czasem robił drobne błędy lub używał gwary. Mówiąc, przeciągał niektóre słowa, co sprawiało, że opowieści o psach, krowach i rodzeństwie miały w sobie coś hipnotyzującego. Markowi nie było żal tej jedynej tabliczki słodkiego kruchego przysmaku, o który wcale nie było łatwo, nawet w jego świecie. Ku jego zdziwieniu Sławek wcale nie rzucił się na nią, tylko schował do sakwy z lichej skóry. Na pytanie, dlaczego jej nie je, uniósł swój słomkowy kapelusz i patrząc w oczy przybyszowi, powiedział, że przecież nie jest już dzieckiem, a siostry i "braty" go prosili. Był najstarszy z rodzeństwa i musiał się nimi opiekować. Witek był niewiele młodszy, miał dwanaście lat i czasem chodził z nim na wypas, ale jeszcze nie zostawał na noc. Zuzia miała dziewięć lat i dobrze się uczyła, umiała czytać najlepiej w rodzinie i kiedyś zostanie "uczycielką". Aga i Michaś to jeszcze szkraby i głównie psocą. Jednak Sławek kocha ich wszystkich i dałby sobie "ucho za nich urwać i kark porysować". Inny jego brat – Józio – spoczywał na cmentarzu, na wyspie. Zmarł, kiedy był bardzo mały i Sławek go nie pamiętał.

Dalsza rozmowa przebiegała w tym samym rytmie. Młodzian mówił, a przybysz z innej krainy zajadał się jagodami i od czasu, niby mimochodem o coś dopytywał. Jagody, choć już lekko wyschnięte, smakowały dziką słodyczą. Opowieści Sławka – któremu widać podobało się, że ktoś słucha go z taką uwagą – były malownicze i pełne nieznanych prawd. Strażnik dziwił się w duchu, że w osadach zdarzały się "zwady", a nawet bójki, które jednak zawsze rozstrzygały się wewnątrz gminy. Nie mieli niczego na kształt milicji, a w jego wiosce nikt – poza Czarnym – nie miał urwanego ucha ani widocznych blizn. Przynajmniej nie takich odniesionych w walce. Porządku pilnował sołtys, którego wszyscy poważali, "bo jego ojciec też był sołtys". Zmarłych chowali na cmentarzu na wyspie, bo jak mówił kapłan: "Wąpierz przez wodę nie przelezie". Marek z przeczytanych książek wiedział, czym mógłby być ten wąpierz, ale w ogóle w to nie wierzył. Domyślał się jednak, że według lokalnych legend to właśnie te mistyczne potwory mieli łapać borowi. Marek, łowca wampirów – uśmiechnął się do siebie w duchu.

Mijali kolejne majestatyczne drzewa, szepczące coś o duchach puszczy, leśnych nimfach i wąpierzach. Wiatr stawał się coraz mocniejszy, przez co liście szeleściły głośniej i głośniej. Słońce chyliło się ku zachodowi, malując wierzchołki koron złocistą barwą. Po prawej stronie las zmienił się w rozległe ozime pola, pełne zielonych zbóż sięgających ledwie kostek. Roślinny dywan rozciągał się niemal po horyzont. Na jego skraju ociężały perszeron ciągnął pług, odpracowując swoją końską dolę, za którą w zimie dostanie przydział owsa i siana. I podkowy przybijane do kopyt przez wprawnego kowala. Krok w krok za koniem podążał rolinik w szerokim kapeluszu, delikatnie poganiając go dłonią. Człowiek i zwierzę na tle bezkresnych pól, spowitych w pomarańczowych promieniach słońca. Podążający tak od zarania dziejów, orząc, siejąc i zbierając – dopóki starczy im sił. Lub dopóki starczy im odwagi. Odwagi, której nam po drugiej stronie zabrakło – pomyślał Marek. Rozciągający się przed nim widok byłby marzeniem wszystkich malarzy i fotografów, których prace oglądał w nielicznych muzeach ocalałych w jego świecie, zanim wyruszył w tę magiczną podróż – pełną niezwykłych drzew, odważnych psów, niestrudzonych koni i ciężko pracujących ludzi.

*

– Na co tak patrzysz, Marek? Tam nie ma nic ciekawego, tylko Świerszcz orze pole na zimę, idziesz? Już niedaleko!

– Idę, idę, spokojnie. Zapatrzyłem się tylko. U nas nie ma takich widoków – pól, koni i takich tam.

– To jak tam u was jest? – teraz to Sławek się zatrzymał. Blokował mi drogę szeroko rozstawionymi nogami. Stał tak z rękami opartymi o biodra i świdrował mnie swoimi szarymi oczami.

Do tej pory on opowiadał o swoim świecie. Wiedziałem, że wcześniej czy później przyjdzie ten moment, kiedy zapyta o mój. Byłem przygotowany.

– Jest szaro, zimno i ponuro. Nie ma tam nic ciekawego – odpowiedziałem wyuczoną regułką.

– To z czego tam żyjecie? Co jecie... czekoladę?

Na takie pytanie nie byłem przygotowany. Oczywiście, mieliśmy pola – musiały jakieś być – choć nigdy żadnego nie widziałem. Na pewno jednak nie było żadnych koni. Wszystko uprawiały kombajny na ropę. Jedliśmy kukurydzę we wszystkich odmianach i soję. Czasami steki. Najczęściej jednak białkową masę niewiadomego pochodzenia, przyprawianą różnymi smakami. Kiedyś nawet jadłem taką o smaku jagód. Jakże różną od tego, co jeszcze przed chwilą miałem w ustach. Czekolada była rarytasem tylko na przydział.

– Jemy gówniane jedzenie – odparłem sucho, mając nadzieję, że to zakończy nieprzyjemną dla mnie rozmowę. Na szkoleniu powtarzali nam, że ludzi z Edenu należy zniechęcać do naszego świata, a potem dawali nam czekoladę i orzechowe batony, żeby można było wkraść się w ich łaski. Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo nie miało to sensu.

– Czekolada jest z gówna? – zapytał z niedowierzaniem, szeroko otwierając oczy.

– Nie, czekolada jest dobra, ale nie mamy jej dużo. Zwykle jemy paskudne zmielone posiłki z kukurydzy z różnymi dodatkami.

– Skoro tak – zaczął i ze świecącymi oczami sięgnął do swojej sakwy.

Zdawało mi się, że jest bliski płaczu. Widziałem, jak bardzo pragnie tego przysmaku – nie dla siebie, lecz dla młodszego rodzeństwa. Wyobrażałem sobie, jak ją rozpakowuje i z dumą rozdaje braciom i siostrom, a może nawet innym dzieciom w osadzie. A teraz zamierzał mi ją oddać. Chyba myślał, że odebrał mi ją w nieuczciwy sposób, że nie chciałem mu jej oddać.

– Nawet nie próbuj – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Ja zjadłem twoje jagody, czekolada jest dla ciebie! Umowa to umowa! – dodałem już spokojnym, ale zdecydowanym tonem.

W ogóle mi na niej nie zależało i chyba jasno dałem to do zrozumienia, bo cofnął rękę i poszedł dalej, wskazując mi drogę i coś tam szepcząc pod nosem. Czułem jednak, że wpadłem w pułapkę, bo jak można ofiarować komuś coś wyjątkowego i jednocześnie powiedzieć, że sam żywię się gównem.

– Sławek! – zawołałem i przykucnąłem, nie chciałem patrzeć na niego z góry.

Odwrócił się i spojrzał na mnie niepewnie. Nie wiedział co zrobić i jak się zachować. Ja również nie.

– Słuchaj, po drugiej stronie nie jest różowo. Czasem dostajemy czekoladę i takie tam, ale zazwyczaj jemy byle co. Takie jagody, jakie mi nazbierałeś jadłem pierwszy raz w życiu. Wy tu macie swoje przysmaki, a my tam, swoje... od czasu do czasu... ale poza tym nie mamy drzew i zielonych pól. Kurde, nie mamy nawet psów ani koni. Tylko maszyny i zapach spalin. – Rozumiesz?

Wbijał we mnie swoje dziecięce oczy o nieokreślonym kolorze. Może rozumiał, a może nie. Ja sam nie do końca rozumiałem.

– Chciałbyś żyć w świecie bez psów? – zapytałem, licząc, że trafiłem w punkt.

– A ty chciałbyś żyć w świecie bez czekolady? – odparł bez wachania.

– Nie wiem! To znaczy... tak, mógłbym żyć bez czekolady – starałem się wybrnąć jakoś z tej niezręcznej sytuacji.

– Słuchaj – ściągnąłem plecak i wygrzebałem jeden z batonów, które dostałem na drogę z przeznaczeniem na łapówki. Zerwałem z niego plastikowe opakowanie i wcisnąłem mu do ręki – spróbuj – bardziej rozkazałem, niż poprosiłem.

Wyciągnął rękę, ale zaraz ją cofnął, patrzył to na mnie, to na baton, wyraźnie się wahając. W końcu jednak wziął go ode mnie, odgryzł kawałek i przeżuwając, zwrócił mi resztę. Sam wziąłem mały kęs i podsunąłem mu, ciągle jeszcze większą część. Robiłem to wszystko trochę intuicyjnie, nie wiedząc do końca, co zamierzam mu udowodnić. Ponownie obrzucił mnie wzrokiem, wziął słodkość do ręki, odgryzł dokładnie połowę, resztę zostawiając dla mnie. Żuliśmy tak przez moment, patrząc sobie w oczy. Widziałem, że mu smakuje, po tym, jak żywiołowo poruszała się jego szczęka i po błysku we wciąż lekko wilgotnych oczach.

– Widzisz, trochę słodyczy w ustach i po wszystkim. Może dla ciebie to coś wyjątkowego, ale mi bardziej smakowały jagody. A poza takimi drobnostkami nie ma tam nic więcej, czego mógłbyś chcieć. Tylko, kurz, popiół i warkot maszyn.

Wciąż badał mnie wzrokiem, patrząc z góry, nie był pewien czy go nie okłamuję. Odczytywałem z jego mimiki każdą emocję i każdą myśl. W moim świecie pozostawiony sam sobie nie przetrwałby nawet dnia – pomyślałem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Nemo1214 2 godz. temu
    Dobry tekst, budzi refleksje. U mnie no takie, że każdy ma swój świat za bramą i lubi do niego mentalnie wracać. Ode mnie 5*

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania